Zgrany team czyli w drogę - ale z kim?
Hits: 2373
EKIPA NA WYJAZD


Jest takie powiedzenie: nie ważne dokąd, ważne z kim! Dla mnie określenie „dokąd” ma wprawdzie spore znaczenie, ale zgadzam się że o tym, czy wyprawa będzie udana, w dużej mierze decyduje ekipa.


W jakim składzie wyruszyć w świat? W pojedynkę, w tandemie z drugą osobą, czy w grupie? Wszystko zależy od naszych upodobań, jak też charakteru wyjazdu. Wyjazdy solo to oddzielna kategoria, którą tym razem pominiemy. Jakie są plusy wyjazdu z kimś? Wiele… Na pewno jest raźniej, bezpieczniej, taniej (inaczej się rozkładają koszty, choćby zapłaty za pokój, przewodnika czy wynajęcie transportu) i ogólnie w wielu momentach bywa łatwiej (choćby w prozaicznej sytuacji kiedy idąc do toalety mamy z kim zostawić swoje rzeczy). Poza tym co dwie głowy (lub ich wielokrotność) to nie jedna – więcej pomysłów, a zarazem uzupełnianie się jeśli chodzi o przydatne umiejętności. Przykładowo: jedna osoba zna języki, inna jest specem od negocjacji, a trzecia to mistrz surwiwalu.

Ale minusy też są. Podstawowe to: konieczność „naginania się” do innych, ryzyko kłótni, no i czym więcej osób, tym mniejsza mobilność. I to nie tylko problemy z załapaniem się do lokalnego środka transportu, ale też dłuższy czas na zbieranie się do dalszej drogi (bo zwykle ktoś się spóźni albo zgubi) czy dyskusje nad podejmowaniem decyzji, z których i tak pewnie ktoś będzie niezadowolony.


Na tych samych falach

ekipap8.jpgJeśli decydujemy się na wyjazd zorganizowany, nie ważne czy przez biuro podróży, czy przez niekomercyjny klub turystyczny – na dobór ekipy i tak raczej nie mamy wpływu. Ponieważ są to jednak zwykle wyjazdy w większej grupie, pozostaje mieć nadzieję, że z kimś się dogramy. Co innego jeśli to „nasz” prywatny, kameralny wyjazd albo długa, trudna wyprawa o charakterze poniekąd ekstremalnym. Na takie wyjazdy najlepiej jeździć ze sprawdzoną ekipą, przyjaciółmi z którymi zjedliśmy już przysłowiową beczkę soli. Jeśli jednak znamy się tylko trochę, i to nie z wyjazdów, radziłabym w miarę możliwości staranne dobieranie towarzystwa, tak by mieć pewność, że z sobą wytrzymamy, a jeśli trzeba - że wszyscy mamy określone umiejętności i doświadczenie. Ważne to zwłaszcza przy wyprawach, z których po prostu nie ma jak w międzyczasie wrócić, za to od tego jak się będzie zachowywał partner, zależeć może i jego, i nasze życie (np. wspinaczka w górach, dalekie rejsy bez portów po drodze, przejście zupełnie niecywilizowanej dżungli itp.).

Oczywiście najlepiej jeśli mamy towarzyszy sprawdzonych na innych wyjazdach. A jeśli nie? Ja na przykład kolegom z którymi się gdzieś dalej wybieram robię, jak to nazywam, „test Tatr”. Tak było choćby z moim szwedzkim kumplem z którym czekała mnie perspektywa trzymiesięcznego żeglowania w trudnych arktycznych warunkach. Kilkudniowa zimowa wycieczka, w Tatrach właśnie, obydwojgu nam dała w kość, ale równocześnie potwierdziła, że mimo zmęczenia i trudnych warunków, odbieramy na tych samych falach i możemy na siebie liczyć.

ekipap1.jpgTaki sprawdzian w trudnych warunkach jest dużo bardziej miarodajny niż długoletnia znajomość ograniczona do sporadycznych spotkań czy rozmów głównie przez telefon. Nasz najlepszy kumpel, z którym chętnie pójdziemy do kina czy na piwo, albo koleżanka z którą możemy godzinami plotkować na każdy temat, niekoniecznie muszą sprawdzić się we wspólnej podróży, w trakcie której przebywamy z sobą 24 godziny na dobę.

