Z pamiętnika windsurfera
Hits: 3650

KURSY WINDSURFINGOWE

Człowiek uczy się przez całe życie - wychodząc z tego założenia wraz z początkiem wakacji zapisałam się do Szkoły. Były ćwiczenia, wykłady, nawet egzamin. Nie była to jednak zwykła szkoła lecz - windsurfingowa.



Początki mojej windsurfingowej "kariery", dobre kilka lat temu, były straszne. -Mąż cię bije? - widząc siniaka pod okiem i dziwne pręgi na rękach współczująco pytali znajomi. Niektórzy nie wierzyli, że ja po prostu uczę się pływać na desce. Deska była stara, chropowata, żagiel za duży, a ja musiałam się zdrowo nakombinować, aby metodą prób i błędów samodzielnie dojść, o co w tej zabawie chodzi. Jakiś czas temu naszły mnie refleksje: -Teraz jest już lepszy sprzęt, poza tym jakoś sobie radzę. Umiem dopłynąć tam gdzie chcę, przestałam co chwila wpadać do wody. Ale to chyba jeszcze nie to… - rozmyślałam.  Postanowiłam zainwestować w instruktora, nauczyć się czegoś nowego, skorygować złe nawyki. W Internecie przejrzałam oferty szkoleń. Wybór padł na "Szkołę Zdrowia" w Jastarni na Półwyspie Helskim.

Przede mną było sześć dni intensywnego szkolenia [sierpień 2006 r.].

Kursu dzień I - sztag prawie idealny


W samo południe melduję się w Szkole Zdrowia. Najpierw przemówienie samego szefa - doktora katowickiej AWF Lecha Powolnego. Omawiane są sprawy organizacyjne z naciskiem na kwestie bezpieczeństwa, potem następuje podział na grupy. Do wyboru są trzy - dla początkujących, zaawansowanych i  mocno zaawansowanych. Trafiam do tej środkowej.

windsurfing - instruktorzy.jpg Jest nas pięcioro - rozrzut wiekowy od 15 do 50 lat. Instruktor, Adam Kaczmarek, dwudziestokilkulatek z przeszłością zawodniczą i niesamowitą pasją, jeśli chodzi o nauczanie, omawia system zajęć. Codziennie mamy 4 godziny pływania - dwie rano, w godzinach od 10 do 12, i po południu, od 16 do 18.

Podglądam jak na boku instruktor grupy początkującej tłumaczy swoim podopiecznym podstawowe nazewnictwo. Nie łatwo jest pojąć od razu tyle nowych zwrotów: fał, róg szotowy, róg halsowy…

Wreszcie nadchodzi moment na który czekamy - idziemy na wodę! Pierwsze zajęcia to jakby sprawdzian. Na dobry początek dostajemy deski o dużej wyporności, a więc stabilne, łatwo na nich stać. Adam ocenia, co każdy z nas potrafi. Jeden z chłopców ma problemy już z wystartowaniem - po chwili sam decyduje o przejściu do grupy "podstawowej". Reszta - poziom wyrównany. Mamy robić podstawowe manewry - zwroty, na tych zajęciach tylko przez sztag, czyli pływając na kursach "ostrych" do wiatru. Co jakiś czas zbieramy się w grupkę, siadamy na bujających się na fali deskach, a Adam tłumaczy co robimy źle. Pokazuje też prawidłową wersję. No tak, gdybym tak umiała, nie byłabym na kursie…

Wieczorem, już na kwaterze, biorę do ręki książkę o windsurfingu. Ciekawe - pierwsze opisy surfingu, czyli ślizgania się na desce po falach, znalazły się w dzienniku kapitana Jamesa Cooka już w roku 1778. Dokładniej chodziło o popisy tubylców pływających przy hawajskich plażach. Trzeba było jednak czekać niemal kolejne 200 lat, aż do roku 1964, aby ktoś - konkretnie Amerykanin Newman Darby, wpadł na pomysł czegoś podobnego do deski z ruchomym masztem i kwadratowym (!) żaglem. Wkrótce pojawiły się nowe projekty - fanami surfowania z napędem w 836_9654.jpgpostaci wiatru stali  się Jim Drake - żeglarz i zarazem konstruktor lotniczy oraz matematyk Hoyle Schweizer. Ich właśnie uważa się za "ojców" sprzętu do żeglarstwa deskowego, który zresztą w 1968 roku został przez nich opatentowany pod nazwą "Windsurfer". Od tamtego czasu wiele się zmieniło - materiały, technologia, ale zasady funkcjonowania pozostały takie same.

