U kuzynów z rwandyjskiej dżungli
Odsłony: 5688

 

goryl1.jpgRWANDA


Po dwóch godzinach przedzierania się przez gęsty, równikowy las, jeden z  naszych tropicieli daje znak. Są!!! Na rozległej polanie pośród bambusowych zarośli wyleguje się goryla rodzina. –Pamiętajcie, nie podchodźcie bliżej niż na siedem metrów – przypomina przewodnik. Nie chodzi nawet o to, że goryle mogłyby zrobić nam krzywdę, raczej o to, byśmy nie zarazili ich ludzkimi chorobami.



Goryle są dla Rwandy przysłowiową żyłą złota – to głównie dla nich turyści przyjeżdżają do tego zakątka Afryki. Nic dziwnego, że wizerunek największych naczelnych małp jest niemal wszędzie – na monetach, opakowaniach rwandyjskiej herbaty, przydrożnych billboardach, no i w każdym sklepie z pamiątkami. Najważniejsze są jednak te prawdziwe, żywe, czyli zagrożone wyginięciem goryle górskie, zamieszkujące zbocza wulkanów masywu Wirunga.

Konieczność męczącego przedzierania się przez dżunglę plus 500 dolarów jakie trzeba zapłacić od osoby za godzinne spotkanie ze zwierzakami, nie zniechęca licznie przyjeżdżających turystów. Niektórzy „gorilla trekking” rezerwują z nawet rocznym wyprzedzeniem! Jest to uzasadnione, bowiem w trosce o spokój goryli, każdego dnia do jednego stada, dopuszczanych jest nie więcej, niż 8 osób.

Goryl też ma imię

 

goryl6.jpgPrzygodę z gorylami zaczynamy wcześnie rano. Po zameldowaniu się w biurze Parku Narodowego Wulkanów, Felix, nasz przewodnik, objaśnia plan wyprawy. -Pójdziemy do rodziny goryli zwanej Amahoro – mówi. W obowiązującym w Rwandzie języku kinyarwanda „amahoro” znaczy „pokój”. Co jak co, ale w kraju w którym w 1994 roku w wyniku walk międzyplemiennych w ciągu trzech miesięcy bojówki Hutu wymordowały około miliona Tutsi, słowo to ma szczególny wydźwięk.

W sumie w okolicznych górach żyje 14 gorylich rodzin. Trudno powiedzieć jakie mają „obywatelstwo” – góry podzielone są między Rwandę, Ugandę i Demokratyczną Republikę Konga, a zwierzaki nie respektują granic. W przeprowadzonym w 2008 roku spisie, doliczono się ok. 380 osobników, jeśli zaś doliczyć kolejne 320 które zamieszkują niedaleki, choć nieco z boku położony ugandyjski Bwindi National Park, wychodzi, że mamy na świecie zaledwie 700 goryli górskich.

W Rwandzie każdy goryl ma swoje imię. W „naszej”, czyli odwiedzonej przez nas rodzinie, jest ich 18. Najważniejszy samiec to Ubumwe, ale są też m.in. Mizero, Muhabura, Bushorkoro i najmłodszy – zaledwie kilkutygodniowy Kalisimbi. Co roku, w czerwcu, odbywa się Kwita Izina, czyli uroczystość nadawania imion nowonarodzonym gorylątkom. Teraz zrobiono z tego już ogólnonarodowe święto, na które przyjeżdżają sławne osobistości, jak np. Książę Albert z Monako czy celebryci w stylu znanej z licznych filmów aktorki Natalie Nortman.

Zakaz kichania


goryl3.jpgSpotkanie z gorylami to wielogodzinna i dość trudna wyprawa. Najpierw czeka nas 40 minut jazdy po wybojach, na których co i rusz przywalamy głowami o dach naszego terenowego samochodu. –Afrykański masaż – śmieje się kierowca.
 
