* Zero nudy
Hits: 3291

savognin-palmy.jpgNARTY W SAVOGNIN (SZWAJCARIA)

Czy ja dobrze widzę? Palmy na stoku i narciarz tulący się do roznegliżowanej mulatki?! Z perspektywy krzesełka nie widać, że mulatka to manekin. Zresztą w szwajcarskim Savognin wszystko jest możliwe!



Szczerze mówiąc wcale nie paliłam się, by jechać na narty do szwajcarskiego Savognin. Rozrysowane na mapce jedynie 80 km nartostrad jakoś nie budziło mojego entuzjazmu. Jednak już pierwszego dnia po przyjeździe, zmieniłam zdanie. Teraz Savognin należy do moich ulubionych miejsc na zimowy urlop. Poza tym słowo "białe szaleństwo" przestało kojarzyć mi się wyłącznie z nartami.

Stoki z Zubi lub Heidi


Z informacji zamieszczonych na mapkach wyciągów dowiadujemy się, że jesteśmy w regionie, który upodobał sobie słynny "Zubi", czyli Pascal Zuberbühler, bramkarz reprezentacji szwajcarskiej. Ale powodów do dumy Savognin ma więcej. Autorzy renomowanych atlasów narciarskich ADAC uznali go niedawno najlepszym regionem dla rodzin. Wcześniej, w plepiscycie jednego z najpopularniejszych portali narciarskich (http://www.skiarena.com ),

 

  tutejsze stoki nagrodzono za perfekcyjne przygotowanie tras. Nagroda zobowiązuje, tak więc savognin-widok.jpgnie dziwi mnie gładka niczym stół nawierzchnia w większości bardzo szerokich tras i wyciągi działające nawet tam, gdzie jest zupełnie pusto (w innych regionach w takiej sytuacji prawdopodobnie by je zamknięto).

Teren narciarski to praktycznie jedna góra. Na jej niższy wierzchołek, Piz Martegnas (2670 m), wjeżdża się sześcioosobowymi krzesełkami, na wyższy o prawie 50 metrów Piz Cartas docierają orczyki. Zjazd w dół, do miasteczka, to 11,5 km szusowania. Przeważają nartostrady niebieskie (w sumie 32,5 km) i czerwone (37,5 km), ale dla tych, którzy lubią trudniejsze trasy są też dwie czarne (z czego jedna siedmiokilometrowa). Zadbano też o miłośników freestylu - czeka na nich snowpark z halfpipem, poręczami i innymi przeszkodami. Jeśli wolimy spokojniejszą opcję, możemy zjechać relaksową niebieską "Traumpiste". Tylko nie tłumaczmy sobie dosłownie nazwy; nie chodzi o "traumę" tylko o trasę "marzenie"! Po 4,5 km przechodzi ona w trasę "Heidi", upamiętniającą tytułową bohaterkę jednej z najsłynniejszych szwajcarskich powieści.

Do krzesełek wracamy trasą "Tigia" - tak się nazywa utrzymana w nostalgicznym klimacie chata, którą mija się po drodze. Robimy sobie w niej przerwę na kawę. Nie wiemy jaką zamówić, zgadzamy się więc na propozycję gospodyni, czyli Hauskaffee. Kilka minut później stają przed nami szklanice wypełnione do połowy kawą, do połowy bitą śmietaną. Charakterystyczny aromat i smak sugeruje, że kawa jest odpowiednio "wzmocniona". Pytamy, jak po retoromańsku (jesteśmy w kantonie Gryzonia, gdzie używa się tego języka) powiedzieć "Na zdrowie!". Na szczęście łatwo zapamiętać: "Viva!".

Białe szaleństwo niejedno ma imię


Czas na obiad. W restauracji w miejscu zwanym Tigignas degustujemy lokalne specjały. Najpierw Capuns, farsz zawinięty na wzór "gołąbka" w liście botwiny i polany sosem serowym, a jako danie główne Käsechnitte czyli zapiekanka z serem.

savognin-adren.jpgJuż mamy przypiąć narty, kiedy w tzw. Funsport Parku zauważamy zjeżdżającą na dziwnych sprzętach młodzież. Nie zastanawiamy się długo, my również decydujemy się na nowe doświadczenia. W końcu kto powiedział, że "białe szaleństwo" to tylko narty lub snowboard?

