Co nosi globtroter?
Hits: 7598

PODRÓŻNICZY STYL
Inny zestaw ubrań pakuje wczasowicz szykujący się na stacjonarne wakacje w pięciogwiazdkowym hotelu, inny plecakowicz wyruszający w podróż dookoła świata. Dylemat, co zabrać, mają jedni i drudzy.



Kiedyś, w pilotowanej przeze mnie grupie do Etiopii, miałam turystę który na lotnisku zjawił się z plastikową reklamówką. –Gdzie ma pan bagaż? – zapytałam. Pokazał na niepozorną torebkę, zupełnie nie pasującą do wypakowanych plecaków reszty uczestników. Nie mogliśmy się nadziwić, że w czasie dwutygodniowego wyjazdu turysta-ekstremalista niczego od innych nie pożyczał...


Jak najmniej

Najbardziej komfortową sytuację mamy, jeśli możemy zabrać tyle ubrań (przynajmniej koszulek i bielizny), żeby móc je zmieniać w każdej chwili, kiedy uznamy to za stosowne. Może warto wziąć rzeczy, które po użyciu będziemy zostawiać, robiąc tym samym miejsce choćby na kupowane pamiątki? Wiele osób robi tak zwłaszcza ze skarpetkami lub majtkami – kupuje najtańszą ich wersję w hipermarkecie, traktując jako jednorazówki. Z kolei koszulki, a na koniec także znoszone buty, można zostawić komuś z miejscowych – wielu biednych ludzi ucieszy się z takiego prezentu.

Niestety, przy dłuższych wyjazdach, zwłaszcza takich kiedy musimy nasz bagaż samodzielnie dźwigać, zabranie dużej ilości bagażu jest z założenia niemożliwe. Ograniczają nas nie tylko rozmiary plecaka, torby czy walizki, ale też i limit bagażu narzucany przez linie lotnicze. U większości przewoźników jest to 20 kg, ale bywa że na krótkich, lokalnych przelotach małymi awionetkami, zezwala się na jedynie 15, albo wręcz 10 kg (tak jest np. przy przelotach do obozowisk w Delcie Okavango).

Nic dziwnego, że wielu podróżników decyduje się na wariant „minimum”, zabierając jedynie 2-3 koszulki, z nastawieniem na ich pranie. Jeśli jedziemy na pustynię, gdzie powietrze jest suche, albo w rejony gdzie jest chłodno, przez co można liczyć na ogrzewanie (w podtekście: możliwość wysuszenia), taka ilość jest w porządku. Sprawa się komplikuje jeśli codziennie zmieniamy miejsce pobytu, a duża wilgotność powietrza (typowe w wielu krajach tropikalnych) nie pozwala na szybkie wysuszenie prania. Jeszcze pal sześć jeśli mamy do dyspozycji suszarkę do włosów (zamiast do włosów może być do podsuszania ciuchów czy butów), albo będący na wyposażeniu pokoju wiatrak (wentylator) który też przyśpiesza suszenie. W skrajnej sytuacji może okazać się, że trzeba będzie mokre ciuchy dosuszać na sobie, choć nie polecam wchodzenia w mokrej koszulce np. do klimatyzowanego autobusu, bo skończymy przeziębieniem. Rozwiązaniem może być dokupywanie potrzebnych ciuchów po drodze, przy równoczesnym pozbywaniu się starych (o ile je w ogóle wzięliśmy). Szczerze mówiąc kiedy jadę do Chin czy Nepalu, z założenia tak robię – ubrania turystyczne kosztują tam „grosze”, choć z drugiej strony nie oczekujmy od podrabianych polarów czy windstoperów jakości takiej jak oryginalne produkty znanych firm.


