Halo! Mówi się!
Odsłony: 2490

Miejsce akcji: wodospady Wiktorii, Zimbabwe, środek Afryki. Cieszę się urokiem romantycznego miejsca, tym bardziej że to jedna z nielicznych chwil, kiedy jako pilot mam kwadrans wolnego - grupa rozeszła się kupować pamiątki. Nagle… W huku wodospadu ledwo dociera do mnie znajoma melodyjka. No tak, to mój telefon, którego wyłączyć nie mogę, bo czekam na kontakt od miejscowego kontrahenta.
 –Dzień dobry… Dzwonię z banku, nazywam się tak i tak…  - osoba po drugiej stronie słuchawki dopiero się rozkręca, gotowa do dłuższej pogawędki, podczas gdy głos rozsądku w mojej głowie przypomina o kosztach idących przez Polskę rozmów. –Chciałam zaproponować pani kredyt… - słyszę, co już na dzień dobry wytrąca mnie z równowagi.
 - Nie jestem zainteresowana… - rzucam pośpiesznie, chyba mało grzecznie.
–Ale może będzie pani zainteresowana w przyszłości? – pani po drugiej stronie nie daje za wygraną, gotowa przedstawić mi wyjątkowo atrakcyjne (przynajmniej jej zdaniem) warunki umowy.
Moja cierpliwość wyczerpuje się - proszę ją, by więcej do mnie nie dzwoniła i rozłączam rozmowę.

Po kwadransie schodzi się grupa. Kiedy wszyscy już są i zaczynam kontynuować swoje przewodnickie obowiązki opowiadając legendę o wodospadach, daje o sobie znać kolejny telefon. Nie mam wyboru, muszę odebrać, no bo przecież ma dzwonić kontrahent, w sprawie naszego transferu…
 –Dzień dobry, chciałbym panią zaprosić do Instytutu Medycznego na badania… - po drugiej stronie słyszę polską mowę, wściekła więc - rozłączam. Dalszy ciąg monologu znam już na pamięć – na mój numer stacjonarny dzwonią z tej firmy po kilka razy dziennie, a że za każdym razem coraz mniej grzecznie proszę, żeby więcej tego go nie robili, przerzucili się na kontakt komórkowy.
Okej, wracam do pracy - kończę legendę…

Niedługo później dojeżdżamy do hotelu. Akurat jestem w trakcie rozdawania kluczy, gdy telefon znowu dzwoni. -Teraz to już na pewno kontrahent – stwierdzam, tym bardziej, że tym razem patrzę już na wyświetlacz, a numer się nie wyświetla.
–Good afternoon! – witam kontrahenta, ale… gdzie tam!
 –Przygotowaliśmy dla pani wyjątkowo korzystną ofertę ubezpieczeniową… - rozlega się w moim uchu. Mam ochotę cisnąć telefonem o ścianę, ale przy turystach nie mogę przecież dać się ponieść emocjom. Naciskam guzik z czerwonym znaczkiem. Rozłączony telefon chwilę potem znowu dzwoni… O nie, tym razem nie odbieram. I tak dzięki natrętnym akwizytorom już jestem do tyłu kilkadziesiąt złotych do tyłu bo nawet kilka sekund odebranej rozmowy to minus pięć złotych z mego konta.

Kiedy grupa idzie do pokojów przychodzi SMS.
–Dlaczego nie odbierasz? - pyta kontrahent…

Back to top