Nad Słodką Rzeką
Odsłony: 5601

GWATEMALA

Do Livingston, gwatemalskiego miasteczka na wybrzeżu Atlantyku, nie da się dojechać samochodem. Po prostu nie prowadzą do niego żadne drogi. Można jedynie dopłynąć.

 

Przed laty był to główny atlantycki port Gwatemali (więcej portów ma ten kraj z drugiej strony, nad Oceanem Spokojnym). Potem obsługę statków przejęło położone 20 km dalej Puerto Barrios, zostawiając Livingston rolę prowincjonalnego miasteczka. Jakoś sobie poradziło - żyje z turystów, dla których ta niewielka nadmorska miejscowość stanowi istny koniec świata, miejsce gdzie można odpocząć po trudach podróży i przy okazji poczuć atmosferę bliskich stąd Karaibów.


Coco Loco z Garifunas!

riodulce- krokodyl.jpgCentrum Livingston to niewielki porcik, a przy nim plac z betonowym basenem dla kilku zaspanych krokodyli. -Takie właśnie żyją w tutejszej rzece. Czy zjadają ludzi? No pewnie! Ale my wiemy gdzie się bezpiecznie kąpać… - życzliwie informują miejscowi.

Od portu, lekko pod górę, prowadzi główna ulica ze sklepami i knajpkami. Samochodów jest tu niewiele – są potrzebne do transportu w obrębie miasteczka, ale dalej wyjechać już się nimi nie da, mimo że to przecież nie wyspa. Powód jest prosty: nie ma dróg, a to ze względu na zbyt gęstą i do tego bagnistą dżunglę.

Na szczęście dżunglę przecina Słodka Rzeka (po hiszpańsku jej nazwa brzmi bardziej romantycznie: Rio Dulce), która w Livingston uchodzi do oceanu. To właśnie owa Rio stanowi główną arterię komunikacyjną, po której kursują łodzie przewożące ludzi i zaopatrzenie.

riodulce -garifunas.jpgSzczerze mówiąc Livingston to najmniej "gwatemalska" miejscowość w całej Gwatemali! Wśród około 10 tysięcy mieszkańców w przeciwieństwie do innych rejonów kraju, nie ma zbyt wielu Indian, a ci którzy są, i tak nie noszą swoich tradycyjnych strojów, w tropikalnym upale zamieniając wełniane poncza na t-shirty. Większość lokalesów to czarnoskóra ludność, kojarząca się bardziej z Afryką niż z Ameryką Łacińską. Ich przodkami byli  niewolnicy pracujący na karaibskich plantacjach. Z dumą sami siebie nazywają Garifunas, a choć rzecz jasna posługują się urzędowym w Gwatemali hiszpańskim, między sobą chętniej używają własnego języka będącego miksem zwrotów afrykańskich, karaibskich i francuskich. Sporo z nich zna jednak angielski. To zasługa nie tylko turystów, ale także sąsiedztwa Belize – państwa, w którym ze względu na dawne uzależnienie od Korony Brytyjskiej, angielski jest językiem urzędowym.

riodulce- livingstone-ulica.jpgNie da się zaprzeczyć, że Livingston to prawdziwa „dziura”, choć taka bardzo sympatyczna. „Metropolię” można obejść w kwadrans, wszyscy się tu znają, życzliwie pozdrawiają, nikt się nie spieszy, bo nie ma po co. Ulubione zajęcie miejscowych to leżenie w hamaku, najlepiej przez większą część dnia, a wieczorem kiedy nie jest już tak gorąco – spotkania ze znajomymi w pubie. Garifunas uwielbiają się bawić, a muzykę mają we krwi. Swoją drogą w miarę popijania Coco Loco – popularnego tutaj drinka na bazie wszechobecnych kokosów, czuję że i na mnie działają tutejsze rytmy. Mam wrażenie, że miejscowi mogą grać na wszystkim – sztukę improwizacji (nie tylko w muzyce) opanowali do perfekcji. W lokalnym muzeum można zobaczyć ich tradycyjne instrumenty – m.in. wykonane ze skorupy żółwia.

