Pierwszy krok w chmurach
Hits: 5367

KURS SPADOCHRONOWY

Zawsze kiedyś jest ten pierwszy raz. Niezależnie czego by dotyczył - wzbudza lęk, niepewność, emocje. Zwłaszcza w przypadku skoków ze spadochronem.





Są ludzie, którzy potrzebują adrenaliny. To ich pobudza, daje napęd do życia. Są też tacy, którzy wolą spokój, nie rozumieją, jak można ryzykować i to na własne życzenie.

Żywioły ciągną, stanowią wyzwanie. Nie raz patrzyłam na ziemię z okna samolotu. Ciekawe jak to jest gdy człowiek zostaje sam na sam z powietrzem? - zastanawiałam się. W końcu nie wytrzymuję. Wykręcam numer aeroklubu i pytam o możliwość skoków.

Tym, którzy tak jak ja nie mają czasu na długi kurs zimowy, proponuje się błyskawiczne, 2-dniowe kursy o skróconym programie. Za 500 zł kursant sam wybiera sobie termin. Jeden dzień - teoria, drugi - skok. Spodoba się - można skakać więcej, stopniowo uzupełniając swoją wiedzę.

Ktoś ze znajomych mówi, że uderzenie o ziemię przy skoku ze spadochronem to tak, jakby wyskoczyć z pierwszego piętra. Idąc ulicą patrzę na pierwsze piętra. Kurcze, wysoko! Zapał do skoku znacznie mi opada. Pytam w aeroklubie, jak to jest z tym lądowaniem. -Bzdura! Na naszych spadochronach nie różni się to wcale od skoku ze stołu!

Załatwiam niezbędne formalności. Na badaniach w przychodni sportowej czuję się jakbym przygotowywała się co najmniej do olimpiady. Rentgen klatki piersiowej i zatok, EKG, EEG, morfologia, wizyta u laryngologa, neurologa, chirurga, ortopedy, dentysty... Na koniec jeszcze tylko załatwienie ubezpieczenia i mogę jechać na lotnisko. Profilaktycznie nie wtajemniczam rodziny w swoje plany. Po co mają się denerwować?

Trzynastka i czarny kot


W drodze do Chrcynna koło Nasielska, gdzie przez całe wakacje urzęduje sekcja spadochronowa Aeroklubu Warszawskiego, zaczynają ogarniać mnie wątpliwości. Czy ja naprawdę tego chcę? Chyba jednak tak - przekonuję siebie, trochę na siłę.
   
Rozpoczynam szkolenie. Moi instruktorzy to młodzi chłopcy, wyglądający na co najwyżej 20 kilka lat. Nawet nie wiem jak naprawdę mają na imię - wszyscy mówią do nich: Iwan, Magister, Banan, Zwierzu. Nic nie mówię, ale pewniej czułabym się pod opieką starszych, takich przynajmniej wyglądających na  doświadczonych. Dość szybko jednak przekonuję się, że wiek nie ma tu znaczenia. Bo chłopcy są bardzo kompetentni, rzeczowi, a i doświadczenia nie można im odmówić.

spadochrony-ubieram sie.jpg Początkowo wszystko mi się plącze.  Próbuję zapamiętać budowę "Kadeta", to jest spadochronu typu L-2, na którym mam skakać. -Czasza zrobiona jest z 24 klinów tworzących powierzchnię 73 m. kw. - tłumaczy mi Banan. Dobra, to proste. -Tu masz 2 rzędy po 7 szczelin, tam 5 szczelin, tu linki nośne, a tam uwypuklające. Osłona, kominek, pilocik... - minuta i... nic nie pamiętam. Na "Teorii skoku" staram się robić mądrą minę, ale wykresy zniesienia linowego i wzory na siłę zetknięcia się skoczka z ziemią, przyprawiają mnie o mdłości. W końcu przechodzimy do konkretów: jak i kiedy użyć spadochron zapasowy, co zrobić gdy przyjdzie lądować na dachu domu lub na drzewie.

