Sz-kierujemy się na północ
Hits: 4177

REJS PRZEZ SZWEDZKIE SZKIERY NA ALANDY

Dlaczego warto płynąć na Alandy? Choćby dlatego, że jest tam po prostu ładnie. Równocześnie - to całkiem dobra szkoła nawigowania. Poza tym dochodzą atrakcje, których nie zobaczymy na morzach południowych - białe noce, przy odrobinie szczęścia łosie i/lub łososie.


Szare, marcowe popołudnie. Dzwoni telefon. -Cześć! Chcesz płynąć na Alandy? - pyta kolega z rejsu na "Pogorii". Pewnie że chcę. Kumpel szybko streszcza pomysł: -Jacht weźmiemy ze Sztokholmu. Celem są Alandy, ale może na szwedzkich szkierach też się chwilę pokręcimy.

Stwierdzam, że niewiele o Alandach wiem. Właściwie to kojarzę jedynie, że to archipelag na północnym Bałtyku, przy wejściu do Zatoki Botnickiej, trochę ponad Sztokholmem, między Szwecją i Finlandią. W Internecie doczytuję, że z 6,5 tysiąca wysepek tylko 65 jest zamieszkałych, że należą do Finlandii, ale oficjalnym językiem jest szwedzki, i że jako terytorium autonomiczne mają Alandy własną flagę, Parlament, a nawet znaczki pocztowe (fińskie nie są uznawane).

alandy-z gitara.jpg W końcu nadchodzi majowy poranek, kiedy spotykamy się na warszawskim lotnisku. Chociaż jest nas dziewięcioro, biletów mamy… 10. To dlatego, że w liniach Wizzair, którymi lecimy, na gitarę trzeba wykupić osobny bilet. Ostatecznie okazuje się to nawet korzystne - bilet wystawiony na "Gitarę Kowieską" (od nazwiska właściciela) kosztował 53 zł (tyle samo ile nasze), w zamian za co "pani Gitarze" przysługuje nie tylko miejsce siedzące (!) ale także możliwość zabrania 20 kg bagażu. Dzięki temu nie musimy płacić za nadbagaż (wyszłoby drożej), a trochę go mamy, bo zabieramy z sobą część jedzenia.

 

Pływający Hilton


Sztokholm wita nas deszczowo i chłodno. Ale to pierwszy i ostatni taki dzień - potem będzie już tylko bezchmurne niebo i dużo słońca.

alandy-spanie.jpg Przejęcie jachtu odbywa się szybko i sprawnie. Noszący fińską banderę jacht Dufour 455 o sympatycznej nazwie "Minea" jest prawie nowy. Długość 13,75 m, szerokość 4,30, zanurzenie 2 m, silnik 55 kW, ożaglowanie typu slup z 96 m kw żagli. Jest roller foka oraz system lazy-jacka przy grocie, dwa koła sterowe, ploter map przy sterniku i nawet precyzyjny elektroniczny autopilot. W środku - cztery kajuty po dwie koje (dwie osoby z naszej dziesiątki śpią w mesie na łożu robionym ze stołu), dwie łazienki z prysznicami z ciepłą wodą!, ogrzewanie, oprócz lodówki - zamrażarka… Po latach żeglowania na raczej siermiężnych polskich jednostkach (co ma dużo uroku) czuję się jak w pływającym hotelu.

Tego dnia na Alandy wypłynąć jeszcze nie możemy - musimy poczekać do następnego poranka na jeszcze jednego naszego kolegę. Korci nas jednak, by gdzieś już pożeglować. Płyniemy odwiedzić znajomych, którzy biorą jacht z mariny oddalonej od nas o kilka mil. Spotkanie załóg przeradza się w trwającą do świtu imprezę integracyjną. Inna sprawa że na tej szerokości o tej porze roku świt jest dosyć wcześnie, zaś zachód bardzo późno. Zupełna ciemność trwa może ze 3 godziny.

Doba na Bałtyku


alandy-kowies za sterem.jpg W niedzielne południe wypływamy. "Kowies" (Piotrek Kowieski) będący naszym kapitanem uzgadnia z Andrzejem, kapitanem drugiego jachtu (Bawaria 30) wstępną trasę. Postanawiamy przed wyjściem na otwarte morze polawirować przez szkiery na południe od Sztokholmu. Dłużej ale ciekawiej…

Prognozy są niezbyt korzystne - silny, północny wiatr. Mimo zarefowanych żagli pędzimy jak oszalali. Co jakiś czas czekamy na Andrzeja, który ma wolniejszy jacht. W końcu kapitanowie decydują, że spotkamy się już w Mariehamn na Alandach.