Nie zapomnij o…


Jaki zestaw ubrań zabierzemy, zależy od charakteru wyjazdu, jego długości i naszych upodobań. Jadąc w rejony „zimne” zwykle pakujemy za dużo rzeczy, wychodząc z założenia, że lepiej mieć zapas, bo przecież nikt nie lubi marznąć. Paradoksalnie gorzej jesteśmy przygotowani do wyjazdów w tropiki. Zapominamy na przykład, że zawsze, nawet w największych upałach, powinniśmy mieć ze sobą coś ciepłego. Nie ulegajmy stereotypom – hasło „tropik”, „pustynia” czy „Afryka” nie zawsze jest synonimem gorąca. Zwłaszcza na pustyniach w ciągu dnia i nocy mogą występować duże różnice temperatur, a już na pewno mamy szansę szczękać zębami na dużych wysokościach. I nie chodzi wcale o jakieś górskie wspinaczki – ktoś, kto był nad jeziorem Titicaca (wysokość, bagatela, 3600 m n.p.m.), w boliwijskim La Paz (ok. 3800 m), na pustyni Atakama (jedną z głównych atrakcji są gejzery znajdujące się na wysokości 4200 m), czy choćby w stolicy Jemenu – Sanie („tylko” 2400 m, ale też daje się we znaki), wie o co chodzi. Ciepłą bluzę warto mieć pod ręką również tam, gdzie działa nadmiernie podkręcona przez obsługę klimatyzacja, kiedy podróżując autostopem jedziemy na pace mknącego z zawrotną szybkością samochodu, albo w pociągu w którym nie domyka się okno.

Przydać się może również kurtka, albo przynajmniej peleryna przeciwdeszczowa. Zresztą zanim zabierzemy się do pakowania, powinniśmy zorientować się, jaka na miejscu czeka nas pogoda. Nie zawsze pamiętamy o odwrotności pór roku na półkuli północnej i południowej – jeśli jedziemy do Republiki Południowej Afryki czy do Nowej Zelandii w sierpniu, od razu zapakujmy trochę cieplejszych rzeczy, bo przecież to tamtejszy środek zimy! Z kolei to, że gdzieś jest ciepło, nie znaczy że bezdeszczowo, a jeśli jeszcze trafimy na monsun, wtedy dopiero zrozumiemy jaką siłę może mieć tropikalny deszcz.

Z kolei na dżunglę, busz i co niekiedy zaskakuje, latem także w rejony chłodne (Grenlandia, Kamczatka, północna Skandynawia, arktyczna Kanada), krótko mówiąc wszędzie tam, gdzie występuje ryzyko spotkań z komarami (w tropikach malarycznymi), kleszczami czy wyjątkowo kąśliwymi meszkami, trzeba zabrać coś, co ochroni nas przed atakiem natrętnych owadów. Podstawą są koszule z długimi rękawami i długie spodnie, ale czasem także zakładana na głowę siateczka nie przepuszczająca latających natrętów.

Przy okazji warto zastanowić się też nad kolorami. To nic, że wszyscy nam mówią, że do twarzy nam w czerwonym - jeśli mamy w programie safari, tropienie goryli czy podglądanie ptaków, przygotujmy sobie strój w maskujących kolorach (a już na pewno nie jaskrawych!). Podobnie jeśli szykujemy się na robienie portretów lokalnej ludności czy obserwowanie miejscowych zwyczajów - wtedy tez lepiej ubrać się w stonowane kolory, dzięki którym nie będziemy zwracać na siebie nadmiernej uwagi. I jeszcze: uważajmy na nadruki koszulek! Ostatnio, w konserwatywnym Jemenie, zaplusowałam u konserwatywnych lokalesów koszulką z nadrukiem „Palestyna”. Kiedyś jednak zrobiłam wielkie faux pax, ponieważ do Argentyny poleciałam w t-shircie z napisem „Falklands Islands”, zapominając że dla Argentyńczyków wyspy stanowiące niegdyś powód wojny z Brytyjczykami to nie żadne „Falklandy” tylko z hiszpańska „Islas Malvinas”.


