Czerwony Diabeł czy gua gua?
Odsłony: 1891

Czy wiecie co to takiego tap tap? To w wersji haitańskiej. W Sierra Leone wolą nazwę poda poda, a w Demokratycznej Republice Konga fula fula (w tłumaczeniu: szybko, szybko). Fajnie brzmi? No to jeszcze kilka przykładów na właściwie to samo: w Dominikanie jest to gua gua, w Ghanie tro tro, w Togo kia kia, w Gambii  tanka tanka, w Tanzanii  dala dala, a w Rosji, na Ukrainie czy w Gruzji: marszrutka.

 U nas mówi się różnie: bus, minibus, ewentualnie zdrobniale, busik. Tyle że u nas w owych busikach mamy istny luksus, to znaczy na jedno miejsce wypada jeden pasażer, co w takiej Afryce stanowiłoby istne marnotrawstwo. Tam na dwóch siedzeniach spokojnie może podróżować trójka dorosłych z dzieckiem i kurczakami (żywymi) na kolanach.

Podobnie jest z autobusami. W nawiązaniu do wspomnianych kurczaków przypomniało mi się, że w Gwatemali wszechobecnym środkiem transportu (ludzi) są chickenbusy. Fakt, zabranie do nich w ramach bagażu podręcznego kurczaka, to standard, choć są też tacy, którzy wyjaśniają że nazwa nawiązuje do podróżnych ściśniętych niczym kurczaki zabierane na targ. Tak naprawdę owe chickenbusy to dawne gimbusy wcześniej dowożące do szkół amerykańskie dzieciaki, a po wycofaniu ich z użytku w USA, trafiające do krajów Ameryki Łacińskiej. Także do Panamy, gdzie po przemalowaniu zaczynają drugą młodość, tam akurat w wersji Diablo Rojo, czyli inaczej - Red Devil, a po naszemu - Czerwony Diabeł. Faktycznie wiele jest czerwonych, chociaż nie brak też takich pomalowanych w oryginalne, jaskrawe wzory. A dlaczego "diabły"? Dla odzwierciedlenia temperamentu kierowców, na ogół uznających tylko dwie możliwości wciskania pedałów: gaz do dechy i ewentualnie hamulec.

Uwielbiam podróżowanie lokalnymi środkami lokomocji. Fakt, w autokarze czy nawet w busie tylko dla turystów bez dwóch zdań jest wygodniej, fotele bardziej miękkie, no i klima zwykle działa, ale to w tłoku z lokalsami można najwięcej się dowiedzieć o tym, jak żyją miejscowi. Inna sprawa że na dłuższą metę bez koreczków, w znaczeniu stoperów do uszu, raczej się nie obędzie, zwłaszcza w dużych autobusach. To że kierowca puści na cały regulator regionalne disco-polo, pal sześć, bo to akurat tworzy "klimat", gorzej jak na nocnym kursie leci film, z którego jedyne zrozumiałe odgłosy to głośne strzały. Najciekawiej bywa, gdy na każdym dosłownie postoju (choćby i na światłach) do autobusu wchodzą i wygłaszają mowy kandydaci do zarobienia. Część z nich to obnośni sprzedawcy, oferujący cudowną maść na wszystko - od bólu gardła po hemoroidy, lokalne chipsy (czasem pełnią tę rolę smażone koniki polne), czy też wodę pakowaną w torebki foliowe (produkt z domowej fabryczki). Osobną grupę stanowią opowiadający swoje historie uciśnieni przez los, strażacy informujący o swoich niskich pensjach i liczący na obywatelską postawę  pasażerów (wsparcie znaczy się), upajający się swoim głosem natchnieni głosiciele przeróżnej wiary, rzecz jasna też liczący na ofiarę, i dziesiątki im podobnych.

Jeszcze inne atrakcje, choć bez opisanego programu artystycznego, będziemy mieć w bush-taxi, czyli jeżdżących na danej trasie zwykłych samochodach, ruszających po zebraniu kompletu pasażerów, w bardziej kameralnych tuk-tukach czy na pełniących rolę taksówek rowerach lub motorkach (w Ugandzie mówi się o nich boda boda). W ulicznych korkach dużych miast takie motorki to najszybszy i najbardziej operatywny środek transportu, choć nie powiem, czasem jazda czymś takim to adrenalina porównywalna ze skokiem na bungy. Czy to bezpieczne? Nie zastanawiałam się... Podróż to ogólnie wielka niewiadoma, ale codzienne, domowe życie, przecież też. Lokalny transport ma wiele plusów: jest tani, zapewnia przygodę, no i zbliża nas do miejscowych ludzi, bo podróżując razem z nimi, w przenośni i dosłownie "jedziemy na tym samym wózku". I jeszcze jedno - po iluś dniach/tygodniach takiego jeżdżenia w Afryce czy Azji, docenimy komfort podróżowania po Polsce :)

.

Back to top