Dla rozprostowania kości zostaję zaprowadzona do samolotu. Wchodzimy do stojącego na ziemi czerwonego "Antka" i ćwiczymy "na sucho" wyskok. -Powstań! Skok! -  padają komendy. Jak pamiętam o prawidłowym trzymaniu rąk (skrzyżowane na taśmach) to źle się wybijam. Wyskok w kierunku ogona, w pozycji embrionalnej na tzw. "bombę" wykonuje się tylko przy pierwszym skoku. Potem "wychodzi się" już na tzw. strugi, czyli do pozycji jakby leżącej w powietrzu, twarzą do ziemi. Ćwiczę pilnie. W tym sporcie wyjątkowo ważne jest wyrabianie odruchów,   nawyków będących efektem wielokrotnych prób.

Jeszcze kilkanaście razy powtarzam wyskok i idziemy na "skocznię". Drewniana konstrukcja z podestami na wysokości 1,5 i 2 metrów nie wzbudza mego entuzjazmu. Wdrapuję się na nią z  nieszczęśliwą miną i nie mając wyboru - skaczę. - Nie tak!- krzyczy Zwierzu. -Jak tak skoczysz to na pewno się połamiesz. Nogi muszą być razem, stopy, kolana złączone, a lądować masz na całe stopy! I nie patrz na ziemię! No cóż, skaczę tak, jak to robi każdy normalny człowiek, a tu trzeba wbrew odruchom. Ciągle rozchylam nogi, skaczę na palce, a od ziemi nie mogę oderwać wzroku. -Ziemia sama przyjdzie! Z wysokości nie ocenisz dobrze odległości od ziemi. Będzie ci się wydawało, że już jej lądujesz, a naprawdę nastąpi to za 2-3 sekundy. Kiedy rozłączysz nogi to gips murowany! Argument skutkuje - skaczę coraz lepiej. Spływam potem, każde prawidłowe przyziemnienie czuję tąpnięciem w mózgu. Nic nie mówię, ale po kilkudziesięciu skokach mam szczerze dosyć.

spadochrony-po wyladowaniu.jpg Kończy się dzień. Krótki apel obozu skoczków, rozdzielenie wart nocnych wśród tych, którzy są tu dłużej, przydzielenie obowiązków (kto sprząta, kto zatankuje samolot) na dzień następny. Życie w lotniskowym baraku zamiera szybko. Nic dziwnego, skoro pobudka o 6-ej rano.

W otrzymanym skrypcie przeglądam rozdział o historii spadochroniarstwa. Ponoć spadochrony zbliżone do tych na jakich skaczemy zaprojektował w XV wieku Leonardo da Vinci. W roku 1783 Francuz S. Lenormand wykonał pierwszy skok z wieży na urządzeniu które nazwał "parachute" ("para" to po francusku "przeciw, "chute" - "opadanie"). Kilka lat po nim wykonano pierwszy skok ze spadochronem z balonu.  Dziś są śmiałkowie którzy skaczą nawet z 13 tys. metrów (od wysokości 4 tys. z maską tlenową). Na lotnisku w Chrcynnie pułap wyznaczają  możliwości techniczne sędziwego samolotu - granicą jest zwykle 2200 metrów.

Już w łóżku znowu zaczynam myśleć o czekającym mnie nazajutrz skoku. A im dłużej myślę, tym bardziej się boję. Kilka razy skakałam na bungy jumping.  Z 40 metrów, z 70, z ponad 100. Czy się bałam? - trochę tak. Czy skakanie z gumową liną u nóg i skok z płachtą materiału nad głową bardzo się różnią? Mój pełen obaw nastrój podsycają wszelkie "znaki" na jakie trafiam. Zazwyczaj nie jestem przesądna, ale zazwyczaj nie skaczę też na spadochronie. Tymczasem pokój, który dostałam ma numer 13, na stole - ktoś zostawił "Wyborczą" z notabene moim artykułem zatytułowanym: "Rozsądek i ryzyko". A jaki jest pierwszy obrazek następnego poranka? - snujący się po korytarzu  czarny kot.

