Denali - wcale niełatwy przeciwnik
Hits: 4247

MT McKINLEY/DENALI

Dla  jednych to Mt McKinley, dla innych Denali. Góra dwóch nazw - piękna i wcale niełatwa. W tym roku (sezon wspinaczkowy zakończył się w lipcu) zaliczany do Korony Ziemi najwyższy szczyt Ameryki Północnej, atakowało 1204 wspinaczy, z czego wierzchołek zdobyło tylko 429. Jak zorganizować wyprawę na McKinleya i jak zwiększyć swoją szansę na sukces? Oto mini-poradnik pisany głównie z myślą o wybierających się na tę górę.

Denali/Mt McKinley - dossier
Wysokość: 6194 m (20320 stóp)
Wybitność: 6138 m
Masyw górski:  Kordyliery (część zwana Alaska Range)
Współrzędne geograficzne szczytu:  63° 07' N, 151° 01' W
Pierwsi zdobywcy: 1913 r. (Hudson Stuck, Harry Karstens, Walter Harper, Robert Tatum)
Pierwsze wejście polskie: rok 1970 (Marek Głogoczowski)


Wiedziałam, że z McKinleyem może nie być łatwo . I nie było!  -Uważaj! Nawet Kukuczka za pierwszym razem nie wszedł na tę górę... - ostrzegali znajomi.  Respekt budził też wypadek  jednego z kolegów, który kiedyś szkolił mnie w górach na kursie przewodnickim - on z kolei zdobywanie McKinleya przypłacił odmrożeniami i amputacją obu stóp. Nie na darmo znajdująca się na Alasce najwyższa góra Ameryki Południowej ma opinię jednej z najzimniejszych - wiejące tam wiatry nierzadko przekraczają 160 km na godzinę, a temperatury nawet latem spadają do minus 40 stopni Celsjusza. Jest to uzasadnione - w końcu to 63 stopień szerokości geograficznej północnej, tak więc arktyczne wpływy są mocno odczuwalne. No i do tego kwestia wysokości - Mt McKinley oficjalnie ma wysokość 6194 m, ale ze względu na cieńszą w okolicach okołopodbiegunowych warstwę atmosfery, można to ponoć odnieść do 7 tys. na równiku.

A tak przy okazji, to jaka wersja nazwy góry jest prawidłowa? To już jak kto woli. Ja prywatnie wolę pochodzącą z języka miejscowych Indian wersję Denali (tak też mówią mieszkańcy Alaski), ale w niniejszym tekście zostanę przy oficjalnej, ogólnoamerykańskiej nazwie  Mt McKinley, nadanej w 1896 roku dla uczczenia 25. prezydenta USA - Williamia McKinleya (tak na marginesie to w 1901 roku zastrzelił go anarchista Leon Czołgosz, syn polskich emigrantów).



Jak tam jest, czyli o specyfice góry


Ponieważ zdecydowana większość wspinaczy (ok. 85-90 %) zdobywa McKinleya drogą zwaną West Buttress (południowo-zachodnia strona góry), w niniejszym artykule skupię się właśnie na niej.

mck3.jpgPunktem startowym jest lodowiec  Kahiltna, gdzie zrobiono prowizoryczne lądowisko dla małych samolocików, startujących z odległego o około 100 km miasteczka Talkeetna. Cały sprzęt i prowiant każdy wspinacz nosi sam (nie ma opcji wynajęcia tragarzy czy np. mułów), idąc na nartach albo na rakietach/w rakach i niezależnie od plecaka ciągnąc za sobą załadowane plastikowe sanki.  Trudności technicznych na drodze West Buttress zasadniczo nie ma - pomijam chodzenie po szczeliniastym lodowcu, pokonanie stromej, mającej 50%  nachylenia  tzw. Head Wall, kilka odcinków mocno eksponowanych grani, czy stromy trawers przy Denali Pass (5545 m) gdzie w tym roku było kilka poważnych wypadków, w tym jeden śmiertelny. W każdym razie takie umiejętności, jak hamowanie czekanem, chodzenie z liną, zachowanie przy wpadnięciu do szczeliny czy posługiwanie się jumarem (są odcinki z poręczówkami), powinno się mieć opanowane.

Trzeba pamiętać, że góra jest zupełnie "dzika", bez schronisk i żadnej infrastruktury. Zasadą jest że każdy jest odpowiedzialny sam za siebie, dlatego też na jakieś służby ratunkowe czy choćby ostrzeżenia (pogodowe, lawinowe) raczej nie liczmy. Trasa podejścia jest niby oznaczona traserami, a przy dużej liczbie wchodzących robi się wyraźna ścieżka, wystarczy jednak że najdą chmury ograniczające widoczność , a do tego zacznie sypać śniegiem który zasypie ślady i będziemy mieli problem z tym, którędy iść.

