* Bombardino w San Martino
Hits: 3070

smdc-dolomity.jpgSAN MARTINO DI CASTROZZA (WŁOCHY-TRENTINO)

Jak dla mnie, najlepszy czas na narciarski urlop to marzec. Dzień jest długi, na stokach luźniej niż w okresie ferii, a ze śniegiem wcale nie jest źle. Przynajmniej we włoskich Dolomitach.






Znajdujące się w Dolomitach San Martino di Castrozza to jeden z najpiękniej położonych włoskich ośrodków narciarskich. Tło w postaci poszarpanych, sterczących skał stanowi dla idyllicznego miasteczka wyjątkową scenerię. Niżej położone stoki pocięła siatka wyciągów i nartostrad.

Nie dla snobów


smdc-kosciol.jpg San Martino to po prostu św. Marcin. Włosi często nadają miejscowościom święte imiona, a św. Marcin patronował istniejącemu tu w średniowieczu schronisku, w którym zatrzymywali się podróżni i kupcy. Żeby nie było wątpliwości, o które San Martino chodzi (jest ich we Włoszech kilka), dodano jeszcze "di Castrozza". Skąd się wziął ten drugi człon nie ma pewności. Prawdopodobnie chodziło o mały fort, czyli  "castrum".

Zabudowę nastawionego na turystów miasta tworzą głównie hotele. Większość z nich ma standard trzygwiazdkowy, co poniekąd narzuca panująca tu atmosferę. Zamiast snobizmu i rewii mody na ulicach, dominuje kameralność i swojskość. Przyjeżdżają głównie Włosi, stąd też niekiedy trudno się dogadać, za to mamy gwarancję typowej włoskiej atmosfery.

Mimo że San Martino di Castrozza znane było jako kurort turystyczny już w XIX wieku (chwalił sobie pobyt tutaj m.in. Zbigniew Freud), po zniszczeniach I wojny światowej powstało praktycznie na nowo. Wkrótce znowu zaczęło przyciągać: latem wędrowców i wspinaczy (wspinał się tu m.in. król Belgii Leopold Brabancki), zimą - narciarzy. Pierwszym "wyciągiem" jaki uruchomiono tu jeszcze w okresie międzywojennym, były wielkie sanie, do których wsiadało kilkunastu narciarzy, po czym wyciągano je wyciągarką przy użyciu metalowej liny. Teraz zamiast sani mamy wygodną gondolę i mnóstwo wyciągów krzesełkowych.

Brazylijczyk poleca


smdc-drogowskaz.jpg Główny rejon narciarski w San Martino di Castrozza to góry Punta Ces (2227 m n.p.m.) oraz Alpe Tognola (2220 m). Parkingi stanowiące punkty startowe na wyciągi znajdują sie u stóp każdej z nich, ale można też z jednego miejsca w drugie przejechać metodą kombinacji tras i wyciągów bez zdejmowania nart. W sumie mamy do wyboru 45 km tras położonych na wysokościach od 1404 do 2357 m n.p.m. Tym którzy dobrze jeżdżą, na pewno spodobają się czarne trasy "Tognola Uno" (rzeczywiście oznaczona nr 1) i "Direttisima". Nie zawiodą się jednak i ci, którzy bardziej od zjazdów wolą opalanie - na wiecznie ruchliwym, wyeksponowanym na słońce szczycie Tognoli, są do dyspozycji leżaki.

W zależności od wybranej trasy, będziemy zjeżdżać albo przez las, albo po odsłoniętych stokach dających wrażenie ogromnych przestrzeni. Widoki należą do najlepszych w Dolomitach - przede wszystkim wzrok przyciąga tzw. Grupa Pale, ale na dalszym planie można dojrzeć także słynną Marmoladę, najwyższą górę Dolomitów (3343 m).  Mimo, że obydwoje, wraz z towarzyszącym mi Pawłem, preferujemy ośrodki narciarskie dające możliwość jeżdżenia na smdc-krzeselka.jpgróżnych trasach bez ich powtarzania, rejon San Martino di Castrozza szybko zaliczamy do naszych ulubionych. Zresztą komu mimo wszystko mało tutejszych tras, zamiast karnetu tylko na okolice San Martino di Castrozza może kupić niewiele droższy skipass "Dolomity Superski" pozwalający jeździć w 12 regionach z 1200 kilometrami tras.