Zaczynamy od airboardu, czyli materaca z uchwytami (notabene wynalazek szwajcarski), na którym leżąc na brzuchu, głową w dół, sunie się po stoku. Zwłaszcza pierwszy raz jest mocno adrenalinowy - krzyczę tak, że kolega potem żartuje, że pobudziłam wszystkie świstaki. Potem kolej na skifoxy, jak nazywa się niby-taborety z płozą. Steruje się balansowaniem ciałem oraz mini-nartkami przypiętymi do nóg, choć lepsze wrażenie jest po uniesieniu nóg do góry. Rewelacja! I tylko raz leżę!

Jednak najwięcej emocji dostarcza skibike, czyli jak sugeruje nazwa, rower na płozach. Do sterowania służy kierownica, a do hamowania wspomniane już mini-nartki na nogach (w trakcie jazdy stopy trzymamy na specjalnych podpórkach). Decydujemy się na zjazd na owych pojazdach aż na sam dół, od razu czerwoną trasą. Tym razem wywracam się trzy razy, ale zabawa tak mi się podoba, że zaczynam się zastanawiać, czy nie wziąć skibike`a na cały dzień. W miejscowej wypożyczalni jest nawet specjalna oferta: w ramach pakietu "NTC Blue Day" za 92 CHF (albo 60 euro) mamy całodzienny skipass, powitalny drink i dowolny sprzęt - narty, snowboard, airboard, skibike etc., z możliwością wymiany.

Na łyżwach przez las


savognin -cube.jpgNajsłynniejszym obiektem niewielkiego w sumie Savognin jest "Cube". Mówiąc po polsku: "Sześcian". Chodzi o nowoczesny hotel, rzeczywiście mający kształt wielkiej kostki. W nocy tę niezwykłą mieszaninę szkła, stali i betonu kolorowo się podświetla, co jeszcze potęguje "kosmiczne" wrażenie. Futurystyczny wystrój i luźna atmosfera sprawiają, że jest to miejsce doskonałe dla wszystkich młodych, jeśli nie wiekiem, to duchem. Rozmaitość miejscowych atrakcji, od ścianki wspinaczkowej i automatów PlayStation, po dyskotekę w klubie nocnym (wstęp od lat 18) sprawiają, że rano nie wszyscy goście mają siłę iść na stok, stąd też śniadanie wydawane do godziny… 15-tej!

My oczywiście na narty idziemy (tym bardziej, że hotel jest 50 metrów od dolnej stacji krzesełek), choć któregoś dnia schodzimy z nich nieco wcześniej, bowiem dla odmiany kuszą nas łyżwy. Nie chodzi jednak o lodowisko tuż obok hotelu; jedziemy do oddalonej o 10 km wioski Surava. Ze względu na położenie w głębokiej dolinie, przez dwa zimowe miesiące nie ma tam słońca, ale zamiast się tym martwić, mieszkańcy doskonale to wykorzystali. Krótko mówiąc, utworzyli tzw. Skateline Albula, czyli biegnącą wzdłuż potoku drogę zamienili na trzykilometrowy tor łyżwiarski (szczegóły: http://www.skateline.ch ). Cały sprzęt (łyżwy, obowiązkowe kaski i ochraniacze na łokcie i kolana) można wypożyczyć na miejscu. Na start (ruch jest jednostronny) zawiezie nas specjalny bus, a potem już nie pozostaje nic innego, jak jechać. Mnie akurat nie mniej niż sam tor, zaimponowała organizacja przedsięwzięcia, w które zaangażowało się ponad dwustu mieszkańców wioski. Każdy z nich musi społecznie odpracować minimum cztery dyżury. To co uda się zarobić przeznacza się na inwestycje, jak np. rozbudowa budynku mieszczącego barek i przebieralnię. Skateline działa już piąty rok i jak na razie wspólny biznes rozwija się całkiem dobrze. Pogratulować!