Kwadratura koła i stół bez blatu


Za dużo myślę i w efekcie nie wysypiam się. Punktualnie o 6-ej słyszę ryk Arka, szefa sekcji spadochronowej Aeroklubu Warszawskiego: -Wszyscy na "start"! Nie za bardzo wiem o co chodzi, ale zwlekam się z łóżka. Wszystko mnie boli, zwłaszcza nogi i kręgosłup. To efekt wczorajszych ćwiczeń z  przyziemniania.

spadochrony-pakowanie.jpg Na początek - tzw. zaprawa. Trochę biegu, w ramach rozciągania się kręcimy śmigłem samolotu. Potem rozstawiamy owy "start". Co chwila jakieś niespodzianki. -Przynieś stół... - prosi jeden z kolegów. W autokarze pełniącym rolę magazynu na kółkach jest wszystko, ale stołu nie ma. -Jaki stół? - usiłuję się upewnić. -Jak to jaki, polowy! Polowy to pewnie ze składanymi nogami - próbuję wykazać minimum logiki. Ale takiego też nie ma. Głupio mi, gdy okazuje się że "stół" to w spadochroniarskim żargonie... długi kawał brezentu, rozciągany na ziemi, na którym układa się spadochrony. Chwilę potem kolejna "plama". -Obok "koła" leży wiatromierz. Rozstaw go. - dostaję zadanie. -Koło? Jakie koło? Wkrótce okazuje się, że "koło" to tak naprawdę gąbczasty... kwadrat, w którego środku jest "patelnia". Żeby nie było wątpliwości - nie do smażenia, lecz kilkunastocentymetrowej średnicy przyrząd, na którym powinno się wylądować przy skokach na celność.

Aby być dopuszczoną do skoków muszę zdać egzamin z teorii. -Co zrobisz gdy zawiśniesz na linie desantowej i instruktor pokaże ci czerwoną chorągiewkę? - maglują mnie. Proste, trzeba się wypiąć z głównego spadochronu i użyć zapasu. Proste???- jak się o tym mówi na ziemi. Dobrze, że takie wypadki praktycznie się nie zdarzają... -A z jaką prędkością opada skoczek zanim otworzy spadochron? Przypominam sobie tabelki: przez pierwsze 10 sekund pokona 340 metrów, potem ma już jednostajną prędkość 50 m/s... I jeszcze ćwiczenie odruchów. Zawisam na podwieszonej pod sufitem uprzęży. Pozoruję wyskok - ręce skrzyżowane na taśmach, liczę: 121, 122, 123, kontrola czaszy...  Teraz Iwan rzuca hasło, a ja muszę szybko zareagować. -Masz "kichę"... [spadochron nie wyciągnięty z osłony]... Łapię za uchwyt spadochronu zapasowego. -"Podkowa"... [zaczepienie spadochronu np. o nogi skoczka] - reakcja jak wyżej. -Nie ma nad tobą nic...  W tym przypadku ciągnę za uchwyt spadochronu głównego, dopiero potem za "zapas". Iwan, który ma za sobą już ponad 1250 skoków, w tym dwa z użyciem "zapasu", wymyśla kolejne problemy: -"Kalafior" z obrotami... -   Aha, kołek sterowniczy w zęby i znowu za zapas. Gdy już wydaje mi się że wszystko perfekcyjnie opanowałam, zamiast za czerwone "kołeczki" sterownicze łapię za, także czerwone, tzw. "zamki". Ładnie! Gdyby stało się to tam, w górze, po prostu pozbyłabym się spadochronu...

