Pod rejami "Pogorii"
Hits: 4789

PŁYWANIE NA ŻAGLOWCACH

Z wysokości 10 piętra, bo tyle mniej więcej ma fokmaszt "Pogorii", 47-metrowy jacht wydaje się rzuconą na morze zabawką. Jak okiem sięgnąć, tylko woda i woda, chociaż przed dziobem zaczynają już majaczyć brzegi Korsyki. Jest luty, żeglujemy "Pogorią" po Morzu Liguryjskim.


To są fały kliwra, to gordingi bombrama, to wangi (nie mylić z wantami), a to topenanta gafla grota - słuchamy Henia-bosmana, objaśniającego do czego służą poszczególne liny. Dla niektórych skomplikowane nazwy brzmią podobnie jak język chiński. Heniu pływa na "Pogorii" od wielu lat, tak więc nawet z zamkniętymi oczami wie, co jest do czego. Jednak dla tych, którzy na żaglowcu są pierwszy raz, jest to istna czarna magia. Z czasem - nauczą się. Zresztą w czasie alarmów do żagli i tak oficerowie po prostu pokazują, którą z lin należy wybierać (znaczy się - ciągnąć), a którą luzować.

Wybudowana w 1980 roku "Pogoria" to wraz z bliźniaczą "Iskrą" drugi pod względem wielkości z polskich żaglowców (pierwsze miejsce zajmuje "Dar Młodzieży"). Trzymasztowa barkentyna może postawić w sumie 15 żagli, o łącznej powierzchni 1000 m kw. Pod pokładem może mieszkać ok. 50 osób załogi. Oprócz wymieniającej się "załogi szkolnej" dowodzonej przez oficerów wachtowych jest też załoga stała: kapitan, bosman, mechanik, jego pomocnik oraz kucharz.

"Pogoria" stojąca na kotwicy przy wybrzeżu MonakoW przerwach kiedy "Pogoria" nie pływa ze szkołą pod żaglami (rejsy, w trakcie których młodzież realizuje program nie tylko turystyczno-żeglarski, ale w zaimprowizowanej klasie odbywają się normalne lekcje), może na tej jednostce żeglować każdy kto chce. Grafik rejsów i informacje o wolnych miejscach znajdziemy w internecie na http://www.pogoria.pl .

Zimą standardowy rejs to tygodniowe pływanie po Morzu Liguryjskim. W zależności od tego jak powieją wiatry, odwiedza się Korsykę, Elbę, porty włoskie, Monako lub któreś z miast Riwiery Francuskiej. Ale... Jeśli zdecydujemy się na zamustrowanie na "Pogorię", musimy być świadomi, że nie jest to pływający hotel czy jacht wycieczkowy, lecz żaglowiec, który również i my prowadzimy. Krótko mówiąc - nie jesteśmy pasażerami, ale załogantami. Nie ma więc znaczenia ile mamy lat, jaki zawód i jakie stanowisko na lądzie zajmujemy. W załodze bywają zarówno studenci, jak i znani adwokaci, lekarze, dyrektorzy firm, nauczyciele czy zwykli pracownicy różnorakich firm. Niektórzy mają lat naście, inni dobiegają 60-tki, a mimo to wszystkich łączą takie same obowiązki. Normalne, że trzeba wstać na wachtę w środku nocy, posprzątać toalety, obrać ziemniaki, umyć pokład lub zmyć naczynia po całej załodze. Oczywiście jest też i to, co przede wszystkim kojarzy się z pracą na żaglowcu, czyli stawianie żagli i związane z tym zbiorowe ciągnięcie za liny, w ramach sterowania - kręcenie wielkim szturwałem (kołem sterowym), wchodzenie na reje, prowadzenie nawigacji. No i przy każdej wolnej chwili - wspólne śpiewanie szant.