Do muzeum, swoją drogą całkiem ciekawego, jednak rzadko kto zagląda, bo turystów mimo wszystko nie ma tu za wielu. Docierają tylko ci, którzy bardzo tego chcą – na ogół indywidualnie podróżujący plecakowicze i ewentualnie żeglarze. Opcje dotarcia są dwie –  prując morskie fale z sąsiedniego Puerto Barrios albo z miasta nazywającego się tak samo jak rzeka którą się przypływa - Rio Dulce. Każdy obcy jest błyskawicznie „namierzany” – zaraz po zejściu z łodzi znajdują się chętni do „opieki”, załatwienia noclegu, zaprowadzenia do sklepu. Oczywiście jak to w Gwatemali, nie ma nic za darmo…

riodulce-plakat.jpgA co w ogóle możemy robić w Livingston? Na przykład pójść na plażę, połowić ryby, w miejscowym biurze wykupić wycieczkę do dżungli albo drogi rejs morskim katamaranem. Można też bez celu pochodzić po miasteczku i poobserwować ludzi. Panom na pewno spodobają się tutejsze dziewczyny – nie brak  zgrabnych mulatek, które spokojnie mogłyby startować w castingach dla modelek. Panowie też są do rzeczy – smukli, wysportowani. Większość z nich to fani koszykówki lub piłki nożnej – w gwatemalskiej lidze gra zresztą kilku piłkarzy wywodzących się z Livingston.

A skąd w ogóle nazwa miasteczka? Nadano ją na cześć Edwarda Livingstona, amerykańskiego prawnika i polityka z przełomu XVIII i XIX wieku, który opracował zbiór praw dla rządu Zjednoczonych Prowincji Ameryki Środkowej.

 

Dla miłośników przyrody

riodulce-kormorany.jpgNajwiększą atrakcją związaną z Livingston jest rejs po Rio Dulce. Można płynąć własnym jachtem, albo skorzystać z łodzi - wynajętej lub "rozkładowej" (tak zwane colectivo lanchas). Po drodze przystaje się przy gorących źródłach i ogląda wioskę, w której Indianie wytwarzają oferowane potem na sprzedaż rękodzieło. Najciekawsza jest jednak przyroda. Przy odrobinie szczęścia mamy szansę zobaczyć delfiny słodkowodne, a także mające nawet tonę wagi manaty – niezwykłe, żyjące w wodzie ssaki przez zoologów zakwalifikowane do rzędu syren. Pewnie trafimy również na krokodyle, być może – tapiry (te przypominające świnie zwierzaki całkiem dobrze pływają), no i zapewne nie zawiodą nas małpy (najpopularniejsze w tym rejonie są spider monkeys, których polska nazwa to nie wynikająca wcale z tłumaczenia „małpa-pająk” lecz… czepiak brązowy!). Na sto procent mamy też zagwarantowane mnóstwo ptaków – tutejszy teren przyciąga maniaków tzw. birdwatching`u. Są też miejsca gdzie łódź będzie przecinała niezwykłe dywany lilii wodnych, albo płynęła wzdłuż gąszczy mangrowców. riodulce-zamek filipa.jpg

Sygnałem, że dopływamy do cywilizacji jest most, po którym przebiega ruchliwa droga w kierunku Tikal – światowej sławy ruin dawnego miasta Majów. Miasto Rio Dulce jest tuż przy moście, ale warto popłynąć jeszcze dalej, przez zaczynające się w tym miejscu Lago de Izabel, największe jezioro Gwatemali. Mniej więcej 3 km od mostu (można dojść na piechotę) znajduje się zrekonstruowany El Castillo de San Felipe, czyli wybudowany w 1652 roku zamek, mający dawniej bronić przed piratami zarówno lokalną ludność, jak i wędrujących przez te okolice kupców. Siła rażenia zamkowych armat musiała być spora, bowiem w wodach jeziora namierzono kilka wraków statków. Z drugiej strony wiadomo też, że w 1686 roku piratom z Karaibów (bo karaibscy przybysze rzeczywiście wpływali na jezioro w ramach „gościnnych rajdów”), udało się fortecę zdobyć. Co zrobili z biednymi żołnierzami źródła milczą, ale zamkowe mury przy tej okazji mocno nadwątlili. Teraz okolice zamku to jedno z ulubionych miejsc lokalesów na towarzyskie grillowanie. To również dobra okazja na zbratanie się z Gwatemalczykami, bo jak wiadomo – na całym świecie „grill zbliża!”.

 

Informacje praktyczne (2010 r.)

riodulce-lodzie.jpgWizy: Wybierając się do Gwatemali nie potrzebujemy wiz.

Waluta: quetzale (1 euro =  10 Q, 1 Q = 0,40 zł).

Przykładowe ceny:
łódź z Puerto Barrios do Livingston – 40 Q, turystyczny rejs z Livingstone do Rio Dulce – 12 euro, noclegi – od ok. 5 euro.

Pozycja geograficzna
Livingstone: 15°49'48”N 88°45'00”W.

Back to top