Tekstylne patenty

Przy ekstremalnych wyprawach czy podróżach trampingowych, warto zainwestować w odzież specjalnie produkowaną na określone warunki. Każda szanująca się firma, czy to polska (Bergson, Alpinus, HiMountain i inne) czy zagraniczna (North Face, Saleva itp.), wypuszczają na rynek modele ubrań zawierające różnorakie „patenty”, takie jak różne praktyczne kieszenie, odpinane rękawy przy koszulach, a przy spodniach – odpinane nogawki (świetne nie tylko przy raptownie zmieniającej się pogodzie, ale też  w sytuacji kiedy przyjdzie pokonać nam w bród rzekę). Nawet materiały, z których szyje się turystyczne ubrania  to coraz większa technika – są takie które odstraszają owady, niwelują odór potu (służą temu np. srebrne nitki w skarpetkach), mają właściwości bakteriobójcze, odbijają promienie słoneczne, nie wspominając już o dobrze już znanych tkaninach „oddychających” ułatwiających odprowadzanie wydzielanego przez nas potu.

Prz wyborze materiału zapomnijmy o utrwalanym przez lata stereotypie, że jakoby najlepsza jest bawełna. W ekstremalnych warunkach lepiej spisują się specjalne, sztuczne materiały, które nawet po namoknięciu utrzymują ciepło (bawełna nie ma takich właściwości), nie mówiąc o tym, że szybciej schną. Przekonałam się o tym w górach Ruwenzori (Uganda), gdzie przemoczona pierwszego dnia trekingu koszulka bawełniana, nie wyschła aż do końca 10-dniowej wyprawy, podczas gdy koszulki Bergsona z materiału Thermydry prane wieczorami w strumieniach, na rano były suche! Do innych zalet koszulek ze specjalnych materiałów należy również to, że są lekkie (zamiast dwóch t-shirtów bawełnianych możemy wziąć cztery z włókien, o których mowa, a wagowo na to samo wyjdzie), zajmują mniej miejsca, no i się nie gniotą. Zresztą podobnie ma się sprawa z ręcznikami. Ręczniki frotte to kolejny przeżytek – w sklepach turystycznych lub w Internecie można kupić lekkie i cienkie ręczniki z materiałów, które bardzo dobrze chłoną wodę i równocześnie bardzo szybko schną.

Ubrania i ręcznik są ważne, ale nie zapominajmy też o czapce. Ciepła czapka przyda się wcale nie tylko na Antarktydzie czy wspinaczce w Himalajach, ale też w czasie rejsu żeglarskiego na Karaibach czy w Chile gdzie może wpadnie nam głowy aby wybrać się na narty (sezon na śniegowe szaleństwa trwa tam od czerwca do sierpnia!). Oczywiście czapka od słońca również jest istotna, przy czym wbrew nazwie nie tylko przed słońcem chroni - w dżungli także przed spadającymi z drzew robakami, czy pająkami.
Bardzo przydaje się też chustka-apaszka – w zależności od tego jak ją zawiążemy, może osłonić nasz podatny na spalenie słońcem kark, zastąpi czapkę, posłuży do związania włosów czy obtarcia spoconego czoła, a jeśli ją zmoczymy w zimnej wodzie – zawiązana na szyi pomoże przetrwać zwiedzanie nasłonecznionych ruin. Podobne zastosowanie mogą mieć też coraz popularniejsze buff`y – chodzi o zszyty kawałek materiału będący skrzyżowaniem kominiarki i apaszki, dobrze zasłaniający szyję (polecam na narty), po odpowiednim zawiązaniu zastępujący czapkę, a przy skrajnych warunkach (burza śnieżna lub piaskowa), naciągnięty na twarz chroniący usta i nos.