                                                                    * * * * *


Trwa wymiana załóg... Poprzednia ekipa już spakowana, teraz my zajmujemy ich koje. W stosunku do "Zawiszy Czarnego", na którym wcześniej sporo pływałam, tu jest wygodniej (choć na "Zawiszy" mieszkanie w 30 osobowym kubryku z trzema rzędami przypominających szuflady koi, ma naprawdę dużo uroku).

Pogoria na Srodziemnym Nawet nie ma czasu na zwiedzanie Imperii - portu w północnych Włoszech, w którym odbywają się zwykle wymiany pogoriowych załóg. Przycumowani do nabrzeża poznajemy jacht, zaliczamy próbny alarm opuszczenia statku (wybiegamy pośpiesznie łapiąc pomarańczowe kapoki), no i po raz pierwszy wspinamy się na reje. Każdy ma szelki asekuracyjne, ale przypinamy się tylko podczas pokonywania "przewieszek" przy salingach oraz przy chodzeniu po rejach. Na linowych drabinkach na wantach asekuracji nie stosuje się, bo za długo by to trwało. Nie ma co kryć, że pierwsze wejście na wysoki maszt, to naprawdę niezła adrenalina! Nogi się trzęsą, ręce kurczowo łapią wszelkie uchwyty. Aż strach patrzeć w dół! Najwyższa reja - żagla bombrama, zawieszona jest 30 metrów nad pokładem. Pracując przy rozpiętych na niej płótnach stoi się jedynie na pertach - chybotliwych linach. Póki co nawet nie chcemy myśleć o tym, jak to będzie w morzu, kiedy jachtem będzie bujać.

Obiad jemy już w morzu. Póki co jest spokojnie - wszyscy się cieszą, że przynajmniej mamy szansę na utrzymanie posiłku w żołądku. Od 16-tej jako III wachta wychodzimy na pokład (cała załoga podzielona jest na cztery 10-osobowe wachty) - przez najbliższe godziny to my kierujemy statkiem. Co jakiś czas zmieniamy się na stanowiskach - oprócz sternika musimy jeszcze obsadzić "oka" (obserwatorzy pilnujący, czy nie widać jakiś znaków nawigacyjnych lub statków) i stanowisko przy radarze. Co pół godziny wybijamy tzw. szklanki, czyli uderzeniami w dzwon okrętowy odmierzamy statkowy czas.

pogoria-koje.jpgWłaśnie jestem w kabinie nawigacyjnej zajęta wykreślaniem pozycji (niezależnie od GPSu i monitora z mapami komputerowymi pracujemy też na tradycyjnych, papierowych mapach) kiedy słyszę krzyk dochodzący z okolic dziobu: Delfiny! Rzeczywiście - pojawiło się całe stadko. Wyglądają jakby ścigały się z jachtem - płyną po obu naszych burtach niczym torpedy, co jakiś czas wykonując radosne skoki.

Wachta mija tak miło, że kiedy o 20-tej wybicie dzwonu oznajmia jej koniec, aż żal nam schodzić pod pokład. Przenosimy się do mesy, gdzie przy dźwiękach gitary jeszcze długo słychać nasze śpiewy o "wielorybnikach grenlandzkich", "herbacianym kliprze" i inne żeglarskie szlagiery. Efekt? Na następną wachtę nawigacyjną o 4 rano ledwo wstajemy. Półśpiąc przypominam sobie i kolegom, że przecież jesteśmy tu dla przyjemności, za własne pieniądze... Mokro, zimno i do domu daleko - specyficzny sposób na urlop...

