Śnieżna Pantera, czyli o Oli co się wspina
Odsłony: 5366

OLA DZIK
Mówią o niej „wschodząca gwiazda polskiego alpinizmu” (ona sama tak nie uważa :)  ). Prawie trzydziestolatka, ale wygląda na mniej. Ładna, pełna energii, z błyskiem w oku, z jednej strony bardzo dziewczęca, z drugiej – twarda, silna, kobieta, z uśmiechem zdobywająca niebezpieczne szczyty


Poznałam Olę na festiwalu podróżniczym „Kolosy”, gdzie odbierała nagrodę im. A. Zawady, nagradzającą ambitne projekty młodych podróżników. Zakwaterowano nas w tym samym pokoju, tak więc rano trochę się zdziwiłam, kiedy mimo wczesnej pory łóżko Oli stało puste. No tak, kiedy inni twardo spali po zakończonej o świcie imprezie integracyjnej, Ola która wcześniej nie wzięła do ust nawet piwa, biegała po lesie, bo przecież w trenowaniu kondycji nie ma taryfy ulgowej. Nie ukrywam: zaimponowała mi!


Zabójcza Pobieda

Mimo różnicy wieku świetnie się z Olą dogadywałyśmy – bądź co bądź obie się wspinamy w tzw. górach wysokich, choć ja rzecz jasna nie dorastam jej do pięt. Niech nie zmyli nas, że Ola ma na koncie „tylko” jeden ośmiotysięcznik (Gasherbrum II, 8035 m). Wbrew powszechnemu mniemaniu nie zawsze najwyższe góry są najtrudniejsze. Ola o innych ośmiotysięcznikach oczywiście myśli, ale mimo że to właśnie na nich najłatwiej zdobyć medialną sławę, póki co wspina się głównie na 7-tysięcznikach, które są nie tylko tańsze, ale i mniej skomercjalizowane, czyli bardziej dziewicze i niebezpieczne. Dość powiedzieć że zdobyła bardzo ceniony w środowisku wspinaczkowym tytuł „Śnieżnej Pantery”, przyznawany tym, którzy zdobyli wszystkie 7-tysięczniki byłego ZSRR.

ola2.jpgTo właśnie jedna z tych gór, Pik Pobiedy (7439 m n.p.m..), dała się Oli najbardziej we znaki. Nie chodzi o wysokość czy trudności techniczne, ale o trudne decyzje jakie trzeba było podejmować. Wysoko, na grani, wspinaczy uwięziło załamanie pogody. W prowizorycznym obozie Ola wraz z dwójką kompanów przetrwała trzy noce, podczas gdy na dole jeden z kolegów chciał już nawet organizować ekipę poszukiwawczą. Szef bazy przekonał go, że to bezsens, bo zaginieni na pewno nie żyją. Na szczęście nie zdążono poinformować rodzin.

W innych ekipach ofiary jednak były. -Schodząc znaleźliśmy jedno ciało, w pobliżu podobno było drugie, potem jeszcze jedna osoba zmarła podczas sprowadzania. To strasznie trudne – chciałbyś ratować gościa, chociaż wiesz, że mu już nie pomożesz. W rezultacie zostawiasz go, bo ratujesz innego, który ma większe szanse. Skończyło się na tym, że chcąc pomóc, sama przeliczyłam się z siłami, tak więc ostatecznie kolega musiał ratować jeszcze mnie. Do tego dochodzi świadomość, że taka akcja ratunkowa to opóźnienie lotu helikoptera, który z plateau nad Obozem I ma zgarnąć wszystkich, także tych, dla których każdy dzień czy godzina oczekiwania oznaczają zagrożenie dla zdrowia i życia. Helikopter czekać nie może, bo jeśli zepsuje się pogoda, w ogóle nie poleci i może zginąć wiele osób. Ostatecznie poza wspomnianymi trzema pechowcami, resztę udało się uratować, ale kilka osób, wśród nich nasz kolega, przypłaciło to utratą palców. Ja też się trochę poodmrażałam, ale to było nic w stosunku do innych – opowiada Ola.