Dzień II - rufa z podtopieniem


Przed dziesiątą cała nasza piątka przebrana w pianki czeka grzecznie na Adama. -Dzisiaj zwrotów ciąg dalszy. "Sztag" umiecie, no to trzaskamy "rufę"… - mówi instruktor. Pogoda jest taka, że aż przyjemnie pływać. Słoneczko i błękitne niebo wykorzystuje fotograf, który z wybudowanej pośrodku akwenu szkoleniowego ambony, robi zdjęcia wszystkim przepływającym w pobliżu. Potem zdjęcia te można zobaczyć na stronie internetowej Fujifilm i ewentualnie zamówić sobie ich wywołanie. Miła pamiątka, a dla znajomych możliwość zobaczenia jak nam idzie. -Przynajmniej, wiem że rzeczywiście pływasz… - mówi potem przez telefon mój mąż.

A my tymczasem nic tylko się "zwrocimy". -Odpadamy, pochylamy maszt, przechodzimy, ostrzymy… - pokazuje Adam. Chyba jest z nas zadowolony, bo wykraczając poza program szkolenia pokazuje nam tzw. "rufę regatową", z półzatopieniem tylnej części deski. Z tym już gorzej - co i rusz wpadam do wody. Pocieszam się że nie tylko ja...

W przerwie miedzy zajęciami w ramach grupowej integracji idziemy do plażowej knajpki na smażoną flądrę. Jak się okazuje, reprezentujemy pełen przekrój zawodowy… Jeden z kolegów jest informatykiem, inny lekarzem, jest też nauczycielka i dziewczyna, której zajęciem jest opieka nad dziećmi w Irlandii. Zaczynamy o pracy, a kończymy na tematach deski. Obserwujemy zmagania malucha, który mimo swoich 3-4 lat też się uczy windsurfingu. Oczywiście dostał specjalną deseczkę, malutki żagiel, instruktorka uważnie go asekuruje. Oceniamy, że ma zadatki na mistrza…

windsurfing - jak na hawajach.jpg Po południu zaczyna fajnie wiać. Zaczynamy od ćwiczeń tzw. startu z plaży, czyli sposobu wsiadania na deskę bez męczącego wyciągania leżącego w wodzie żagla. Trzeba odpowiednio unieść maszt, dać krok na deskę, drugą nogą odbić się od płytkiego dna i jedziemy… Proste? Nie za bardzo - udaje mi się dopiero za dziesiątym razem. W nagrodę za postępy Adam pozwala nam na popływanie dowolne, jak chcemy, trochę dalej od brzegu. Szybko przekonuję się, że jesteśmy jednak pod czujnym nadzorem. Mam problem z żaglem - strzeliło mi mocowanie masztu. Mój instruktor momentalnie jest przy mnie pomagając mi w dotarciu do brzegu, a po chwili dostaję nowy sprzęt.

Kończymy planowo, o 18, a o 20 jest wykład. Jestem zła, że zarezerwowałam sobie noclegi z dala od bazy i muszę na zajęcia dochodzić. Lepiej było przyjechać z namiotem i rozbić się na należącym do "Szkoły Zdrowia" campingu "Draga". Wszystko  na miejscu, do morza może z dwieście metrów, no i wokoło sami znajomi.

Tymczasem na wykładzie - tłum. Zajęcia są nieobowiązkowe, ale przyszła większość kursantów ze wszystkich grup. Przy użyciu specjalnych tablic omawiamy teorię żeglowania i manewrowania oraz przepisy regatowe. Akurat jak znalazł na regaty które mają odbyć się na koniec kursu.