A jak z parami? Szczerze mówiąc nie ma reguły. Znam pary/małżeństwa które wracają z kilkuletniej nawet podróży szczęśliwe i jeszcze bardziej scementowane doświadczeniami. Równocześnie znam też takie, którym na wyjeździe wystarczyły zaledwie dwa tygodnie, aby dojść do wniosku że zbyt wiele ich dzieli i podróż kończyła się rozstaniem.


Wyrozumiałość – tak, egoizm – nie!

Wiele czynników jest ważnych przy dobrze towarzystwa na wyjazd. Poza charakterem, upodobaniami, podobnymi pasjami, odpornością na niewygody itp., a przy specjalistycznych wyjazdach być może także kondycją czy poziomem potrzebnych umiejętności, ważną sprawą jest budżet. Na pewno nie integruje sytuacja, kiedy jedna osoba mając fundusze „no limit”, wybiera najlepsze restauracje i nie zamierza schodzić poniżej pewnego poziomu noclegów, podczas gdy partner liczy każdy grosz i na większe wydatki po prostu go nie stać. Albo może i stać, ale zamiast stawiać na rozrzutność (nie mylić ze skąpstwem) woli wydać pieniądze na jakieś atrakcje.

ekipap4.jpgNie ma co kryć - jeżdżenie z kimś wymaga wyrozumiałości i cierpliwości. Kategorię myślenia: ja, moje, mnie, należy zamienić na: my, nasze, nam. Stara zasada „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” niestety coraz rzadziej jest stosowana, ale skoro już wybieramy się gdzieś razem, to minimum lojalności obowiązuje.

Dobrze jeśli w różnych sprawach się uzupełniamy i dzielimy działaniami. Kiedyś podróżowałam z chłopakiem, który podział ról widział następująco: podczas gdy ja biegałam szukając noclegu, on pilnował plecaków rozsiadając się w klimatyzowanym barze, a kiedy spocona i zmęczona wracałam z wiadomością, że znalazłam miejscówkę, supermacho popijając zimne piwo miał pretensje że tak długo mnie nie było. Po którejś takiej sytuacji zbuntowałam się. Od tej pory, ku niezadowoleniu kolegi, szukaliśmy noclegów na zmianę. Tak na marginesie nasza znajomość po tym wyjeździe zakończyła się (był to jednak wyjątek – inni koledzy z którymi wyjeżdżałam, okazywali się świetnymi kompanami).

Podstawa udanego wyjazdu to wzajemna tolerancja, kultura osobista, empatia, życzliwość, uczynność i pomoc - zwłaszcza jeśli widzimy że druga strona ma gorszy dzień i być może jest słabsza (może choruje?). Trzeba wyczuć, kiedy może powinniśmy zagadać, dla rozluźnienia atmosfery opowiedzieć dowcip, ale może być i na odwrót – może się zdarzyć że partner potrzebuje wyciszenia i nie ma ochoty słuchać naszego ciągłego trajkotania. Trudno być jednak wyrozumiałym jeśli z drugiej strony pojawia się czysty egoizm zahaczający o brak kultury. Kiedyś w grupie do Etiopii miałam pana ekipap3.jpgktóry się nie mył i na dodatek nie zmieniał koszulki (zresztą miał tylko jedną, przepoconą w tamtym upale już po pierwszym dniu). Pod jakimś tam pretekstem sprezentowaliśmy mu koszulkę na zmianę, ale aluzji nie pojął, podobnie jak nie zauważał, że nikt nie chciał koło niego siedzieć. Mimo niezręczności sytuacji, jako pilot grupy musiałam z nim dość ostro porozmawiać. Pan się obraził na cały świat, przestał się do nas odzywać, ale na szczęście – raz na dwa dni raczył się już myć.

Podobne sytuacje występują dość często na noclegach, kiedy dwóch nieznających się wcześniej turystów musi dzielić ze sobą pokój. Skargi na chrapiącego współspacza to standard, ale to akurat ludzka sprawa i jedyne co można doradzić to wożenie ze sobą stoperów do uszu. Gorzej jeśli współspacz wstaje kilka razy w ciągu nocy bezceremonialnie zapalając światło, albo budzi się o czwartej rano bo akurat wtedy musi załatwiać telefonicznie interesy (nie przejmując się że druga osoba śpi).  