Kelner w powietrzu


Niestety tego dnia nie skaczemy. Za silny wiatr. W oczekiwaniu na zmianę pogody wysłuchuję opowieści o skokach z ust doświadczonych  kolegów i koleżanek. Bo dziewczyny też są i to nawet w liczne. Niektóre z nich filigranowe, delikatne, pozornie nawet nie pasujące do tego sportu. Wprawdzie zdaniem niektórych dziewczęta mają w powietrzu większe od chłopców problemy z koordynacją ruchów, ale w zawodach na celność lądowania wcale kolegom nie ustępują.

spadochrony-magister.jpg Niektórzy opowiadają mi o swoich początkach w tym sporcie. -Na swoich pierwszych 5 skoków tylko raz trafiłem w lotnisko - wspomina Magister. -Skakałem w Nowym Targu na SD-83. A że to typowo desantowy spadochron, zupełnie niesterowalny, to mnie zniosło: raz na skarpę nad Dunajcem, raz na las, raz na wysypisko śmieci...

Nikt nie robi z siebie bohatera, wszyscy otwarcie mówią o strachu. Boi się każdy, a przynajmniej - każdy powinien. Jeśli ktoś się nie boi, to równoznaczne jest to z brakiem wyobraźni, głupotą. Wtedy instruktorzy boją się  o niego. -Człowiek, który odczuwa strach ma instynkt obronny, myśli - twierdzi Iwan. Rzadko kiedy strach może naprawdę sparaliżować. Zdaniem Magistra, który ma na koncie 206 skoków to wcale nie za pierwszym czy drugim razem ma się największy kryzys. Zwykle przychodzi on przy 5, 6 skoku, a przede wszystkim w momencie kiedy kończy się skakanie "na linę" (z samoczynnym otwarciem spadochronu), a zaczyna "z uchwytem" (skoczek sam otwiera czaszę, choć mimo wszystko ma też ustawiony automat, który w razie czego, po osiągnięciu granicznego pułapu, zrobi to za niego). A przy kolejnych skokach - czy też się boją? Też, choć inaczej. -Jeśli ktoś twierdzi, że nie odczuwa stresu to kłamie. Ale w końcu po to m.in. to robimy. Po prostu potrzebujemy adrenaliny - mówią skoczkowie.

Patrzę na otaczające mnie twarze. Najmłodsi mają 16-17 lat - to najlepszy wiek do rozpoczynania spadochroniarskiej kariery. Ci mają szansę na sportowe sukcesy. Pytam ich, w jakim wieku ludzie skaczą. -Czasami to są i tacy starzy. Tak koło 30-tki !!?? Nie komentuję, choć mimo owej 30-tki (koleżeństwo nie wie ile mam lat), za starą się nie uważam. Zresztą są tu i starsi. "Doktor" na pewno ma około 50-tki, a był kursant, który  miał lat 73.  Ale fakt, że większość to uczniowie i studenci. Poza tym - cały kalejdoskop zawodów. Biznesmeni, poważni dyrektorzy, kilku policjantów, lekarze, jeden taksówkarz, ochroniarze, spece od marketingu i dyplomowany kelner. Wiek i profesja tu się jednak nie liczy. Istotny jest  jedynie podział na skoczków "starszych", w sensie doświadczenia i "młodych"-początkujących. Może się zdarzyć, że student będzie szkolił swego leciwego uczelnianego wykładowcę.

spadochrony-wpatrzeni w niebo.jpg Są tu tacy, którzy mają pieniądze, i tacy, którzy na skoki oszczędzają każdy grosz. Bo za skoki trzeba płacić - 30 zł za każdy. A przy dobrej pogodzie można wykonać  6-7 skoków dziennie.