Pogoda to główny problem na McKinleyu, ale nawet na najprostszej technicznie trasie trzeba brać pod uwagę jeszcze inne zagrożenia, takie jak  lawiny, szczeliny, eksponowane miejsca gdzie po prostu można spaść etc. Poza tym sporo osób rezygnuje, bo po iluś dniach ma po prostu dość - we znaki daje się zmęczenie, zimno, niedogodności życia w namiocie, czasem też problemy zdrowotne (najczęściej z aklimatyzacją).                                                            

                                                              
Moje wrażenia, czyli w telegraficznym skrócie o ataku szczytowym


Mnie McKinley szalenie  się spodobał - zarówno ze względu na widoki (zwłaszcza na Mt Foraker, 5304 m, drugi co do wysokości szczyt Alaski), jak i atmosferę góry tworzoną przez spotkanych po drodze ludzi.  Trafiłam m.in. na wiele osób poznanych rok wcześniej na Evereście (część z nich robi Koronę Ziemi, co oznacza konieczność wejścia na McKinleya), ale obecne były też górskie sławy, jak choćby uroczy, skromny Victor Saunders, brytyjski wspinacz będący autorem wydanej także po polsku książki "Nieuchwytne szczyty" czy mistrz ski-alpinizmu i skyrunningu, Katalończyk Kilian Jornet, który pobił rekord w szybkości zdobywania McKinleya, od lądowiska samolotów na szczyt wbiegając w 9 godzin 45 minut!!! (droga powrotna, czy raczej zjazd na nartach trwał już tylko 2 godziny 3 minuty). Jeśli chodzi o Polaków to trochę nas było - m.in. Rysiek Pawłowski  czy mieszkający w Kanadzie Rafał Sławiński - jeden z najlepszych w świecie wspinaczy lodowych i mikstowych, w roku 2014 laureat Złotego Czekana.

Dojście do głównego obozu, tzw. Campu 14000 stóp (4330 m) przebiegło nam w miarę sprawnie, zajmując  5 dni, ale niestety ze względu na warunki pogodowe, tam właśnie utknęliśmy. Ostatecznie ekipa, z która byłam, podjęła decyzję o odwrocie, co zresztą było dość powszechne - wycofywało się wiele zespołów  (statystyki  zdobywania szczytu wynosiły w tym czasie tylko 19% (!!!), choć w "normalnych" latach normą jest 50%). Co do mnie, postanowiłam zostać -  byłam zdeterminowana, zwłaszcza że czułam się bardzo dobrze, miałam czas aby poczekać na pogodę, no i co istotne - miałam do kogo dołączyć, bo jednak zmaganie się z McKinleyem w pojedynkę nie jest dobrym pomysłem. Los nade mną czuwał - ekipa która mnie przyjęła - trzech rodaków poznanych jeszcze w samolocie (Piotrek  i Jacek Jaśniewscy oraz Piotrek Śliwiński) okazała się naprawdę rewelacyjna i wspinaczkowo, i towarzysko (dzięki chłopaki! :)).

mck2.jpgAtak szczytowy (950 metrów przewyższenia, na co włącznie z powrotem do obozu zakłada się 8-16 godzin) okazał się dość dramatyczny. Do grani podszczytowej wszystko szło świetnie, mieliśmy całkiem dobre tempo, przez długi cały czas było błękitne niebo. Tyle że potem, mimo ogólnie dobrych prognoz, nastąpiło załamanie pogody, tak że na szczycie nie widzieliśmy już nic, jeśli nie liczyć Mario, znajomego Rumuna, który już wtedy pytał, czy ma biały nos. Niestety - miał, co dobrze nie wróżyło.

Tymczasem pogoda psuła się z minuty na minutę, trzeba więc było jak najszybciej schodzić. Byliśmy wciąż jeszcze na grani, kiedy odwróciłam się do idącego za mną Piotrka i zobaczyłam, że... leci (nie byliśmy na tym odcinku związani - zgodnie z sugestią z jednego z brytyjskich przewodników,  linę zostawiliśmy niżej). Trudno opisać co się działo wtedy w naszych głowach (a zwłaszcza w głowie Jacka, brata Piotrka) - dla mnie był to jeden z najgorszych momentów mojego życia. Szczerze mówiąc nie widzieliśmy gdzie Piotrek spadł - widoczność wynosiła tylko kilka metrów, a wołania zagłuszał wiatr.  Logika wskazywała że Piotrek wypadku nie przeżył, a rozsądek podpowiadał, że jeśli mielibyśmy prowadzić w tych pogarszających się z minuty na minutę warunkach akcję poszukiwawczą, zapewne bezowocną, najprawdopodobniej sami zginiemy. Równocześnie było jeszcze drugie, "ludzkie" uczucie, wbrew rozsądkowi, ale pełne nadziei, że może zdarzył się cud? I... zdarzył się! Niedługo potem znaleźliśmy Piotrka całego i zdrowego, o dziwo nawet nie połamanego. Przeleciał jakieś 250-300 metrów, w niepojęty sposób przeskakując nad szczelinami, amortyzowany przez śnieg jaki w dużych ilościach spadł w poprzednie dni.