Ach ta płeć…

Czy lepiej jest jechać w składzie mieszanym, koedukacyjnym, czy w ramach tej samej płci? Na to pytanie każdy musi sobie sam odpowiedzieć. Ja akurat zawsze jeździłam albo sama, albo z mężem lub z kolegami. Czasem, przy wyprawach górskich czy rejsach był to układ ja plus kilku-, kilkunastu kolegów. Tym którzy dopatrują się w tym ekipap13.jpgjakiś podtekstów (w tym żonom kolegów) wyjaśniam: tego typu wyjazd, spanie z kimś w tym samym pokoju czy w namiocie, o niczym nie świadczy. Wyrozumiałość partnerów i wzajemne zaufanie dają lepsze efekty niż chorobliwa zazdrość.

A przy okazji: czy kobiety na wyprawach, w których są pełnoprawnymi ich uczestnikami, traktowane są przez swoich partnerów ulgowo, niczym „słaba płeć”? Lepiej drogie panie na to nie liczyć, bo przecież skoro zgodziłyśmy się na wyjazd, to akceptujemy też związane z tym niedogodności. Poza tym w końcu chciałyśmy równouprawnienia (mowa oczywiście o wyprawach, nie np. o podróżach poślubnych). Choć właściwie czasem taryfę ulgową ze strony kolegów mam – na przykład na rejsach morskich zdarzało mi się, że przy racjonowaniu słodkiej wody, dostawałam na cele  higieniczne jej ciut większy przydział niż panowie. A na jednej z wypraw górskich szłam z mniejszym niż koledzy plecakiem. Dopiero później się okazało, że kolega z największym „worem” niósł w nim papier toaletowy, podczas gdy ja może rozmiarowo plecak miałam nie duży, ale tachałam w nim ciężką linę. Z drugiej strony prawda jest też taka, że nierzadko kobiety okazują się silniejsze, jeśli nawet nie fizycznie, to psychicznie.

Za to plusem kobiety w ekipie zdecydowanie męskiej jest jej wpływ na łagodzenie obyczajów – mimo wszystko przynajmniej przez jakiś czas, panowie starają się unikać niektórych tekstów i niewybrednych dowcipów. A jak jest gdy facet trafia do ekipy kobiet? Powiem szczerze – jako kobieta często mogę mu współczuć. Będzie musiał zaakceptować typowo babskie tematy, plotki, dyskusje o dietach etc.  Przyda mu się dawka asertywności. Przykładem pewien udzestnik, którego miałam w pilotowanej przez siebie grupie dwudziestu pań. Pan chciał być grzeczny, widząc więc jedną z turystek tachającą ciężką walizkę, postanowił pomóc. Tylko że zaraz pojawiło się 19 pozostałych pań, z równie ciężkimi walizkami. Pan zachował się honorowo, pomógł każdej z nich. Następnego dnia sytuacja powtórzyła się, w kolejne dni panie już się tak przyzwyczaiły do dobrych manier swojego „rodzynka”, że nawet nie prosiły o pomoc, tylko bez słowa stawiały przy nim walizki. Mając wizję biedaka z uszkodzonym kręgosłupem, coś tam w końcu na ten temat przy grupie żartem powiedziałam. Dżentelmen odetchnął – następnego dnia każda z pań udowodniła, że da sobie sama radę.


Gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania


Podejmowanie decyzji to słaba strona Polaków. To znaczy podejmować je umiemy, ale oczekujemy od innych, że z entuzjazmem zaakceptują nasz pomysł, a z tym bywa już różnie, bo każdy woli forsować swoją wersję.
W grupach z biur podróży niewdzięczna rola godzenia różnych interesów przypada pilotowi. Oj, niełatwa to rola, bo trzeba być odpornym na różnorakie naciski. –My, cała grupa, ustaliliśmy że musimy natychmiast zatrzymać się przy supermarkecie – mówi pan Kowalski, w momencie gdy spieszymy się do muzeum, które zaraz będzie zamknięte. Oczywiście „cała grupa” to duet: pan Kowalski i jego małżonka, którzy zapragnęli sobie kupić puszkę piwa. Pilot odmawia podjazdu pod supermarket (w przypadku grupy oznacza to pół godziny „w plecy”) – pan Kowalski jest obrażony.