Skoki każdy wnikliwie liczy. Ale nie wystarczy tylko skoczyć. Każdy skok to nowe wyzwanie, nowe zadania do wykonania: skoki z  opóźnieniem (swobodny lot przed otwarciem czaszy), skoki nocne, skoki do wody... - Najfajniejsza zabawa to akrobacje. W powietrzu można wiele - na przykład, jeszcze zanim otworzy się spadochron przemieszczać się nie tylko w dół, ale i w bok, dochodzić do innych skoczków, łapać się z nimi za ręce, albo po otwarciu spadochronu tworzyć tzw. "kanapy". Można też robić "krople" - to wtedy gdy jeden skoczek oplata nogami drugiego, przyczepiając się jak rzep, po czym razem wyskakują. Najpierw otwierają tylko jeden spadochron, wiszą wspólnie, dopiero potem "rzep" się odczepia i otwiera swoją czaszę. Niesamowite wrażenie jest też ponoć, gdy w swobodnym spadaniu wpada się w chmury. Wyskok z 2200 metrów i leci się "piką" - głową w dół, nawet 300 km/h!. Nogi razem, ręce jak na baczność. Jeśli odchyli się przy tym głowę do góry, to będzie to tzw. "strzała". Z dołu jednak najbardziej widowiskowo wyglądają "desanty". Wtedy wszyscy wyskakują razem, w jednym najściu, tak jak na filmach wojskowych, a ci na ziemi widzą dużo, dużo spadochronów. Ale zanim się do tego dojdzie, trzeba nauczyć się podstaw...

Doświadczenie określają klasy wyszkolenia. Najniższa, III klasa przyznawana jest po min. 25 skokach, z prawidłową sylwetką po wyjściu z samolotu. Dla uzyskania II klasy trzeba wykonać co najmniej 50 skoków, dochodząc do 20-sekundowych opóźnień. I klasę mają ci, którzy wykonają tzw. wiązankę akrobacji indywidualnej w powietrzu lub zrobią tzw. relatiwy, czyli w  powietrzu połączą się w trójki z innymi skoczkami, a poza tym zaliczą skoki na celność lądowania.  Dopiero potem można myśleć o uprawnieniach instruktorskich.

Z kolei im więcej skoków na koncie, tym szansa na lepszy sprzęt, spadochron typu "skrzydło". Mało kto posiada własny spadochron. Tylko za czaszę trzeba zapłacić ok. 1,5 tys. dolarów, a do tego jeszcze spadochron zapasowy, uprząż. Aeroklub Warszawski na sprzęt póki co nie narzeka, ale pieniądze na zakup nowego by się przydały. Sponsorzy oczywiście mile widziani. W zamian za pomoc finansową oferuje się reklamę na spadochronach, skoki na pokazach. Na razie za użytkowanie sprzętu klubowego skoczkowie nie płacą. Co najwyżej kupują sobie niektóre gadżety - przydatne w skokach przez chmury wysokościomierze, "czaporki" (spadochroniarskie czapki), gogle, dytery (sygnalizatory akustyczne wysokości).

Sprzęt raczej nie zawodzi...


Rozmawiamy o wszystkim, poza jednym. Tematem tabu na lotnisku są wypadki. Tak naprawdę są one bardzo nieliczne, przez co skoki spadochronowe są sportem zdecydowanie bardziej bezpiecznym niż na przykład paralotnie, jazda konna czy chociażby narciarstwo.

spadochrony-po skoku.jpg Ci, którzy nie skaczą mają o spadochroniarstwie niewłaściwe wyobrażenie. - Samobójcy! - mówi się często na widok zawieszonej na niebie kolorowej czaszy. Nie brak gapiów, którzy przychodzą na lotnisko w oczekiwaniu na sytuacje kryzysowe. Nie ma co kryć, że czasem jednak nieszczęścia się zdarzają. Zazwyczaj są to urazy kończyn spowodowane nieprawidłowym lądowaniem. Profilaktycznie zawsze przy skokach musi być obecny lekarz. Sprzęt prawie nigdy nie zawodzi. Jeśli się coś dzieje, to raczej z winy człowieka. A gdy już dojdzie do jakiegoś naprawdę tragicznego wypadku, od razu głośno o tym w mediach, tworzy się mit skoków jako czegoś w rodzaju rosyjskiej ruletki. Wiadomo, ludzie lubią sensację. -A ile osób rocznie ginie skacząc latem do wody? O tym się nie mówi... - denerwuje się Iwan. W Chrcynnie kilka lat temu jeden ze skoczków zginął na linii wysokiego napięcia. -To  był niestety jego błąd, zamiast  pod wiatr ustawił się z wiatrem - opowiadają do dziś świadkowie. Ale to jedyny śmiertelny wypadek w historii lotniska. A co do otwierania spadochronu - zwłaszcza przy pierwszych skokach ryzyko, że zawiedzie jest bliskie zeru. Bardziej doświadczeni mają wprawdzie trudniejszy, bardziej wymagający sprzęt, ale przecież zawsze jest też  i "zapas". Poza tym - trzeba być optymistą.

