Jak nas widzą...
Hits: 3652
POLAK ZA GRANICĄ


Każdy lubi jak się go chwali. Ale czasem trzeba i zganić. Z polskimi turystami na zagranicznych wojażach bywa bowiem różnie.



Jako pilot wycieczek muszę przyznać, że  z sezonu na sezon zachowujemy się coraz lepiej. Owszem, są osoby, którym nigdy nie można było nic zarzucić. Niestety są także i takie, które nie zawsze wiedzą, co wypada, a czego nie. Tymczasem nawet jedna osoba jest w stanie zepsuć opinię całej grupie, a nawet całej nacji. Oczywiście nie znaczy to, że Niemcy, Włosi, Skandynawowie nie popełniają żadnych gaf. Też mają wiele na sumieniu, no ale przecież nie chodzi o to, by szukać powodu do rozgrzeszeń. Lepiej równać do wysokiej poprzeczki. Jakie są więc "grzechy" naszych turystów?


Choć nie szata zdobi człowieka...


Ubiór to rzecz gustu. Na wakacjach ma być przede wszystkim wygodny, chociaż panie, które na terenowe wycieczki jadą w butach na szpilkach czy w zsuwających się klapkach (mimo uprzedzeń pilota o stromym podejściu po skalistym terenie) w sumie rozumiem - czego nie robi się by dobrze wyglądać!

Są jednak kraje gdzie nawet w ciągu dnia, wybierając się w miejsca oddalone od centrów turystycznych, krótkich spodenek czy kusych spódniczek, a także koszulek bez rękawów nosić nie wypada. Dotyczy to głównie krajów islamu. Zapewne nikt nam złego słowa nie powie, ale świadczy to o lekceważeniu lokalnych tradycji. Inna sprawa, że wiele z naszych pań doskonale zdaje sobie sprawę jak jest, a jednak... Kiedyś w Maroku mimo próśb, aby nie ubierać się zbyt wyzywająco, jedna z uczestniczek ustawicznie zakładała prześwitujące, obcisłe bluzeczki. I jakby nic retorycznie pytała: -Nie rozumiem, dlaczego oni się tak na mnie patrzą...

Najbardziej jednak razi występowanie w stroju niemal plażowym na wycieczce, w programie której mamy zwiedzanie świątyń (nie ma znaczenia, jakiego wyznania). Koszulki bez rękawków czy szorty nie przystoją także podczas kolacji. W lepszych hotelach możemy po prostu nie zostać wpuszczeni do restauracji. Przy śniadaniu szorty są akceptowane, przy kolacji wymagany jest ubiór bardziej elegancki.


Polska górą!


Wiem, że wiele osób się oburzy, ale niestety ogólnie, jako naród, jesteśmy zakompleksieni i nietolerancyjni. Miałam tego dowody nie raz. Na przykład podczas zwiedzania Sztokholmu, kiedy okazało się, że nie możemy zwiedzić katedry, bo akurat trwa msza... homoseksualistów. Pełne oburzenia dyskusje moich turystów trwały jeszcze następnego dnia.

Zresztą ogólnie mało kogo lubimy. Każdy powód jest dobry by dociąć Knedlom (Czesi), Żabojadom, Makaroniarzom, Ruskim... Najbardziej jednak uczuleni jesteśmy na Niemców - ciągle nam się wydaje, że są lepiej traktowani od nas, a jeśli już zdarzy się, że to akurat my mamy lepszy hotel (bywa tak coraz częściej) - od razu nam się humor poprawia.

Wydawać, by się mogło, że Polacy są ciekawi świata, ale niekiedy trudno nam się przyzwyczaić do odmienności. W Turcji czy Egipcie notorycznie mam skargi klientów, że nie mogą spać, bo budzi ich głos muezzina. Z kolei w wielu krajach, zwłaszcza w Indiach, wiele osób narzeka na wszechobecną biedę i tłumy żebraków. Przy okazji chętnie byśmy zrewolucjonizowali świat, nie zważając na odwieczne przyzwyczajenia kulturowe - buszmenów przeprowadzilibyśmy do miast, arabskie kobiety zapisali do organizacji feministycznych, nie przyjmując do wiadomości, że owe ludy wcale tego nie chcą. Religijne poglądy też mamy na ogół ustabilizowane - na Antarktydzie miałam klientów, którzy stwierdzili, że nie podoba im się Biały Kontynent, bo... nie ma tam kościołów.


