Ryzyko kontrolowane
Hits: 3403
Z NOTATNIKA PODRÓŻNIKA
- Podróże (nie)bezpieczne?

Kilka dni temu na jednym z portali przeczytałam, że w Tatrach zabił się wspinacz. Krótka, lakoniczna notatka, pod spodem wpisy internautów.


Na ogół w stylu takim, że po co się wspinał, że przecież góry są niebezpieczne, że mógł siedzieć w domu etc. Analogicznie bywa, jeśli zdarza się wypadek związany z nurkowaniem, lataniem, czy choćby podróżami. Ja akurat też się wspinam, latam, nurkuję, no i oczywiście podróżuję, więc wszelkich pasjonatów rozumiem.  Nie rozumiem za to ludzi, którzy wspomniane posty na forum piszą. To na ogół ci, którzy poza siedzeniem przed komputerem czy telewizorem nic raczej nie robią, życie ucieka im między palcami, nie mają żadnych pasji, chyba że pasjami nazwać chodzenie po klubach, pubach czy uzależnienie od ekranu.

Owszem, mogę się zgodzić, że w sportach zwanych ekstremalnymi (ja sama wolę określenie "outdoorowe", bowiem ich wydanie rekreacyjne trudno nazwać ekstremalnym) trzeba zachować rozsądek. Każdy powinien wiedzieć, na co pozwala mu doświadczenie i kiedy nadchodzi moment, w którym trzeba się z założonego celu wycofać. Oczywiście pomijam ekstremalistów bijących rekordy i traktujących daną dziedzinę w kategorii sportu wyczynowego - ci rzeczywiście ryzykują, ale to już ich świadomy wybór. Swoją drogą warto wziąć pod uwagę, że poniekąd dzięki tym wyczynowcom możemy dowiedzieć się, gdzie są nowe, stale poszerzane granice ludzkich możliwości, oni też często testują sprzęt, który potem służy nam wszystkim.

Oczywiście w rekreacyjnym ujęciu aktywności wypadki również się zdarzają. Niestety wynikają na ogół albo z braku owego doświadczenia, albo wręcz przeciwnie - z rutyny, chociaż nawet wtedy  argument "po co to robił - sam sobie winny" jest nie na miejscu. Tym bardziej, że nawet ci, którzy nic nie robią, siedząc w domowym fotelu czy leżąc na kanapie, też nie są stuprocentowo bezpieczni. Choćby tacy maniacy komputera - obrastają w tłuszcz, co grozi chorobami serca, nie mówiąc o przysłowiowym suficie, który może im się zwalić na głowę. A zresztą i tak najwięcej ludzi - zarówno tych nie-aktywnych, jak i nałogowych wspinaczy, nurków, spadochroniarzy, ginie w wypadkach samochodowych.

Szczerze mówiąc, jeśli ktoś mnie pyta o niebezpieczeństwa związane z podróżowaniem, zawsze odpowiem, że największym zagrożeniem jest to, co się dzieje na drodze. Owszem, trzeba brać pod uwagę choroby, ryzyko napadu, zamachy terrorystyczne (zresztą wszystko to może zdarzyć się i w Polsce), ale gwarantuję że dużo bardziej należy bać się samochodów. W wielu krajach głupie przejście przez ulicę to prawdziwe wyzwanie - ostatnio w Indiach 10 minut stałam pośrodku ulicy osaczona przez jadące pojazdy, a kiedy wreszcie w stanie skrajnej desperacji postanowiłam wymusić zatrzymanie się pojazdów, zapominając że to przecież lewostronny ruch, omal nie wpadłam się pod koła rikszy. Oddzielny temat to szaleni kierowcy nie przejmujący się przepisami drogowymi  - choćby w Peru czy w Turcji, gdzie standardem jest wyprzedzanie na zakręcie na skraju przepaści.

Nie chcę oczywiście bagatelizować innych niebezpieczeństw. Na pewno losu prowokować nie trzeba. Jeśli miejscowi mówią, że dane miejsce jest niebezpieczne, to ja akurat im wierzę. Kiedyś, w południowym Libanie postanowiłam wybrać się do położonego pośród wzgórz zamku krzyżowców. Już w autobusie współpasażerowie usiłowali mi coś wytłumaczyć, ale że po arabsku, nie wiedziałam więc za bardzo o co chodzi. Kiedy zaczęłam wędrówkę w kierunku widniejącego na horyzoncie celu, szybko mnie dogoniono i trzymano za rękę do momentu sprowadzenia mówiącej po angielsku dziewczyny. Wytłumaczyła mi, że w zamku są izraelscy snajperzy, a ja pakuję się akurat w pole ostrzału…

Niedawno podobną historię miałam w stolicy Salwadoru - właściciel hotelu, który musiałam opuścić w środku nocy, aby dostać się na pobliski dworzec autobusowy dobrze wymyślił, że na pewno tak krótki dystans będę chciała przejść na piechotę. Ku mojemu zaskoczeniu mężczyzna wstał o tej barbarzyńskiej porze jaką była godzina druga, aby dopilnować, że nie będę spacerować po niebezpiecznym nocą mieście. Mało tego - sam złapał taksówkę i powiedział, że za nią zapłaci (oczywiście na to już się nie zgodziłam).

Chyba do najbardziej groźnych sytuacji należą spotkania z hordami pijanych mężczyzn. Najlepiej omijać ich szerokim łukiem, co jednak nie zawsze jest możliwe. Do dość traumatycznych wspomnień z moich podróży zaliczam nocną jazdę przez busz na Wybrzeżu Kości Słoniowej, kiedy nasz samochód został zatrzymany przez pijanych, na dodatek uzbrojonych żołnierzy. Na szczęście byłam wraz z dwoma kolegami i to oni dogadywali się z wojakami - ja wolałam się nie pokazywać. Padło hasło jakiejś łapówki -  no cóż, w tym przypadku woleliśmy nie dyskutować i grzecznie wysypaliśmy zawartość portfeli (zawsze dobrze jest mieć przygotowaną jakąś niewielką sumę pieniędzy, trzymaną oddzielnie niż główna, "grubsza" kasa). Z drugiej strony takie historie zdarzają się w egzotycznych wojażach na szczęście rzadko, nie mówiąc o tym że o podobnych scenariuszach słyszy się i w naszym rodzimym kraju. Jedno jest pewne - żadna z opisanych sytuacji nie powinna stanowić powodu, aby z poznawania świata rezygnować.

A wracając do początku - znane powiedzenie "jest ryzyko - jest zabawa" trochę prawdy w sobie ma. Dobrze jednak, jeśli jest to ryzyko kontrolowane, właściwie bardziej "adrenalina" niż faktyczne ryzyko. Po prostu wszystko należy robić tak, by w przenośni i dosłownie - cały czas mieć głowę na karku. W każdym razie ci, którzy nie robią nic: nie podróżują, nie wspinają się, nie nurkują, często są po prostu sfrustrowani i na swój sposób - ubodzy, a podejrzewam nawet, że o owe pasje zazdrośni. Moim zdaniem należy im współczuć…

Felieton dla magazynu "Obieżyświat" (wiosna 2008 r.)

 

Back to top