Mały Wielki Człowiek
Odsłony: 2719

KPT. WOJCIECH JACOBSON
Nie szuka rozgłosu, na imprezach, o ile w ogóle na nich bywa, nie pcha się do pierwszego szeregu (nawet argumentu niskiego wzrostu do tego nie wykorzystuje). Jego dorobek żeglarski jest imponujący, mało jednak rozpropagowany. Skromny i cichy kapitan Wojciech Jacobson o autopromocję nigdy nie zabiegał, ale ci którzy go znają wiedzą - to nie tylko świetny żeglarz, ale też wspaniały Człowiek. W uznaniu jego wszechstronnych zasług, Kapitan Wojciech Jacobson w marcu 2016 roku zostanie nagrodzony prestiżowym Super Kolosem.

 

Nie znam nikogo, kto znając Wojtka Jacobsona powiedziałby o nim coś złego. Imponuje żeglarskim doświadczeniem, ci którzy z nim pływali w załodze twierdzą że jest świetnym kompanem, stanowi wielki autorytet w sprawach nawigacyjnych, a już prawdziwym guru jest w kwestii obszarów arktycznych (po wskazówki zgłaszały się do niego chyba wszystkie ekipy pokonujące Przejście Północno-Zachodnie). Do tego - z racji oficerskich funkcji na żaglowcach - przez lata był wychowawcą młodzieży. Na co dzień emanujący dobrą energią i niezwykle taktowny - nigdy się ze swoim doświadczeniem nie narzuca, nigdy nikogo nie poucza.
Teraz, kiedy ze względu na wiek (w październiku tego roku skończy 86 lat) w rejsach już nie uczestniczy, nadal całym sercem i umysłem jest przy żeglarstwie. Za przysłowiowe "dziękuję" pomaga w opracowaniu tras trudnych rejsów, chętnie udostępnia swoje bogate archiwum (mimo swoich lat ma niesamowitą pamięć do  różnych wydarzeń i osób), wspiera i inspiruje, angażuje się w różne żeglarskie inicjatywy. Robi to "dla sprawy" - sam pozostaje w cieniu, unikając świateł jupiterów. Aż przykre, że młode żeglarskie pokolenie zwykle o nim nic nie wie, choć to przecież legenda polskiego żeglarstwa. Cicha legenda, bo Wojtek zawsze chętnie opowiada o zasługach innych, o swoich - prawie nigdy.


- Monika Witkowska: Kapitanem stałeś się w wieku 36 lat, czyli niby późno, ale trzeba pamiętać, że w tamtych czasach dużo trudniej było zdobyć uprawnienia niż teraz, no i nie łatwo było zorganizować rejs. Do sekcji żeglarskiej szczecińskiego AZS wstąpiłeś jednak już jako 20-latek. Twój żeglarski debiut był jeszcze dużo wcześniej...

- Wojciech Jacobson: Tak, jeszcze w Toruniu, gdzie się urodziłem, na Wiśle. Ojciec miał żaglówkę, mieczówkę która nazywała się Utopia. Jeśli mnie bracia ze sobą na łódkę nie zabrali - płakałem... Miałem 7 lat, a może mniej...


- Często powtarzasz, że na oceany wprowadziła Cię "Maria". Mający niecałe 10-metrów kecz należący do legendarnego Ludomira Mączki.

- W 1973 roku na "Marii", w wieku 44 lat,  miałem swój pierwszy rejs oceaniczny - ze Szczecina do Peru. Wcześniej żeglowałem tylko po morzach europejskich, m.in. na "Śmiałym". Z Ludkiem był taki układ, że ci co do niego dołączają, ponoszą tylko koszty jedzenia, bo wszystkie inne, związane z płynięciem czy pobytem w portach, to już on pokrywał. Ale potem były kolejne piękne rejsy. Bardzo miło wspominam "Poloneza", na którym w 1976 roku płynąłem przez Atlantyk do USA.


- Później już się na dobre rozkręciłeś... Żeglowałeś na "Darze Pomorza", i to z legendarnym kapitanem Jurkiewiczem, pomagałeś sprowadzić do Polski z USA historyczny jacht "Dal", aż wreszcie przyszedł czas na najważniejszy i najtrudniejszy w twoim życiu rejs - Przejście Północno-Zachodnie, które ze wspomnianym Ludkiem Mączką i oczywiście Januszem Kurbielem, właścicielem jachtu "Vagabond II", zajęło Wam w sumie cztery arktyczne sezony, z trzema zimowaniami wymuszonymi sytuacją lodową.

