Podróż za jeden uśmiech
Hits: 3337
 AUTOSTOP

Jedziemy autostopem, w ten sposób możesz bracie przejechać Europę... – śpiewano niegdyś w popularnej piosence. Czy nadal jest to sposób na podróżowanie?

 

Jeździć autostopem da się wszędzie – w Polsce, po Europie, a właściwie to po całym świecie.


Dobrze pamiętam swojego pierwszego „stopa”. Była końcówka lat 80., po miesiącu zbierania truskawek na północy Norwegii wyruszałam w drogę powrotną do Polski. Niestety, okazało się że zostałam okradziona. Do promu przez Bałtyk miałam 1500 km i ani grosza choćby na telefon (o karcie w tamtych czasach nawet mi się nie śniło). Trzeba było sobie jakoś radzić - stanęłam przy drodze, machnęłam na przejeżdżające auto, no i tak to się zaczęło. Było zresztą lepiej niż się spodziewałam, a dzięki poznanym ludziom zobaczyłam po drodze mnóstwo ciekawych miejsc. W ten to sposób wpadłam w autostopowy nałóg.

 

 

Dlaczego akurat tak?


Na początku jeździłam autostopem głównie ze względów ekonomicznych. Cóż, w wielu krajach po prostu nie stać mnie było na kupienie biletu na normalną komunikację. Autostopem objechałam całą Europę, potem poznawałam w ten sposób uroki m.in. Nowej Zelandii. Dziś już sama nie wiem jak mi się to wszystko udawało, skoro na miesiąc jeżdżenia miałam w kieszeni zaledwie kilkadziesiąt dolarów. W każdym razie były to faktycznie przysłowiowe „podróże za jeden uśmiech”. Dziśautostop-w szwajcarii.jpg relacje finansowe się zmieniły, ale wciąż dla wielu osób jest to jedyna szansa na przemieszczanie się za granicą. Poza tym są trasy, na których nie ma się wyboru – o ile nie ma się własnego auta, trzeba liczyć na pomoc innych, bo żaden publiczny transport nie kursuje (albo kursuje, ale jedyny w ciągu dnia autobus właśnie nam uciekł).


Niewątpliwym atutem autostopu są też ciekawi ludzie. Kierowcy którzy zabierają to cały przekrój różnych osobowości i profesji. Czasem będzie to rolnik jadący na pobliskie pole, czasem znany z telewizji gwiazdor czy profesor opowiadający fantastyczne historie. Kiedyś na Tajwanie, razem z poznanym innym autostopowiczem-Amerykaninem, w ciągu jednego dnia podróżowaliśmy: furgonetką wiozącą arbuzy, ambulansem i wreszcie – super limuzyną prowadzoną przez jak się okazało jednego z najbogatszych ludzi tego kraju (potem zresztą gościliśmy w jego ekskluzywnych apartamentach). Tego typu przypadkowe spotkania to równocześnie bezcenna skarbnica wiedzy o realiach miejscowego życia i możliwość dowiedzenia się, co w okolicy warto zobaczyć, choć nie opisano tego w przewodnikach.

 


Zabiorą, czy nie?


"Raz na wozie, raz pod wozem" – to przysłowie doskonale oddaje charakter autostopu. Bywa, że wszystko układa się doskonale, nigdzie praktycznie nie czekamy, a zabierający nas kierowcy jeszcze zaproszą na obiad czy nocleg. Zdarza się też i odwrotnie – przez wiele godzin będziemy stać rozgoryczeni, że nikt nam nie chce pomóc, a tymczasem zimno, głodno i do domu daleko.


Na to czy autostop jest łatwy czy nie, wpływa wiele czynników. Na przykład – pogoda. Wiadomo, że jeśli leje deszcz, mało który kierowca zabierze ociekającego wodą autostopowicza, nie zastanawiając się, że szczękający zębami z zimna biedak jest już na skraju psychicznego i fizycznego wyczerpania. Z założenia kiepsko jeździ się nocą – kierowcy boją się o swoje bezpieczeństwo, a poza tym autostopowicza zauważają zwykle w ostatniej chwili (jeśli w ogóle), kiedy nawet nie mają szans przyjrzeć się postaci. Pewnym rozwiązaniem jest ustawienie się pod latarnią, tak by nas widziano z daleka. Tyle że ostatnio tak stojąc, na podrzędnej drodze we Włoszech (była pierwsza w nocy, a ja musiałam do rana dotrzeć do celu), zatrzymałam TIR-a, którego kierowca podszedł do mnie i w bardzo eleganckim stylu zaczął coś mówić. Zrozumiałam jedynie „amor”, ale widząc moje zaskoczenie kierowca sam przeprosił za niestosowność prośby. Cóż, bywa i tak.


