Polski język fajny jest!
Odsłony: 3065





Co ma przeklinanie do turystyki? Myślę że dużo, bo niezależnie od tego czy jesteśmy za granicą, czy też w Polsce (u siebie znaczy się), zasada „jak nas widzą…” jak najbardziej funkcjonuje.

Najpierw sytuacja z cyklu „między nami”. Przypomniała mi się scenka z organizowanych swego czasu „Polskich Dni w Kaprun” (czyli w Austrii). Najechało się „gwiazd” różnego formatu, impreza na całego. Wśród zaproszonych gości był pewien znany hip-hopowiec, którego język bez cienia wątpliwości można uznać za daleki od literackiej polszczyzny. Wiele osób zwracało mu uwagę, aby trochę przystopował, ale prośby tego typu do „gwiazdora”  w żaden sposób nie docierały. Aż któregoś dnia, przed wielkim jak dąb facetem stanęła malutka wtedy jeszcze córeczka Ani Popek, telewizyjnej prezenterki, zadarła głowę, wzięła się pod boki i patrząc uważnie na kolegę-macho wycedziła (tu będzie cytat): „Ja sobie nie życzę, żebyś mówił przy mnie kurwa!”.
Zapadła konsternacja. Kompletna cisza. A ów „artysta”? Od tej pory się już pilnował.

A teraz inna, całkiem niedawna sytuacja, z terytorium Polski, z cudzoziemcem w roli głównej. Przyjechał do mnie kolega Szwed. No a skoro już przyjechał, wypadało mu w Polsce coś pokazać. Na dzień dobry zaliczyliśmy jazdę pociągiem w towarzystwie kiboli. To dopiero była dla Szweda atrakcja! No i nauka polskiego, bo słownictwo typu „k….wa”, „pier…lić”, tudzież „h…je” mój grzeczny w sumie kompan wychwytywał jakoś wyjątkowo szybko, co i rusz prosząc o tłumaczenie tych wyrazów. Nie za bardzo chciałam, wyjaśniłam jednak że to ani „proszę”, ani „dziękuję”, ani żaden inny grzecznościowy zwrot, tak więc nie ma potrzeby, by sobie to kodował w pamięci.

Przyjechaliśmy do Krakowa, gdzie w ramach gościny u znajomych wylądowaliśmy na jednym z blokowisk. A na bloku wielki napis! Sztuka graffiti wyraźnie Szweda zainteresowała.
–Co tu jest napisane? – dociekał.
Odczytanie nie było proste, bo napis trochę mało wyraźny. „Je…ać skur… syny…” – literowałam. Ups!
–Nasze podwórko fajne jest…- wytłumaczyłam Szwedowi, przy kolejnych napisach go zagadując, aby przypadkiem już nie chciał rozgryzać ich treści.

Po powrocie z wycieczki kolega Szwed nocował u mnie w domu. Kiedy był w łazience, zastanawiam się wraz z moim mężem na ile cudzoziemcy orientują się w naszych przekleństwach. Spieraliśmy się, czy Polacy dużo przeklinają. Ja twierdziłam że tak, mój mąż, że przesadzam, bo wcale nie jest źle. Chwilę potem Paweł niechcący przycisnął w pilocie do telewizora nie ten guzik, który zamierzał. Na ekranie pojawił się program „Warsaw Shore/Ekipa z Warszawy”, podczas gdy w drzwiach jak na złość stanął Szwed. Dialogu z ekranu cytować nie będę, w każdym razie miłe na pierwszy rzut oka dziewczę w jednym tylko zdaniu użyło pięć razy słowa na "k", a jakiś narcystyczny koleś mówił (bredził?) coś o "mokrej muszelce" w którą chciałby wsunąć "swój miecz", równocześnie wplatając ozdobniki typu „j.. … ć” i tym podobne. 
–Co oni mówią? –zapytał nasz gość. Popatrzyliśmy z Pawłem po sobie, ale żadne z nas nie miało ochoty na tłumaczenie.

Back to top