Dżon Stajka i Max Factor czyli polskie L.A.
Odsłony: 2708

O Wielkich Polakach, którzy w kalifornijskim Los Angeles są bardziej znani  (i doceniani) niż w Polsce. W każdym razie - mamy powody do dumy!

Byłam niedawno w Los Angeles. I co z tego? - zapytacie. No bo przecież wiele osób było i się nie chwali. Mnie też nie o chwalenie się chodzi. Piszę o tym dlatego, że dokonałam tam swoistych "odkryć", które sprawiły, że teraz już inaczej patrzę na to miasto, które do moich ulubionych nigdy nie należało. Tak naprawdę to wcześniej też zdarzało mi się w nim być, a kiedyś nawet i pracować, jako że w ramach podreperowania swojego budżetu w trakcie podróży dookoła Stanów, przez trzy tygodnie sprzątałam domy amerykańskich bogaczy.

Oczywiście tak jak większość turystów zobaczyłam  w L.A. (czyt. "el-ej" - tak mówią o tym mieście Amerykanie) to co polecają przewodniki: Universal Studio, historyczny Disneyland, deptak wzdłuż Venice Beach, molo w Santa Monica, snobistyczne Beverly Hills (formalnie to już oddzielne miasto), no i oczywiście Hollywood Boulevard, przy którym stoi szczerze mówiąc wcale niezachwycający z zewnątrz Dolby Theatre kojarzony z ceremoniami wręczania Oskarów, no i znany z premier filmów Chiński Teatr (wcale nie teatr tylko kino). I jeszcze słynny chodnik z gwiazdami upamiętniającymi znane osobistości kina, muzyki czy szeroko pojętej kultury. Tak na marginesie to nic za darmo - gwiazda na chodniku się pojawi, o ile zgłaszający (dana osoba, jej fani lub sponsorzy) zapłacą za to 30 tys. dolarów!). Darmo gwiazdę można dostać pośmiertnie. Do tych (darmowych) należy taka z napisem "Max Factor", znajdująca się dokładnie naprzeciw Chińskiego Teatru, tyle że po drugiej stronie ulicy. Reklama firmy kosmetycznej? Wcale nie... I to właśnie było dla mnie jedno ze wspomnianych "odkryć", bowiem dowiedziałam się, że owy Max Factor to w rzeczywistości Maksymilian Faktorowicz, nasz rodak urodzony w Zduńskiej Woli, który jako 32-latek w 1904 roku wyjechał do Ameryki. Niesamowita postać, przykład kariery może nie od pucybuta, ale ulicznego charakteryzatora zarabiającego malowaniem aktorów, do milionera. Mało kto wie, że to właśnie on wymyślił powszechnie w świecie stosowany termin "make up".

Ale to dopiero pierwsze moje odkrycie, dla którego warto było przyjechać do Los Angeles. Drugim był Jan Styka, słynny malarz, który razem z Wojciechem Kossakiem namalował znaną (mam nadzieję) "Panoramę Racławicką". Że jest on pochowany w Los Angeles wcześniej nie wiedziałam. Dowiedziałam się przy okazji, jako że grupa którą pilotowałam chciała zobaczyć jakiś amerykański cmentarz  (dowolny). Pojechaliśmy do Glendale Forest Lawn Memorial Park, styka4.jpggdzie wieczny spoczynek znalazły różne sławy, w tym m.in. właśnie nasz Styka. Cmentarz ogromny, ale zmęczyć chodzeniem się nie da, gdyż jak to w Stanach, jeździ się po nim samochodem (my - autokarem), groby są porośnięte trawnikami na których widać panów z kosiarkami, nie mówiąc o tym że nekropolia ma też "atrakcję" w postaci... wystawy motocykli. Nie są to wcale motocykle jakiegoś zmarłego - kiedy zapytałam obsługi skąd pomysł takiej wystawy w takim miejscu, dziewczyna z którą rozmawiałam jakby nie wiedząc o co mi chodzi, stwierdziła po prostu: "for fun"! Po prostu rewelacja - żeby było na cmentarzu "fajnie"...

styka2.jpgAle wracając do Jana Styki... Odszukanie jego grobu nie jest trudne, bo znajduje się on  w eleganckim mauzoleum, niemal po sąsiedzku z Elizabeth Taylor oraz kaplicą Michaela Jacksona. Powiem szczerze - serce mi rosło widząc jak doceniono polskiego artystę (na kamiennej tablicy wyraźnie widnieje, że "Polak"). Jednak to co nas dosłownie "powaliło" to obraz Styki eksponowany w budynku  na szczycie wznoszącego się ponad cmentarzem wzgórza. "Golgota" (ang. The Crucifixtion), bo taki ma tytuł owe dzieło, nie jest zwykłym obrazem - to największy w świecie obraz religijny. Nie ważne czy ktoś jest wierzący, czy nie - siedząc w zaciemnionej fali i patrząc jak niczym w teatrze kurtyna odsłania mający 60 m długości malowidło, nastrój robi się niesamowity. A kiedy pomyśli się, że ten obraz namalował NASZ artysta, serce bije jeszcze mocniej.

styka3.jpgPotem jednak przychodzi smutna refleksja. Że to Amerykanie szczycą się "Golgotą" i Styką, a nie my. Obraz został ściągnięty do USA na odbywającą się tam w 1904 roku Wystawę Światową, tyle że w wyniku niedomówień i braku pieniędzy nie było szans ani by go pokazać, ani by zabrać z powrotem. Został zlicytowany, ostatecznie trafiając w ręce milionera z Los Angeles. Dzięki temu Jan Styka (dla Amerykanów: Dżon Stajka) jest w Los Angeles kojarzony, mam wrażenie, że bardziej niż w swojej ojczyźnie. No bo ilu Polaków z Polski potrafi o nim coś powiedzieć? Myślę że niewielu.

W każdym razie podróże kształcą. Mnie też każdy wyjazd czegoś uczy. Nie mam wątpliwości, że warto było do Los Angeles się wybrać. Właśnie dla tych dwóch "odkryć".

Back to top