Lina w prezencie

Górskie zamiłowania Ola odziedziczyła po ojcu. -Z Katowic, gdzie się urodziłam i wychowałam, mieliśmy blisko w góry – wspomina. -Ale to były takie rekreacyjne, rodzinne wycieczki, chociaż tata był całkiem dobrym wspinaczem, specjalistą od lodu. A właściwie to nadal nim jest, bo nawet niedawno pojechał z Krzysztofem Wielickim na wyprawę w Karakorum. Chwilę potem moja rozmówczyni dodaje: -Większość książek jakie były w domu, to były książki o górach, w których się zaczytywałam, do tego dochodziły opowieści ojca, przeciwwagę jednak stanowiła mama, tłumacząca  że to nie dla mnie. Trafiłam w góry trochę naokoło – przez Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich, potem jeszcze angażując się w Klub Skialpistyczny Kandahar. Startowałam w zawodach, czasem je wygrywałam, dzięki czemu zaczęłam dostawać sprzęt, no i coraz więcej czasu spędzałam w górach.

ola5.jpgBrat Oli też się wspina, choć raczej rekreacyjnie. –On jest bardziej ustabilizowany. Pracuje jako informatyk, ma żonę, a z tą wspinaczką to odwrotnie niż większość – kiedy inni się statkują, oni dopiero po ślubie zrobili kurs taternicki. Na prezent ślubny dostali ode mnie linę i pojechali w Alpy – opowiada Ola.

Ją tymczasem ciągle gdzieś nosi. Poza tym, że się w górach wspina, tudzież jeździ po nich ekstremalnie na nartach (w skialpinizmie była Mistrzynią Polski), dodatkowo po nich… biega! Jej największym sukcesem w tej dziedzinie jest wygranie prestiżowego „Biegu na Elbrus”, czyli położony na Kaukazie najwyższy szczyt Europy (bo to wcale nie Mt Blanc jest na naszym kontynencie najwyższy!). Trasę rozpoczynającą się z doliny z poziomu 2300 m, na wznoszący się na wysokość 5642 metrów wierzchołek, w 2010 roku Ola pokonała w 5 godzin 5 minut, co przez pewien czas było rekordem. Morderczy to bieg, bo startuje się z ciepłej, zielonej doliny, zaś na górze biegnie się po lodowcu, po śniegu, ze względu na wysokość zmagając się jeszcze z niedostatkiem tlenu. Inni zawodnicy to zwykle zawodowcy od lat uprawiający tak zwany sky-runing (górskie biegi). Ola zajmuje się tym amatorsko, tym bardziej że nie ma w tej dziedzinie żadnych sponsorów.


Ślązaczka z Krakowa

Mama Oli nie jest zachwycona górską pasją córki. Chciałaby, żeby podobnie jak i ona, córka zajęła się karierą naukową. W pewnym stopniu Ola poszła nawet w tym kierunku – skończyła na Uniwersytecie Śląskim wydział socjologii i psychologii, teraz pisze pracę doktorską, której temat związany jest rzecz jasna z górami („Społeczny świat alpinizmu i jego przemiany”).

ola6.jpgPraca na uczelni jednak jej nie pociąga – to góry stały się dla niej pomysłem na życie. Zarabia współprowadząc firmę BluEmu, czyli organizując wyjazdy górskie, szkolenia czy imprezy dla firm. W najbliższym czasie zamierza uruchomić też sklepik internetowy z biżuterią etniczną. –Nie ma być to jednak kolejny India Shop. Chcemy oferować rzeczy unikatowe, często ręcznie robione, w pewnym stopniu artystyczne – podkreśla.

Na razie żyje od wyprawy do wyprawy, z raczej skromnymi finansami. Samochodu nie posiada, mające 30-kilka metrów kwadratowych mieszkanie powinna wyremontować, ale brakuje nie tylko pieniędzy, ale i czasu. –Zresztą ja tam rzadko bywam – kwituje. Mimo że podoba się mężczyznom (Ola tego nie mówi, to już moje spostrzeżenie!), o zakładaniu rodziny na razie nie myśli. Dwa pokoje jakie ma, dzieli z koleżankami, które w czasie jej wyjazdów opiekują się kotami. –W kwietniu przygarnęłam ciężarną kotkę, no i wkrótce miałam na głowie cztery śliczne kociątka – śmieje się.

Mieszka w Krakowie, ale nie czuje się krakowianką. Raczej „Ślązaczką z Krakowa”. Po chwili namysłu jednak prostuje: -Ślązaczką też właściwie nie jestem, tylko tzw. Krojcokiem czyli mieszańcem. Gwarą trochę mówię, ale nie był to język którym posługiwaliśmy się w domu, tak więc każdy Ślązak rozpozna, że to nie moja rodzinna mowa.