My tymczasem  decydujemy, że czas na przerwę obiadową. Jakby na zawołanie na stoku wyłania się drogowskaz "Ristorante Malga Fratazza". Wchodzimy do przytulnego wnętrza  i oczom nie wierzymy - ściana obwieszona banknotami z różnych krajów, nawet tak odległych i "nie zimowych" jak Singapur czy Mozambik. Polskie pieniądze też są: stare 50 złotówki i aktualne 10-ki…

Za namową kelnera zamawiamy lokalny specjał - wyrabiany w tym rejonie ser tosela, doskonały na ciepło, z dodatkiem mięs, leśnych grzybów (Włosi są fanami grzybobrań) i polenty (kaszy kukurydzianej). Do tego - typowo włoskie tiramisu, w tej akurat knajpce naprawdę godne polecenia, bo domowej roboty. Już przy wyjściu okazuje się, że przemiły Christian, który tak cierpliwie opowiadał nam o miejscowych kulinariach to… Brazylijczyk, który wcześniej pracował już w Londynie jako taksówkarz, didżej, a teraz spełnia się jako kelner.

Alkoholowy skipass


smdc-szerokie stoki.jpg Region, w którym jesteśmy to w sumie 60 km nartostrad i 23 wyciągi. Oprócz tych w bezpośrednim sąsiedztwie miasteczka San Martino di Castrozza skipass obejmuje także odległą o 9 km Passo Rolle,czyli przełęcz na wysokości 1980 m. Po obu stronach szosy startuje tam sześć wyciągów dających możliwość zjazdów na wszystkich rodzajach tras. Nam najbardziej podoba się czarna "Paradiso" i czerwona na stoku Castellazzo, chociaż przeklinamy co chwila zajeżdżających nam drogę chłopaków z "Guardia Finanza", szusowanie na nartach mających w ramach szkolenia. Jest też w rejonie przełęczy doskonale przygotowany snowpark (skocznie, poręcze etc.), no ale równocześnie mają gdzie jeździć zupełnie początkujący.

Największy atut Passo Rolle to jednak widoki. Śnieżną pustynię (bezleśne pustkowie) zamykają imponujące skały grupy Pale, widziane tu z innej perspektywy niż w San Martino di Castrozza. Miał rację Reinhold Messner, jeden z najwybitniejszych himalaistów, który wiele masywów górskich widział, ale za najładniejsze uważa właśnie Dolomity.

W drodze z nart jeszcze czas na tzw. apres ski. Kusi nas bar o jakże pasującej nazwie "Skipass". Wchodzimy i nie żałujemy, głównie za sprawą fachowego barmana. Paweł zamawia grzane wino, we Włoszech zwane vinbrule, a przyrządzane z dodatkiem nie tylko przypraw, ale i owoców (pomarańcze, jabłka). Ja z kolei jestem fanką bombardino, ciepłego trunku przypominającego nieco ajerkoniak, na ogół podawanego z dodatkiem bitej śmietany. -Cin cin! - stukam się z siedzącymi obok Włochami, których my z kolei uczymy naszego "na zdrowie!".


Rakiety włóż!


smdc-rakiety.jpg Patrząc na wznoszące się ponad miasteczkiem skały postanawiamy zrezygnować z jednego dnia nart, by znaleźć się bliżej nich. Wysokogórski płaskowyż, z perspektywy miasteczka zupełnie niewidoczny, najlepiej eksplorować na przypinanych do butów tzw. rakietach, czyli specjalnych nakładkach sprawiających, że nie zapadamy się w śniegu, a dzięki przypominającym raki ostrzom, łatwo nam chodzić nawet po zlodzonym terenie. Rakiety można bez problemu wypożyczyć, a korzystanie z nich to naprawdę żadna sztuka. Przydatne są też kijki, choćby i narciarskie.

Wycieczka nie musi być wcale forsowna; z San Martino de Castrozza na wysokość 2700 m da się wjechać najpierw gondolami, a po przesiadce, kolejką linową. Potem już trzeba zapomnieć o cywilizacji -  znajdziemy się na ogromnym płaskowyżu o księżycowej scenerii, sam na sam z naturą i górami. Skalne igły masywu Pale są z tej perspektywy niemal na wyciągnięcie ręki. Nieco z boku mamy Pala di San Martino (cała grupa to Pale, pojedynczy szczyt - Pala), a także charakterystyczny, wyglądający niczym przechylony talerz, szczyt Rosetty.

