U Majów spod wulkanów
Odsłony: 5438

GWATEMALA

Na wielkim kamieniu leżą kacze dzioby, obok wyryto  tajemnicze znaki. Ubrana kolorowo Indianka rozpala małe ognisko – to szamanka, która przy pomocy dymu komunikuje się z bogami.

Mieszkający w Gwatemali potomkowie Majów, to oficjalnie katolicy. W praktyce wielu z nich wyznaje tradycyjne wierzenia – w niedzielny poranek idą do kościoła, a zaraz potem składają ofiary ku czci pogańskich bogów. Ofiary mogą być różne – poza kaczkami i kurami także puszki coca-coli, papierosy, czy butelki z jakimś trunkiem, przeważnie lokalnym bimbrem z trzciny cukrowej. Niech nas nie zmylą ułożone na ziemi krzyże, nie mają one nic wspólnego z chrześcijaństwem, po prostu pokazują strony świata. W mitologii Majów są jeszcze dodatkowe dwa kierunki - do czterech podstawowych dochodzi niebo i wnętrze ziemi.

gwatemala99.jpgSpecjalnym kultem cieszy się wśród mieszkających w górach Indian Maximon. Jego akurat dawni Majowie nie znali - figurki wąsatego mężczyzny w czarnym garniturze, mało tego - pod krawatem, a do tego w czarnym kapeluszu i z cygarem w ustach, zyskały lokalnych sympatyków w XX wieku. Postawione w kapliczkach, których duchowni katoliccy nie akceptują, przyciągają licznych wiernych. Większość z nich przy okazji modlitwy zapala świece o symbolizujących różne pragnienia kolorach. Zielony jest na zdrowie, czerwony na miłość, niebieski na pieniądze i powodzenie w biznesie… Sporo jest też czarnych świec, których zadaniem jest delikatnie mówiąc - unieszkodliwić wroga. Albo konkretniej: sprowadzić śmierć!



Kolorowa bieda

 Potomkowie Majów stanowią około 55 procent z 12-milionowego społeczeństwa Gwatemali. Łatwo ich rozpoznać – mają indiańskie rysy, noszą barwne ubrania, a choć urzędowym językiem jest hiszpański, chętniej posługują się własnymi dialektami (w Gwatemali w powszechnym użyciu są 23 indiańskie dialekty).

Miejscem spotkań Indian z różnych górskich wiosek są targi. Największy z nich odbywa się w każdą niedzielą w Chichicastenango (w skrócie mówi się po prostu „czi-czi”). Tu dopiero jest kolorowo! Gwatemala to kraj zaliczany do grona najbiedniejszych, ale dzięki miejscowemu zamiłowaniu do kolorów, nie ma tutaj typowej dla biedy szarości. Po wzorach noszonych tkanin od razu widać, kto z jakiego regionu pochodzi. A co do kolorów to w Gwatemali nawet zwykła kukurydza tworzy paletę barw - ma odmiany białe, żółte, czerwone, fioletowe, a nawet czarne.

gwatemala31.jpgTurystów na targu interesują zwykle kolorowe tkaniny i kapelusze, czyli jak mówią miejscowi: sombrerra, no i maski symbolizujące indiańskie bóstwa. –To kondor, ale seniorita, lepiej weź jaguara – zachęca miłe dziewczę z dzieckiem na plecach. Jaguar to jakoby siła i władza, odpowiednik lwa z innych rejonów świata. Maskę owszem, kupuję, ale negocjuję jeszcze zgodę na darmowe zdjęcie noszonego w chuście malucha (w Gwatemali Indianie za zdjęcia zwykle żądają zapłaty).

W trakcie spaceru po obrzeżach miasteczka, przekonuję się, że kolorowo jest tu nawet na cmentarzach! I nie ze względu na kwiaty, bo tych prawie nie ma. Tutejsze groby przypominają małe domki, przy czym każdy jest inny. Przy jednej uliczce, po sąsiedzku, stoją  żółty, czerwony, zielony, różowy – wszystkie odcienie tęczy. Równie barwne są też lokalne autobusy, przerobione z wycofanych z użytku amerykańskich autobusów szkolnych. Mam wrażenie, że każdy z kierowców stara się, aby jego pojazd był jak najbardziej widoczny. Po pomalowaniu  i obwieszeniu kiczowatymi ozdóbkami, jeżdżą takie cuda po gwatemalskich drogach, zupełnie nie zważając na przepaście i zakręty. Mówi się o nich chickenbusy, bo kurczaki (ang. chicken) rzeczywiście stanowią częsty ładunek wożony na kolanach pasażerów, tudzież pod ich nogami. Inna wersja pochodzenia nazwy chickenbus mówi, że to od ściśniętych niczym kurczaki pasażerów. Fakt, normą jest że na dwóch miejscach siedzą trzy dorosłe osoby, z dzieckiem na kolanach plus bagażami. Poza dalekimi od komfortu warunkami jazdy, chickenbusy są wolne i głośne, bowiem nawet jeśli chwilowo nie ma w nich obnośnych sprzedawców zachwalających swoje towary, gra odkręcona na cały regulator muzyka. Z drugiej strony to bardzo tani środek transportu, zaś największy jego plus to niezapomniana dawka lokalnego folkloru.