- Szczerze mówiąc nie przypuszczałem, że będę kiedyś żeglował w lodach. Byłem kiedyś na rejsie, na którym koledzy rozmawiali, że bardzo chcieliby zobaczyć Arktykę, choćby taki Spitsbergen. Powiedziałem im wtedy wprost: -Płyńcie sobie , tam zimno, ja nie zamierzam! Ale wkrótce przyszła od Janusza Kurbiela, właściciela "Vagabonda", propozycja nie do odrzucenia: -Wraz z Ludkiem przeprowadzacie jacht do Kanady i dalej razem pokonujecie Przejście Północno-Zachodnie. Ja wtedy nawet nie wiedziałem gdzie ten cały North West Passage jest, ale rozumiałem, że to będzie naprawdę wielka rzecz.


- Kanadyjczycy nie chcieli widzieć wtedy na swoich wodach (mowa o Przejściu Północno-Zachodnim) jachtów z polską, komunistyczną wówczas banderą. W roku 1975 zawrócili z Przejścia "Gedanię", która miała szansę zrobić ten trudny arktyczny szlak jako pierwszy jacht w świecie. W końcu jednak to wy, byliście tam z Polaków pierwsi. Posłużyliście się pewnym fortelem...

- To był majstersztyk Kurbiela, który załatwił nam papiery imigrantów. Płynęliśmy na paszportach polskich, ale jako imigranci mieliśmy takie same prawa jak Kanadyjczycy. Ważne było też to, że nasz jacht, czyli "Vagabond II", był zarejestrowany zarówno we Francji, gdzie Janusz mieszkał, i w Kanadzie. Ale my nigdy nie kryliśmy że jesteśmy Polakami  - zawsze pod salingiem wisiała polska flaga, a także flaga szczecińskiego AZSu, macierzystego klubu Ludka i mojego.
Przez tę polską flagę w jednej z inuickich wiosek trafił do nas młody miejscowy chłopak, któremu daliśmy na pamiątkę karteczkę z autografami. Był rok 1987. Kiedy przy tej samej wiosce w 2006 roku kotwiczył "Stary", zjawił się dojrzały już mocno mężczyzna, który przyniósł im ową karteczkę i zapytał czy znają tam podpisanych. To była ta sama osoba, 19 lat później.


- Wiem, że jedno ze zdarzeń w Przejściu było poniekąd związane z twoją pracą zawodową. Podpowiem że chodzi o woły piżmowe...

- Z zawodu jestem chemikiem - przez wiele lat pracowałem na Politechnice Szczecińskiej. Miałem tam nawet otwarty doktorat, ale ze względu na rejsy - wtedy w ramach urlopów bezpłatnych - nie zrobiłem go. Wprawdzie byłem pracownikiem głównie technicznym, ale czasami prowadziłem też wykłady. Na jednym z nich, na temat syntezy piżma, pokazywałem zdjęcia wołów piżmowych, arktycznych zwierząt, których wtedy jeszcze ich nie widziałem. Dopiero płynąc przez Przejście Północno-Zachodnie na nie trafiłem, co zresztą sprawiło mi ogromną radość.


-Ostatnie 10 lat tej twojej ambitniejszej kariery żeglarskiej, już na emeryturze, to już rejsy na "Pogorii, a potem "Concordii" - wybudowanym w Szczecinie bliźniaku "Pogorii", tyle że pod kanadyjską banderą i aż do zatonięcia w sztormie, w 2010 roku, pływającym w ramach programu u nas nazywanego "szkołą pod żaglami", a przez Kanadyjczyków "Class Afloat". Załoga szkolna była rekrutowana w Kanadzie, ale trzon załogi stałej stanowili Polacy.

- Mnie tam ściągnął kapitan Marczak, który jest moim przyjacielem od wielu lat, no i w 1988 roku odebrałem od niego  telefon, z Singapuru, że potrzebują oficera ze znajomością angielskiego. Miałem tych rejsów na "Concordii" kilka - do najpiękniejszych zaliczam ten dookoła Afryki  i drugi przez Atlantyk aż do Toronto, na jeziora kanadyjskie, rzeką św. Wawrzyńca i potem wzdłuż wybrzeża w dół, do Antyli i Wenezueli.


- Co sprawiło, że żeglarstwo cię tak wciągnęło?

- Zaczynałem żeglować w czasach komunistycznych, kiedy była to jedna z niewielu możliwości poznawania świata, jeszcze w miarę dostępna finansowo. Bardzo mi sie podobało w żeglarstwie odcięcie od spraw lądowych. To fajny moment - kiedy się wypływa i wszystkie sprawy, które nas dręczyły, zostały ucięte, ważne jest tylko życie codziennie na łódce. Teraz jest komunikacja satelitarna, ale wtedy jej nie było. To naprawdę było "odcięcie". Jak dałem znać z Wysp Kanaryjskich, że wypływamy, to następny meldunek, i to tylko telegraficzny, był z Karaibów.


