Jednym halsem przez Biskaje
Hits: 4683

REJS Z BRESTU DO LIZBONY

Plany na wrzesień miałam sprecyzowane: wspinanie w Himalajach. Niestety, Chiny zamknęły Tybet, wyprawa się posypała, ale przecież nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zamiast na ośmiotysięczniku wylądowałam na poziomie morza, zamiast liny alpinistycznej miałam w ręce szoty, a zamiast czekana – koło sterowe




biskaje7.jpgWłaściwie od dawna chciałam pożeglować przez Biskaje. Propozycja rejsu z Akademii Nautica spadła niczym z nieba. Szybka decyzja: jasne że płynę!

Startujemy z Brestu (francuska Bretania), mamy dwa tygodnie na doprowadzenie jachtu do Lizbony. Część załogi – czterech wesołych warszawiaków, poznaję na dworcu w Paryżu skąd do Berestu mamy 4,5 godziny jazdy pociągiem TGV. Druga część ekipy, kolejne trzy osoby z różnych stron Polski (od Śląska po Mazury), dociera do Brestu z Dublina – mieli płynąć w inny rejs, ale stan jachtu (z innej firmy) na to nie pozwolił, no i spontanicznie dołączyli do nas. W sumie jest nas dziewiątka – dodatkowo jeszcze Romek, przedstawiciel Kołobrzegu, no i kapitan – Józef Paprocki, z pochodzenia góral, który swego czasu zamienił beskidzkie widoki na mieszkanie w Gdyni przemiennie z żeglowaniem.




Delfiny na mdłości

biskaje 97.jpgW Breście zostajemy tyle ile musimy, aby przygotować się do wypłynięcia, czyli dzień. Nasz jachcik, s/y „Louve” (Bawaria 44, 13,25 m długości, 80 m kw. żagli) ma miłe sąsiedztwo – również polskiego „Amaranta”, a do tego dwie ciekawe konstrukcyjnie jednostki regatowe pod banderą Francji. W przerwie między tankowaniem, robieniem zakupów, przeglądaniem pomocy nawigacyjnych itp. zwiedzamy miasto, które okazuje się miastem partnerskim naszego Bytomia. Do bazy atomowych okrętów podwodnych, które w Breście stacjonują, z rozsądku nie próbujemy się dostać, za to zwiedzamy całkiem spory zamek z urządzonym w nim Muzeum Morskim. Żałujemy, że brakuje nam czasu na tutejsze Oceanopolis – jedno z największych oceanariów świata. Zostać dłużej jednak nie możemy bowiem z prognoz pogody wynika, że lepiej wychodzić w morze najszybciej jak się da. Powód? Nadchodzi rozległy niż, a z Biskajami jak wiadomo żartów nie ma. 

Integracyjna impreza wieczorna w trakcie której ujawnia się gitarowy talent jednego z kolegów sprawia, że pobudka o piątej rano, kiedy wciąż jest ciemno, wydaje się upiornym pomysłem. Litości jednak nie ma – tak narzuca wysoka woda (różnice pływów w okolicach Berestu dochodzą do 6 metrów!) oraz prądy. Na dodatek pierwszy dzień na morzu okazuje się dla części załogi kryzysowym - zainteresowanie posiłkami znikome, danina Neptunowi, hojna. Ci,którzy stosują przyklejane za uchem plasterki przeciw chorobie morskiej twierdzą, że wynalazek nie działa. Terapeutyczne działanie mają za to delfiny biskaje2.jpg– ich pojawienie przynosi cudowne ozdrowienie „niedysponowanych”, tak więc w ciągu kilku minut jest już na pokładzie cała załoga, z aparatami w rękach starająca się uwiecznić skoki sympatycznych zwierzaków. Przez następne kilka dni delfinia eskorta staje się normą – mamy wrażenie że się z nami ścigają. Dwa razy pojawiają się też wieloryby.

Biskaje dają nam taryfę ulgową. Przez dwa pierwsze dni wieje sympatyczna baksztagowa czwóreczka pozwalająca płynąć przyzwoite 5-6 węzłów. Stopniowo wszyscy przyzwyczajają się do fali, zaczynają dopisywać apetyty, wraca siła do wspólnego śpiewania szant. Za to trzeciego dnia rozwiewa się – kiedy jest już szóstka, a siła wiatru wciąż rośnie, wymieniamy foka na foka sztormowego. Rzucające jachtem fale najbardziej czuć pod pokładem - lokatorzy koi na nawietrznej burcie muszą się nieźle nakombinować, aby jakoś usnąć. W najgorszej sytuacji jest śpiący w mesie Marek, który nijak nie ma się o co zaprzeć; ostatecznie przypina się na sztywno pasami asekuracyjnymi do czego się da. Również wypadający akurat na moją wachtę kambuz to sprawdzian refleksu, bo wszystko lata, a otwarcie szafek grozi przyjęciem na klatę wylatujących z nich rzeczy. W międzyczasie zaliczam oblanie wrzątkiem – mam jednak szczęście, bo akurat jestem w sztormiaku. Nieprzewidywalna fala to nie tylko zasługa warunków pogodowych, ale tego że wpłynęliśmy nad szelf kontynentalny – z 500 metrowej głębokości (maksymalna głębia Biskajów to nawet 5 tys. metrów!) przeskoczyliśmy nagle na zaledwie 30-metrów. Ale oto, wieczorową porą, pojawia się zarys lądu – to już brzegi Hiszpanii.


