Jak było, czyli prawda o Evereście
Odsłony: 3394


”Każda rzecz wielka musi kosztować i musi być trudna. Tylko rzeczy małe i liche są łatwe”. Te słowa kardynała Stefana Wyszyńskiego do zdobywania Everestu pasują idealnie. W końcu wielki jest, trudny – też.


Jak było? Ciężko? Bałaś się? – pytają mnie moi znajomi, a także nieznajomi, mając na myśli moją ostatnią wyprawę, czyli wspinaczkę na Everest. A ja mam problem, co im odpowiedzieć. Znam wiele osób, które w takiej sytuacji bez wahania powiedziałaby że jasne, było ciężko, nawet baaardzo ciężko, bo przecież na glorię chwały trzeba zasłużyć. Tyle że chyba nie zależy mi na kreowaniu się na „bohaterkę”. Poza tym ten kij ma dwa końce – po stwierdzeniu że tak, było ciężko, i tak się znajdą tacy którzy podsumują, że w takim razie jestem mięczakiem, albo wręcz nie nadawałam się na tego typu wyprawę.

Na odwrót też nie jest dobrze – stwierdzenie, że Everest to łatwizna, sugeruje, że to żaden wyczyn. A tymczasem wciąż JEST to wyczyn. W tym roku zginęło tam 8 osób, a to przecież o czym świadczy. Żeby nie wiem co, będąc półtora do dwóch miesięcy w górach (tyle trwa wyprawa), dostaje się w kość. We znaki daje się zmęczenie, zimno, niedostatek tlenu, ogólne osłabienie, jedzenie które trudno nazwać dobrym, stres, tęsknota do bliskich. Chodzenia, wspinania, przeskakiwania przez głębokie na wiele metrów szczeliny lodowcowe też oczywiście jest pod dostatkiem, przy czym każdy krok to od pewnej wysokości nie lada wysiłek. Ale co tam – i tak kilkakrotnie usłyszałam, że zawsze jest przecież opcja wynajęcia Szerpy, który nas wniesie, a przecież już niedługo zbudują tam kolejkę linową. Jedno i drugie stanowią bzdury do kwadratu, jednak nie od dziś wiadomo, że w naszym kraju aż roi się od speców „od wszystkiego”. Także w kwestii Everestu najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy tam nigdy nie byli. I wcale nie o szczycie myślę, a o usytuowanej na wysokości 5300 m n.p.m. bazie, do której dojść może każdy, ale nie każdemu się chce, bo to jednak 7-10 dni całkiem męczącego trekingu.

Inna sprawa, że na to, jakie mamy wyobrażenie o Evereście, w dużej mierze wpływ mają media. A te, cóż, całkiem często bazują na sensacji albo odpowiednim manipulowaniu informacjami… Tak jak jeden z całkiem poważnych magazynów, w którym napisano, że w obozie bazowym jest restauracja i Internet. Wyobraźnia podsuwa widok budynku z kelnerami (owa restauracja) i stojącej obok kafejki internetowej. Prawda jest inna: baza to rozbite na lodowcu namioty, wśród których nie ma ani jednego budynku, mało tego – obowiązuje zakaz prowadzenia jakiejkolwiek działalności komercyjnej. Nawet zorganizowanie sklepiku nie wchodzi w grę, skąd więc pomysł z restauracją? A Internet? Jeśli chciałam uzupełnić bloga, do wyboru miałam albo zejście do najbliższej wioski (1,5-godziny marszu), albo krótszy, ok. 50 minutowy spacer na jedno z okolicznych wzgórz, gdzie można było złapać sygnał internetowy ze wspomnianej wioski. Czyli trochę inaczej niż sugerował magazyn.

-To jak, ciężko było? – dzwoni kolejny telefon. Sama już nie wiem. Prawda jest taka, że tam wszystko wyglądało inaczej. „Walcząc” na niebezpiecznym Icefallu, zlodzonej Ścianie Lhotse i wreszcie – stokach właściwego Everestu, w kość dostałam nieźle i nie raz przeklinałam pomysł wyprawy. Kryzysy – zdrowotne, fizyczne, psychiczne przechodzi w tych warunkach chyba każdy. Wróciłam do domu, szczęśliwa że się udało, cała, zdrowa, bez odmrożeń i… teraz już wszystko wydaje się łatwe. Już tak mam –  przykre wspomnienia szybko wyrzucam z pamięci, zostają tylko te najfajniejsze. A czy się bałam? Pewnie, bo trudno się nie bać, gdy co i rusz słyszy się o kolejnej osobie, która straciła życie.

Swoją drogą atak szczytowy, o który tak naprawdę chodzi w owych pytaniach, to tylko jeden z etapów wyprawy, najbardziej wprawdzie niebezpieczny, ale, przynajmniej dla mnie, wcale nie najtrudniejszy. Co było trudniejsze? Choćby pożegnanie na lotnisku z moim mężem – udawanie że to tylko kolejny wyjazd, jeden z wielu, chociaż oboje wiedzieliśmy, że możemy się więcej nie spotkać. Albo przygotowania… Ponad rok ciężkiej pracy – szukania sponsorów (w obecnych czasach – ciężka sprawa), łapanie różnych zleceń, żeby zarobić niezbędne fundusze, mimo notorycznego zmęczenia – szukanie czasu na treningi i bieganie, i ogólnie - mnóstwo wyrzeczeń. Żeby nie wiem co, plany i marzenia same się nie zrealizują – trzeba także działać. Tylko że o takich sprawach zwykle się nie mówi. Są zbyt prozaiczne.
Staram się w swoim życiu być uczciwa. W pisaniu także. Ale nie zawsze jest to proste. Kiedy wróciłam z rejsu z opłynięciem Przylądka Horn, jedna z gazet poprosiła mnie o reportaż. –A nie mogłabyś wstawić tu jakiegoś sztormu? – zapytano mnie, kiedy już oddałam tekst. Tłumaczenie, że akurat przy Hornie mieliśmy bardzo ładną pogodę, nie przekonało naczelnego. Uparłam się, że nie będę naginać faktów, nawet jeśli miałoby być to korzystne dla mojego podróżniczego wizerunku. Tekst się nie ukazał…Wkrótce po tym przeczytałam, w tej samej gazecie, artykuł o Kilimandżaro. Znam tę górę dobrze (jeżdżę tam jako przewodnik), miałam więc wrażenie, że chyba o zupełnie innej górze autor pisze w tekście. Mało co pokrywało się z prawdą, za to miało się wrażenie, że Everest to przy Kili - jak by to określił mój mały siostrzeniec -„mały pikuś”. Naczelny był wniebowzięty. –Właśnie takie teksty czytelnicy lubią – chwalił autora,  który od tej pory, przez nieświadomych prawdy czytelników, uznawany był pewnie za górskiego twardziela (w rzeczywistości przy wejściu na Kilimandżaro nie ma żadnych trudności technicznych – jedyny problem to aklimatyzacja).

No dobrze, to jak ostatecznie z tym Everestem? Odsyłam do książki, która ukazała się jesienią 2013 roku ("Everest. Góra gór"). W każdym razie podstawa to determinacja. Nie tylko w przypadku Everestu.  Bo jak powiedział Victor Hugo: „Triumf osiąga się przez zwalczanie trudności”.

Back to top