Śmierć za zwycięstwo


gwat-tikal1.jpgTrudno odwiedzając kraj potomków Majów nie obejrzeć tego, co zostało po potężnej cywilizacji jaka panowała na tych terenach od mniej więcej III wieku n.e., aż do pojawienia się w XVI wieku hiszpańskich konkwistadorów. Największy kompleks ruin dawnej metropolii Majów stanowi wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO Tikal. Kiedyś było to tętniące życiem miasto – na początku VII wieku liczba jego mieszkańców doszła do 80 tysięcy! Największy szacunek wzbudzają mające wygląd kamiennych piramid świątynie - najwyższa z nich, mierząca 65 metrów wysokości, została zbudowana w V wieku n.e. Jednak jeszcze większe wrażenie robią na mnie ukryte w dżungli ruiny innego starożytnego miasta Majów – Ceibal. Znacznie trudniej tam dotrzeć, bo jedyna arteria komunikacyjna to pełna krokodyli rzeka, którą przez dwie godziny przemierza się łodzią, potem zaś trzeba przedzierać się przez gąszcz zarośli.

–To pozostałość obserwatorium astronomicznego z IX wieku… - pokazuje mi młody Indianin, który jest moim przewodnikiem. –A to boisko do gry zwanej pelota. Chodzi o rytualną grę dawnych Majów, w trakcie której trzyosobowe zespoły odbijały  gumową piłkę, starając się, by ta nie upadła na ziemię. Żeby nie było za łatwo, nie można było używać ani rąk, ani stop, jedynie resztę ciała plus głowę. Zwycięzców w nagrodę... zabijano i składano w ofierze bogom.

Przewodnik wyjaśnia też, dlaczego zagubione w dżungli miasto Majów nazywa się Ceibal. To w nawiązaniu do narodowych drzew Gwatemali, zwanych ceiba, których w tej okolicy rośnie wyjątkowo wiele. Dawniej Majowie uważali je za święte, twierdząc że łączą wszystkie światy: korzenie miały mieć kontakt ze światem umarłych, wysoki, smukły pień symbolizował teraźniejszość, zaś rozłożystą koronę traktowano jako komunikator z niebem. Poza tym po ceibach Majowie rozpoznawali, że gdzieś niedaleko musi być woda.


Dymiące stożki

gwat-antigulalukwww.jpgZ przesiąkniętej wilgocią dżungli wracam na przyjemnie chłodne tereny górskie, do najładniejszego gwatemalskiego miasteczka jakim jest Antigua Guatemala. Złożone z a jakże, kolorowych domów miasteczko, do tej pory zachowało swój kolonialny charakter. To zresztą kolejne miejsce w Gwatemali wpisane na Listę UNESCO. Klucząc w labiryncie wąskich uliczek co i rusz trafia się na eleganckie pałace (obecnie to na ogół hotele), kolonialne kościoły i wiekowe klasztory.

Ale urok Antiguy to także jej położenie. Nad miastem dominują wulkany: spokojna, nieczynna Aqua (Woda) i dla odmiany wyjątkowo aktywny Fuego (Ogień). Ten drugi ciągle o sobie przypomina – w niektóre noce można zobaczyć wysypujące się z krateru iskry, zaś w dzień – pióropusz czarnego dymu. Dla turystów największy magnes stanowi położony nieco dalej wulkan Pacaya, na którym na wysokości około 2800 m można podejść do czerwonej wstęgi wypływającej z krateru lawy. Oczywiście na tego typu wycieczki zezwala się jedynie w momencie kiedy jest bezpiecznie. W maju ubiegłego roku wulkan się przebudził, zmuszając do ewakuacji tysiące ludzi.