autostop - usa.jpg Problemem jest też natężenie ruchu. W nocy z założenia jest ono słabsze, ale są drogi, gdzie i za dnia może być kiepsko. Duże znaczenie ma też nasz wygląd. Nigdy nie zapomnę jak po 3 tygodniach wspinaczki w argentyńskich Andach  wraz z kolegą stanęłam na drodze głodna, zmęczona, co tu kryć – niezbyt świeża, do tego niemiłosiernie ubłocona bo na koniec  wędrówki wpakowaliśmy się w bagno. Mnie samej było za siebie wstyd, ale nie było wyboru, bowiem do hostelu gdzie mieliśmy rzeczy było dobre 20 km. Nie liczyłam że ktokolwiek nas zabierze, tym bardziej, że była trzecia w nocy. A jednak… Kierowcy, który się zlitował miałam ochotę rzucić się na szyję, bo uratował nas od kolejnych kilometrów męczącego marszu.

 

W opisywanym powyżej przypadku na swój wygląd nie miałam już wpływu, ale ogólnie jestem za tym, aby na stopie wyglądać jak najbardziej przyzwoicie. Przyzwoicie znaczy czysto, ale też – nie wyzywająco. Wbrew temu co chyba niektórzy myślą, zbyt seksowna bluzeczka i kusa spódniczka wcale nie pomagają w uprawianiu tego typu turystyki. Kierowca który zatrzyma się w ten sposób „zwabiony”, zapewne nie o jeździe będzie myślał. Zresztą prawdziwe podróżniczki we wspomniany sposób z założenia się nie ubierają. Ja na przykład w wielu krajach (wcale nie tylko arabskie mam na myśli) unikam zbyt krótkich spodenek i gołych kolan. Mało tego – po tym jak kilka razy zaliczyłam rękę kierowcy obsuwającą się z dźwigni biegów na moje nogi, profilaktycznie stawiam między nami choćby moją torbę fotograficzną. Pomaga! Swoją drogą sami kierowcy też wykazują troskę o moje bezpieczeństwo, często racząc mnie opowieściami o przeczytanych w prasie historiach o gwałcicielach i mordercach (najlepsi są w tym Australijczycy). Na pewno czujność jest wskazana, ale popadać w paranoję też nie wolno.

 


Najtrudniej w Stanach


Są kraje, w których złapanie stopa nie stanowi żadnego problemu, ale są  i takie, gdzie jeśli nam się uda, możemy mówić o prawdziwym łucie szczęścia. Z rejonów świata które znam, najlepiej jeździ mi się stopem w krajach islamu. Inna sprawa, że może jako samotnie podróżująca kobieta wzbudzam tam zdziwienie i zaciekawienie i poniekąd to jest powodem, że każdy chce pomagać (uprzedzając ewentualne pytania odpowiadam, że nigdy nie miałam tam problemów natury damsko-męskiej, miałam takowe natomiast w Szwecji). Kiedyś w Omanie jeden z kierowców nadłożył specjalnie 100 km, żeby dowieźć mnie do fortu, który koniecznie chciałam zobaczyć, a potem poczekał, by z powrotem zabrać mnie te same 100 km do głównej drogi, w obawie, że mogę mieć problemy z transportem. Z kolei ostatnio w Algierii utknęłam na drodze przez Saharę, nie wiedząc, że jestem pod obserwacją żandarmów. Z braku jakichkolwiek pojazdów, oficer wysłał służbowego gazika, który przez kolejne kilka godzin woził mnie po okolicy we wszystkie miejsca, które chciałam zobaczyć. Niestety na tego typu odruchy nie można liczyć np. w Stanach. Swego czasu pięć bitych godzin spędziłam stojąc w największym upale w Dolinie Śmierci, czyli w najgorętszym miejscu na ziemi. Wiedziałam, że Amerykanie raczej z zasady obcych ludzi nie biorą, wyboru jednak nie miałam – na tym odcinku żadnych autobusów rejsowych nie było. Samochody od czasu do czasu jechały, ale nikt nawet nie przystanął, by zapytać czy dobrze się czuję i czy mam wodę (miałam...). Zanosiło się na to, że spędzę na pustyni noc, kiedy na horyzoncie pokazał się jeszcze jeden samochód. Machnęłam i… sama już nie wierzyłam – samochód stanął! Kiedy wyjaśniłam po angielsku kierowcy, że już przestałam wierzyć w uczynność Amerykanów okazało się, że moim dobroczyńcą jest... Polak.