W wiosce złożonej z ulepionych z gliny chatek, droga się kończy. Pytamy Felixa, jak długo będziemy szli. –Może godzinę, może cztery… - pada odpowiedź. No tak, w końcu nie przyszliśmy do zoo, tylko do dżungli, tropić dzikie goryle, które swoje nazwane „gniazdami” legowiska budują codziennie w innym miejscu. –A może być tak, że w ogóle ich nie zobaczymy? – ktoś zasiewa ziarno obawy. Nie, takie sytuacje się nie zdarzają, bowiem w lesie są tzw. tropiciele, których zadaniem jest śledzenie zwierzaków i drogą radiową przekazywanie przewodnikowi informacji, dokąd ma prowadzić turystów.

Początkowo idziemy przez pola obsadzone… rumiankiem. Te uprawy to jedno z podstawowych źródeł dochodów tutejszej ludności. Towarzyszą nam miejscowe dzieciaki próbujące sprzedać własnoręcznie namalowane rysunki z gorylami.

W końcu jednak wchodzimy w las, a raczej w tropikalną dżunglę. Ścieżka pnie się stromo do góry, ślizgamy się na pokrywającym ją błocie. Mamy obstawę strażników z kałasznikowami – to na wypadek gdyby zaatakowały nas żyjące w dolnych partiach niebezpieczne górskie słonie, albo bawoły.

goryl7.jpgWchodzimy pod górę w ciszy którą przerywają krzyki spłoszonych ptaków i nasze sapanie. Idzie się coraz trudniej, bo i wysokość jest niebagatelna – prawie 2900 m n.p.m. W Europie na takim poziomie są już tylko gołe skały i ewentualnie lodowce, tutaj – zielony gąszcz i bambusowe zarośla.
 
W ramach odpoczynku Felix przypomina nam zasady zachowania się przy gorylach. Nie powinniśmy podchodzić do nich bliżej niż na 7 metrów, nie wolno głośno rozmawiać, jeść, pić, ani pokazywać w ich kierunku palcem (mogą pomyśleć, że chcemy rzucić kamieniem). Jeśli ktoś musi kichnąć lub zakasłać, ma się odwrócić, by nie rozsiewać zarazków mogących gorylom zaszkodzić. Robić zdjęcia można do woli, ale bez lampy błyskowej.

 

Nieudany seks

 

goryl4.jpgGoryla rodzina jakby na nas czekała. Najpierw zauważamy czarną, futrzaną kulę wciśniętą między gałęzie drzewa. Przedstawiciel naczelnych nie zwraca na nas uwagi – zachowuje się niczym zblazowany aktor przyzwyczajony do dwunogich paparazzich.
Przedzierając się przez krzaki podchodzimy do polanki, na której rozlokowała się reszta kończącego śniadanie stadka. Jak przystało na wegetarian, ich dieta to przede wszystkim bambusy, różne kwiaty, korzenie, czasem kora eukaliptusów czy owoce górskiej papai. Jedzą sporo, bo odpowiednik 15 % swojej wagi, co w przypadku ważącego 200 kg samca oznacza 30 kilogramów różnego rodzaju zielska!

Nie możemy oderwać od goryli oczu! Trudno sobie uzmysłowić, jak można było zabijać te fantastyczne zwierzaki, tylko po to, aby np. wykorzystać ich łapy jako… popielniczkę (swego czasu była moda na tego typu afrykańskie „pamiątki”). Teraz kłusownictwa praktycznie już nie ma, chociaż 3 lata temu głośno było o znalezionych po kongijskiej stronie czterech osobnikach, zabitych strzałami w tył głowy. Śledztwo w tej sprawie wciąż trwa, przy czym w tym akurat przypadku chodziło prawdopodobnie o porwanie nieodnalezionego młodego gorylątka stanowiącego cenny okaz do prywatnych menażerii.

Najbardziej urocze są maluchy. Jeden z nich wyraźnie chce się z nami zaprzyjaźnić, ale kiedy podchodzi na jakieś 2-3 metry, strażnik stanowczym gestem każe mu wrócić do matki. Gorylątko jest niepocieszone, ale się słucha. Scenka mocno nas rozbawia, jednak kilka minut później już nie jest nam do śmiechu. Adrenalina skacze, bo wstaje i idzie prosto na nas tzw. srebrnogrzbiety – dominujący samiec z grzbietem przyprószonym goryl5.jpgsiwizną. Już sama jego postura i waga wzbudza respekt! Goryl jest coraz bliżej, powodując wśród nas lekką panikę, ale przewodnik panuje nad sytuacją. –Spokojnie, on wam nic nie zrobi! Wycofujcie się powoli, bez gwałtownych ruchów – kieruje.