- W portach należysz do tych, co zostają na jachcie, czy tych, których ciekawość świata pobudza do eksplorowania okolicy?

- Zawsze kiedy tylko można było, wyskakiwałem żeby zwiedzać. Wsiadałem w lokalny autobus i jechałem w nieznane, bo zawsze coś ciekawego do obejrzenia się znalazło. Za to Ludek nigdy raczej nie opuszczał "Marii", pilnował swojej łódki.


- Ciągle opowiadasz o Ludku, napisałeś nawet o nim książkę:"Mam na imię Ludojad",  a o żeglowaniu z nim "Marią do Peru". Przez kilka ostatnich lat jego życia, kiedy nie mający rodziny Ludek nie miał gdzie się podziać, opiekowałeś się nim. Mało tego, po jego śmierci należałeś do inicjatorów budowy jego pomnika, który stanął przy szczecińskim bulwarze w maju tego roku. Jak poznałeś Ludka?

-  Pierwsze nasze spotkanie było w 1949 roku na obozie żeglarskim w Trzebieży. Ludek był studentem we Wrocławiu, ale Szczecin mu się tak podobał, zwłaszcza zalew, że w 1955 roku przeniósł się do Szczecina. W każdym razie obóz był początkiem naszej wieloletniej przyjaźni.


- Kto jest twoim żeglarskim idolem?

- Na tym obozie, o którym wspomniałem, kadrę stanowił  między innymi nieżyjący już kapitan Ryszard Książyński, wzór zarówno dla mnie, jak i dla Ludka. Świetny kapitan i dobry nauczyciel, uczący takiego żeglarstwa, jak trzeba było. Pilnował na przykład żeby w porcie każdy był w koszuli, zwracał uwagę na ważne drobiazgi, dotyczące nie tylko manewrowania, ale też etykiety.


- Większość twoich rejsów trwała po ileś miesięcy. Jak twoja żona znosiła tak długą nieobecność w domu?

- To było dla niej ciężkie, na pewno, no bo prowadzenie domu, utrzymanie... Mimo to nie stawiała nigdy ultimatum, nawet w pewien sposób zachęcała.
[jakby na potwierdzenie tych słów pani Ewa przypomina: -Było tak kiedyś, że oni z Ludkiem byli w Ameryce Południowej, a tu zadzwonił Janusz Kurbiel i powiedział, że chce się z nimi skontaktować bo ma pomysł na "Vagabonda". No i ja ich kontaktowałam...]


- Rodzinnie nie żeglujecie?

- To właśnie żeglarstwo nas z żoną połączyło. Ewa była najpierw pływaczką, taką wpław, ale potem w szczecińskim AZS-ie zaczęła żeglować na Finnie. Był rok 1957 - Ewa w regatach miała mistrzostwo okręgu. We wspólnym żeglowaniu za granicą, przeszkadzały nam problemy paszportowe - ja miałem rodziców w Anglii, co się za mną długo ciągnęło. Raz mi w ogóle odmówiono paszportu, a potem jak już go dawano, to nigdy nie razem z żoną - mogliśmy wyjeżdżać tylko na przemian. Natomiast żeglowałem trochę z moją córką, Magdą. Najpierw w Grecji, na jachcie naszego klubu, a potem Janusz Kurbiel zrobił mi niespodziankę - kiedy przeprowadzałem do Kanady "Vagabonda" ściągnął 23-letnią wtedy Magdę do Francji. Nic mi o tym nie powiedział! To była wielka niespodzianka - Magda pokonała z nami cały Atlantyk, co zresztą zaowocowało lepszym niż normalnie jedzeniem. Teraz natomiast żegluje mój wnuk!


- Jesteś obieżyświatem czy domatorem?

- Pół na pół. Kiedy jestem w domu, to mnie ciągnie aby gdzieś wyruszać. Zwłaszcza jak byłem trochę młodszy tak miałem, bo teraz to już są ograniczenia fizyczne. Ale jeszcze chętnie bym na żaglowcu popłynął!


- Byłeś pierwszym polskim żeglarzem, który opłynął obydwie Ameryki. Pętlę zamknąłeś w 2001 roku opłynięciem Hornu.

