Bunt na wysokości
Hits: 9758

CHOROBA WYSOKOŚCIOWA - ODPOWIEDZI FACHOWCA

Doskonała technika wspinania  i wypracowana kondycja to dopiero połowa sukcesu na wyprawach w tak zwanych górach wysokich. Można być super przygotowanym i szczytu nie zdobyć, bo nasz organizm najnormalniej w świecie się zbuntuje. Jak mu pomóc z aklimatyzacją, podpowiada Robert Szymczak, doktor nauk medycznych specjalizujący się w medycynie górskiej, równocześnie doświadczony wspinacz, zdobywca trzech ośmiotysięczników (Nanga Parbat, Dhaulagiri i Mount Everest).

 


- Podstawowy problem w górach to brak aklimatyzacji, który powoduje chorobę wysokościową czy też, jak wolą inni,  (wysoko)górską, bo obie nazwy są stosowane. Na  jakiej wysokości może nas ona dopaść?


- W teorii od 3 tys. metrów, w praktyce nawet niżej. Wszystko zależy od organizmu ale generalnie o chorobach związanych z wysokością mówi się od poziomu 2500 m.


- A ty? Często jesteś w Himalajach, rok temu zdobyłeś Mount Everest. Kiedy ciebie uderza wysokość?


- Mnie kryzys dopada zwykle na wysokości 7-7,5 tys. metrów. Staję się bardziej leniwy, idę wyłącznie siłą woli, a właściwie raczej pełznę . Każda czynność jest męcząca, co zrobię krok, muszę stanąć bo brakuje oddechu. Już wcześniej czuję, że jest mi nienajlepiej, jednak panuję nad sytuacją, szybciej lub wolniej, ale podchodzę. Za to przy tych 7,5 tysiącach zaczynam się ruszać jak mucha w smole…


- Są tacy, których problem wysokości w ogóle nie rusza? Albo nie potrzebują aklimatyzacji, bo dopiero wrócili z innej wyprawy i ich organizm „pamięta” wysokość?


- Nie spotkałem ludzi, którzy nie mieliby w ogóle problemów z wysokością, choć oczywiście są tacy, którzy aklimatyzują się lepiej od innych. Z tą „pamięcią wysokości” to choć nie zostało to nigdzie udowodnione, wydaje mi się, że jak się idzie pierwszy raz gdzieś wyżej, to nasz organizm szuka drogi, aby sobie radzić z niedotlenieniem, co objawia się właśnie gorszym samopoczuciem czy wręcz chorobą górską. W ten sposób organizm sprawdza, że nie tędy droga, trzeba użyć jakichś innych mechanizmów. Ja na przykład na swoim pierwszym wyjeździe w wyższe góry, na Mt Blanc, bardzo źle się czułem, miałem kłopoty ze snem, cierpiałem strasznie, ale potem już nigdy tak fatalnie nie było. To podobnie jak z dzieckiem, które uczy się chodzić – robi to pokracznie, a potem przecież bez problemów biega, bo wykształca mu się jakiś optymalny wzorzec ruchu.
Ale wracając do „pamięci wysokości”, wynikającej z nabytej trochę wcześniej aklimatyzacji, to im krótszy czas między wyprawami, tym lepiej. Niestety aklimatyzację można stracić nawet w ciągu dwóch tygodni. Na naszej wyprawie na Everest tak było z Darkiem Załuskim –  miesiąc wcześniej był na wyprawie na ośmiotysięczny Gaszerbrum, a mimo to na Evereście miał kłopoty, bo nabytą wcześniej aklimatyzację w międzyczasie stracił.