Jacht spisuje się świetnie, ale po wyposażeniu widzimy różnicę w podejściu do żeglowania Polaków i Skandynawów. Mamy wrażenie że oni chyba nie wychodzą w morze przy nieco gorszej pogodzie, która jest dla nas normalna. A może tyko jesteśmy naszpikowani teorią z różnego rodzaju kursów? W każdym razie na jachcie nie ma radaru ani radiopławy EPIRB, w radiostacji brak opcji "distress", dziwią nas też przy dziesięcioosobowej załodze tyko dwa (!) pasy asekuracyjne. O takich drobiazgach jak barometr, termometr czy zwykłe "krawaty" już nie wspominam. Nawet kambuz jest niedostosowany do trudniejszych warunków, a takie właśnie na dobry początek mamy.

Wkrótce po wyjściu na otwarte morze zaczyna się składanie ofiar Neptunowi. Jeden z kolegów leżąc na pokładzie ma już tylko jedno życzenie: "Zabijcie mnie! Chłopaki zabijcie mnie, proszę ".

alandy-naradowa bojowa dokad plyniemy.jpg Mam wachtę od 20 do północy. Fantastyczna żegluga - mkniemy 9 knotów. Przez pierwsze trzy godziny jest zupełnie pusto, wraz z kolegami upajamy się przepięknie wschodzącym księżycem, za to w ostatniej godzinie co chwilę widać jakieś światła. Ruch wokół nas to znak, że przecinamy główny tor wodny ze Sztokholmu do Helsinek i Tallina.

Nad ranem wiatr "zdycha". Koniec ambitnego żeglowania - odpalamy silnik. Poza tym jesteśmy już blisko Alandów, a to oznacza liczne płycizny i podwodne głazy.

Przez VHFkę łapiemy jacht Andrzeja. Omal nie siadamy z wrażenia - oni są już w porcie! Myślimy, że blefują, ale kiedy około południa dobijamy do kei, okazuje się że rzeczywiście, przypłynęli 3 godziny przed nami! No cóż, dzielni. Tylko, że my szliśmy przez większą część nocy na żaglach, oni na silniku. A tak na marginesie to w portowej knajpce wychodzimy na bohaterów. -Szliście w nocy? - nie mogą uwierzyć "lokalesi".

alandy-zglowiec.jpgZ chlubnymi tradycjami


Położone na Fasta Aland - głównej wyspie archipelagu Mariehamn okazuje się bardzo przyjemnym miasteczkiem. Mieszka tu 11 tys. osób, co stanowi ok. 40 proc. całej populacji Alandów.

Cumujemy w pobliżu wielkiego, stumetrowej długości żaglowca "Pommern", który oczywiście idziemy zwiedzić. Wybudowany w 1902 jest świetnie zachowany. Ponoć był to największy w dziejach żaglowiec handlowy - mógł pomieścić prawie 50 tys. ton zboża. Kursował m.in. do Australii i do Chile. Na czterech masztach mógł nieść 3240 m kw. żagli - był wśród nich taki, który w stanie suchym ważył tonę! Najwięcej emocji wzbudza wśród nas kabina kapitańska - kanapa, barek, wygodne łoże (nie tam żadna koja) i łazienka z… wanną. Pływający w regularnej żegludze do 1939 roku "Pommern" był jedną z 60 jednostek należących do Gustafa Eriksona, Alandczyka zwanego "Królem Żaglowców". Ciekawa była kariera tego człowieka - zanim został jednym z najpotężniejszych armatorów świata, alandy-w marinie w mariehamn.jpgzaczynał jako "cabin boy", następnie został kukiem, dopiero potem przyszedł czas na szlify oficerskie i kapitańskie. Swoją drogą w pobliskim Muzeum Morskim są rzeczy uratowane ze słynnego "Herzogin Cecilie", flagowego żaglowca floty Eriksona, który w 1936 roku zatonął w Kanale Angielskim.

Morskie tradycje Alandów widać także w centrum Mariehamn, na słupie ze strzałkami podającymi odległości do istotnych w dawnej żegludze miejsc. Kapsztad 5642 mil, Liverpool 854 mil, Przylądek Horn 8160 Mm... - czytamy.