Dzień III - ślizgowy odlot


Od rana wszyscy rwą się do pływania. Wieje regularna "czwóreczka" (wiatr o sile 4 stopni w skali Beauforta) czyli można trochę poszaleć. Zakładamy trapezy - specjalne pasy z haczykiem, którym żeglujący wpina się w uchwyt na bomie, dzięki czemu łatwiej jest utrzymać żagiel, równocześnie odciążając ręce i kręgosłup. Z boku wygląda to bardzo efektownie - przy odpowiednio mocnym wietrze pędzi się odgiętym do tyłu, często wręcz dotykając plecami wody. Pływanie w trapezie wymaga jednak pewnej wprawy, a raczej - wyczucia wiatru i deski. Przekonuję się o tym kilkakrotnie, kiedy wiatr niespodziewanie "zdycha". Przerabiam najróżniejsze wersje wywrotek. A to do tyłu - wówczas żagiel leci na mnie, spadając mi na głowę i przytapiając, a to z kolei ja robię efektowny pad na żagiel…

Tego dnia w przerwie idziemy do miasta. Jastarnia to bardzo ciekawa miejscowość, wbrew temu co myślą niektórzy z wczasowiczów, nie ograniczająca się wyłącznie do deptaka otoczonego knajpkami. Część naszej ekipy ma zacięcie krajoznawcze, zaglądamy więc do miejscowego kościoła urządzonego w stylu morskim (nawet ambona ma wygląd łodzi) i do muzeum rybackiego, którego kustosz zasypuje nas ciekawostkami związanymi z poszczególnymi eksponatami.

windsurfing-plynie sie.jpg Ledwo zdążamy na 16-tą na zajęcia. Wskakujemy w pianki i na wodę. Wiatr się wzmógł, grupie początkującej odwołano nawet szkolenie. My się cieszymy - lubimy taką pogodę. Tym razem biorę sobie inny sprzęt - bardziej wyczynową deskę i inny niż do tej pory żagiel. -Będzie lepiej pracował - zapewnia Adam. Mamy ćwiczyć ślizg czyli to co windsurferom sprawia zwykle największą frajdę. Płynie się naprawdę z dużą szybkością, jakby frunąc po falach. Rewelacja! Podoba mi się do tego stopnia, że kiedy Adam ogłasza zakończenie zajęć… odmawiam zejścia z wody. -No dobra, jeszcze 10 minut… - łaskawie zezwala instruktor. Cieszę się jak przedszkolak.

Tego dnia wieczorem wyjątkowo nie ma wykładu. -Zapraszamy na grilla, a potem na koncert - ogłasza kadra. Tego typu imprezy organizowane w każdym turnusie to już tradycja "Szkoły Zdrowia". Robi się bardzo rodzinnie… Są kiełbaski, piwo... Wreszcie jest okazja by poznać się między grupami. Czuję się trochę jak na koloniach dla dorosłych, ale jest mi z tym całkiem dobrze. Później przenosimy się nad zatokę - tam właśnie, w knajpce na plaży ma występować zaproszony zespół. Bawimy się do późnej nocy. Windsurfing to w końcu nie tylko pływanie…

Dzień IV - O rekordach przy burzy


Na porannym spotkaniu Adam elektryzuje nas newsami pogodowymi. -Zapowiadana jest burza. Idziemy ćwiczyć, ale nie odpływamy daleko od brzegu. Jeśli tylko dam wam znak, wszyscy natychmiast wychodzimy z wody… To nie żarty - węglanowe maszty naprawdę ściągają pioruny. Rok wcześniej, w niedalekich Chałupach, był przypadek śmierci windsurfera, który zlekceważył ryzyko.

Póki co jednak pogoda jest ładna. Jedyne niepokojące oznaki to widniejące na horyzoncie ciemne chmury, przesuwające się w naszą stronę. Ćwiczymy ósemki czyli robimy na przemian zwroty przez sztag i rufę, kiedy nagle zaczyna lać deszcz. Adam daje znak - schodzimy. Nikt się nie buntuje, chociaż akurat teraz jest najlepszy wiatr. Przez moment na wodzie zostają jeszcze tylko instruktorzy. Z podziwem patrzymy na ślizgi w ich wykonaniu, kiedy jednak zaczyna błyskać, oni także kończą zabawę. Plażowa knajpa pęka w szwach - wszyscy czekają aż burza przejdzie.