Trwająca od 4 do 8 rano "świtówka" tak naprawdę nie jest wcale taka zła. Delfinów już nie ma, za to mamy piękny wschód słońca. Czerwona kula wynurza się z morza coraz intensywniej oświetlając nasze żagle. Pobudka całej reszty jest o 7-mej, zaś o 8-mej, już po śniadaniu, cała załoga zbiera się na rufie na podniesienie bandery. To cały rytuał zakończony "ogłoszeniami parafialnymi" kapitana. Na tym rejsie jest nim Mirosław Peszkowski "Pestka", znany w kręgach żeglarskich także jako autor muzyki wielu żeglarskich piosenek.

pogoria-mycie pokladu1.jpgDzień wypełniają nam po części prace bosmańskie. Z zapałem szorujemy dek (jego deski nie lubią soli), poza tym robimy opaski na linach. W wolnych chwilach odsypiamy zarwaną noc. Jest ładna pogoda, tak więc zamiast w kojach kładziemy się na pokładzie dziobowym. Błękitne niebo częściowo przesłaniają białe żagle - właśnie dla takich widoków się żegluje.

Kolejnego dnia mamy pierwszy port - Ajaccio, stolicę Korsyki. Zanim do niego wejdziemy musimy sklarować żagle - razem z innymi ochotnikami wchodzę na reje. Skupiona na żaglu nie zastanawiam się już jak wysoko jestem. Wkrótce w ogóle przestaje to robić na mnie wrażenie. Jedynie przy większych przechyłach, kiedy trzeba mocniej trzymać się, by nie spaść, czuję nieco mięśnie kręgosłupa.

pogoria - na korsyce.jpgPo Ajaccio czeka nas nocka płynięcia (tym razem mamy "psiaka", czyli wachtę od północy do czwartej rano) i dobijamy do Bonifacio - uroczego miasteczka na południowym krańcu Korsyki. Klucząc jego uliczkami, czujemy jak wzmaga się wiatr. No cóż, sprawdza się otrzymany komunikat zapowiadający sztorm.

Tego dnia wypada nam wachta kambuzowa. Właściwie dzięki Robertowi-kukowi kambuz to jedno z naszych ulubionych miejsc na jachcie. Kolację przygotowujemy jeszcze w porcie, ale sprzątanie wypada nam już na morzu. Zaczyna się niezła zabawa - tłuką się talerze, wylewa herbata. W takich warunkach szybko odchodzi nam ochota od realizowania planu upieczenia szarlotki. Tym razem wśród załogi są już nieszczęśnicy składający ofiary Neptunowi (choroba morska) - do ubikacji trudno się dopchać.

Śniadanie robimy już w osłabionym składzie, ale i tak na tle innych wacht wyglądamy całkiem nieźle. Cieszymy się, kiedy po obiedzie znowu wychodzimy na wachtę nawigacyjną - tym razem w pełnym bojowym ekwipunku, czyli w kaloszach i sztormiakach, bo co jakiś czas pokład zalewa fala. Z zapartym tchem obserwujemy wskaźnik prędkości wiatru. Zgodnie ze specjalnymi tabelami od 22 węzłów jest 8 w skali Beauforta, czyli wiatr uznawany jako sztorm (a mamy więcej!). Co niektórzy się cieszą, że będą mieli w opinii z rejsu wpisane godziny sztormowe! Ja zresztą też zdecydowanie wolę silne wiatry niż bujanie się w sztilu (ciszy) na martwej fali.

z konca bukszprytu wszystko lepiej widac.jpg Końcówkę wachty mamy lekko nerwową - co chwila w mroku nocy pojawiają się światła jakiś statków, a jeden z nich jest przez jakiś czas na kursie kolizyjnym. Poza tym trzeba zrzucić żagle i przebrasować reje (ustawić je w wymaganym w danej chwili położeniu), a to oznacza wymagające zgrania prace na linach, jakby nie było w środku sztormowej nocy. Szybkie komendy nie zawsze łatwo jest wykonać. Gdzie są brasy? A które to gejtawy? Szybko wychodzi na jaw, kto jak przyswoił sobie nazwy lin. W przerwach podziwiamy piękny księżyc w pełni i mnóstwo gwiazd, w tym mój ulubiony gwiazdozbiór Oriona.