Hiszpańskie…? Nie dziewczyny! Krewetki!

W A Coruña (stosowana na wielu mapach nazwa z początkowym "La" jest obecnie niepoprawna), dużym porcie hiszpańskiej Galicji, cumujemy około drugiej w nocy, w lekkim stresie, bo nie działa nam bieg wsteczny. Cały następny dzień przeznaczamy na odkrywanie uroków miasta, tym bardziej że jest co zwiedzać. Najwięcej zainteresowania wzbudza Wieża Herkulesa, co oznacza najstarszą w świecie latarnię morską, działającą nieprzerwanie od czasów rzymskich, czyli od II wieku n.e. Jej światło przez wiele mil naprowadzało nas przy nocnym podchodzeniu do portu, teraz mamy szansę zobaczyć ją z bliska, a nawet na nią wejść. Kręcimy się też po niedużej, ale klimatycznej starówce, potem zaglądamy do wcinającego się w morze zamku Castelo de San Antón, z którego murów obserwujemy wychodzący w morze ogromny wycieczkowiec. Część z nas zalicza jeszcze trening biegowy, bowiem któryś z kolegów wykrył, że w czasie naszego pobytu w Lizbonie ma odbywać się półmaraton, a że w załodze są aż cztery osoby stale biegające, zamierzamy wystartować.

biskaje13.jpgNastępnego dnia wsiadamy w pociąg i dla odmiany robimy wypad do niedalekiego Santiago de Compostella. Wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO miasto jest jednym z najważniejszych ośrodków pielgrzymkowych świata. Pielgrzymów łatwo rozpoznać po zawieszonych na szyi czy plecakach płaskich muszlach. Niektórzy z nich w ramach słynnej Drogi św. Jakuba pokonali piechotą ponad tysiąc kilometrów! Ponoć przed ważniejszymi rozgrywkami piłkarskimi zjawia się tu także hiszpańska kadra narodowa. Inna sprawa, że niezależnie od względów religijnych, Santiago jest też ciekawe pod względem architektonicznym. Poza tym to również dobre miejsce na zakup galicyjskich pamiątek.

Na jacht wracamy wieczorem, tuż przed planowanym wypłynięciem. Ostatnie chwile na równej stępce wykorzystujemy na ucztę z wielkich krewetek kupionych za atrakcyjnie niską cenę na lokalnym targu. Są pyszne, tak więc sami siebie nie rozumiemy: mamy ich jeszcze pół miski, a już nie możemy na nie patrzeć! Stan przejedzenia skłania nas do obietnic, że przez następne pół roku na krewetki nie spojrzymy.


Tam gdzie koniec świata


biskaje48.jpgNa wyjściu z A Coruñi żegna nas światło dobrze znajomej już wieżo-latarni Herkulesa. Czeka nas, jak zakładamy szybki i przyjemny przelot, liczący ok. 160 mil. Rzeczywistość okazuje się zupełnie inna. Najpierw planujemy wejście do Vigo, potem stwierdzamy, że wolimy coś bardziej kameralnego i postanawiamy wejść do Baiony, gdzie jest replika „Pinty”, statku Kolumba (Baiona była pierwszym europejskim portem do którego wrócił Kolumb po odkryciu Ameryki). Ostatecznie wchodzimy zupełnie gdzie indziej. Przyczyną jest idący z Azorów niż, jaki dopada nas szybciej, niż zakładaliśmy.