windsurfing - przystan 52.jpg Wykorzystujemy, że przy naszym stoliku pojawił się Adam Bakes, najważniejszy z instruktorów Szkoły Zdrowia, lokalny mistrz w rekordach szybkości. Przy sile wiatru 6,5 B płynął z prędkością 61,91 km/h! Pomiar był precyzyjny, bowiem na wyposażeniu Szkoły Zdrowia jest specjalne urządzenie GPS mierzące szybkość. Pożyczyć je może każdy - najlepsze wyniki wpisywane są na wbitej w piach desce windsurfingowej. Nasz rozmówca opowiada też o spotkaniu z Finianem Maynardem, Irlandczykiem, który był gościem "Szkoły Zdrowia", a do którego należy rekord świata. Maynard osiągnął wynik 48,7 węzła czyli 90,19 km/h - szybciej niż supernowoczesne katamarany żaglowe! Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że tego typu wyniki osiąga się w trochę innych warunkach niż np. Zatoka Pucka. Wykorzystuje się  specjalne kanały, czeka się na wiatr wiejący pod odpowiednim kątem, nie mówiąc o precyzyjnie dopasowanym sprzęcie.

Tymczasem burza minęła, wiatr ucichł… Zajęcia popołudniowe zamieniają się w tzw. "spławikowanie". Flauta, czyli cisza totalna! Nawet początkujący się nudzą. Sami prosimy naszego instruktora o wcześniejsze zakończenie zajęć.  -Ale pamiętajcie  o wykładzie! - słyszymy. Ok - obiecujemy i idziemy grać w siatkówkę plażową.

windsurfing- wybor.jpg Tego dnia na wykładzie mamy wyjątkowo ciekawy temat: sprzęt. Oglądamy różne rodzaje desek - my pływamy głównie na allroundowych (najbardziej uniwersalne, stabilne, wybaczają wiele błędów), ale dowiadujemy się, czym różni się freeride`owa (do jazdy swobodnej) od freestyle`owej (do ewolucji w stylu dowolnym), speedowej (do bicia rekordów szybkości) czy wave`owej (do jazdy po falach). Ponieważ myślę o kupnie własnego sprzętu, słucham uważnie. Ale nie tylko dobór deski jest problemem, trzeba jeszcze pomyśleć o komplecie żagli. Jeden dobremu windsurferowi nie wystarczy, bo ich wielkość powinna być dopasowana do siły wiatru. Nawet tutaj, szkoląc się, zwykle pływałam na "piątce" (5.4 m kw.), ale były zajęcia że schodziłam do czwórki (4.0 m kw.) albo wręcz przeciwnie - brałam nawet 7.5. Dyskusje sprzętowe trwają do późnej nocy…

Dzień V - wodny helikopter


Wiaterek od rana całkiem przyjemny, płyniemy więc na wycieczkę. Naszym celem jest wyspa odległa jakieś 3 km od naszej bazy. Na początek mamy "halsówkę" czyli inaczej mówiąc obfitujący w zwroty przez sztag kurs zygzakiem, jako że idealnie pod wiatr płynąć się przecież nie da. Droga powrotna jest już z wiatrem, płyniemy więc w miarę szybko. Zostaje nam jeszcze czas na ćwiczenia na naszym znajomym akwenie.

Między zajęciami też robimy sobie wycieczkę, tyle że rowerową. Na wypożyczonych jednośladach pedałujemy do niedalekiej Juraty. Spacer na molo, lody na deptaku, chwila kibicowania tenisistom na kortach koło "Bryzy" - słynnego ośrodka wypoczynkowego i z powrotem.

windsurfing - bylo ich trzech.jpg Po przesiadce ponownie na deskę ćwiczymy ewolucje freestylowe. Konkretnie - tzw. helikopter - trik polegający na odpowiednim obrocie masztu z żaglem. Przy dynamicznym wykonaniu robi to wrażenie. Tyle, że my z tą dynamiką mamy akurat problem. Po godzinie ciągłego wpadania do wody w końcu zaczynam łapać o co chodzi z rękami, ale plączą mi się nogi. Cóż, trzeba to będzie jeszcze dopracować…

Jak helikopter i inne, dużo trudniejsze triki powinny wyglądać w idealnej wersji, możemy się na koniec dnia przekonać w czasie pokazu przy molo. Najlepsi z instruktorów Szkoły Zdrowia, tworzący tzw. Fujifilm Demo Team, w czasie wakacji, w określone dni, robią pokazy windsurfingowego freestyle`u. Jest co podziwiać!