Moście - otwórz się


Dopłynięcie na Alandy czcimy wieczornym grillem rozstawionym na kei (grill przywieźliśmy z Polski). O chorobie morskiej wszyscy już zapomnieli - wilcze apetyty napawają mnie przerażeniem, bo jako II oficer mam pod swoją pieczą zaprowiantowanie. Kończy się na tym, że rano przed wypłynięciem muszę gonić do supermarketu uzupełnić zapasy. Największy ból to chleb, w Skandynawii bardzo drogi.

alandy-w wolnych chwilach.jpg Zaraz po moim powrocie oddajemy cumy i obieramy kurs na zamek Kastelholm. Nie tak dosłownie, bo choć do zamku szosą jest z Mariehamn zaledwie 20 km, lawirowanie między wyspami zajmie nam dobre 9 godzin. Przede wszystkim startujemy z "niewłaściwej" strony. Stolica Alandów położona jest na mającym kilometr szerokości cyplu, a że my stanęliśmy po zachodniej stronie, musimy owy cypel okrążyć. W efekcie po 4 godzinach bujania się na oklapłych tego dnia żaglach, znowu widzimy Mariehamn, tym razem od strony wschodniej.

Niedługo potem dopływamy do kanałku z mostem o 3 metrowym prześwicie. W budce obsługi nie ma żywej duszy, na szczęście wypatrujemy tablicę, napisaną, a jakże, wyłącznie po szwedzku. Jedynym zrozumiałym fragmentem, odszyfrowanym po zrobieniu zdjęcia i jego powiększeniu (ach ta technika!) jest numer telefonu. Dzwonimy z komórki - odbierający mężczyzna po angielsku jest w stanie powiedzieć jedynie "Five minutes". Po dziesięciu most zaczyna się rozsuwać. Nawet nie mamy jak panu powiedzieć, że jakieś 20 minut za nami jest drugi jacht. Przepływamy pod mostem o 16.55 - do 17-tej jego rozsunięcie jest gratis. Jacht Andrzeja zjawia się o 17.15 - muszą zapłacić 10 euro.

Uwaga, mielizna!


alandy-nabieznik.jpg Najpopularniejszymi znakami nawigacyjnymi są na Alandach ostrzegające przed niebezpieczeństwem znaki kardynalne. Fakt, od kamieni i mielizn aż się tu roi. Żeby jednak nie było za łatwo, tutejsze "kardynałki" nie mają tak jak gdzie indziej charakterystycznych trójkątów, lecz są najzwyklejszymi tyczkami, na dodatek pomalowanymi zwykle w biało-czarne pasy (według podręczników powinny być żółto-czarne). Na brzegach natomiast najczęściej zobaczymy napisy "kabel" oraz nabieżniki w najprzeróżniejszych postaciach, najczęściej w formie żółto-czerwonych tablic. Oczywiście są też pławy wyznaczające szlak wodny. Często lepiej nie ryzykować i trzymać się oznakowanej "ruty".

alandy-mapa.jpg Nawigujemy na laptopie (wraz z zestawem C-map przywieźliśmy go z Polski), korzystamy też z pokładowego ploterka pokazującego kurs, wycinek mapy plus wszelkie potrzebne informacje (log, sonda etc.). Niestety, urządzenie potrafi się zresetować w najmniej odpowiednich momentach (zrobił coś takiego w momencie kiedy musieliśmy precyzyjnie wejść między dwie położone blisko siebie łachy podwodnych kamieni). Wyposażenie nawigacyjne uzupełnia jeszcze prywatny kapitański GPS oraz będące na wyposażeniu jachtu mapy papierowe, z których jak najbardziej korzystamy.

Mimo takich "pomocy" na mieliznę i tak wchodzimy. Jesteśmy w malowniczej zatoczce, atmosfera sielankowa, prędkość zaledwie pół węzła, chłopcy łowią ryby. -Popłyńmy bardziej przy brzegu, na pewno są tam okonie - pada prośba. Sternik lekko odkręca i… chwilę potem stoimy. Jesteśmy zaskoczeni, bo z wskazań alandy-zamek.jpgechosondy wynika, że powinniśmy mieć zapas. Przy pomocy wędek badamy dno - wiemy z której strony jest głębiej, wiemy też że stoimy na urządzeniu sterowym. Wszystko kończy się dobrze i szybko - wystarcza przejście całej załogi na burtę, ale od tej pory jesteśmy bardziej czujni.