Kiedyś na kursie ktoś zadał pytanie: -Co się stanie, gdy nie otworzy się spadochron?  Instruktor na to: -Masz jeszcze drugi, zapasowy. Kursant okazał się nieugięty: -A co gdy drugi też się nie otworzy? Wykładowca  podrapał się po głowie: - To po diabła żyć z takim szczęściem...

Lądowanie pośród krów


Nie skaczę ani tego, ani następnego dnia. Przechodzi front niżowy, chmury są zbyt nisko. Za jakiś czas przyjeżdżam znowu - błękitne niebo, ale teraz z kolei za mocno wieje. Niestety, "Kadety" latają przy sile wiatru do 6 m/s. Ktoś mi mówi, że spadochroniarstwo to sport, który polega na czekaniu. A przez to uczy pokory i cierpliwości. Są tacy którzy z trudem załatwili sobie wolne w pracy, siedzą na lotnisku przez tydzień i... nic. Czekają.
    
W końcu jednak nadchodzi upragniony dzień. Upragniony? Znowu burza mózgu i znowu pytanie: czy naprawdę chcę skoczyć? Właściwie - to po co? Dla ambicji? Głupie ambicje, nie warto dla nich ryzykować. Ale zaraz sobie zaprzeczam - Tak, dla ambicji . I chęci też! Bo  człowiek czasem musi zrobić coś wbrew sobie.

Przygotowuję sprzęt - spadochron główny, "zapas", kask. Dla wzmocnienia stawów obandażowuję stopy - tak robią tu wszyscy. W ostatniej chwili zmieniam buty - te które mam, do chodzenia po górach, mają zaczepy na sznurówki, o które mogą zahaczyć się w powietrzu linki. Usłużna Patrycja pożycza mi swoje glany.

spadochrony-wsiadamy.jpg Kolejna grupa skoczków jest już przygotowana do wylotu. Większość w dresach, bluzach polarowych, jedynie nieliczni mają fachowe, obcisłe kombinezony. Kontrola sprzętu, ustawienie według kolejności wyskoku. Wsiadają do poczciwego AN-tka, który ledwo zipiąc wynosi ich w  powietrze. Z ziemi obserwuję jak najpierw lecą Kadety. Ich pomarańczowo-białe, okrągłe czasze powoli zbliżają się do ziemi... Potem na niebie pojawiają się kolorowe "skrzydła". Jedno z nich gdzieś znosi. Leci daleko, tam gdzie drzewa. Kierownik skoków się denerwuje -To Bożena! Gdzie ona leci? Spadochron zbliża się do drzew i znika. Trochę (nawet bardzo) boimy się o Bożenę. Wprawdzie ma już ponad 50 skoków, no ale nigdy nie wiadomo co się tam mogło przytrafić. Chłopcy wsiadają do samochodu, jadą po niefortunną dziewczynę. Po powrocie Bożena opowiada: -Nie wytrzymałam 15 sekundowego opóźnienia. Za szybko otworzyłam spadochron, no i mnie zniosło. Bałam się, że wpadnę na drzewa, więc poleciałam jeszcze z wiatrem, tam gdzie było więcej pól. Zamiast na drzewach udało mi się wylądować przy zagrodzie i to tak, że gospodarz nawet mnie nie widział... Nie tylko Bożena miała przygody. Zulka wylądowała na pastwisku z krowami. Te jednak, już chyba przyzwyczajone do takich intruzów, nawet nie przerwały żucia trawy.