gwat-lagowww.jpgNajładniejszy widok z wulkanami w tle to jednak bez zwątpienia Lago de Atitlan – wysokogórskie jezioro, w którego spokojnej tafli odbijają się sięgające 3,5 tysięcy metrów stożki. W rozrzuconych nad brzegami wioskach, do których często nie doprowadzono nawet dostępnych dla samochodów dróg, mieszkają wcale nietęskniący za cywilizacją współcześni Majowie. Niektórzy z nich do tej pory wierzą, że jak przekazali im przodkowie, ludzie zostali stworzeni z… kukurydzy. Również i tutaj, w miasteczku Santiago Atitlan, trafiam na kaplicę Maximona. Dziwnie wygląda naturalnej wielkości figura owego indiańskiego „świętego” z cygarem w ustach, z postawioną u nóg flaszką wódki, w towarzystwie kostuchy i dalej – Jana Chrzciciela oraz Matki Boskiej ubranej w typowy indiański strój. –To dla nas bardzo ważne miejsce. Nasi szamani przychodzą tu uzdrawiać i wyganiać złe duchy – mówią miejscowi. Na wszelki wypadek mówię, że jestem zdrowa. –Ale błogosławieństwo na szczęśliwą podróż, na pewno ci się przyda – słyszę.




WARTO WIEDZIEĆ:


TORTILLE I FRIJOLES

Podstawą diety Gwatemalczyków jest potrawa zwana frijoles (czytaj: fricholes), czyli papka z gotowanej brązowej fasoli. Złośliwi twierdzą, że „wygląda jak kupa, i tak smakuje”, ale nie jest tak źle. Po prostu albo się frijoles lubi, albo nie. Kto lubi, w każdej lokalnej knajpce może zamówić ten specjał (sam lub z jajkiem), na śniadanie, obiad i kolację. Dodatkiem do frijoles, ale nie tylko, bo praktycznie do wszystkiego, są tortille, czyli naleśnikowate,  robione ręcznie placki, w zależności od rodzaju mąki czarne albo białe.

KIEDY JECHAĆ / KWIATOWE DYWANY
Najlepszy jest okres pory suchej, która wypada od grudnia do kwietnia. Dodatkowo dobrze jest wybrać taki termin, kiedy odbywają się jakieś święta religijne. Szczególnie barwny jest poprzedzający Wielkanoc Wielki Tydzień, kiedy w Ciudad de Guatemala (stolica) oraz w sąsiedniej Antigle organizuje się procesje przechodzące po układanych na ulicach dywanach z kwiatów.

gwat-szkolawww.jpgSZKOŁY JĘZYKOWE
Pobyt w Gwatemali warto połączyć z nauką hiszpańskiego. Kraj ten, a zwłaszcza miasteczko Antigua Guatemala, słynie z tanich, a przy tym dobrych szkół językowych, w których za 20 godzin zajęć tygodniowo (indywidualnie, sam na sam z nauczycielem) zapłacimy ok. 130-150 dolarów, zaś za dodatkowe 90 dol. będziemy mieli zakwaterowanie przy lokalnej rodzinie i wyżywienie. Informacje o typowej gwatemalskiej szkole: www.ixchelschool.com

BEZPIECZEŃSTWO czyli BĄDŹ CZUJNY

Bezpieczeństwo to niestety słaba strona Gwatemali. Jeśli jednak będziemy słuchać miejscowych, życzliwie ostrzegających, w które rejony się lepiej nie zapuszczać (zwłaszcza samotnie i po nocy), jak również nie będziemy obnosić się z biżuterią czy sprzętem elektronicznym (nie chodzi tylko o aparaty fotograficzne, ale także o odtwarzacze MP3 czy telefony komórkowe), nie powinniśmy mieć problemów. Na wszelki wypadek nadmiar pieniędzy i dokumenty lepiej zostawić w hotelowym sejfie lub innym bezpiecznym miejscu.

CO SIĘ PIJE?
W upalne dni nie ma to jak zimne piwo. Najpopularniejszym jego gatunkiem jest w Gwatemali tanie, lokalnie produkowane „Gallo” czyli „kogut” (rzeczywiście na etykietce widnieje kogut). Dla tych, którzy wolą napoje bezalkoholowe, alternatywą są m.in. wyciskane ze świeżych owoców soki, a z gorących napojów – kawa. Co do kawy, to najlepiej spróbować tej z miejscowych plantacji (niektóre z nich można zwiedzać).

WWW czyli GWATEMALA W SIECI

Doskonałym źródłem informacji na temat Gwatemali jest anglojęzyczna strona http://www.guatemalaweb.com/

Back to top