Zresztą z tego powodu, zagrożenia płytką wodą, do zamku będącego naszym celem nie dopływamy. Chętni przeprawiają się na brzeg pontonem, a potem jeszcze spory kawałek idziemy na piechotę. Zamek (właściwie ruiny) są już zamknięte, oglądamy go więc tylko z zewnątrz, więcej czasu spędzając w pobliskim skansenie.

Tę noc spędzamy na dziko, przy malowniczych klifach. Wielkie święto - udało się złowić rybę! Co z tego jak jest tak mała, że do niczego się nie nadaje. Przypomina mi się jak Kowies, nasz kochany kapitan, miesiąc wcześniej przekonywał mnie: -O alandy-polnadzy.jpgjedzenie nie musimy się martwić. Będziemy codziennie jeść ryby, które złowimy… Z myślą o smażeniu mamy w bakiście trzylitrową butlę oleju i torbę mąki - wrócą do Sztokholmu nienaruszone… Tymczasem alandzkie foldery zachwalają ponad 20 kilogramowe łososie! Potem dopiero miejscowi powiedzą nam, że to po prostu nie pora na łowy…

Zamiast ryb mamy za to polską kiełbasę, którą pieczemy na grillu tym razem zamontowanym na ustawionej w poziomie drabince rufowej. Ok. 23-ej oglądamy przepiękny zachód słońca; wokoło spokój i cisza, zakłócana jedynie naszymi rozmowami, no i szantami.


Prawie jak w Grecji


Kiedy rano podnosimy kotwicę, na pokładzie jest tylko wachta. Szkoda jednak długo spać, kiedy dookoła takie widoki. Właściwie krajobraz kojarzy się z Mazurami. Dookoła brzeg, ładne lasy… Potem jednak robi się już bardziej morsko.

alandy-pustka na kokar.jpg Tego dnia dopływamy do portu Sandvik na wyspie Kökar. Johannes, niesamowicie uczynny chłopak zawiadujący mariną cieszy się, bo jesteśmy pierwszym jachtem w tym sezonie. Idziemy zobaczyć pobliski kościółek - XVIII wieczna świątynia służąca protestantom (dominującą religią na Alandach i w Szwecji jest luteranizm) stoi na miejscu założonej w XIV wieku misji franciszkańskiej. Wieczór spędzamy w saunie - oczywiście w połączeniu ze wskakiwaniem do lodowato zimnej zatoki.

Kolejny dzień rozpoczynam bardzo wcześnie, postanawiając bladym świtem zrobić polecany w folderach pieszy szlak. Około 7-kilometrowa pętla jest rzeczywiście ładna widokowo, a przy okazji zahacza o pochodzącą z epoki brązu (tysiąc lat p.n.e.) osadę łowców fok. Potem biorę jeszcze rower (w ramach opłaty za marinę można z nich korzystać za darmo) i jadę do odległego o 4 km miasteczka po chleb. Po drodze mijam znaki "Uwaga, łosie" - niestety żadnego nie spotykam.

Kiedy wracam z zakupami cała załoga jest już na nogach - chwilę potem wypływamy. Dzwonimy do znajomych którzy w tym czasie są na Mazurach i skarżą się, na zimno i deszcz. U nas za to bezchmurne niebo, a choć na morzu za ciepło nie jest, chłopcy alandy-kosciolek na kokar.jpgrozbierają się do wersji plażowych. Robimy stosowne zdjęcie i w ramach MMSa wysyłamy tym z Mazur.

Godzinę później jesteśmy już przy Källskär - ostatniej wysepce Alandów na naszej trasie. Żyją na niej na stałe dwie osoby, plus artyści, którym w ramach stypendium udostępnia się dom wzniesiony przez nieżyjącego już szwedzkiego bogacza, a zarazem konesera sztuki. Założony przez niego ogród będący oazą zieleni na skalistym pustkowiu, wystrój rezydencji (liczne motywy greckie) oraz umieszczony na skałach odlany z brązu Hermes służący poniekąd jako znak nawigacyjny, sprawiają, że mówi się o tym miejscu "Wyspa Grecka".

