Image
Image
Image
Image
Image

Prądu nie ma, ale są mango

Skardu ----


Doprowadziłam się do stanu mangowstrętu. Bardzo lubię te owoce (choć nie bardziej od pomidorów :) ), Skardu 2ale w Polsce ich nie kupuję, no bo drogie i nie ten smak (wiadomo - to co mamy w sklepach to mango z dojrzewalni). Za to tutaj, w Pakistanie, mango są pyszne i kosztują około 80 gr za wielką sztukę. Kupiłam 10 sztuk, jedną dałam koledze, jedną panu o którym będzie na końcu, a 8 zżarłam w ramach podwieczorku. Oczywiście teraz mnie mdli, no ale przynajmniej na jakiś czas jestem owocowo nasycona.

Dziś mamy ostatni dzień na cieszenie się cywilizacją. Choć nie do końca bo np. podładować sprzętu elektronicznego nie można, bo nie ma prądu, internet działa jak chce, czyli raczej nie działa (trzeba cierpliwie czekać aż może na minutę złapie się zasięg i wtedy może wyśle się korespondencję), a zakupione karty SIM jak nie działały tak nie działają, Skardu choć ich sprzedawca obiecywał że będą działać od wczorajszego wieczora. No cóż, takie są uroki Pakistanu. Na pytania kiedy coś zadziała słyszę stałą odpowiedź: za godzinę, może dwie - Inszaallah. Owe „Inszallah” (wszystko w mocy Allaha) jest kluczowe, bo owszem, może oznaczać za godzinę, ale może w ogóle, a winny będzie biedny Allah.

Co dzisiaj robiłam? Wyspałam się, a po śniadaniu poszłam do miasta na ostatnie przedwyprawowe zakupy. Jakiś sok, parasol (od deszczu, ale też słońca), no i leki do apteczki. Niesamowicie jak tanie są tu leki i na nic nie trzeba recepty. Deksametazon (lek mogący na wysokości uratować życie) kosztuje tu raptem... 50 groszy! Najlepsze jednak było jak kupując jakieś bandaże, tabletki na gardło czy biegunkę (jak będę miała leki to zapewne nic mi nie będzie) zapytałam o... viagrę. Trzech panów z obsługi (bo w Skardu sprzedawcami są wyłącznie faceci) stanęło jak wrytych, myśląc chyba że się przesłyszało, więc powtórzyłam: -Viagrę poproszę! Chwilę trwało zanim się otrzeźwili z wrażenia, jeszcze chwilę odczekałam perfidnie upajając się wrażeniem jakie zrobiłam, po czym uświadomiłam ich, że to nie tak jak sobie myślą - składnik viagry to awaryjny lek na obrzęk płuc. A swoją drogą viagry nie mieli :)

Popołudnie spędziłam na pogaduchach z naszymi Szerpami. Już wiem że będę wspinać się z Pasangiem, Skardu 4który na K2 co prawda jeszcze nie był, ale ogólnie ma opinię wytrzymałego i grzecznego, no i co ważne - ogólnie rozgarniętego, rokującego na dobrą współpracę.

Zaliczyłam też dentystę. Właściwie to do dentysty musiała jechać Tania, Ukrainka, która ma poważny problem z ósemką (zębem), no i ma dylemat - iść z tą bolącą ósemką w góry czy lecieć do Islamabadu na 1 dzień aby ją wyrwać (nie wiem co prawda dlaczego nie może wyrwać jej w Skardu?). Ponieważ mnie też coś tam lekko w zębie ćmiło, pomyślałam sobie że jak mam się denerwować to też skoczę z Tanią do tego lokalnego dentysty (choć jeszcze 2 tygodnie moja pani stomatolog zapewniała że z moim uzębieniem wszystko okej). Pan dentysta pocieszył mnie że to tylko coś tam pękło i dlatego czuję dyskomfort, ale ząb mam martwy, więc wyprawy mi nie zepsuje. Co ciekawe, mimo że to prywatny dentysta, nie wziął od nas w ogóle pieniędzy! -Jesteście w moim kraju gośćmi, a gościom się pomaga! - stwierdził. Zresztą takiej sympatycznej uprzejmości doświadczyłam dziś także wcześniej, kiedy wracałam z miasta z torbą pełną zakupów. Skardu 3Zatrzymał się przy mnie jakiś gostek na motorze i zapytał czy mnie nie podwieźć? Był miły, a w dodatku był upał, do hotelu kawał drogi, więc stwierdziłam że okej. Nawet byłam gotowa mu zapłacić, ale nie chciał żadnych pieniędzy, dałam mu więc jedno mango z tych które sobie kupiłam.

No nic, trzeba się przygotować do startu w góry. Następne wieści za kilka dni, bo od jutra jesteśmy odcięci od internetu (pojawi się dopiero w ostatnim dniu trekingu).

Image
Image
© 2022 Monika Witkowska. All Rights Reserved. Designed by grow!