Samemu nie znaczy samotnie
Hits: 3060

Jeździsz sama? - pytają mnie często z niedowierzaniem różni ludzie. No, nie zawsze, ale często mi się zdarza. I nie kryję, że to mój ulubiony sposób poznawania świata.  Przyzwyczaiłam do różnych reakcji, jakie wywołuje widok samotnej kobiety z plecakiem. Jedni patrzą z podziwem (niepotrzebnie, bo to żadne bohaterstwo), inni ze współczuciem , a ogólnie - z pewną dozą ciekawości.



najlatwiej zaprzyjaznic sie z dziecmi.jpg Gwoli ścisłości - na brak chętnych do wspólnych eskapad nie narzekam, a duszy samotniczki też na pewno nie posiadam. Zresztą jeżdżenie w pojedynkę z samotnością nie ma nic wspólnego. Bywa, że wręcz marzę o chwili spokoju, a tymczasem ciągle ktoś podchodzi pytając skąd jestem, co robię, jak mam na imię, gdzie jadę, proponuje pomoc, czymś częstuje... Tego typu kontakty to najlepszy sposób na poznawanie lokalnych obyczajów, języka, stylu życia, a to że jest się w pojedynkę tylko ułatwia obserwowanie otaczającej nas rzeczywistości. Swoją drogą bycie kobietą to całkiem użyteczny bonus - ludzie są bardziej uczynni, chętniej zapraszają do domów, wykazują większą bezinteresowność. Jeżdżąc w kilka osób, albo nawet tylko w parze, stanowimy małą, zamkniętą, mówiącą po swojemu grupkę, nic więc dziwnego, że miejscowi mają opory, by do nas podchodzić.

A co do towarzystwa… Nie tylko "lokalesów" (albo jak kto woli - autochtonów) w czasie podróży solo się poznaje. Także innych podróżników, bywa że również jeżdżących w pojedynkę. Nocujemy razem w hostelu, wpadamy na siebie w knajpce albo kupiliśmy bilet na ten sam autobus i  wkrótce okazuje się, że na pewien czas mamy współtowarzysza podróży. Większość moich zagranicznych przyjaciół to tacy "znajomi z drogi". Z Dietmarem-Niemcem spotkałam się na promie u wybrzeży  Grenlandii i potem przez tydzień jeździliśmy razem (a teraz Dietmar systematycznie przyjeżdża do Polski). Z Tomem-Amerykaninem konkurowaliśmy w łapaniu stopa w Nowej Zelandii - samochód jaki nadjechał zabrał nas oboje, a zaraz potem dogadaliśmy się, że chłopak podobnie jak i ja wybiera się w góry. Plusem jest to, że tego typu wspólne podróżowanie będące efektem przypadkowych spotkań nie wiąże się z żadnymi zobowiązaniami. Pokrywają się nasze trasy - świetnie, kiedy zaś wychodzi, że mamy inne plany albo nie zgadzamy się charakterami - w każdej chwili można się rozstać. Co innego jeśli jedziemy na wyprawę z partnerem już z Polski - tu obowiązuje solidarność od początku do końca. Tyle że na wyjazdach różnie bywa - najlepszy kumpel, z którym w rodzinnym mieście chodzimy na piwo nie musi być dobrym kompanem do podróżowania.

monika na grenlandii.jpg Niezależność w podróży to duży atut. Jeżdżąc sama budzę się kiedy chcę, rozmawiam z kim chcę,  wszelkie decyzje podejmuję szybko, bo nie ma konieczności konsultowania ich z partnerem lub partnerką. No i jestem bardziej mobilna. Łatwiej ze stopem albo z kupnem biletu na zatłoczony pociąg, ewentualnie zabraniem się choćby i bez biletu. Fakt, minusy też są - choćby w tak prozaicznych sytuacjach, kiedy chce się iść do toalety i nie za bardzo jest komu popilnować betów. Poza tym w większym gronie mimo wszystko jest bezpieczniej. No ale nie ma też co wpadać w przesadę - samemu też zawsze można jakoś sobie poradzić. Podróże kształcą - te samodzielne najbardziej, także w zakresie intuicji co robić aby nie wpakować się w kłopoty.

Jest jeszcze jeden, praktyczny powód, dla którego czasem nawet wbrew chęciom trzeba wyruszyć w świat samemu. Niestety, w obecnych czasach coraz trudniej domówić się z kimś na wyjazd. Wiele wypraw nie dochodzi do skutku bo druga strona nie ma czasu lub pieniędzy (często i tego, i tego), albo rodzina jej nie puszcza, ma jakieś egzaminy lub podły szef nie zgadza się na urlop. Można uzgadniać kolejny termin, ale duża szansa że na tym się skończy i… znowu nigdzie nie wyjedziemy. Co radzę? Pakować się i jechać. W pojedynkę. Pierwszy raz jest najtrudniejszy, ale szybko przekonamy się, że nie jest tak źle i na pewno nam się spodoba.

Back to top