Około północy osłonięci od wiatru cyplem stajemy na kotwicy. Przed nami światła Lazurowego Wybrzeża. Na zmianę pełnimy wachty kotwiczne - leżąc na pokładzie i kontrolując czy nie zerwaliśmy się z kotwicy, snujemy plany kolejnych rejsów.

Nazajutrz możemy zejść na kilka godzin z jachtu. To cała wyprawa - Marcin-mechanik przerzuca nas na ląd grupkami na pontonie. Potem wsiadamy w podmiejski autobus i po pół godzinie jesteśmy w Nicei. O 16-tej wszyscy są znowu na "Pogorii" - podnosimy kotwicę i obieramy kurs wzdłuż wybrzeża. Wieje od rufy - idealnie dla płynięcia na rejowych żaglach. W końcu jesteśmy na żaglowcu i w dodatku z kapitanem, który słynie z zamiłowania do pływania na żaglach (na koniec okaże się że na 96 godzin w morzu na żaglach zrobiliśmy 69 - bardzo dobry wynik!). Nadal jest sztormowo, siła wiatru dochodzi do 30 węzłów. "Pogorią" mocno buja, nic więc dziwnego, że na wchodzenie na reje w celu przygotowania żagli do postawienia, tłumu chętnych raczej nie ma. Mrugamy do siebie z kolegami z wachty, zakładamy szelki i idziemy. Tym razem nie wysoko, tylko na marsa, czyli jakieś 6 piętro.

pogoria---w-porcie.jpgNajtrudniejszym wyzwaniem dnia okazuje się zjedzenie obiadu. Mamy istne latające talerze - jeść trzeba trzymając je w ręku, balansując całym ciałem stosownie do bujania kadłuba. Tym razem wypada nam wachta od 20 tej. Noc jest wyjątkowo ciemna, ale nie na tyle, by wzroku nie hipnotyzowały białe odbryzgi spienionej wody odchodzącej od dziobu. Aż nam żal, że to już końcówka rejsu - widzimy zbliżające się światła Imperii. Jeszcze na naszej wachcie kapitan ogłasza dzwonkiem związany z wejściem do portu ogólny alarm manewrowy. Cała załoga wychodzi na pokład klarować żagle i liny, aż w końcu mijamy główki portu i cumujemy przy nabrzeżu.

Następnego dnia przyjeżdża kolejna zmiana. W drodze powrotnej do Polski śpiewamy znaną żeglarzom piosenkę: "Na morze nie wrócę, o nie!". Dobrze wszyscy wiemy, nawet ci, którzy złorzeczyli na niedospanie i chorobę morską, że to nieprawda. A nazajutrz po powrocie do Polski odbieram telefon od kolegi z wachty: -To kiedy wracamy na "Pogorię"?

 

Informacje praktyczne:


Wszelkie informacje:
http://www.pogoria.pl , ew. pod numerem armatora, którym jest STAP (Sail Training Association Poland) - tel. (058) 620 62 25.

Ceny rejsów:
standardowe, tygodniowe rejsy po Morzu Śródziemnym kosztują około 1500 zł. Czasem można załapać się na "last minute" (na miejsce kogoś, kto nie może jechać) i popłynąć nawet za połowę ceny. Cena obejmuje tzw. kojowe, pełne wyżywienie, opłaty portowe, paliwo, ubezpieczenie, a także dojazd. Letnie rejsy, zwłaszcza te z uczestnictwem w regatach i zlotach żaglowców (Tall Ships` Races etc.) są droższe.

Wymagania:
Pływać na "Pogorii" może każdy, bez względu na wiek czy doświadczenie żeglarskie. Jedynie żeby zostać oficerem trzeba mieć zwykle patent sternika morskiego lub kapitana. Potrzebne jest zaświadczenie od lekarza o braku przeciwwskazań do żeglowania. Dobrze jest mieć książeczkę żeglarską, w której potwierdza się uczestnictwo w rejsach.

Back to top