Nie zdążyliśmy się jeszcze nacieszyć "drugim życiem" Piotrka, bo zaczęły się problemy z naszym kolegą z Rumunii. Mario zaczął raptownie słabnąć i zataczać się, co sugerowało obrzęk mózgu, w końcu usiadł i wyglądało na to, że jest mu wszystko jedno i dalej iść nie zamierza. Pomógł deksametazon i przekonywanie Maria, że bez niego nie pójdziemy. W końcu Mario wolno ruszył, ale w międzyczasie już było wiadomo że ma poważne odmrożenia, nie tylko nosa, także i rąk. Jakby tego było mało, przy Denali Pass (5545 m), od której zaczyna się jeden z najbardziej zdradzieckich odcinków wspinaczki, znaleźliśmy kolejnego wymagającego opieki wspinacza, tym razem Polaka, którego wcześniej uprzedzałam, że choćby ze względu na małe doświadczenie, brak liny, a także zbyt wolne tempo, powinien odpuścić samotny atak. Uparł się, że da sobie radę. Tylko że nie dał, a teraz bał się schodzić po stromym zboczu kończącym się groźnymi szczelinami. Twierdził że ma złamaną nogę, co prawdą nie było, ale już pal sześć nie mające sensu tłumaczenia... Była godzina 22, może 23, za nami już nikogo. Było jasne, że jego też trzeba sprowadzić.

Niestety, w tym układzie tempo naszego schodzenia stało się bardzo wolne, bo zamiast sprawnego zejścia z lotną asekuracją, mając na linie dodatkowe dwie masywne osoby, które w razie czego nie byłyby w stanie hamować czekanem, trzeba było mozolnie wpinać się w trudne do znalezienia stanowiska zrobione z wbitych przez rangersów szabli śnieżnych. Na dodatek silny wiatr i temperatury sięgające minus 35 stopni sprawiły, że i my zaczęliśmy zamarzać, do tego byliśmy odwodnieni (resztki herbaty oddaliśmy Mario), a z każdą godziną coraz bardziej dawało nam się we znaki zwyczajne zmęczenie i niewyspanie (dość powiedzieć że i my w pewnym momencie łyknęliśmy deksametazon). O godzinie 5-tej rano ustaliliśmy, że chłopcy zostaną, ja zaś zaryzykuję zejście bez liny i wyszukanie drogi do obozu, aby wezwać pomoc (jak iść po szczeliniastym zboczu w panujących warunkach nie było wiadomo). Jakoś się udało - obudzeni żołnierze armii amerykańskiej (byli na wspinaczkowym poligonie) zgodzili się wyjść do góry wspomóc akcję ratunkową, której motorem do końca był Piotrek Śliwiński, a która ostatecznie zakończyła się o 11 rano (na ostatnim odcinku, zwożenia Janusza na sankach, pomogli też rangersi). Finał? Obydwu wspinaczy - Mario i Janusza zabrał w dół helikopter. Mario w wyniku odmrożeń stracił palce, a nos ma do rekonstrukcji plastycznej. A my? Cały następny dzień zmęczeni przespaliśmy i... cieszymy się, że żyjemy.

Tyle z moich wrażeń. Po szczegóły zapraszam na blog na stronie: www.koronaziemi.monikawitkowska.pl .



Teraz garść informacji dla tych, którzy może na McKinleya postanowią się wybrać.