W ramach wieczornych rozrywek jest film, ja jednak wybieram kaszubskie opowieści pana Władka Konkola, kierownika campingu Draga, stanowiącego bazę dla Szkoły Zdrowia. Pan Władek jest Kaszubem z dziada pradziada i o tym jak się tu żyje może mówić godzinami. Wspomina jak to 50 lat temu można było zimą przejść do Szwecji na piechotę, po zamarzniętym Bałtyku, a następnie ubolewa, jak morze niszczy mierzeję, przez co trzeba ją ratować nasypywaniem plaż. Najwięcej rozmawiamy jednak o tradycjach. Na dowód że się je utrzymuje, pan Władek wyciąga tabakę. Bez niej prawdziwy Kaszub nie rusza się z domu, choć obecnie już mało kto rzeczywiście nosi ją tak jak należy, czyli w krowim rogu. Ponieważ pada zapewnienie że to zdrowe, więc próbuję. Jeszcze długo kręci mnie w nosie…

Dzień VI - dawka emocji


windsurfing-koniec zajec.jpg Rano - poważna sprawa: egzamin. Wieżę oblegają instruktorzy oceniający pływających w pobliżu kursantów. Każda z grup ma określone zadania. Egzamin nie jest obowiązkowy, dotyczy tylko tych, którzy chcą otrzymać patent Polskiego Stowarzyszenia Windsurfingu. W naszej grupce rezygnuje jedna osoba, reszta próbuje i zdaje bez problemu.

Po południu mamy inne emocje - regaty. Zabawa zabawą, ale kiedy pada komenda startu wszyscy ambitnie kombinują jak być lepszym od innych. Robimy wszystko aby "wyregacić" kolegów z grupy najbardziej zaawansowanej. Pierwszy bieg rozpoczyna się zamieszaniem przy starcie. Ktoś się wywraca, inni na niego wpadają, słychać kilka mocnych słów. Wprawdzie udaje mi się kłębowisko ludzi i sprzętu wyminąć, ale za chwilę dryf spycha mnie na boję zwrotną, co oznacza że tracę czas. W tej sytuacji dopada mnie reszta peletonu i do mety dopływam już w tłumie.

To już nasze ostatnie zajęcia. Wieczorem, na pożegnalnym spotkaniu zwycięzcy regat dostają upominki, ci co zdali egzamin - patenty, a wszyscy - pamiątkowe wisiorki w kształcie windsurfingowej deski. -Jeśli chcecie popływać następnego dnia, nie ma problemu, deski są do waszej dyspozycji gratis, tyle że już bez instruktorów - mówi Adam. Niestety, część z nas musi już wyjechać. Idziemy jeszcze na pożegnalne piwo. Obiecujemy sobie, że się spotkamy. Oczywiście na desce!

Plastik z klasą czyli deskowe patenty

Potwierdzeniem tego, co potrafimy są patenty Polskiego Stowarzyszenia Windsurfingu z wpisaną klasą. Istnieją trzy klasy, a wymagania z nimi związane są następujące:
* Patent I klasy - swobodne żeglowanie przy sile wiatru do 3 B (3 stopnie w skali Beauforta), wykonywanie prostych zwrotów na wiatr i z wiatrem.
* Patent II klasy - żeglowanie przy sile wiatru do 5 B; umiejętność zwrotu na wiatr i z wiatrem, start z brzegu, żeglowanie w trapezie i uchwytach na stopy, pływanie w ślizgu.
* Patent III klasy - pływanie przy sile wiatru do 8 B; oprócz powyższych umiejętności także start z wody i proste skoki. Posiadanie tej klasy jest podstawą przyjęcia na kurs instruktorski.
Patenty mają formę plastikowej karty ze zdjęciem i anglojęzycznym potwierdzeniem umiejętności.

Back to top