Z praktycznych drobiazgów tekstylnych przydatna jest również bawełniana płachta, różnie w różnych krajach noszona i nazywana (sarong, pareo, kanga itp.). Także i ona może spełniać rozmaite funkcje – służyć jako spódnica, zasłona w czasie przebierania się na plaży, okrycie głowy czy ramion przy wejściu do świątyni, awaryjny plecak, zabezpieczenie przed pyłem (idealne na safari), „kocyk” na którym można usiąść lub położyć się na trawie czy piasku…


Zgodnie z zasadami

Moda to na wyjazdach sprawa drugoplanowa – na pierwszym miejscu jest funkcjonalność. Niekiedy styl ubioru narzucają miejscowe zwyczaje. Niektórzy podróżnicy chcąc wtopić się lokalne klimaty, kupują stroje identyczne jak noszą lokalni mieszkańcy. A co na to miejscowi? Zależy. Są tacy, którym się to podoba, innych to śmieszy, bo widzą w turyście przebierańca. Na pewno swoim strojem wypada okazywać szacunek lokalnej społeczności, ale nikt nie oczekuje od blond-turystyki, że będzie chodziła w czadorze (tym bardziej że trudno w takim stroju nosić plecak), ani  że przyjeżdżając na Papuę Europejczyk będzie nosił na przyrodzeniu typową dla Papuasów kotekę – zrobioną z tykwy osłonkę.

Trzeba jednak pamiętać, że w wielu krajach, zwłaszcza islamskich, nie wypada chodzić w zbyt skąpych strojach, a w niektórych, takich jak Iran, Afganistan czy Jemen, kobiety powinny zakrywać włosy. W konserwatywnych miejscach odpadają zbyt przylegające do ciała, kuse bluzeczki odsłaniające brzuch, wielkie dekolty i spodnie-biodrówki zjeżdżające na pośladki. Ramiona powinny być zakryte, krótkie spodenki też się pewnie nie przydadzą, a i strój kąpielowy nie wszędzie uchodzi. Podczas mojej podróży po długo zamkniętym dla turystów Omanie, do morza wchodziłam wyłącznie w ubraniu (w długich spodniach i koszulce) – inaczej nie wypadało, bo miejscowe kobiety tak właśnie się kąpały. Podobne zwyczaje jak się ze zdziwieniem przekonałam, panują jednak także w chrześcijańskiej Gwatemali. Kiedy przyjechałam na popularną tam wśród miejscowych plażę nad Pacyfikiem, rozebrałam się do kostiumu, po czym… szybko się ubrałam. Okazało się, że i tamtejsze kobiety kąpią się w ubraniach, choć w tym akurat kraju krótkie spodenki są  akceptowane. Oczywiście w nastawionych na cudzoziemców plażowych wioskach hotelowych obowiązuje taryfa ulgowa, jednak wybierając się do mniej turystycznych miejsc, ubiór musi być już bardziej zakryty.
 
Szczególne zasady dotyczą świątyń. I to nie tylko meczetów. Również do wielu kościołów katolickich (szczególnie restrykcyjnie podchodzi się do tego w świątyniach we Włoszech i w Chorwacji) zbyt roznegliżowani nie zostaniemy wpuszczeni. Ale uwaga - podobne reguły dotyczą też… restauracji! Coraz więcej dobrych lokali, zwłaszcza tych bardziej eleganckich, przy kolacjach nie wpuszcza panów w krótkich spodenkach! Powód? Chodzi o estetykę i szacunek do innych klientów.

Fakt, że jesteśmy na wakacjach nie zwalnia od przestrzegania zasad savoir vivre, także tych dotyczących ubierania się. W miejscach publicznych powinno się wyglądać przyzwoicie i schludnie. Tematem dyżurnym związanym z urlopową modą naszych rodaków stały się krytyczne uwagi dotyczące zakładania skarpetek do sandałów, ale wcale nie mniej rażą pasażerowie wsiadający do samolotów w rozpiętych koszulach eksponujących imponujący „mięsień piwny” czy w przepoconych męskich koszulkach bez rękawów. Czasami ma się wrażenie, że niektórzy chyba nie zauważyli, że nie są już na plaży.


Co na nogi?