Kobiece myślenie

Pytam Olę, z kim woli jeździć na wyprawy – z mężczyznami czy kobietami? (tym bardziej że kilkukrotnie była na wyjazdach w czysto „babskich” zespołach). -Ciężkie pytanie. Niezależnie od płci są osoby z którymi poszłabym w góry i takie, z którymi bym się nie dogadała. Ogólnie prawdą jest, że kobiety mają swój własny system komunikacji, ale te które jeżdżą w góry, a przez to w naturalny sposób obracają się w męskim środowisku, dogadują się podobnie jak i oni, czyli w stylu kawa na ławę. Inaczej mówiąc jeśli ktoś do ola1.jpgkogoś, czy któraś do którejś coś ma, powie to wprost, a nie jak to zwykle kobiety, w jakiś zawoalowany sposób, za plecami. Potem się godzimy i jest okej – mówi Ola.

Nie kryje jednak, że trudno jest znaleźć dobrą partnerkę na wyjazd, bo niewiele dziewczyn wspina się w górach wysokich, chce się męczyć, ryzykować, godzić na wiele wyrzeczeń. Większość kobiet stawia na karierę zawodową (wyprawy bardzo ograniczają możliwości), do tego dochodzi kwestia macierzyństwa. –Ja sama do pewnego czasu zupełnie o tym nie myślałam, chcąc się poświęcić górom. Aż pewnego, strasznego pogodowo  dnia, kiedy schodząc ze szczytu Pobiedy myślałam że już ze mną koniec, zupełnie inaczej spojrzałam na swoje życie. Zaczęłam żałować wcale nie tych gór, na które nie wejdę, tylko tego, że kogoś po sobie nie zostawię. Od tej pory wiem że tak, chciałabym mieć dzieci!


Szczyt to połowa sukcesu, trzeba jeszcze wrócić

Ola ma bardzo ideowe podejście do gór. Zdobywa je bez tlenu, sama nosząc ciężki plecak i rozstawiając obozy, jeśli trzeba w kopnym śniegu torując drogi i poręczując je. Nawet nie chodzi o to, że po prostu nie stać jej na wynajęcie tłumu obsługi i opłatę różnych udogodnień dostępnych w ramach tzw. wypraw komercyjnych, gdzie idzie się „na lekko” i nawet herbaty samemu się nie gotuje. Takie podejście do gór po prostu jej nie interesuje.

W czystym, sportowym stylu zdobywała m.in. Gasherbruma II, czyli swój ośmiotysięcznik. Wybrała się tam w 2011 roku razem z Maszą Khytrykovą, Ukrainką, którą poznała wcześniej na Kaukazie. –Na nizinach różniłyśmy się stylem życia, ale w górach ola-gasz.jpgdogadywałyśmy się dobrze, poza tym Masza była świetna kondycyjnie. Udało się zdobyć szczyt, choć nie było łatwo. W czasie wyprawy Masza obchodziła swoje 21 urodziny. Nikt nie przypuszczał, że ostatnie. Dziewczyna zginęła niedawno na Elbrusie, gdzie pracowała jako przewodniczka.

Śmierć wspinaczkowej partnerki Ola bardzo przeżyła, ale pasji nie porzuciła. Wcześniej wątpliwości czy nie zrezygnować z gór dopadły ją po powrocie z Pobiedy. Ale w górach już tak jest – dają w kość, człowiek sam siebie nie rozumie, po co się tak męczy i ryzykuje, po czym wyrusza się na kolejną wyprawę. Nagrodą jest satysfakcja z osiągnięcia celu, chociaż tam na górze, nie można dać się ponieść emocjom. –Na szczycie jest się krótko, nie ma czasu na radość. Działa się zupełnie instrumentalnie, czyli trzeba wyjąć aparat, co w takich warunkach nie jest proste, zrobić zdjęcia z flagą i dla sponsorów, a potem jak najszybciej schodzić. To właśnie przy zejściu zdarza się najwięcej wypadków. Czas na przemyślenia i gratulacje pojawia się dopiero po szczęśliwym powrocie do bazy – mówi Ola.