- Czy można wspomagać się lokalnymi środkami na wysokość, z miejscowych aptek albo z pogranicza medycyny ludowej? Ja swoim turystom, których prowadzę na himalajskich szlakach, za przykładem Szerpów polecam np. czosnek. Oczywiście nie za dużo, bo w nadmiarze sama odczuwam po nim przyśpieszone bicie serca…

- Skoro miejscowi używają jakiejś metody od setek lat, to pewnie coś w tym musi być. Zresztą nie bez powodu koncerny farmaceutyczne inwestują w lokalnych zielarzy i szamanów. Dlatego uważam, że jako dodatek to jasne, można jakąś rzecz stosować, choć z rozwagą. Ja też kiedyś nafaszerowałem się czosnkiem i myślałem, że nie wyrobię, bo rozbolał mnie żołądek. Z kolei jeśli chodzi o specyfiki z lokalnych aptek, to raczej bym uważał. Środki
farmaceutyczne kupowałbym mimo wszystko w kraju, gdzie są oficjalnie sprawdzane, bo nie brak oszustów, a to akurat jest duży biznes i można się czymś zatruć.


- Jeśli chodzi o medykamenty z europejskich aptek to sztandarowym lekiem na problemy z wysokością jest diamox, w Polsce znany jako diuramid. Czy według ciebie warto go brać?

- Generalnie tak się powinno organizować wyprawy, aby nie używać leków jako profilaktyki. Diuramid polecam tylko w takich sytuacjach, kiedy lecimy na przykład do położonego na 3800 m n.p.m. La Paz, Lhasy w Tybecie, albo w inne wysoko położone miejsce, pokonując w krótkim czasie dużą wysokość. W takim wypadku warto wziąć pół tabletki czyli 125mg acetazolamidu co 12 godzin, rozpoczynając dobę przed dostaniem się na wysokość, a potem kontynuować takie dawkowanie przez 3-5 dni, pozostając na poziomie, do którego się doleciało (acetazolamid to nazwa chemiczna tego, co w aptekach sprzedaje się używając nazwy handlowej diuramid/diamox). Wyżej możemy wchodzić kiedy bez przyjmowania leku dobrze tolerujemy wysokość. Branie profilaktyczne leków przy stopniowym wchodzeniu, raz że może maskować objawy choroby wysokościowej, dwa że przy takich górach jak choćby Kilimandżaro (5895 m) nawet nie zacznie działać (udowodnione badaniami). Czyli: trzeba się starać wchodzić bez leków. Jeśli już chcemy sięgnąć po leki, to znak, że trzeba zrobić sobie aklimatyzacyjną przerwę.


- A co z aspiryną? Przez długie lata zakorzeniony był pogląd, że łykanie tabletki z logiem firmy Bayer ułatwia aklimatyzację, bo rozrzedza krew… Teraz coraz częściej słyszy się, że to kiepski pomysł, bo poza spokojem psychicznym nic nie daje, a ma wiele skutków ubocznych...


- Nie ma w tej kwestii żadnych naukowych wytycznych, ale ja akurat zalecam, aby alpiniści brali w górach małą dawkę aspiryny, tak jak się to robi w profilaktyce przedzawałowej. Chodzi o 75 mg dziennie, czyli nie w postaci pastylek Bayera, tylko tabletek typu polocard czy acard, na zasadzie działania przeciwzakrzepowego. Będąc na wysokości, mniej się ruszamy, przez co zwiększa się tendencja do tworzenia zakrzepów, a to z kolei może doprowadzić do zakrzepicy w żyłach głębokich i w efekcie do niebezpiecznych dla życia zatorów. „Duża” aspiryna (czyli Bayer`owska) jest o tyle niebezpieczna, że uszkadza śluzówkę żołądka, która i tak przez wysokie niedotlenienie słabiej się broni przed atakiem kwasów solnych. W rezultacie może dojść do wrzodów oraz krwawienia z przewodu pokarmowego.


- Słyszałam też pogląd, że po branej na wysokościach aspirynie Bayera w razie czego trudno zatamować krwotok zbytnio rozrzedzonej krwi…

- No aż tak to nie…  :)


- Skoro wspomniałeś o zakrzepach, to jak się przed nimi ustrzec?