- Z tym Hornem to była naprawdę specjalna dla mnie rzecz, bo zostałem tam zaproszony przez nauczycieli i studentów pływających na "Concordii". Zrobili składkę na mój bilet tam i z powrotem, no i w ten sposób doleciałem na Wyspę Wielkanocną, a wysiadłem, już po Hornie, w Ushuaia. Piękny rejs, 4 tys. mil, więc też dość długi.


- Ale to już jako pasażer?

- [tu Wojtek nieco się "obrusza"]: Ja nie umiałem być w roli pasażera. Wprawdzie nie byłem już oficerem, ale włączyłem sie do załogi szkolnej, chodziłem z nimi na wachty, robiłem to co oni, chciałem być  potrzebny. No i pomagałem w nawigacji.


- No właśnie, nawigacja to chyba twój "konik"?

- Na "Concordii" jako oficer zajmowałem się nawigacją, ale też meteorologią. Czasami robiłem z nawigacji wykłady dla studentów, a tym szczególnie zainteresowanym dawałem lekcje astronawigacji. Pod moją opieką były też mapy - porządkowałem je, przygotowywałem na kolejne etapy. Jakoś tak wyszło że do moich niepisanych obowiązków należało szczegółowe rozpracowanie kolejnych rejsów. Teraz też trochę w tym pomagam tym, którzy mnie o to poproszą. Udało mi się zdobyć mapy Cornella/// - kosztowały majątek, ale co tam...  A w domu mam coś takiego! [Wojtek odchodzi na chwilę i wraca z ogromnym tomiskiem olbrzymiego formatu, wydanym wiele lat temu, po czym kolejne minuty mijają nam na przeglądaniu niezwykle dokładnych tablic prądów, pływów i innych wytycznych nawigacyjnych].


- W takim razie czego na jachtach nie lubiłeś?

- Niespecjalnie pociągają mnie silniki. Na bakier byłem też zawsze z radiem, choć odbierania map faksymilowych nauczyłem się. Jeśli chodzi o moją ulubioną nawigację, to jestem raczej tradycjonalistą. Teraz gdybym wsiadł na jacht wyposażony w elektroniczne mapy, AISa itp. - musiałbym się uczyć wszystkiego na nowo.


- A kambuz lubiłeś?

- Gotowałem tylko na małych jachtach, bo na żaglowcach jest etatowy kucharz, a załoga jedynie pomaga. W czasie rejsów na "Marii" wolałem gotować sam, niż gdyby miał to robić Ludek - w trosce o własny żołądek. Na ogół była to prosta, wręcz prymitywna kuchnia, no i oszczędna [chodzi o czasy, kiedy przeciętna miesięczna pensja w Polsce wynosiła 20 dolarów- red.]. Żywiliśmy się głównie ryżem - gotowało się jego wielki gar na cały dzień, a więc był na śniadanie, obiad i na wieczór, tyle że z różnymi dodatkami. Kiedyś, w Gujanie Francuskiej, kupiliśmy worek ryżu, ale szybko okazało się, że są w nim robaki. Zdecydowaliśmy, że przecież tego nie wyrzucimy. Mimo ponad 30 stopniowego, tropikalnego upału, żeby zabić te robaki, całe te sto kilo ryżu przesmażyłem. Potem, kiedy zalewaliśmy ryż sosem, robaków już nie było widać. Gorzej było na śniadanie kiedy ryż zalewało się mlekiem i robaki wypływały. W każdym razie kiedy dopływaliśmy do Francji, a był to przelot trwający 67 dni bez żadnych portów po drodze, mięsa nam nie wy starczyło, ale ryżu, oleju i cebuli, mieliśmy pod dostatkiem.


- Twój najbardziej niebezpieczny dzień na morzu...

- [Wojtek bez wahania]:30 września 1988 roku, kiedy płynąc "Vababondem" z Grenlandii do Brestu mieliśmy 3 wywrotki. Dorwał nas wtedy huragan Elena  - dostaliśmy wiatry powyżej 12 B, zresztą urwało nam z masztu wiatromierz. Dopóki wiał wiatr, a fala była regularna, wszystko było okej, ale po przejściu huraganu zrobiły się fale krzyżowe. Wywrócił nas więc nie wiatr, a fala. Byliśmy na jachcie tylko we dwóch - ja i Ludek. Siedzieliśmy w środku, mieliśmy postawiony tylko mały trajsel, a jak nas wywróciło, to wypadły wszystkie mapy, przez wejściówkę wleciała woda i pomoczyło nam sporo rzeczy. Był wtedy taki moment, kiedy pomyślałem, że to już koniec, po nas. Pamiętam te pierwsze uderzenie fal o maszt i o pokład:  huk, potworny huk. Radar na maszcie wyglądał tak, jakby go ktoś zniszczył młotem, kompletnie zgnieciony, na pokładzie wszytko było pogięte, wymyło greting...
[przysłuchująca się temu Ewa, żona Wojtka, wtrąca: -Coś musiałam, wtedy czuć, jak się wywracali. Miałam taki wewnętrzny niepokój, a przecież nie było wtedy łączności. Potem skojarzyłam że to właśnie wtedy mieli te wywrotki].


