Podróż za grosze
Hits: 4237

Z NOTATNIKA PODRÓŻNIKA

- O hierarchii wartości słów kilka



spanie pod namiotem - tanio i fajnie.jpg -Ty to masz dobrze! - z zazdrością westchnął kolega, po tym jak usłyszał że właśnie wróciłam z dalekiej Azji. -A ty niby dlaczego nie możesz wyjechać? - zdziwiłam się szczerze. -No wiesz, kasa… Zatkało mnie. Kto jak kto, ale akurat ten koleżka na brak pieniędzy narzekać nie może. Pensja taka o jakiej ja nawet nie marzę, willa jakiej nie powstydziliby się aktorzy z Hollywood… Nie było sensu wdawać się w dyskusje - wiedziałam, co zaraz usłyszę. Że przecież trzeba kupić nowy samochód (dotychczasowy ma już przecież dwa lata) i wymienić kafelki w łazience z różowych na niebieskie, a na dodatek żona upomina się o kino domowe… A zresztą wyjechać i tak nie można, no bo kto będzie pilnował domu?

Właściwie to współczuję koledze. Stał się niewolnikiem własnych pieniędzy, w dodatku na własne życzenie. U mnie jest nieco inaczej - samochód nie jest do imponowania - ma po prostu jeździć, a co do urządzenia mieszkania to cóż, mając do wyboru kupić nowe meble lub gdzieś wyjechać - wybieram to drugie. Kwestia hierarchii potrzeb… Ja akurat do przedmiotów materialnych odnoszę się z dystansu, tym bardziej że wiem, jak łatwo jest stracić to co się ma, ale jedną z niewielu rzeczy, których nikt na pewno nie może mi zabrać, są pozostające z podróży wspomnienia.

Rozumiem - jest wiele powodów, które utrudniają lub wręcz uniemożliwiają podróżowanie. Zdrowie, ważne sprawy losowe… Czas nie jest argumentem, bo zwykle zabiera go praca, czyli - bądźmy szczerzy, chęć zarabiania. Pieniądze, a raczej ich brak, przeszkody również nie stanowią, jako że "dla chcącego niż trudnego". Kiedy rozpoczynałam swoje zagraniczne podróże, miesięczna pensja przeciętnego Polaka wynosiła 20 dolarów i tyle też wynosił mój budżet w czasie pierwszej podróży dookoła Europy. Jedzenie zabrałam z Polski, spałam na dziko w namiocie, jeździłam autostopem… Jednak zupełnie bez pieniędzy nie da rady - poszłam do muzeum, kupiłam kawałek chleba i… było po pieniądzach. Nie było wyboru - zaczęłam szukać pracy, w czym autostop jest bardzo przydatny. Potem już co roku spędzałam lato za granicą, po części podróżując, po części na owe podróżowanie po drodze zarabiając. W Grecji pracowałam w sadzie oliwnym, w Szwajcarii - na farmie, w Stanach - sprzątałam domy, w Skandynawii - zbierałam truskawki, sadziłam lasy, a nawet pomagałam w wyganianiu owiec na pastwiska. Każdą z tych prac traktowałam nie tylko jako zasilanie portfela, ale także jako możliwość nauczenia się czegoś nowego czy poznania normalnego lokalnego życia.

Oczywiście aby połączyć podróże z pracą trzeba mieć na to czas. Stąd też zazwyczaj jest to pomysł, z którego korzystają młodzi ludzie, wyjeżdżający np. w podróż dookoła świata po zakończeniu studiów, przed rozpoczęciem kariery zawodowej (bardzo popularne na Zachodzie).

Jeśli czasu nie mamy, możemy pomyśleć jak ograniczyć koszty podróży. Tym, którzy trzymają się wyjazdów z biurami podróży polecam przede wszystkim tzw. niskie sezony. Wyjazd poza okresem typowych wakacji ma dużo plusów - poza tym, że ceny są niższe, to i zazwyczaj możliwości zwiedzania lepsze, jako że nie ma takich tłumów i upałów jak w środku lata (o ile lecimy w tzw. ciepłe rejony). Jeśli wybieramy opcję podróżowania samodzielnego, przy odpowiedniej organizacji wyprawa może być rzeczywiście "za grosze". Oczywiście jeśli wybierzemy się w tani region (czyli np. nie do Japonii która z założenia jest droga ale np. do Indii czy do Peru), "złapiemy" okazyjny bilet na samolot (trzeba śledzić promocje linii lotniczych), no i zaakceptujemy pewien standard. To ostatnie oznacza, że zamiast luksusowego apartamentu będzie łóżko w wieloosobowej sali hostelu albo skromny pokoik z łazienką na korytarzu, że nie zawsze będzie ciepła woda, że będziemy jeździć lokalnymi środkami lokomocji (czytaj: zatłoczonymi autobusami, mając po sąsiedzku "lokalesów" podróżujących np. z żywym drobiem na kolanach), i że będziemy jedli w knajpkach dla miejscowych, co zresztą jest doskonałą okazją aby poznać lokalne specjały. Podróżują w ten sposób tysiące "plecakowiczów" (po angielsku: backpackersów) z całego świata. Bez względu na płeć i wiek - spotykam nawet takich którym stuknęła 80-tka, a z pasji podróżowania wcale nie zamierzają rezygnować.

Podróż zagraniczna naprawdę może być tańsza niż wakacje w kraju. Z własnego doświadczenia wiem, że są kraje gdzie zupełnie wystarczy budżet w wysokości 5 dol. dziennie. Nawet w Nowej Zelandii, uważanej powszechnie za kraj nietani, na dokładne objechanie jej obu wysp wystarczyło mi 150 dolarów!
Podróże z niskim budżetem uczą zaradności, czego nie należy mylić z wymagającym potępienia cwaniactwem. Dlatego też byłam zbulwersowana, kiedy spotkany w Gwatemali Izraelczyk opowiadał mi w jaki sposób można przejść niezauważonym do ruin Majów, co oznaczało oszczędność kilkunastu dolarów (notabene chłopak miał przy sobie 10 tys. "zielonych!"). Z rad nie skorzystałam - powiedziałam, że nie będę Polakom robić wstydu.

Ale wracając do tematu - podtrzymuję pogląd, że w kwestii pieniędzy na podróże "chcieć to móc". Oczywiście nie każdy nadaje się na plecakowicza. Nawet w swoim najbliższym otoczeniu mam osoby, które twierdzą, że dopóki nie uzbierają sumy dającej na wyjeździe komfort nie odmawiania sobie niczego, wyjeżdżać nie będą. Każdy ma prawo wyboru. Ja tymczasem szykuję się do niskobudżetowego wyjazdu do Afryki. Jak wrócę pewnie znowu spotkam się z zazdroszczącym mi podróży kolegą. A może już nie będzie mi zazdrościł, bo uzna że jaki jest świat, to on sobie zobaczy w kinie domowym.


Felieton opublikowany w grudniu 2007 r. w magazynie "Obieżyświat"

Back to top