chorobagor.jpg- Na pewno jak złapiemy jakiś „kibel”, czyli przymusowy biwak, bo dorwie nas na przykład załamanie pogody, podstawą jest, żeby się ruszać. Nie można w jednej pozycji, zwykle embrionalnej, przespać kilku dni, bo spowoduje to zastój krążenia i niebezpieczeństwo zakrzepicy. W górach jesteśmy bardziej odwodnieni, mamy więcej czerwonych krwinek, co sprawia że krew jest bardziej lepka, zaś zastój krwi to murowana recepta aby krew nam skrzepła. Mniejszy problem jeśli skrzepnie nam w żyłach kończyn dolnych - wtedy nas to boli, noga staje się obrzęknięta i właściwie tyle, choć to już znak że powinniśmy skończyć wyprawę. Prawdziwe niebezpieczeństwo robi się jeśli ten zakrzep popłynie wyżej, dostanie się do płuc i spowoduje zawał płuc, a to już stan niebezpieczny dla życia. W zeszłym roku poznałem historię dziewczyny, Polki, która była na trekingu dookoła Annapurny. Dziewczyna dwadzieścia parę lat, czyli młoda, paląca papierosy, wcześniej stosowała antykoncepcję doustną, co z założenia jest prozakrzepowe i skończyło się udarem mózgu. Uratowano ją, ale od tej pory z obrazu który widzi rejestruje tylko połowę!


- Treking pod Annapurną to maksymalnie 5,5 tys. metrów. Tymczasem największe ryzyko jest w tak zwanej strefie śmierci. Jak długo można tam przebywać?

- Granica strefy śmierci to wysokość powyżej 7,5-8 tys. metrów. Nie znam badań, które by oceniały, ile czasu można tam spędzić, ale im krócej, tym lepiej. Właściwie powinno być to tylko tyle, ile wymaga atak szczytowy, bo na pewno nie powinno się tak wysoko przeczekiwać na przykład  załamania pogody. W ogóle na ośmiotysięcznikach jest tak, że jeśli jest się już powyżej 7,5-8 tys. m i atak szczytowy się nie uda, marne są szanse aby udało się przy drugiej próbie, bo organizm jest zbyt wycieńczony. Stąd na Evereście uważa się, że jest ten jeden jedyny raz i trzeba się „wstrzelić”. Potem zaczynają się zwykle kłopoty i a to brakuje butli z tlenem, a to Szerpowie zaczynają wymyślać, że się pogoda psuje…


- Potem, jeśli ktoś ma problem z wysokością, zawsze pojawia się dylemat, kiedy jest ten moment, że trzeba zawrócić, albo kogoś sprowadzić...


chorobagor2.jpg- Trzeba polegać na swojej intuicji. Jeżeli będąc w górach wysokich patrząc na swego towarzysza stwierdzamy, że coś z nim jest nie tak, nie można tego bagatelizować – trzeba kazać mu schodzić i to jest najlepszy lek na chorobę górską. Podejrzenie, że ktoś ma obrzęk płuc jest wtedy, gdy widzimy że oddycha częściej niż my, ma duszność nawet w spoczynku, a kiedy my już dawno uspokoiliśmy oddech, on wciąż się dusi. To widać. Im szybciej zaczniemy schodzenie, tym większa szansa, że nie będzie trzeba tej osoby znosić, tylko sama powoli zejdzie.


- Czy można taką osobę puścić samą?


- Ja bym z nią poszedł. Góry są i będą stały jeszcze setki lat. To pewnie nie ostatnia wyprawa, nawet jeśli wydaliśmy na nią ostatnie pieniądze. Osoba chora wymaga opieki i naszym obowiązkiem jest ją zapewnić.


- Kto oglądał filmy o wspinaniu w górach wysokich, na przykład często emitowany w telewizji film „Granice wytrzymałości”, kojarzy pewnie podawane w kryzysowych sytuacjach zastrzyki. Mam na myśli podawany na przykład przy obrzęku mózgu, bardzo zaawansowanym stadium choroby wysokogórskiej, dexamethazon. Czy to lek dostępny dla każdego?