Inna sprawa, że nie zawsze wyprawy kończą się sukcesem. Pobiedę udało się Oli zdobyć dopiero za drugim razem. Góry nie dały za wygraną także na ostatnim wyjeździe, latem tego roku, kiedy Ola była członkiem ekipy mającej wchodzić na niezdobyte jeszcze przez Polaków, położone w Pamirze Chińskim szczyty Kongur Shan (7719 m) i Aklangam (7004 m n.p.m.) Na obydwu górach problemem stała się pogoda. Na Kongurze, stanowiącym główny sportowy cel, najtrudniejszy odcinek jednak pokonano – udało się dotrzeć na wysokość 7100 m, co już samo w sobie było dużym sukcesem, zarówno polskim, jak i kobiecym rekordem wysokości na tym szczycie.


Ola na nizinach

ola - narty.jpgSpotykając się z Olą mam wrażenie, że czas między wyprawami jest dla niej okazją do odreagowania tego, co narzucają wyjazdy. Sama wiem, że wysokogórskie wyprawy, nawet te które potem fantastycznie się wspomina i które na zdjęciach wyglądają niczym sympatyczna wycieczka (tym bardziej że zdjęcia robi się raczej przy ładnej pogodzie), to w rzeczywistości raczej masochistyczne przeżycia, bo jak inaczej nazwać sytuację, kiedy jest zimno, często „głodno”, do tego dochodzi stres, przemęczenie i tęsknota do bliskich. No i walka z mało przyjemnymi objawami choroby wysokościowej (ból głowy, wymioty, ogólne osłabienie, apatia), która może przejść w stadium niebezpieczne dla życia (prowadzący do śmierci obrzęk płuc i mózgu). Na dodatek nie ma się jak umyć (-Mój „rekord” to 12 dni – przyznaje Ola), chodzi się i śpi ciągle w tych samych ciuchach.

Ola w Polsce wygląda inaczej niż na wyprawie. Fakt, szpilek i garsonek nie zakłada, ale polary i goretexy zamienia na bardziej eleganckie ciuchy, maluje paznokcie, lubi też lekki, naturalny makijaż. Przypomina beztroską nastolatkę - ciągle się śmieje, lubi dużo mówić. Jest towarzyska, chociaż nie jest typem imprezowiczki. Preferuje aktywne spędzanie czasu – często biega, jeździ na rowerze. Telewizji nie ogląda, zresztą nie posiada telewizora, raczej słucha muzyki. Różnej – głównie rockowej, choć nie bardzo ostrej. Często wyszukuje ciekawe „kawałki” w Internecie; aktualnie jest na fali zainteresowania rockiem… pakistańskim.


Zdjęcie? Lepiej nie!

ola-chan.jpgTo co uderza od Oli, to radość życia. Wiele osób nie rozumie tego co robi – dla nich ludzie gór to samobójcy, niepotrzebni ryzykanci. Fakt, ryzyko jest, każdy kto się wspina musi je kalkulować. –Jeśli chodzi o testament – Ola odgaduje o co niezręcznie mi zapytać – to nie, nie mam go spisanego, choć różne piny do swojego konta na wszelki wypadek rodzinie udostępniłam. Przyznaje jednak, że choć nie jest zabobonna, górskich zwyczajów przestrzega. Po co kusić los? Na przykład nie robi zbiorowego zdjęcia wyprawowej ekipy przed zdobyciem szczytu.

Mimo ryzyka góry to dla Oli napęd do działania, a styl życia jaki prowadzi, daje jej spełnienie i poczucie szczęścia. Nie jest typem „podróżnika-zaliczacza”. Ma swoje ulubione miejsca, w które lubi wracać. Najbardziej pociąga ją postsowiecka Azja, zwłaszcza Kirgistan, w którym czuje się jak w domu. -Byłam tam sześć razy i na pewno jeszcze tyle razy wrócę! – twierdzi. Póki co ma przed sobą jednak konkretny, poważny cel: w ramach wspomnianej na początku nagrody im. A. Zawady dostała grant na zimową wyprawę na najwyższą górę Afganistanu – Noshaq (7690 m). Zimowe wspinanie to już naprawdę wysoka poprzeczka. Wyrusza tam w końcu grudnia.  Oby jej się udało!



ALEKSANDRA DZIK
– ur. 1982. Jej wspinaczki w tzw. górach wysokich zostały docenione przyznaniem wielu prestiżowych nagród, m.in. Nagrodą im. Andrzeja Zawady, wyróżnieniem w ramach „Kolosów 2010” w dziedzinie Alpinizm, Nagrodą Rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego za wybitne osiągnięcia sportowe, nominowaniem do wspinaczkowej „Jedynki” oraz do „Travelerów National Geographic”. Prywatna strona Oli: www.ola-dzik.pl

Back to top