Tam gdzie etatowego pilota nie ma, sytuacja się komplikuje, tak więc dobrze jeśli wyłoni się jakiś naturalny lider, z charyzmą która działa na wszystkich. Najgorzej, jeśli chętnych do przywództwa jest kilku (kilka) albo w ogóle każdy forsuje swoje zdanie, w myśl zasady „gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania”. Niestety, często w tym wypadku wygrywają najgłośniejsi i najbardziej przebojowi, co nie znaczy że najmądrzejsi czy najrozsądniejsi.

Różnice zdań dotyczyć mogą najprzeróżniejszych sytuacji. Często drobiazgów, ale wiadomo – diabeł tkwi w szczegółach. Pokłócić się można o godzinę wyjazdu (jeden woli wykorzystać dzień i wstać bladym świtem, inny – pospać do oporu, bo przecież jest na wakacjach), albo o to, w jakiej knajpce chcemy zjeść (ktoś woli jedzenie z ulicznego straganu, inny elegancką knajpę z kelnerami, jeszcze kolejna osoba w ogóle nie jest głodna i wolałaby zamiast siedzieć przy stole, coś tam pozwiedzać). No właśnie, zwiedzanie też jest bardzo istotne. Pamiętam jak kiedyś, jeżdżąc po Turcji ze swoim mężem, przyjechaliśmy do kolejnego już na naszej trasie teatru antycznego, po czym usłyszałam od Pawła, że już widział pięć poprzednich, wszystkie wydają mu się podobne, i do tego, szóstego na liście, wchodzić nie zamierza, bo zamiast biletu wstępu, woli kupić sobie winogrona. Moje zdziwienie przemieszane było z rozgoryczeniem (no bo jak to – ja chcę mu pokazać w moim ulubionym kraju jak najwięcej ciekawych miejsc, a on tego niedocenia?), jednak po tym jak już ochłonęłam dotarło do mnie, że to co ciekawe dla mnie, nie musi być wcale fascynujące dla drugiej osoby. Ostatecznie Paweł zjadł winogrona, ja w tym czasie zobaczyłam teatr, a potem wspólnie usiedliśmy nad mapą i tak zmieniliśmy ułożony przeze mnie wcześniej plan podróży, aby był on ciekawy dla każdego z nas.


Zmęczenie materiału

Im dłuższy wyjazd, tym większa (cięższa) próba dla biorących w nim udział. Prawda jest taka, że konflikty między uczestnikami zdarzają się już po kilku dniach, a co mówić jeśli podróż trwa kilka tygodni czy nawet miesięcy. Ale to poniekąd normalne – takie są prawa socjologii i psychologii. W końcu każdy z nas jest inny, mamy lepsze i gorsze dni, do tego dochodzi zmęczenie spowodowane zarówno samą podróżą (konieczność ciągłych zmian hoteli, żmudna droga, męczący upał, wertepy, niewygodne siedzenia, niedospanie etc.) jak i patrzeniem ciągle na te same twarze, słuchaniem ciągle tych samych tekstów. Wystarczy że ktoś ze współtowarzyszy położy swój plecak na naszym siedzeniu, niechcący obleje nas sokiem, wejdzie nam w kadr akurat gdy robiliśmy „zdjęcie życia”, będziemy głodni, a jak na złość nie będzie gdzie się zatrzymać na jedzenie i awantura gotowa.

Receptą na trudne momenty jest takie ułożenie sobie trasy, aby co jakiś czas był jednak dzień, dwa na odpoczynek. Nie tylko fizyczny – równie ważne jest wyspanie się, relaks, świadomość że nigdzie nie trzeba się przenosić, że choć na krótko można się rozpakować. Chodzi także o odpoczynek od siebie. Na pewno dobrze nam zrobi jeśli choćby na kilka godzin każde z nas pójdzie w swoją stronę (na plażę, w miasto, albo w ogóle nie wyjdzie z pokoju wgłębiając się w lekturę ciekawej książki). Duża szansa że po takim „resecie” stęsknimy się za sobą i naładujemy się dawką tolerancji dla współtowarzysza/y na kolejne ileś dni.

Jedno jest pewne – wspólna podróż to doskonały egzamin ludzkich charakterów. Zanim będziemy oceniać innych, zastanówmy się, czy sami go zdaliśmy?

Back to top