Z przewodnikiem czy bez?
Prawo organizowania wypraw na McKinleya mają oficjalnie tylko autoryzowane przez władze parku narodowego Denali agencje amerykańskie, w których za standardowy pakiet wspinaczkowy pod opieką doświadczonego przewodnika klient płaci  od ok. 7 tys. dolarów. Korzysta z tych propozycji ok. 18-25% wspinaczy. Obowiązku korzystania z opieki przewodnika jednak nie ma, tak więc większość ekip stanowią organizujące się na własną rękę grupki znajomych czy wyprawy klubowe. Tajemnicą poliszynela są też wyprawy komercyjne organizowane przez liczne agencje, także polskie,  z którymi władze parkowe próbują z nimi "walczyć" w razie zdemaskowania  nie wydając zezwoleń na wspinaczkę (aby jakoś to ominąć, do obsługi takich wyjazdów zatrudniani są zwykle "przewodnicy" którzy na McKinleyu nigdy nie byli, a oficjalnie podają się za jednego ze zwykłych członków partnerskiej ekipy).

Kiedy się wspinać:
Chociaż na upartego można zdobywać McKinleya o każdej porze roku, ze względu na optymalne warunki główny sezon stanowi maj-czerwiec. Plusem czerwca jest to, że nie robi się w ogóle ciemno (w razie czego można chodzić także "nocą"), chociaż z dnia na dzień otwiera się coraz więcej szczelin, a śnieżne mosty stają się coraz bardziej kruche. W lipcu  ze względu na szczeliny nie można już liczyć na dolot na lodowiec samolotem.

Jak długo, czyli - trzeba mieć czas:
Wspomnianym rekordem Kiliana Jorneta się nie sugerujmy (11 godzin 40 minut od lądowiska samolotów na szczyt i z powrotem). W każdym razie jeśli jakiś organizator komercyjnej wyprawy zapewnia, że na zdobycie McKinley`a wystarczy  10 dni, to znaczy że nie ma o tej górze pojęcia. Szansę na taki wynik mają jedynie supersprawne, doświadczone i zgrane zespoły (czyli z założenia nie przypadkowo zbierane wyprawy komercyjne), ale i to pod warunkiem  szczęścia do pogody. Większa szansa, że nawet będąc najlepszym wspinaczem świata trzeba będzie spędzić ileś dni czekając na korzystne warunki. Nam pobyt w górach zajął 19 dni, ale średnio wg rad rangersów powinno się liczyć 3 tygodnie z polecanym marginesem bezpieczeństwa nawet do miesiąca. Niestety, z tego co widzę w ekipach polskich nagminne jest zbyt optymistyczne podejście do tematu, co na ogół kończy się niezdobywaniem szczytu, bo trzeba wracać na samolot. W rezultacie albo w ogóle nie dociera się do High Campu, albo ze względu na presję czasu za wszelką cenę ryzykuje wejście choćby przy kiepskiej pogodzie.

Zezwolenie na wspinanie:
Zezwolenia (permity) załatwia się internetowo, minimum 60 dni przed wyprawą - szczegóły na stronie http://www.nps.gov/dena/planyourvisit/mountaineering.htm . Opłata wynosi 360 dolarów od osoby (100 dolarów taniej dla osób do 24 roku życia), potem zaś, już na miejscu, płaci się jeszcze 10 dolarów od osoby za wstęp do parku narodowego. Osoby zamierzające wspinać się solo mogą mieć problem z uzyskaniem permitu, chyba że udowodnią  rangersom (służbom parkowym)  swoje wystarczające doświadczenie górskie. Z odmową muszą liczyć się organizatorzy wypraw komercyjnych i przewodnicy którzy już byli na McKinleyu (władze  parku przeglądają strony internetowe pod kątem wyłapywania firm komercyjnych, a zresztą każdy ze wspinaczy, którzy już na górze byli, ma tam swoją teczkę!).
Po potwierdzeniu otrzymania permitu trzeba umówić się internetowo na odbywającą się w biurze parku narodowego w Talkeetnie "odprawę" (około godzinne szkolenie na temat bezpieczeństwa i ekologii). Warto wpisać się na to spotkanie jak najwcześniej, jako że w sezonie grafik rangersów jest mocno napięty . Po zakończonej wyprawie trzeba się w biurze rangersów odmeldować.

Przelot na lodowiec:
mck3.jpgPo otrzymaniu od rangersów dokumentu potwierdzającego zaliczenie odprawy, możemy lecieć na lodowiec stanowiący punkt startowy wędrówki. Przeloty warto rezerwować wcześniej, uwzględniając że w razie złej pogody mogą być odwołane. Do wyboru mamy kilka firm oferujących "powietrzne taksówki" (malutkie samoloty zabierające przeważnie po 3-4 osoby). Najpopularniejsze to: * K2 Aviation (www.flyk2.com), Talkeetna Air Taxi (www.talkeetnaair.com), czy Fly Denali (www.flydenali.com).  Za loty tam i z powrotem (w każdą stronę ok. 35 minut) zapłacimy 580 dolarów.  Jeśli chodzi o limit bagażu to w ramach przelotu możemy zabrać 125 funtów (56,2 kg) ekwipunku, za każdy kolejny funt (0,45  kg) dopłacając dolara. Przygotowując się do lotu ważne jest aby wszystkie ostro zakończone przedmioty (raki, czekany, rakiety) zapakować oddzielnie (najlepiej jak cała ekipa włoży je wspólnie do jednej torby). Wsiadając do samolotu powinniśmy się ubrać już jak na lodowiec (dotyczy gł. butów).
Przy powrocie po dojściu do lotniska na lodowcu zgłaszamy się do kierowniczki zamieszania (od kilkunastu lat jest nią blondwłosa Lisa) i prosimy aby wezwała "air taxi" z obsługującej nas linii.                      
             