- I tak to był dopiero początek stresów...

- Po tym pierwszym uderzeniu i wielkim strachu, potem przyszły jeszcze dwie wywrotki. Przy tych kolejnych to już był nawet nie strach, a wściekłość że to się powtarza i że mieliśmy chleb schowany na sztorm, i ten chleb zamókł. Zniszczony był też sprzęt nawigacyjny, kompas elektroniczny zalała woda. Na szczęście Ludek naprawił UKF-kę - było to ważne, bo jak przechodziliśmy Biskaje (płynęliśmy do Brestu), przyszła tak cholerna mgła, że nic nie było widać, a tam przecież chodzą statki, bo to tor wodny. Na szczęście mogłem wołać przez UKF-kę, że płynie jacht bez świateł, że prosimy uważać, bo wszystko powysiadało. Usłyszała nas wtedy latarnia morska, która przejęła prowadzenie - nadawali nam odległość i namiar, miałem więc dzięki temu pozycję i Francuzi mogli ostrzegać: na takiej i takiej pozycji jest jacht bez świateł.


- Przepłynąłeś imponującą ilość mil morskich. Masz chorobę morską?

- Tak, choruję... Na początku. Zwłaszcza na "Marii", która przy kursach na wiatr jest bardzo żygliwa. Właściwie wszyscy na niej chorowali, oprócz Ludka...


- Gratulacje za szczerość! Nie wszyscy opowiadają o chwilach swojej słabości...  Zmiana tematu: poznałeś liczne kraje. Masz jakieś swoje ulubione miejsca?

- Na pewno Wyspa Wielkanocna! Ale mam też ogromny sentyment również do Wyspy św. Pawła, w południowej części Oceanu Indyjskiego. Właścicielem jej części w XIX wieku był Polak, Adam Mierosławski. Bardzo ciekawa historia się z tym wiąże... [Wojtek się ożywia, widać że jego "odkrywcza" natura lubi takie klimaty].


- Przyznano ci bardzo wiele różnych nagród. Jesteś laureatem m.in. Conradów, nagrody Grotmaszta Bractwa Kaphornowców i aż dwukrotnie (razem z Januszem Kurbielem i Ludomirem Mączką) - otrzymałeś Srebrny Sekstant (Rejs Roku). Ale wiem że jest jedna nagroda, którą cenisz sobie szczególnie...

- Tak, to medal "Derek Zavitz Memorial Award" nazwany imieniem jednego z uczniów "Class Afloat" na "Concordii. Chłopak zginął w czasie rejsu w wyniku wybuchu akumulatorów. Nagroda jest szczególnie cenna, bo przyznaje ją młodzież, co roku dając medal komuś, kto się jakoś pozytywnie wyróżniał.


- Jesteś typem człowieka, u którego nie dostrzega się wad. Jak przystało na zodiakalną Wagę jesteś niezwykle taktowny, ugodowy, co przy długich rejsach załogowych stanowi cechy bardzo pożądane. Ale zdradź, masz jakieś minusy?

- Choćby niezdecydowanie i bałaganiarstwo... [śmiech]


- Co byś zmienił w swoim życiu?

- Niewykluczone, że bym latał na szybowcach. Bo zamierzałem latać - to była rodzinna tradycja, bracia latali. Ale jednak żeglarstwo zwyciężyło.


- To powiedz jeszcze jak to jest z Super Kolosem - już dwukrotnie byłeś kandydatem do tej prestiżowej nagrody i dwukrotnie uprzedzałeś, że go nie przyjmiesz.

- Uważam, że po prostu nie dorosłem do Kolosa. Nic "kolosalnego" nie zrobiłem.

- Na szczęście inni myślą inaczej... Życzymy Ci dużo zdrowia i energii, aby jeszcze wielu żeglarzy mogło skorzystać z Twojego doświadczenia i wiedzy.

* 1) Ze względu na skróty redakcyjne z tekstu zostały wycięte liczne nazwiska, które Wojtek z sympatią i szacunkiem wspominał (kpt. Marczak, K. Baranowski, J, Wacławski i inni)

Back to top