Radź sobie sama!


Przychodzi kolej na mnie. Wszystko dzieje się tak szybko. Zbiórka, sprawdzenie przez instruktorów uprzęży, spadochronów. Wchodzimy do samolotu. -Wyskakujesz w trzecim nalocie! - informuje  "wyrzucający", czyli Zwierz. Zajmujemy miejsca - dwa rzędy narwańców, w sumie 12 osób. Nasz hałaśliwy AN-2 zapuszcza silnik, kołujemy i powolutku wzbijamy się coraz wyżej. Na wysokości 150 metrów Zwierzu części z nas, w tym i mnie, przypina linę desantową. Początkowo jest wesoło, głośno, ktoś opowiada dowcipy. Wkrótce robi się cicho. Trudno rozmawiać w hałasie silnika, ale faktem jest, że to moment na chwilę skupienia, koncentracji nad zadaniem do wykonania. Sama nie wiem czy się denerwuję. Śpiewam sobie w duchu tutejszą piosenkę "Wszyscy mamy źle w głowach, że skaczemy..." Staram się nie myśleć o tym co mnie czeka - strach przeradza się w obojętność, otępienie. Co ma być to będzie. Patrzę przez okno - w dole szachownica pól, las, droga. Kurcze, gdzie te lotnisko? Denerwuję się, że mnie wyrzucą i nie będę wiedziała dokąd mam lecieć... Na wysokości 600 metrów Zwierzu otwiera drzwi i wyrzuca sondę (patyk z bibułką) na podstawie którego będzie mógł wyliczyć w jakiej odległości od lotniska nas wyrzucić. My tymczasem nadal nabieramy wysokości i w końcu jesteśmy na 800 metrach. Zwierz podaje komendę - ledwo słyszalną, bardziej widoczny jest gest. -Powstań! Siedzący obok mnie chłopcy wstają, szybko wyskakują. Następna będę ja.

spadochrony - skoczek2.jpg Robimy kółeczko, nalot... -Powstań! - tym razem to do mnie. - Ja? - dziwię się, choć przecież wiem, że chodzi o mnie. Staję przy drzwiach, Zwierz patrzy na mnie, ja na niego. -Skok! Robię ten najtrudniejszy w moim dotychczasowym życiu krok, krok w chmury. W tym momencie robi się przerwa w mojej świadomości. Totalna amnezja. Nie wiem jak wyskoczyłam, nie wiem co widziałam. Już na dole mi powiedzą, że ręce trzymałam nieprawidłowo i że daleka byłam od zalecanej przy pierwszym skoku pozycji embrionalnej. Wiem natomiast, że nie liczę żadnych 121, 122, 123 do otwarcia czaszy, że przez chwilę lecę głową w dół, i że otwierający spadochron zahacza mi się o nogi (nic groźnego - trochę tylko mną szarpie). A potem następuje coś wspaniałego! Nagle na tle błękitnego nieba, nad sobą, widzę kolorową czaszę. Moment euforii, radości  z życia, ze skoku! Zaraz przychodzi też opamiętanie, zwykły racjonalizm: dobra, ale to dopiero połowa sukcesu, jeszcze trzeba wylądować. Patrzę w dół - nie widzę "T" (ułożona na murawie litera "T" wskazuje kierunek wiatru). No jest, dobra! Ale gdzie "rękaw"? (też do wskazań wiatru). Jestem coraz niżej, znosi mnie. Odwracam się tak jak mnie uczono, pod wiatr. Kurde, chyba wyląduję na pasie startowym - wizja lądowania na asfalcie trochę mnie paraliżuje. Nie, jak dobrze, tzn. jak źle pójdzie, to zaliczę dach któregoś z samochodów na parkingu. Faktycznie - z wysokości trudno ocenić perspektywę.