Ekwipunek, czyli pakujemy się:
Co zabrać na wyprawę w góry wysokie czytelnikom naszego Magazynu tłumaczyć raczej nie muszę. Jeśli myślimy o sprzętowych zakupach czy o wypożyczaniu - w Talkeetnie się na to nie nastawiajmy - za to w Anchorage - bez problemu (cennik:  http://www.alaskamountaineering.com/rent-mountaineering-equipment.cfm ).
Jeśli chodzi o buty to jedyną słuszną opcją są techniczne buty termiczne typu Millet Everest GTX,  Scarpa Phantom czy La Sportiva Olympus Mons. Do obozu 14000 stóp chodzi się na rakietach lub na nartach skitourowych - jeśli ich nie zabraliśmy, też możemy je w Anchorage wypożyczyć (cena rakiet - 70 dolarów za miesiąc, choć często oferują je też firmy organizujące przeloty na lodowiec . Np. w K2 Aviation cena wynosiła  50 dol.). Ze sprzętu wspinaczkowego podstawa to uprząż, lina, czekan, jumar i karabinki (min. 5, bo służą też do wpięcia się w sanki), choć warto też mieć kask, prusiki, śruby lodowcowe, szable śnieżne plus kijki trekingowe. Jeżeli wspinamy się w czerwcu, można odpuścić sobie czołówkę (nie ściemnia się). Koniecznie za to trzeba mieć łopatę do śniegu (mnie świetnie sprawdziła się Steel Blade Grivela , w której w ramach trzonka używałam czekana), natomiast przy budowie murków śnieżnych przydaje się piła do śniegu (ale bez niej też sobie poradzimy).
Jeśli chodzi o sposób pakowania się - ponieważ część rzeczy wieziemy na sankach, trzeba mieć albo drugi plecak, albo mocną, nieprzemakalną torbę (ja miałam Duffle Bag The North Face - rozmiar L, czyli 90 l) . Z różnych "drobiazgów" pamiętajmy o mocnym sznurku/cienkiej lince do przywiązywania bagażu do sanek i czymś do zrobienia "zaprzęgu" (linka, taśma, lonża), a także o butelce do sikania (zwłaszcza w nocy na pewno nie będzie chciało nam się wychodzić z namiotu), ogrzewaczach do rąk i ew. stóp. Warto pomyśleć też o ładowarkach słonecznych i powerbankach dzięki którym będziemy mogli ładować baterie do aparatów fotograficznych, kamer, MP3-jek czy MP4-ek i innego sprzętu elektronicznego (duży wybór ładowarek znajdziemy na www.ecogadget.pl ).     
   
Sanki, czyli sztuka ciągnięcia
Sanki bierze się gratis po wylądowaniu na lodowcu, przy czym warto przejrzeć sobie kilka par, czy nie są popękane i odpowiednio mocne. Dla większości wspinaczy ciągnięcie sanek to przekleństwo. Systemów ich prowadzenia jest wiele - wszystko zależy od nachylenia stoku, warunków, czy idziemy sami, czy w ekipie powiązanej liną (wtedy sanki  może stabilizować zarówno osoba z przodu, jaki z tyłu). Najgorzej jest z ciągnięciem mocno obciążonych sanek na stromych trawersach, zwłaszcza jeśli nie ma "rynny" utworzonej przez sanki innych wspinaczy. Pamiętajmy o skutecznym przyczepieniu sanek do nas/naszej liny (inaczej mogą odjechać w siną dal wraz z ładunkiem), a przywiązując do nich ładunek, nie róbmy tego zbyt mocno, bo zaokrąglimy dno przez co nie będą stabilne (dno powinno być płaskie). I jeszcze szczegół - przy wiązaniu unikajmy zbyt skomplikowanych węzłów, bo kiedy linka zamarznie może być kłopot z jej rozwiązaniem.   