Polak głodny to zły...

przy stole.jpgWieszane w hotelowych restauracjach tabliczki z prośbą, by nie wynosić jedzenia serwowanego w ramach bufetów (czyli inaczej mówiąc: szwedzkiego stołu), odnosi się wprawdzie do wszystkich nacji, ale prawdą jest że Polacy szczególnie słyną z tej godnej potępienia praktyki. Na miejscu możemy jeść ile chcemy, ale robić kanapek nie wypada - po prowiant na lunch możemy iść do supermarketu. A co do lunchu, to jeśli chcemy zjeść go w restauracji musimy pamiętać, że w wielu krajach spożywa się go zwyczajowo już około 12-tej. Jeśli przyjdziemy zbyt późno, np. ok. 15-tej, możemy mieć problem, bowiem lokale mogą mieć w tym czasie tzw. sjestę (np. we Włoszech czy Hiszpanii). Kiedy już przyjdzie do zamówienia, pamiętajmy że co kraj to obyczaj i nie narzekajmy że w kraju islamskim nie możemy zjeść wieprzowiny, że zamówiona pieczona świnka morska (przysmak peruwiański) wcale nam nie smakuje i że zamiast fury ziemniaków jak na obiedzie u mamy, dostaliśmy skromne dwa kartofle.


Nie mam drobnych...


choroby78.jpgCzęsto nie mogę wyjść ze zdumienia, jak ktoś, kto wykupił pobyt w cztero- lub pięciogwiazdkowym hotelu, ma problem z zapłaceniem symbolicznej kwoty za toaletę. Wytłumaczeniem może być chyba tylko brak drobnych. Najbardziej widoczny to problem podczas podróży autokarowych przez Europę. Jesteśmy oburzeni widząc choćby czeskie babcie klozetowe, tak jakbyśmy nie widzieli ich w Polsce. W krajach gdzie babć nie ma, wystawia się natomiast talerzyki na zasadzie "co łaska", dostajemy nagłej, chwilowej ślepoty i talerzyków nie zauważamy. Głupio, kiedy z autobusu wysypuje się 40 osób, jak jeden mąż kierujących się do WC, a talerzyk... stoi pusty. Podobnie jest zresztą z wystawianymi np. przy recepcjach skarbonkami z napisem "tip box" (napiwki dla obsługi) - ich także nie zauważamy.

Z napiwkami wśród Polaków wciąż są problemy. W restauracjach czy pubach zaczynamy je już dawać (dzięki temu jesteśmy też lepiej traktowani), gorzej z personelem hotelowym, np. z pokojówkami (coś tam na poduszce przed wyjazdem powinniśmy zostawić) albo z bagażowymi. Jeśli wybraliśmy dobry hotel po prostu nie wypada byśmy wyrywali boy`owi walizki, tłumacząc, że sami je sobie zaniesiemy. Nawet w Etiopii, gdzie zaniesienie bagażu oznaczało wydatek około 50 gr, dla "Białego Pana" była to kwota często nie do odżałowania. Godzinę później ten sam "Biały Pan" kupował drewnianą maskę za 50 dol.


Bez procentów ani rusz...

Sama się obruszam, kiedy Polskę kojarzy się z wódką, ale nie ma co kryć - jest to opinia w pełni zasłużona. Każdy pretekst jest dobry, by Polacy się napili - a to na rozgrzewkę, a to dla odkażenia (pretekst popularny w rejonach chorób tropikalnych), są też i tacy, którzy święcie wierzą że whisky zastąpi środki antymalaryczne (totalne nieporozumienie).

Ogólnie pijemy jednak by się "wyluzować", np. podczas towarzyskiej biesiady, długiej podróży, czy w obawie przed lotem. Jeśli chodzi o samoloty, widziałam już sytuacje kiedy personel lotniska nie wpuszczał pijanych pasażerów na pokład, ale bywało też, że wstydziłam się za swoich klientów skutecznie utrudniającym życie współpasażerom, po alkoholu spożytym już na pokładzie. Kiedy stewardessa odmawia podania kolejnej dawki procentów,  okazuje się, że Polacy są na taki wypadek świetnie przygotowani. Podręczne flaszeczki są dużo popularniejsze niż np. szczoteczki do zębów! Bywa nawet, że butelki wnosimy nawet do restauracji czy pubu. Nie chodzi bynajmniej tylko o zabawy sylwestrowe. Zamawia się w barze jedną oficjalną butelkę - tak dla kamuflażu, a pod stołem jest niemal studnia bez dna. Problem rozwiązują hotele "all inclusive" gdzie za darmo serwowane są również drinki. Tyle że zdarzali mi się goście, którzy już na śniadanie przychodzili "zaprawieni".


Zakazy są po to, by je łamać?
 
Oburzamy się, kiedy inni łamią ustalone przepisy, tymczasem sami czujemy się zwolnieni od ich przestrzegania. Cisza nocna? Przecież nie jesteśmy dziećmi - jak się komuś nie podoba, niech zatka sobie uszy. Tabliczka, żeby nie wychodzić za barierkę? Eee tam, nic nam się nie stanie, a właśnie za barierką jest najlepsze miejsce do fotografowania. Samolot, który właśnie wylądował i jeszcze kołuje? Niemal zawsze znajdzie się ktoś, kto mimo sygnalizacji "zapiąć pasy" zerwie się i zacznie wyjmować bagaż, choć przecież i tak nigdzie nie wyjdzie. No bo co, ja nie mogę?!