Wszechobecna biało-czerwona


alandy-posilek na pokladzie.jpg Tym razem na przelocie do Szwecji warunki mamy idealne - równa czwóreczka od rufy, prujemy więc z żaglami na motyla, ale żeby nie dopłynąć za szybko, nasz kapitan postanawia poćwiczyć manewry "człowiek za burtą". Motywacja jest duża, bo chodzi o wyrzucone za burtę plastikowe kapitańskie buty. Bilans manewrów - jeden but wyłowiony, jeden nie, za to wszyscy z załogi umieją stawiać jacht w dryf.

Trochę po północy cumujemy w marinie Fejanskrog - to już znowu Szwecja. Przez następny dzień cały czas mamy szkiery. Tym razem idziemy wzdłuż głównego szlaku ze Sztokholmu w morze, ruch więc spory. Na ostatni już nocleg zatrzymujemy się w Vaxholm - ładnym miasteczku którego główną atrakcją jest położona na wyspie twierdza. W mieszczącym się tam muzeum jest sala poświęcona przebywającym tu w czasie II wojny światowej polskim marynarzom z internowanych okrętów podwodnych ORP "Żbik" i "Ryś".

alandy-vaxholm.jpg Właśnie przymierzamy się do ostatniej, pożegnalnej imprezy, kiedy ktoś z załogi odkrywa, że w międzyczasie po sąsiedzku stanęła "Bryza H"! Cieszymy się - obok siebie trzy polskie załogi! Niedługo potem mamy gości - odwiedza nas Adam - kapitan "Bryzy" wraz z bosmanem, potem my przenosimy się do nich. Tym razem impreza jest jednak spokojna - Bryza musi wypłynąć o 4-ej, a my o 6-tej, bo od mariny gdzie o godzinie 10 mamy zdać jacht, dzieli nas jeszcze 13 mil. Wszystko idzie na szczęście sprawnie - klar robimy w czasie drogi, a samo zdawanie trwa może z 10 minut. Niczego nie uszkodziliśmy, dostajemy z powrotem kaucję i… już teraz deklarujemy chęć ponownego wynajęcia jachtu. Polubiliśmy szkiery!



INFORMACJE PRAKTYCZNE (czerwiec 2008 r.):


Dolot: Z Warszawy, Gdańska i Katowic można do Sztokholmu dobre ceny połączeń oferuje Wizzair (http://www.wizzair.com ). My, korzystając z promocji, kupiliśmy bilety za 53 zł, już ze wszystkimi opłatami!

Czas: W Szwecji taki jak w Polsce, na Alandach 1 godzina do przodu.

Język: szwedzki, ale wiele osób mówi po angielsku. Pamiętajmy o szwedzkich literach, choćby w słowie "Åland" (poprawna wymowa to "Oland").

Waluta: W Szwecji walutą są korony szwedzkie (SEK), ale często (np. w marinach) można płacić też w euro (powszechnie stosowany przelicznik: 1 EUR = 10 SEK). Z kolei na Alandach gdzie obowiązuje euro, akceptowane są też korony szwedzkie.

alandy-pod zaglami.jpgCzarter jachtu: Firma od której czarterowaliśmy jacht (jak najbardziej godna polecenia) to Midnight Sun Sailing (http://www.midnightsunsailing.fi , tel. +358 (0)2-428 100). Jeśli jednak chcemy, możemy w organizacji czarteru korzystać z polskiego ich przedstawiciela (cena będzie ta sama, a odpadną np. koszty telefonów i ew. problemy językowe) - chodzi o SailMore z Poznania, http://www.sailmore.pl , tel. 061-853 70 63. Ceny jachtu typu Dufour 455 w tzw. wysokim sezonie dochodzą do 4600 euro za tydzień, poza sezonem ceny są jednak dużo niższe.( 2200 euro/tydz.).
Trzeba również pamiętać o zwrotnej kaucji - za nasz jacht wyniosła ona 2300 EUR przy czym zapłaciliśmy ją za pomocą karty. Na wszelki wypadek zdecydowaliśmy się na ubezpieczenie kaucji - kosztowało to 22 euro za dzień (łącznie od załogi).
Ostatecznie w naszym przypadku (przy 10 osobach załogi) koszty rejsu (czarter, paliwo, mariny, wyżywienie, piwo, ubezpieczenie, nocleg w hostelu) wyniosły po 1000 zł + 80 EUR.