Wbrew tytułowi jednego z programów telewizyjnych, boso przez świat przejść się nie da. To nie tylko niewygodne, ale wręcz niebezpieczne. Nie chodzi nawet o ostre kamienie czy kawałki szkła, gorzej że możemy nadepnąć np. na  skorpiona, jadowitego owada albo węża. W buszu, w dżungli, tam gdzie rośnie wysoka trawa, również chodzenie w sandałach może być ryzykowne – w takich miejscach lepiej mieć buty zakryte, a i tak zanim je założymy (np. wyczołgując się rano z namiotu), lepiej je wytrząsnąć, sprawdzając czy w środku nie ma nieproszonych gości. Swoją drogą z zostawianiem rzeczy przed namiotem czy domkiem lepiej być ostrożnym. Czasem powody są bardzo prozaiczne – np. na campach w Parku Etosha w Namibii po zmroku kręcą się kradnące buty kojoty. Dlaczego to robią? Bo lubią zapach spoconych ludzkich stóp!

Popadać w skrajności jednak nie warto – wielu podróżników z upodobaniem chodzi w ciężkich trekingowych buciorach, w sytuacjach które wcale tego nie wymagają. Prawdopodobnie chodzi o to, że takie buty dobrze wyglądają na zdjęciach, choć można współczuć tym, którzy trafią na moment zdejmowania ich z nóg po całym dniu noszenia w tropikalnym żarze.

Buty o charakterze trekingowym dobrze jednak mieć, choć jeśli nie wybieramy się na ambitne wyprawy górskie, wcale nie muszą być to buty za kostkę – wystarczą lżejsze, adidasopodobne, na dobrej, nieślizgającej podeszwie. Tam gdzie jest gorąco, a nie ma zagrożenia wspomnianymi niebezpiecznymi stworzeniami, dobrze sprawdzają się dobrze wentylowane buty z mocnej siateczki (mają je w swojej ofercie m.in. Salomon i Ecco), albo sandały trekingowe. Z tych ostatnich doskonałe są zwłaszcza modele firmy Keen – z zasłoniętymi palcami, dzięki czemu nie grozi nam bolesne uderzanie palcami o kamienie, a i mniej mamy wpadającego pod stopę żwiru. Oczywiście nie zapominajmy też o butach, w których możemy wejść pod prysznic (dotyczy to zwłaszcza hoteli za przysłowiowego dolara, gdzie z higieną bywa naprawdę fatalnie). Lekkie, zwykłe japonki lub klapki wiele miejsce w plecaku nie zajmą, a mogą nas uratować przed pamiątką w postaci grzybicy. Funkcję zabezpieczającą mogą przejąć też sandały (dobrze jeśli są szybkoschnące), a jeśli już nic nie mamy, od biedy możemy wejść pod taki średnio czysty prysznic z założonymi na stopy foliowymi torebkami.
 
Zawsze najtrudniej zapakować się pierwszy raz. Każdy kolejny  jest już prostszy, bo wiemy już co się sprawdziło, a co nie. Rutyna w pakowaniu nie zwalnia jednak z zalecanego rozpoznania odnośnie tego, co może nas spotkać na miejscu, przy czym warto słuchać podpowiedzi tych, którzy w danym regionie byli przed nami. Mało kto na przykład wpadnie na to, żeby na wyprawę górską zabrać… wodery (wędkarskie spodnio-kalosze). W afrykańskich górach Ruwenzori, gdzie na wysokości 4000 m n.p.m. rozciągają się bagna z błotem za kolana, w zwykłych butach trekingowych nie mamy czego szukać, wodery to podstawa. Z kolei w Gwatemali nauczyłam się, że ze względu na grasujące w chickenbusach (najtańszych autobusach, którymi  jeżdżą lokalesi) gryzące insekty (nie doszłam czy były to pluskwy, czy pchły) warto nosić skarpetki, w które wkłada się nogawki spodni. Wygląda głupio, ale działa. Cóż, podróże kształcą. Także w kwestii ubioru.

Back to top