Zwyczajowe obozy na drodze West Buttress:

Najpopularniejsza nazwa obozu    Inne nazwy    Opis, położenie    Wysokość w stopach (feet/ft)    Wysokość w metrach n.p.m.
Kahiltna Base Camp    Lodowiec Kahiltna, BC, Denali International Airport    Miejsce lądowania samolotów    7200 feet    2200 m
Camp I    Ski Hill, 7800 ft Camp    Obóz przed początkiem tzw. Ski Hill    7800    2375
Camp II    9700 ft Camp, Kahiltna Pass Camp    Obóz poniżej Przełęczy Kahiltna    9700    2950
Motorcycle Hill Camp    11000 ft Camp, 11K Camp    Tutaj wiele ekip zostawia sanki    11000    3350
Camp 14000 ft/stóp    14K Camp, Basin Camp, ABC, ale też: Base Camp    Główny obóz, największy    14200    4330
High Camp    17000 ft Camp, 17 K Camp    Punkt startowy do ataku szczytowego    17200    5245

Przy powrocie,  po wyjściu z Campu 14000 albo można iść od razu do samolotu (bardzo długi, męczący odcinek) albo przespać się po drodze, np. w obozie Motorcycle Hill, skąd do samolotu zostaje 15 km marszu.
Uwaga! Trzeba uważać z nazwą "Base Camp". Niektórzy określają w ten sposób lodowiec Kahiltna, podczas gdy inni mówiąc o  Base Campie mają na myśli główny obóz, tzw. Camp 14000 feet/stóp (4330 m), funkcjonujący też pod  podobnie brzmiącą nazwą Basin Camp. Dlatego też najbardziej jasne jest operowanie nazwami podającymi na wysokości  ilu stóp położony jest obóz (metrów Amerykanie mogą nie kojarzyć).

Strategia wchodzenia, czyli może "kesz"?

Ekipa, z którą zaczynałam zdobywanie McKinleya, przyjęła zasadę wchodzenia każdego dnia do wyższego obozu, nosząc w plecaku i ciągnąc na sankach całość ładunku (system zwany  "single loads"). Były jednak dni, kiedy nie dawaliśmy rady dotrzeć tam dokąd planowaliśmy - wykończył nas przede wszystkim głęboki śnieg ponad Motorcycle Hill, dzięki czemu doszło np.  do wymuszonego warunkami biwaku w mało fajnym miejscu zwanym Windy Corner, gdzie na nasze szczęście tego akurat dnia zbytnio nie wiało. Pierwszy obóz, gdzie zatrzymaliśmy się na dłużej niż jedną noc był dopiero Campem 14000 stóp.                                        
Większość innych ekip (w tym wszyscy Amerykanie) stosowali  zasadę "cache-and-carry"  czyli dojście do obozu, kolejnego dnia wynoszenie wyżej części rzeczy i założenie depozytu (owy "cache" - czyt. kesz), powrót do obozu, następnego dnia zwykle rest i potem do kolejnego obozu. Która strategia jest lepsza - można by dyskutować. Ważne jest aby mimo wszystko pamiętać o aklimatyzacji, czyli nie robić dziennie zbyt dużych odcinków w pionie, a w Campie 14000 stóp (4330 m) pobyć jednak minimum dwie noce, zaliczając w międzyczasie wyjście wyżej.

Depozyty, czyli nie rozdziobią ich kruki i wrony

Logiczne, że nikt za dużo nosić/ciągnąć nie lubi, dlatego na McKinleyu dość powszechnie zostawia się zakopywane w śniegu depozyty. Pierwszy z nich warto założyć zaraz po wylądowaniu - chodzi o awaryjne paliwo/gaz i jedzenie na wypadek gdyby przy powrocie zepsuła się pogoda i nie było samolotu.  Miejsce depozytu oznacza się otrzymanymi w czasie odprawy u rangersów traserami - jest na nich nazwa ekspedycji oraz nazwa przewoźnika którego samolotem  dostaliśmy się na lodowiec. Włożenie trasera nie gwarantuje jednak, że taki depozyt potem znajdziemy, zwłaszcza że są miejsca gdzie wbito dziesiątki traserów, a zanim tam wrócimy, może spaść dużo śniegu, zaś układ obozu czy szlaku zupełnie się zmieni. Dlatego też warto traser jakoś dodatkowo oznaczyć (może dodatkowa wstążeczka?), a najlepiej zapisać jego wzięte z GPSa współrzędne. Jak głęboko wkopywać depozyty? Rangersi uprzedzali, że wytapiający się śnieg je odsłania, a zawartością chętnie zajmują się ptaki (ponoć kruki). W czasie naszego wejścia żadnych ptaków nie widzieliśmy, natomiast zamiast wytapiania się lodowca,  śniegu tylko przybyło.