Każde 10 minut wędrówki to inne widoki. Niestety z pogodą nie trafiliśmy najlepiej; chmury co chwila odsłaniają, to zasłaniają skalne igły. Dolomity to góry pochodzenia… morskiego, a dokładniej rafy koralowe mające miliony lat. Nazwa upamiętnia markiza Deodata de Dolomitu, który w 1788 roku, w czasie wycieczki odkrył zawartą w skałach chemiczną kompozycję zupełnie inną niż tę znaną z klasycznych Alp. Żałujemy, że nie możemy zostać w górach do zachodu słońca, kiedy Dolomity przybierają czerwonawą barwę.

Porca miseria!


smdc-gondole.jpgRakiety śnieżne to świetna sprawa, ale mimo wszystko uznajemy, że "dzień bez nart jest dniem straconym". Aron, nasz włoski kumpel, jakby czytał w naszych myślach: -Dziś piątek. Wieczorem można pojeździć na oświetlonym stoku! Nie wahamy się ani minuty. Po kolacji, która jak to we Włoszech, jest półtoragodzinną orgią jedzeniową, pakujemy sprzęt i jedziemy na wyciąg. Jest już późno, boimy się że zaraz będzie koniec imprezy, ale gdzie tam, gondole jeżdżą do 23.30! O godzinie 22 nie można znaleźć miejsca na parkingu - przyjeżdżają rodziny z dziećmi, które według naszego mniemania dawno powinny spać.

Oświetlony stok Colverde to miejsce w którym za dnia mało kto jeździ, jako że główne rejony narciarskie z pajęczyną tras i wyciągów są na naprzeciwległych górach, z drugiej strony miasta. Colverde to w sumie jedna, prowadząca przez las trasa, obsługiwana przez 15-osobowe gondolki. Przyzwyczajona, że oświetlone stoki nie są na ogół długie, tym razem jestem miło zaskoczona - zjazd ma 2 km długości, czyli można się wyszaleć, zaś warunki śniegowe: rewelacja (przy mało śnieżnej zimie można użyć armatki). No i ten widok na światła znajdującego się w dole San Martino! Przy okazji poszerzam znajomość włoskiego. -Porca miseria! - wykrzykuje chłopak, który siedząc przy oświetlonym świecami stoliku niechcący wylał piwo. Brzmi fajnie, a przy tym nie jest wcale zwrotem niecenzuralnym. Kiedy następnego dnia przy pełnej prędkości wyskakuję na muldzie i ląduję twarzą w śniegu, także wyrywa mi się: -Porca miseria!
W końcu jestem we Włoszech!

Informacje praktyczne (dane z 2006 r.):


smdc-lezaki.jpg Skipassy: tylko na rejon San Martino i Passo Rolle, w zależności od terminu: 1 dniowy 28- 31 euro, 6-dniowy 149-169 euro. Skipass Dolomiti Superski (na 12 regionów, 1220 km tras):  6 dniowy 178-202 euro. Młodzież i seniorzy mają zniżki, dzieci do 8 lat jeżdżą za darmo.

Ceny: w hotelach 3-gwiazdkowych za nocleg z dwoma posiłkami zapłacimy od 40 euro za dzień. Danie obiadowe na stoku to przeciętnie 8-10 euro, podgrzewana kanapka 3-5 euro, grzane wino lub bombardino ok. 3 euro.

Oferty specjalne: w marcu i kwietniu godna uwagi jest oferta "Supersun" - przy zakwaterowaniu na 7 dni płacimy wówczas jak za 6, a skipass 6 dniowy otrzymamy w cenie 5 dniowego. W ramach oferty Dolomiti Super Kids - dzieci do 8 lat nie płacą ani za skipass ani zakwaterowanie, a dzieci do 12 lat tylko 50 proc. ceny zakwaterowania i skipassu, poza tym dostają też 20 proc. na zniżki na kursy i wypożyczenie sprzętu.

Internet: http://www.sanmartino.comhttp://www.trentino.to


Back to top