Jak na Hawajach


Jeszcze jedną konkurencję dla nart stanowią sanki. W sumie w rejonie Savognin wyznaczono 22 km tras saneczkowych (najdłuższa ma 9 km). W ciągu dnia żal nam zrezygnować z nart, postanawiamy jednak przetestować sanki nocą. Najpierw czeka nas kolacja w górskiej chacie "Roggi`s Baizli", specjalizującej się m.in. w Raclette`ach. To cały ceremoniał. Na specjalnym piecyku opiekamy nie tylko sery, ale i różnorakie rodzaje mięs. Do tego wino, oczywiście lokalne. Szwajcarzy mają doskonałe wina, ale mało znane w świecie, z racji tego, że ich produkcja ledwie wystarcza na zaspokojenie popytu wewnętrznego. Na koniec dostajemy jeszcze po kieliszku Röteli, pysznej wiśniówki. To chyba po to, żeby utrudnić zabawę, do której jesteśmy zaproszeni, a w którą uwielbiają grać miejscowi. Zasady są proste: w ustawiony pieniek, każdy ma ledwo wbity "swój" gwóźdź, a wygrywa ten, kto wbije go jako pierwszy. Brzmi prosto, ale wcale nie jest to łatwe, bo uderzać trzeba cienką stroną młotka, czego wypita wiśniówka bynajmniej nie ułatwia. Jednak i tak udaje się pokonać Szwajcarów!

savognin-z laska.jpgW końcu czas na sanki. Dostajemy latarki-czołówki, siadamy i… zaczynamy się zastanawiać, czy rzeczywiście dobrze zrobiliśmy biorąc te najszybsze, metalowe. Mkną z zawrotną szybkością, trzeba więc naprawdę dobrze hamować, by nie wypaść na zakręcie albo nie zrobić salta na muldzie.

Następnego dnia znowu zmiana sprzętu, tzn. tym razem przesiadam się na snowboard. W ramach urozmaicenia jazdy po śniegowej pustyni, zjeżdżamy z kolegą do baru… "plażowego". Zresztą napis potwierdza, że się nie mylimy: "James Beach Bar". Piasku wprawdzie nie ma, za to są palmy (na zdjęciach i tak nie widać, że sztuczne), rozstawione pod nimi leżaki, kolorowe parasole. Jest nawet łódka i pilnująca jej para - ponętna mulatka w kostiumie i przystojniak w koszulce (oczywiście manekiny). Mimo siarczystego mrozu od razu robi się gorąco!

Innym, nie mniej gorącym miejscem jest "Iglu Bar" przy dolnej stacji wyciągów. Tyle, że to akurat miejsce, do którego warto zjechać na koniec dnia, w ramach typowego apres ski

 

 

. Oprócz narciarzy-gości przychodzi tu też obsługa wyciągów, instruktorzy i chłopcy ze ski-patroli. Szklane igloo rozbrzmiewa muzyką, piwo i grzane wino leją się strumieniami, znajomość (lub nieznajomość) języków przestaje mieć znaczenie. No i jak tu nie lubić Savognin?

Informacje praktyczne (dane z 2009 r.):


savognin- swistak.jpgJak dotrzeć: Najwygodniej samolotem do Zurychu i następnie pociągiem, a na końcu autobusem (z Zurychu 3 godziny jazdy). Informacje o tzw. Transfer Passach na przejazd z lotniska znajdziemy poprzez stronę http://www.mojaszwajcaria.pl
 
Skipassy:
1 dniowy - 52 CHF (34 euro) , 6-dniowy - 254 CHF (164 euro), dzieci do 6 lat gratis, a do 20 lat ceny ulgowe. Dla rodzin specjalne oferty. Kupując skipasss trzeba pamiętać o 10 CHF zwrotnej kaucji za kartę magnetyczną.

Hotel "Cube": Opłacalne są pakiety obejmujące 7 noclegów w pokoju dwuosobowym, ze śniadaniami i kolacjami plus 7-dniowy skipass  - w zależności od sezonu 1306-1096 CHF. Informacje: http://www.cube-hotels.com
 
Internet: http://www.savognin.ch , http://www.savogninbergbahnen.ch



Savognin w liczbach:

Teren narciarski: 1200-2713 m
Długość tras: 80 km
Trudność tras: niebieskie - 32,5 km, czerwone - 37,5 km, czarne - 10 km
Najdłuższy zjazd: 11,5 km
Ilość wyciągów: 13 (1 krzesła 6 osobowe, 1 krzesła 4 os., 1 krzesła 3 os., 10 orczyków)

Back to top