- Dexa, jak się w skrócie o tym leku mówi, pozwala na zmniejszenie obrzęku mózgu – lek daje nam czas na sprowadzenie chorego. Moim zdaniem każdy kto się wspina w górach wysokich, powinien ten lek mieć, zarówno w tabletkach, jak i zastrzykach. Zastrzyki może zrobić każdy – warto się tego nauczyć, bo nie jest to wcale trudne. Są to zastrzyki domięśniowe, ale jak ktoś niechcący wkłuje się w żyłę, też nie ma problemu. Najlepiej robić av118.jpgtaki zastrzyk w środkową, zewnętrzną część uda, w pośladek albo mięsień naramienny. I lepiej nie przez ubranie, bo możemy podać lek w materiał.


- Robienie takich zastrzyków to jedna z umiejętności jakich uczysz na prowadzonych przez siebie kursach?


- To prawda. Jeśli kogoś interesuje medycyna wysokogórska, to informacje o szkoleniach i prelekcjach są na stronie www.medeverest.pl .


- Typowe problemy medyczne, takie jak apatia, problemy ze snem, brak apetytu, wymioty, bóle głowy czy objawy obrzęku płuc oraz mózgu to jedno, ale na wysokości zdarzają się jeszcze różne zaburzenia psychiczne… Ktoś idzie samotnie, a wydaje mu się że jeszcze ktoś z nim jest, albo mimo tego, że jest sam, gotuje wrzątek dla dwóch osób…

- Fakt, zdarzają się halucynacje wynikające z niedotlenienia i z wycieńczenia. Ja na przykład, kiedy byliśmy na Piku Lenina, który w końcu jest „tylko” 7-tysięcznikiem, miałem wrażenie że schodzę nie tą ścieżką, co trzeba , że pomyliliśmy drogi. Z kolei na Nanga Parbat (8126 m) wydawało mi się, że nagle znalazłem się w pakistańskich slumsach i macha do mnie rączką jakieś dziecko. Taka podwójna rzeczywistość, bo niby wiem, że jestem na wyprawie i że mam dotrzeć do namiotu, ale równocześnie jestem niby gdzieś indziej i boję się, że przez to dziecko, które odwraca moją uwagę, nie znajdę namiotu.


- Problem niedostatku tlenu rozwiązuje wspomaganie się butlą. Od jakiej wysokości zwykle używa się tlenu na Evereście? Ile takich butli powinno się mieć i czy to duży wydatek?

wysokosc1.jpg- Nowa butla kosztuje w Nepalu 500 dolarów, przy czym jeśli się jej nie użyje, można ją odsprzedać (tyle że już tylko za 100 dolców). My na Evereście od strony tybetańskiej mieliśmy po sześć-siedem butli, bo uznaliśmy że na bezpieczeństwie oszczędzać nie będziemy.
Część wypraw komercyjnych, mających do dyspozycji noszących cały bagaż Szerpów, zaczyna używać tlenu już od bazy wysunietej, czyli od wysokości 6400 m. Pozostali zwykle od obozu pierwszego czyli około 7100 m. W naszej ekipie pierwszy skorzystał z tlenu Wojtek Kukuczka, śpiąc z tlenem w obozie II, czyli na 7700 m, potem wspomagaliśmy się już wszyscy. Uważam, że warto szanować swój mózg – nie chodzi tylko o to, aby wejść, ale jeszcze, by wrócić i normalnie pracować, podejmować decyzje. Niedostatek tlenu źle wpływa na umysł – może nie zawsze kończy się spadkiem inteligencji, ale może się zdarzyć, że potem taki wspinacz np. „zawiesza się” w rozmowie.


- Jedną z podstawowych zasad w górach wysokich jest to, że trzeba dużo pić. Niektórym trudno się do tego zmusić, tym bardziej, że potem jest problem z toaletą, a sikać do butelki nie każdy lubi…


- Pić trzeba cały czas. Norma to 4-5 litrów dziennie. Nie jest to łatwe, ale można… Z pół litra rano, potem ze dwa litry noszone w camel bagu i dwa litry wieczorem…


- Zmorą kobiet na wysokości są spuchnięte  twarze i oczy niczym wąskie szpary…


- To się często zdarza, ale nie jest niebezpieczne. Ponieważ spuchnięta twarz oznacza zatrzymanie wody w organizmie, można wziąć diuramid, żeby pozbyć się nadmiaru płynu. Nic więcej nie mogę polecić…


- A jak z problemem bezsenności?