Samiec rzeczywiście nie ma złych zamiarów – po prostu upatrzył sobie wydeptaną przez nas trawę jako idealne miejsce do drzemki. Ledwo się kładzie, przychodzi też samica wyraźnie mająca ochotę na bardziej intymne kontakty. Niestety, samiec jest nieczuły na zaloty – żałujemy, bo liczyliśmy na ciekawe zdjęcia. –Czasem bywa też odwrotnie - samica nie ma ochoty na seks. Kiedy on nie zrozumie, że „boli ją głowa”, może dostać od niej po pysku – opowiada Felix. Przy okazji zdradza też, że co jak co, ale zbyt okazałym przyrodzeniem goryl nie może się pochwalić. Wielkość ludzkiego palca wskazującego to jak na potężnego samca rzeczywiście niezbyt imponująco.

 

Na wieczność wśród goryli

 

gorylek.jpgGodzina, jaką mamy na wizytę u goryli mija wyjątkowo szybko. Żal nam odchodzić. Teraz już w pełni rozumiem rozsławioną książką i filmem „Goryle we mgle” Dian Fossey - amerykańską prymatolog (badaczkę naczelnych), którą tak pochłonęły obserwacje goryli. Dzielna i ambitna kobieta prowadziła swoje badania właśnie na tym terenie. Zamordowana w niewyjaśnionych okolicznościach w 1985 roku, w swoim obozie, została pochowana koło grobów goryli zabitych przez kłusowników. Żałuję, że nie mam czasu (i pieniędzy, bo trzeba zapłacić za to kilkadziesiąt dolarów), aby wybrać się na kilkugodzinną wycieczkę do tego miejsca. To w dużej mierze dzięki Fossey goryle nie wyginęły i od pewnego czasu z roku na rok jest ich coraz więcej.

 

 

Informacje praktyczne (ze stycznia 2010 r.)

Podróż: Do stolicy Rwandy – Kigali, można dolecieć KLMem albo liniami Brussels Airlines. Bilet kosztuje ok. 4200-4500 zł.

Wiza: Najpierw trzeba załatwić promesę wizy - najlepiej wypełniając elektroniczny wniosek zamieszczony na stronie internetowej Generalnego Dyrektoriatu Imigracji i Emigracji Rwandy (http://www.migration.gov.rw , zakładka „Services/Visa”, albo klikając tutaj ). Otrzymany druk pokazujemy na granicy i już bez żadnych problemów po zapłaceniu 60 dolarów, wbija nam się do paszportu właściwy stempel wjazdowy. Zdjęcia nie są potrzebne.

Waluta: Frank rwandyjski. 1 USD = 568 RWF, 1000 RWF = ok. 5 zł. Praktycznie niemożliwe jest płacenie banknotami wyemitowanymi przed 2001 rokiem – można je wymienić tylko w nielicznych bankach, z 10 procentową stratą.

Załatwienie trekingu z gorylami: Treking plus godzina przebywania z gorylami (dłużej i tak nie można) to koszt 500 dol. od osoby. Najwygodniej jest kupić od razu cały pakiet świadczeń (zezwolenie, transport, zakwaterowanie) w którymś z miejscowych biur podróży, albo załatwić sobie wycieczkę z Polski. Zezwolenie (tzw. permit) można wykupić również na miejscu, w biurze parku narodowego, ale w niektórych okresach może być z tym problem ze względu na wyczerpane limity wstępu do parku.

Wyprawy z Polski:
Wycieczki mające w programie obserwowanie goryli organizuje Logos Travel (tel. 061-843 30 16, http://www.wyprawy.pl ).

Kiedy jechać:
Trekingi do goryli organizowane są przez okrągły rok. Najbardziej suche miesiące to czas od lipca do września, najbardziej mokre – od lipca do maja.

Zdrowie: Przy wjeździe do Rwandy wymagane jest szczepienie przeciwko żółtej febrze; warto też stosować leki antymalaryczne.

Informacje w internecie: http://www.rwandatourism.com/primate.htm

Back to top