Ekologia, czyli nie zapomnij o nocniku
Mam wrażenie że na pomoc rangersów z McKinleya za bardzo liczyć nie można, ale spraw  ekologii pilnują z wyjątkowym zapałem. Dlatego lepiej żeby nie przyszło nam do głowy zostawienie czy nawet zakopanie śmieci - jeśli sprawa się wyda, możemy mieć  spore nieprzyjemności, a nasz budżet uszczupli się o zapewne kilkaset dolarów.  Krótko mówiąc wszystkie śmieci znosimy w dół, zwłaszcza że na lotnisku na lodowcu rangersi mogą sprawdzić, czy mamy ich odpowiednią ilość.
Trzeba uważać też z załatwianiem  potrzeb fizjologicznych. Z samym sikaniem jeszcze sprawa jest prosta (znaczy się nikt za to nie goni), choć tu uwaga zwłaszcza do dziewczyn - na komfort i intymność przy tej czynności nie liczmy! Na "cięższe sprawy" są specjalne kubełki zwane CMC (Clean Mountain Cans), które dostajemy na odprawie w Talkeetnie, a które na koniec musimy zdać, w międzyczasie na całej trasie je ze sobą nosząc. Kubełki wyścieła się otrzymanymi od rangersów  torebkami foliowymi, które w po drodze można wyrzucić do wyznaczonych szczelin (torebki są z typu samorozkładających się). Ważna sprawa: noszenie ze sobą wyłącznie torebki (i załatwianie się do niej) nic nam nie daje! Doświadczyliśmy tego w High Campie, kiedy nieporęczne kubełki zostawiliśmy w obozie niżej, uznając że mając torebki gór nie zanieczyszczamy, a system taki działa przecież w innych górach (np. na Aconcagule). Ranger był nieubłagany - za brak kubła obciążył nas karą 150 dolarów.

Jedzenie, gotowanie:
Prowiant powinniśmy kupić w Anchorage (albo w Fairbanks - zależy dokąd przylecimy), jako że w Talkeetnie  jest tylko jeden mały sklepik spożywczy. Z liofilizatów najpopularniejsze wśród McKinleyowych wspinaczy są całkiem dobre smakowo liofy firmy "Mountain House". Powinniśmy być ostrożni z zabieraniem puszek i jedzenia generującego śmieci - pamiętajmy że potem trzeba je znosić!
Z gotowaniem Polacy wciąż nastawiają się głównie na kartusze z gazem (do kupienia w Anchorage; do samolotu na lodowiec można je wziąć), podczas gdy większość wspinaczy, zwłaszcza Amerykanie, używa paliwa ciekłego (jak to oni mówią: white gas, który zamawia się u organizującego przelot przewoźnika i odbiera po wylądowaniu na lodowcu). Z tego też powodu warto rozważyć ew. zabranie jednej na zespół kuchenki dwusystemowej - w razie jeśli  zostalibyśmy bez kartuszy, możemy poratować się załatwionym od kogoś gazem. Jeśli chodzi o kuchenki, doskonale spisują się  Reactory MSR-a, ew. Jetboil`e, które dzięki specjalnej konstrukcji, są dużo wydajniejsze od tradycyjnych kuchenek.
Jeśli z jakichś przyczyn brakowałoby nam jedzenia, może nas uratować przyjęty na McKinleyu system  oddawania niezużytego prowiantu (lub paliwa) przez ekipy schodzące w dół (ale lepiej się na to za bardzo nie nastawiajmy). Również i my schodząc możemy zaproponować innym niepotrzebne nam rzeczy - my będziemy mieli lżej, a ktoś inny skorzysta.       
   
Spanie, czyli nie ma to jak mur:
Żadnych schronisk na górze nie ma - jedyna opcja to namiot.  Oprócz zwyczajowych miejsc obozów, w razie potrzeby można rozbić się wszędzie, oczywiście biorąc pod uwagę ryzyko szczelin czy lawin. Ze względu na bardzo silne wiatry namioty, zwłaszcza w wyższych obozach, chroni się murkami robionymi ze śnieżnych bloków  (murki powinny przewyższać chroniony namiot). Poza tym ogólnie warto zadbać o to, aby namiot był solidnie rozbity (nie odleciał) i o to, aby go odśnieżać (były wypadki uduszenia się w trakcie snu w zasypanym namiocie). Żartów ze śniegiem nie ma - kiedy my byliśmy na McKinley`u w ciągu zaledwie kilku godzin spadło prawie 2 metry śniegu!