- Szczerze mówiąc leki nasenne powinien aplikować lekarz. Poza tym leki na bezsenność w górach wymagają zezwolenia na wywóz z kraju, tak więc zwykły śmiertelnik ich nie dostanie. I znowu - jedynym specyfikiem który można proponować jest wspomniany diuramid, który przyśpiesza aklimatyzację (1 tabletka na noc), chyba że alternatywnie coś ziołowego. Zaczynamy od diuramidu, gdy nie pomaga można sięgnąć do zolpidemu.


- Tylko że na diuramid trudno dostać receptę. Lekarze pierwszego kontaktu na medycynie górskiej się nie znają i nie chcą przepisywać tego typu leków. Czy możesz polecić jakichś specjalistów od gór?

- Myślę że w razie czego można liczyć na lekarzy, którzy są w Komisji Medycznej Polskiego Związku Alpinizmu (lista jest na stronie www.pza.org.pl ), ewentualnie z Polskiego Towarzystwa Medycyny i Ratownictwa Górskiego. Czasem zdarza mi się, że lekarz pierwszego kontaktu dzwoni do mnie z zapytaniem odnośnie jakichś górskich kwestii. Oczywiście aby wystawić receptę na leki, należy najpierw zbadać, poznając historię jego przebytych chorób.


- Problemów medycznych wysoko w górach może być więcej. Choćby ślepota, której szczególnie groźna forma może wynikać z uszkodzenia tzw. plamki żółtej…


- To prawda, zdarzają się takie wypadki. Generalnie u wszystkich przebywających na dużej wysokości, z powodu zwiększonego ciśnienia w naczyniach mózgowych, dochodzi w oku do małych krwawień. Tymczasem jest takie miejsce na siatkówce, nazywane właśnie plamką żółtą, gdzie jeśli dojdzie do wylewu, nagle na jakiś czas tracimy wzrok, do momentu kiedy krew się wchłonie. Gołym okiem tych mikrowylewów nie widać, wychodzi to jedynie w specjalistycznym badaniu. Piszą w mądrych książkach medycznych, że jeśli ktoś już coś takiego miał, to musi zdawać sobie sprawę, że może mu się to powtórzyć, a wtedy wzrok nie zawsze wraca. Takie osoby muszą sobie oszacować, czy chcą ryzykować ślepotę na jedno oko, ale wejść na szczyt, czy wolą mieć zdrowe oczy, ale zmienić sport. Oczywiście nie mylmy tego ze ślepotą śnieżną, która jest oparzeniem zewnętrznej części oka i mija. Można mieć też ślepotę spowodowana udarem…


- To na koniec doradź jeszcze jak w górach wysokich należy się odżywiać…


- Na pewno dobrze jest jeść makarony, bo dzięki temu budujemy w mięśniach i wątrobie glikogen, czyli tworzymy magazyn energii. W bazie dużo zależy od kucharza. Jeśli kiepsko trafimy, przez dwa miesiące, codziennie, będziemy mieli tak samo zrobione jajka, w dodatku wszystko szybko zimne, tak więc jestem zdania, że warto mieć ze sobą rzeczy które się je na co dzień w Polsce i rzeczywiście się je lubi. Nie ma co oszczędzać na żarciu, bo to akurat dobrze robi na morale – jeśli jesteś w obozie i jest ci źle, a przegryziesz kabanosa z chrzanem albo kanapkę z ulubionym serem, to od razu jest ci lepiej. Z kolei podczas akcji górskiej trzeba pić płyny, najlepiej izotoniczne, na przykład rozpuszczony isostar, po czym pilnować, aby co godzina napić się i zjeść, żeby nagle się nie wyczerpać. Ja dodatkowo podczas wejść stosuję żele energetyczne czy lekkie batony, choć nie takie typu snickers, który zamarznie i jest twardy jak skała, tylko raczej łatwiejszy do ugryzienia  prince polo. Po prostu - cały czas trzeba ładować energię.


- Dzięki za rady, no i powodzenia na kolejnych wyprawach!

Back to top