Mariny: Marin na Alandach jest ok. 20, w szkierach szwedzkich - mnóstwo. Ceny wahają się od 10 do 20 euro za jacht, przy czym prysznice są już w cenie, a zwykle także i sauna (jedynie na Kökar dopłacaliśmy za saunę po 4 euro od jachtu). W większości marin podłączenie do prądu i tankowanie wody słodkiej było w cenie, ale nie jest to regułą (dopłaca się za to np. w Vaxholm). Jeśli jesteśmy przed sezonem (lub po), musimy wziąć pod uwagę, że wiele marin jest wtedy zamkniętych. Na ogół otwiera się je na początku czerwca i zamyka w końcu sierpnia.

alandy-tankowanie.jpg Organizacja rejsu:
* Jeśli bierzemy jacht z dużym zanurzeniem (2 metry to na Alandach dużo), może przydać się ponton. Koszt jego wypożyczenia wynosi ok. 140 euro.
* Cenowo niestety wciąż jeszcze Skandynawia jest droga. Za paliwo płaciliśmy w Szwecji 15,69 SEK za litr - na Alandach jest jeszcze drożej.
* Przy rejsach z wymianą załóg można rozważyć zrobienie tego na Alandach. Do Mariehamn można promem dopłynąć z centrum Sztokholmu w 4 godziny, przy czym bilety kosztują zaledwie 5 euro!

Zwiedzanie:
* Będąc w Sztokholmie (choćby po zakończeniu rejsu) warto zaplanować sobie min. 1-2 dni na zwiedzanie Sztokholmu. Najważniejsze miejsca to Starówka (Gamla Stan) oraz Muzeum statku Vasa (żaglowiec który zatonął w czasie swojej dziewiczej podróży). Wiele ciekawych informacji można znaleźć na http://www.stockholmtown.com
* Jeśli mamy w Sztokholmie nocować, a zależy nam na jak najniższych kosztach, można liczyć na tamtejsze hostele. Łóżko w sali wieloosobowej kosztuje 160-220 alandy - sztokholm.jpgSEK, ale jeśli nie mamy swojej pościeli, musimy dopłacić 30-40 SEK za jej wypożyczenie. Ciekawe są hostele zlokalizowane na zacumowanych do nabrzeża statkach, a także kabiny na żaglowcu "Chapman". Jeśli wolimy tradycyjny budynek, polecam zlokalizowany w samym centrum "Lodge 32" (http://www.lodge32.se ) z bardzo miłą atmosferą i darmowym dostępem do kuchni.
* W Sztokholmie przy kupowaniu biletów na transport (np. na dojazd do mariny) warto zapytać o bilety grupowe lub karnety na większą ilość przejazdów. Nas przejazd do mariny kosztował ok. 25 koron. Jeśli z kolei zostajemy tam na zwiedzanie, opłacalna może być tzw. Karta Sztokholmska, z którą mamy darmowy transport i wejścia do muzeów.
* Będąc na Alandach i zakładając zwiedzanie różnych obiektów, opłaca się wykupić za 9 euro tzw. Kartę Muzealną dającą wstęp do 4 wybranych muzeów. Normalnie bilet na statek Pommern czy do zamku Kastelholm kosztuje 5 euro.
* Nie sugerujmy się zbytnio nazywaniem Alandów strefą wolnocłową. Owszem, alkohol jest tam tańszy niż w Szwecji, ale i tak ceny nie są z naszego punktu widzenia atrakcyjne (butelka Heinekena - 2,20 euro, 0,75 l Finlandii - 19 euro. Przy okazji warto wiedzieć, że limit alkoholu w krwi żeglarzy wynosi na tamtejszych wodach 1 promil!

alandy-kokka od wody.jpgInformacje o Alandach:

* Bardzo ciekawy, polskojęzyczny przewodnik internetowy po Alandach znajdziemy na http://www.gwardak.com . Warto też zajrzeć na anglojęzyczne strony: http://www.aland.ax , http://www.destinationaland.com

* W alandzkich informacjach turystycznych (np. w Mariehamn) można otrzymać gratis mnóstwo folderów. Jest wśród nich bardzo przydatna broszura "Åland - Guest Harbours" z opisami marin.

* Jeśli chodzi o szwedzkie szkiery, dużo praktycznych informacji możemy otrzymać od mieszkającego w Sztokholmie polskiego żeglarza, niezwykle uczynnego i zakochanego w fiordach Jurka Sychuta. Kontakt - przez jego stronę http://www.sychut.com


Back to top