Nie jest jednak źle, spadam na trawę. Nogi razem! - przypominam sobie wskazówki instruktorów. Razem? Łatwo powiedzieć gdy pasy uprzęży piją mnie w pachwiny. Iwan mówił, by się w powietrzu poprawić, ale  przecież to niewykonalne. Dobra, nogi razem... Nie patrzeć pod nogi - ziemia sama przyjdzie! - kołaczą mi w głowie słowa Zwierza. Uginam kolana, patrzę na linię horyzontu. I jest tak jak mówili - ziemia przychodzi, nawet nie wiem kiedy. Nie czuję uderzenia, może z emocji, za to czuję że przewracam się na plecy. Wszystko ze mną w porządku, ale jak tu wstać? Spadochron wlecze mnie po ziemi. Wiem, że wszyscy mnie obserwują, czekają aż wstanę i dam znak, że jestem cała i zdrowa. Leżąc łapię za linki, ale czasza wcale nie chce się "zgasić". W końcu jakoś mi się udaje stanąć na nogi. -Trzeba "zabiec" czaszę... - przypominam sobie wiedzę z kursu. Jakoś w końcu zbieram materiał, idę na "Start", melduję się kierownikowi lotów. Ktoś pyta jak było. -Super! - to jedyne słowo które mi przychodzi do skołowanej wrażeniami głowy.

Zabieram się za składanie spadochronu. Już bardziej tych linek nie mogłam chyba splątać. Bardziej doświadczeni koledzy kontrolują każdy mój ruch. Tu nie może być fuszery, wszystko musi być zrobione perfekcyjnie, bo ten sport błędów nie wybacza. Jutro na tym spadochronie będzie ktoś skakał. Może nawet ja? Potem w spadochroniarni wpisuję w metryczce spadochronu wykonany skok oraz informację kto go składał.

spadochrony- klapsy.jpg Ale to jeszcze nie koniec "formalności". Zgodnie z tradycją czeka mnie jeszcze "laszowanie". Najpierw są gratulacje, całusy, a potem... po klapie od każdego. Dziewczyny klepią delikatnie, panowie różnie. Najmocniej przywala mi Birkut - pilot naszego AN-tka. Bije się nie tylko za pierwszy skok, także za pierwszy "uchwyt", czyli wyskok z samodzielnym otwarciem, "za ratowanie" (użycie spadochronu zapasowego), za I klasę, za kolejną setkę skoków  i w ogóle za wszystkie okrągłe cyfry, za skok z nowego typu samolotu.  Laszują wszyscy, którzy mają to już za sobą.

Są sporty które wciągają. Kiedyś zaraziłam się żeglarstwem i od tego czasu tęsknię za morzem. A co magicznego mają w sobie spadochrony? Iwan mówi wprost: -Skaczę, bo jest mi to potrzebne. Po skoku od razu inaczej śpię... Z kolei zdaniem Magistra: -Skakanie bardzo pomaga, daje poczucie dystansu do życia. Zdrowa adrenalina, emocje które sprawiają, że jest się daleko od tego, co na co dzień męczy, przytłacza. Nie chodzi tylko o zaliczenie kolejnego skoku, bo istotą tego sportu są wrażenia, przeżywanie przestrzeni. To jakby rodzaj impresji... - kończy poetycko kolega. A ja przyznaję mu rację.



Informacje:

Informacji na temat kursów spadochronowych udziela Aeroklub Polski, tel. (22) 8262021 w. 458, ale warto też zajrzeć na http://www.skydive.waw.pl/
Ci, którzy wolą skoczyć w tandemie z doświadczonym instruktorem, mogą umówić się na skok dzwoniąc pod numer 0602 77 65 46.









































Back to top