W międzyczasie mijamy Przylądek Fisterra. Jego nazwa pochodzi od łacińskiego finis terrae czyli „koniec ziemi”, bo przez długie wieki uważano go (błędnie) za najbardziej na zachód wysunięty kraniec kontynentalnej Europy. Zdaniem niektórych dalej było nie tylko budzące grozę morze, ale i kończąca go bezdenna przepaść, w którą spadały statki z nieszczęsnymi marynarzami.
Ale co tam legendy, gdy z każdą godziną ciśnienie spada, wieje coraz mocniej, w dodatku w dziób, a do tego nawet nie pada, tylko leje. W pewnym momencie, choć to dopiero doba żeglugi, zapada decyzja: wchodzimy do najbliższego portu, którym jest Santa Uxia de Riveira. Szczerze mówiąc nie ma w nim nic do oglądania, a jak na złość pogoda trzyma nas w tym miejscu półtorej doby. W ramach biegania zaliczam pobliskie wzgórza, które są ponoć dobrymi punktami widokowymi, ale że jest mgliście, potwierdzić tego nie mogę. Dobiegam też na odległe o 10 km wydmy, dumę tutejszego wybrzeża, jednak utwierdzam się tylko w przekonaniu, że nie ma to jak nasz Słowiński Park Narodowy. Dobre nastroje wyspanej jak nigdy załogi podtrzymuje za to portowy bar, w którym moi koledzy zostają chyba klientami roku. Jak się okazuje - poza zadowolonym barmanem również miejscowi rybacy lubią żeglarzy – dostajemy od nich za darmo kilka kilogramów świeżo złowionych makreli.


Porto w Porto

biskaje51.jpgKolejny przeskok, tym razem do Porto, to dwie doby na morzu, przy nadal silnym, ale za to połówkowym wietrze. Jest zimno i mokro - płyniemy zakutani w sztormiaki, w strugach deszczu, równocześnie co i rusz dostając w twarz bryzgi fal. No cóż, ładne powitanie zgotowała nam Portugalia! Nocna wachta jest tym razem szczególnie adrenalinowa – co i rusz mijamy rozstawione, słabo oznakowane sieci. W mroku zauważamy je praktycznie w ostatniej chwili – sternicy muszą być przygotowani na błyskawiczne wyłączanie silnika, bo sznurków na śrubie mieć rzecz jasna nie chcemy. Sieci to jednak nic przy rybackich kutrach. Pojawiają się rzadko, ale dwa szczególnie mało przyjemne spotkania, trafiam akurat na mojej wachcie. Pierwsze w ciągu dnia, kiedy statek wali prosto na nas, mimo że widoczność jest dobra i płyniemy na żaglach. Jesteśmy pewni że nas widzi, nie jest zajęty połowem, jednak jak się okazuje zmiana kursu żeby ostentacyjnie zejść mu z drogi też nic nie daje, bo i on zmienia kurs – nadal prosto na nas. Chce nas sfotografować czy zdenerwować? – zastanawiamy się, wszyscy, włącznie z kapitanem, siedząc na pokładzie. Jeśli to drugie, nawet mu się udaje – skręca prawie w ostatniej chwili. Gorzej, bo podobną sytuację mamy w nocy, tylko stres jeszcze większy, bo kapitan śpi, więc decyzję jako oficer muszę podejmować sama. Widoczne z burty zmierzające ku nam w szybkim tempie czerwone-zielone (światła rzecz jasna) i tym razem próbujemy puścić, ale znowu - zmiana kursu do niczego nie prowadzi, no bo „rybak” też to robi, jakby uparł się nas staranować. Szybki natłok myśli co tu zrobić: podświetlenie żagli światłem pokładowym, kłopotliwy w tych warunkach zwrot, wywołanie go przez radio (coraz mniej czasu), budzenie kapitana… Uff, odkręcił. Uznajemy że to chyba faktycznie odwet za pływanie między rybackimi sieciami, ale skąd mogliśmy przypuszczać, że tak daleko od brzegu tyle ich tu będzie?

biskaje91.jpgW samym Porto przystani dla jachtów nie ma, tak więc stajemy w odległej od centrum o 12 km Marina de Lexoes, skąd do miasta jedziemy lokalnym autobusem. Szkoda że wciąż pada, bo Porto jest naprawdę śliczne. Włóczymy się po wąskich, stromych uliczkach, degustujemy słynny tutejszy trunek (porto znaczy się), przechodzimy po słynnym dwupoziomowym moście spinającym brzegi rzeki Douro, a zaprojektowanym przez ucznia Gustave`a Eiffle`a (sam mistrz stworzył drugi z tutejszych mostów – widoczny nieco dalej most kolejowy). Pogoda wybitnie „niezdjęciowa”, za to jak na złość - następnego dnia wypogadza się i pojawia się dawno nie widziane błękitne niebo. Do miasta już jednak nie wracamy – czekając aż wiatr zelżeje, kręcimy się w okolicach mariny, zaliczamy spacer po plaży, no i robimy wielkie suszenie – ciuchów, śpiworów, sztormiaków.