W Polsce dla odmiany autostopem jeżdżę rzadko, nie tylko dlatego, że tak naprawdę nie mam takiej potrzeby (mam samochód i to raczej ja wożę autostopowiczów), ile dlatego że to naprawdę trudny kraj do „stopowania”. Kierowcy brać nie chcą, a jeśli już się uda, to raczej na lokalnych, krótkich trasach. Na Zachodzie Europy, tam gdzie są autostrady, jeśli już coś się złapie, duża szansa że jednym samochodem przejedziemy kilkaset kilometrów. Dobrze jeździ się też po egzotycznych rejonach, gdzie po prostu nie ma cudzoziemców, a my wyróżniamy się swoją odmiennością. W tym przypadku działa mechanizm wspomniany przy krajach arabskich – zaciekawienie przybyszem, często również – chęć zrobienia dobrego wrażenia na gościu „z daleka”. Dlatego też tak dobrze wspominam podróżowanie autostopem po Rosji - np. na Kamczatce czy w okolicach Murmańska, a także po pustkowiach chilijskich, w górach Kolumbii czy Kaszmiru.


Oczywiście tego typu eskapady wymagają pewnego doświadczenia i przygotowania, choćby pod względem ekwipunku. Ja zwykle staram się być samowystarczalna – na długich trasach jestem przygotowana na ew. konieczność przebiwakowania po drodze, mam namiot, wodę, jedzenie, latarkę (przydaje się w nocy do zwrócenia uwagi kierowcy nie widzącego nas przy poboczu), no i oczywiście mapę drogową. Mimo że lubię przygodę, tak naprawdę nie jestem miłośniczką ryzykowania tam gdzie nie jest to konieczne, aczkolwiek są sytuacje, kiedy nie mam wyboru i muszę na przykład jechać nocą albo przebijać się przez słabo zaludnione tereny. Szczęście jednak zwykle mi dopisuje. Przemierzając zachodnie wybrzeże nowozelandzkiej Wyspy Południowej dopiero po fakcie przeczytałam w przewodniku, że trasa którą zrobiłam w ciągu jednego dnia jest opatrzona uwagą, że osoby pokonujące ją autostopem muszą być przygotowane choćby i na 3-dniowe stanie w jednym miejscu.

 


Od helikoptera po jacht


Łapać na „stopa” można nie tylko auta (zresztą one też mogą być różne: osobowe, TIR-y, karawany, śmieciarki etc.), ale wszystko co jeździ (traktory, dorożki) czy w ogóle - wszystko co się porusza. Na Wyspie Wielkanocnej miałam kiedyś... koniostopa (jazdę na oklep przypłaciłam obolałą kością ogonową), w Australii podrzucono mnie 200 km... helikopterem, w Turcji załapałam się na osiołka, a na algierskiej Saharze dostałam do dyspozycji... wielbłąda. Dość popularnym pomysłem na przemierzanie oceanów jest jachtostop (w Las Palmas są wręcz kolejki czekających na szansę przeprawienia się przez Atlantyk), chociaż na Grenlandii przemieszczałam się także łodziami rybackimi.

 

Nie da się ukryć, że tego typu podróże wciągają. W każdym razie mają swoich fanów i zapewne jeszcze przez wiele lat na poboczach dróg spotykać będziemy ludzi z plecakami, trzymających wyciągnięty w górę kciuk. Drodzy kierowcy – pomagajcie im!




Back to top