Uśmiechnij się, jesteś na wakacjach!


-Wy się tak mało uśmiechacie - powiedział mi szef jednego ze szwajcarskich hoteli. Miał rację. W swoim gronie umiemy żartować, ale w stosunku do obcych jesteśmy poważni, a mówiąc po imieniu - sprawiamy często wrażenie gburów.

Zbyt rzadko używamy też zwrotów grzecznościowych. Nie trzeba być poliglotą by nauczyć się uniwersalnego "thank you" czy "good morning", a w ostateczności mówić te słowa po polsku. Większość z nas nie ma w zwyczaju witać się wsiadając do windy czy wchodząc do jadalni kameralnego pensjonatu na śniadanie, nie przychodzi nam też do głowy podziękować wożącemu nas cały dzień kierowcy. OK, niby to jego praca, no ale zawsze to milej gdy ktoś to docenia.

Fakt, między sobą staramy się być życzliwi, co jednak nie przeszkadza temu, że uwielbiamy plotkować o innych. O tym jak się ktoś ubrał, kim jest osoba z którą przyjechał, ile pieniędzy nasz "obiekt" wydał w sklepie. Obgadywanie współuczestników wycieczki bywa ważniejsze od informacji przekazywanych przez przewodnika!

Oczywiście lubimy, by wszystko było po naszej myśli. Standardem jest zgłaszanie pilotowi: -Bo my, cała grupa ustaliliśmy... Potem okazuje się że "cała grupa" to pan Kowalski z małżonką. No a najgorzej, gdy coś nam się rzeczywiście nie spodoba. Rozumiem, sytuacje uzasadnione - z uczciwością organizatorów bywa różnie, ale niestety nie brak też nałogowych malkontentów, którzy niezależnie od tego co by się nie działo, i tak zadowoleni nie będą. Np. w przypadku nie odpowiadniego standardu pokoi częstą formą protestu Polaków jest ogłoszenie... strajku i zapowiedź koczowania przy recepcji. Z kolei kiedy już wpadamy na pomysł pisania reklamacji, wyszukujemy wszystko co tylko możemy dopisać do listy skarg. W większości reklamacji uzasadnionych jest jedynie ok. 30 proc. jej treści - reszta to dopisywanie na zasadzie "im więcej, tym lepiej". Czasami uwagi są wręcz kuriozalne, np. brak klimatyzacji na balkonie, pilot nie umiejący uciszyć szczekających za płotem psów, przeziębienie pasażerki wynikające z uchylonego w samolocie okna.

Trzask migawki

Kochamy robić zdjęcia i bardzo dobrze. Tyle, że nie zawsze robić je wypada. W wielu miejscach (niektórych muzeach czy świątyniach) za zdjęcia trzeba ekstra płacić, albo w ogóle obowiązuje zakaz fotografowania. Pilot może o tym uprzedzać po kilka razy, a i tak niemal w każdej grupie znajdzie się, kto zasady te złamie. Niektórym jakoś się udaje, ale sytuacje kiedy dochodzi do nieprzyjemności, zabierania aparatu, awantur etc., też są na porządku dziennym. Dotyczy to także zdjęć obiektów wojskowych, posterunków, niekiedy płyt lotniska etc., które oczywiście każdy pragnie uwiecznić.

Trudno nam też uszanować prywatność ludzi. W wielu krajach miejscowi w ogóle nie chcą być fotografowani, ze względu na tradycje czy wierzenia. Tak jest choćby u australijskich Aborygenów czy w wielu krajach arabskich. Są też kraje, w których fotografować można, pod warunkiem, że się da jakieś drobne pieniądze (czekają na to np. święci mężowie w Indiach czy Indianki z lamami w Peru). Natomiast tam, gdzie niby robić zdjęcia bez problemów można - prośba: nie traktujmy fotografowanych ludzi jak przedmioty! Starajmy się z nimi przynajmniej chwilę porozmawiać, powiedzieć kilka miłych słów. Unikajmy długotrwałych, peszących ich sesji, w trakcie których zbiega się cała grupa celując prosto 20 obiektywami i żądając, by owe "ofiary" na zawołanie szczerzyły zęby albo zastygały w "spontanicznej" pozie.

I na koniec. Nie wstydźmy się zwracać uwagę współtowarzyszom podróży, jeśli widzimy że zachowują się nie tak jak powinni. Oczywiście sami dawajmy dobry przykład.  Od nas wszystkich zależy opinia o Polakach.

Back to top