Żeglarskie bieganie

Opuszczamy Lexoes późnym popołudniem. To już nasz ostatni etap rejsu –  kolejnym, ostatnim zresztą portem, ma być teraz już Lizbona. Żegluga zajmuje nam dokładnie półtorej doby, przy czym płynie się całkiem przyjemnie, bo nie dość że wreszcie mamy wiatr od rufy, to ze względu na ciepło w odstawkę idą polary, a kalosze można zamienić na sandały. Koledzy próbują łowić ryby – nawet z powodzeniem, bo łapią się dwa tuńczyki. Uczty jednak nie ma - są na tyle małe, że darowujemy im życie – dostają buziaka od tych którzy je złapali i wracają za burtę.

biskaje11.jpgKolejne delfiny, słońce i dobre nastroje sprawiają, że prawie wszyscy przesiadują na deku. W środku nocy mijamy Cabo de Roca – zachodni przylądek kontynentalnej Europy. Wejście do położonej w ujściu Tagu do Atlantyku Lizbony wypada akurat na mojej wachcie, na świtówce. Tuż obok stylizowanego na karawelę Pomnika Odkryć Geograficznych tankujemy paliwo – stacja jest tuż przy ulicy, tak więc działa na dwie strony – z jednej strony obsługuje samochody, z drugiej jachty. Na dobre stajemy w marinie Doca de Alcantara, tuż za potężnym mostem 25 Kwietnia, zawieszonym 70 m ponad wodą. Jego charakterystyczny wygląd z czymś nam się kojarzy – no tak, przecież to niemal kopia słynnego Golden Gate z San Francisco!

W Lizbonie mamy wymianę załóg – porządkujemy i zdajemy jacht, po czym przenosimy się do hosteli. Prawie wszyscy zostajemy w stolicy Portugalii kilka dni dłużej, bo akurat to miasto jest tego warte, a nawet jeśli już się w nim kiedyś było i tak znajdą się jakieś nowe miejsca do „odkrywania”. Godzinami włóczymy się po uliczkach Alfamy, najstarszej a zarazem najbardziej malowniczej dzielnicy, choć wcale nie mniej podoba nam się rejon zwany Belém ze słynnym klasztorem Hieronimitów w którym jest grób Vasco da Gamy, Pomnikiem Odkryć i ciekawie zdobioną Wieżą Belém. Przy okazji idziemy jeszcze na słynne babeczki (pasteis de Belém), pyszne ciasteczka, na które oryginalny przepis znają tylko trzy osoby!

biskaje5.jpgAle zwiedzanie to jedno, a zgodnie z planami bierzemy też udział we wspominanym już półmaratonie „Rock`n`Roll Portugal”, jak na złość odbywającym się w wyjątkowo upalnym słońcu. Początek liczącej 21 km trasy przebiega fragmentem w sumie ponad 17 kilometrowego mostu Vasco da Gamy (najdłuższy most Europy), potem czeka nas pętla do centrum i meta w Parku Narodów, w którym w 1998 roku odbywało się Expo (Wystawa Światowa). Ambicja by nie splamić honoru polskich żeglarzy sprawia, że mimo braku na rejsie regularnych treningów, przybiegamy na metę z całkiem dobrymi czasami. A może żeglowanie nam pomogło? Permanentne wdychanie jodu, co jakiś czas dawka rumu, trening siłowy przy kręceniu kabestanem i bieganie na dziób aby odczepić zaczepionego foka to może rodzaj całkiem skutecznego dopingu?




Informacje praktyczne:


* Ceny marin: za nasz mający 13,25 m „okręt” płaciliśmy w wymienionych portach 30-40 euro za dobę (wszędzie w  cenie były darmowe prysznice, prąd, woda i dostęp do Internetu).

* Koszty: przy 9 osobach załogi i dwóch tygodniach rejsu zrzutka na paliwo i jedzenie wyniosła po 150 euro.

* W odwiedzonych przez nas marinach hiszpańskich i portugalskich zaskoczyła nas biurokracja – trzeba było meldować się z dokumentami jachtu i załogi (sama lista nie wystarczała, wymagano dowodów lub paszportów), wypisywać szczegółowe formularze z pytaniami np. o tonaż jachtu.

* Przypływając z portu portugalskiego z Hiszpanii pamiętajmy, że w Portugalii zegarki są przesunięte o godzinę wstecz (ja o tym nie pamiętając, wypomniałam szefowi mariny że się spóźnił o godzinę do pracy  :).

* Lizbona to doskonały port na wymianę załóg. Marin w Lizbonie jest aż sześć, miejsce więc zawsze się znajdzie, w mieście jest co robić, równocześnie bez problemu przygotujemy jacht do wypłynięcia, a w razie czego – również go naprawimy. Co jednak najważniejsze - łatwo się tam dostać (bezpośrednie loty z Warszawy obsługuje linia TAP Portugal), a i ceny są przystępne - z pewnym wyprzedzeniem bilety można kupić za ok. 100 euro w jedną stronę.

Back to top