Pogoda zmienną jest
Pogoda to na McKinley`u loteria. Już na odprawie przed wyjściem w góry rangersi pokazują slajd z napisem: "Prognozy pogody mogą zawieść!" i faktycznie często tak jest. Nic dziwnego że temat pogody to jeden z dominujących w obozowych rozmowach. O tym co nas czeka można dowiedzieć się z komunikatów podawanych przez radiotelefon codziennie o godzinie 20, zaś w Campie 14000 stóp prognoza wypisywana jest na tablicy przy namiotach rangersów. Do tego dochodzą wieści z różnych serwisów  pogodowych jakie mają ci, którzy zabrali z sobą w góry telefony satelitarne, no i  w rezultacie bywa, że każdy mówi co innego, a rzeczywistość jest jeszcze inna.

Ogólnie trzeba być przygotowanym na szybkie zmiany pogody. Są dni z błękitnym niebem i słońcem grzejącym tak, że będziemy mieli 30-stopniowe upały (koszulki z krótkim rękawem jak najbardziej wchodzą w grę), a zaraz potem przyjdą burze śnieżne,  huraganowe wiaty i temperatury spadające do nawet -40 stopni. 
            
Ku przestrodze, czyli wypadki
Zaskakujące (i pocieszające) jest to, że mimo różnych zaskoczeń, śmiertelnych wypadków jest na McKinleyu stosunkowo mało.  Zapewne wpływ na to ma fakt, że na McKinleya wybierają się osoby już jakoś górsko doświadczone, nie ma tłumów nowicjuszy takich jak np. na Kilimandżaro. W statystykach rangersów widnienie, że przeciętnie ginie jeden wspinacz na dwustu, co jak do tej pory oznacza 124 osoby (w tym jeden Polak, 35-letni Piotr Jankowiak, który  zginął w 1987 roku). Najczęstszymi  przyczynami śmierci  (biorąc pod uwagę wszystkie drogi) są upadki/odpadnięcia (46%), wychłodzenie (16%), lawiny (10%), szczeliny (8%) oraz choroba wysokościowa/obrzęk płuc czy mózgu (8%). Jeśli chodzi o najczęstsze błędy jakie rangersi wytykają wspinaczom, a które mogą stać się przyczyną problemów, wymienia się: picie zbyt małej ilości płynów (w efekcie spowolnienie aklimatyzacji i podatność na odmrożenia), zbyt szybkie wchodzenie i lekceważenie kwestii aklimatyzacji, niedocenianie zarówno góry jaki i  czynnika pogody, niewiązanie się  zespołów liną na szczeliniastym obszarze lodowca, schodzenie w niebezpiecznych partiach góry z kijkami a nie z gotowym do użycia czekanem, upadki związane z zahaczeniem rakiem o but czy nogawkę spodni, zdobywanie szczytu za wszelką cenę, bo "obiecaliśmy sponsorom", albo musimy zwijać się na samolot.
Swoją drogą muszę zgodzić się z zarzutami rangersów, że jeśli chodzi o niezwiązywanie się liną i mylne przekonanie, że na McKinleyu nie ma groźnych szczelin Polacy są na czołowej pozycji.
 Najbardziej powszechne na McKinleyu problemy medyczne to oczywiście odmrożenia (niektóre kończące się amputacją) oraz oparzenia słoneczne (nawet przy zamglonym dniu mamy szanse się "spalić").
Jeśli chodzi o udzielanie pomocy, to liczmy głównie na siebie. W Obozie 14000 stóp działa wprawdzie punkt lekarski, ale w czasie odprawy przed wyruszeniem w góry wyraźnie się  uprzedza, że "skorzystanie z niego oznacza koniec ekspedycji" co w efekcie sprawia, że nawet jeśli jest taka potrzeba, wspinacze unikają go jak ognia. W każdym razie służb ratunkowych w rozumieniu naszego GOPRu czy TOPRu nie ma, choć w skrajnych sytuacjach rangersi są w stanie wezwać helikopter nawet do obozu na wysokości 5300 m.

Łączność, czyli łap satelitę:
Na telefon komórkowy możemy liczyć tylko na dole (pamiętajmy że dzwoniąc na numery lokalne trzeba wybrać prefiks 001), chociaż obozach na 11000 i 14000 stóp są ponoć miejsca gdzie czasem można złapać sieć. Jeśli chodzi o telefony satelitarne, polecane jest Iridium, natomiast nie za bardzo sprawdza się Thuraya. My korzystaliśmy z operatora Immarsat - wymagało to czasem trochę zabawy z łapaniem sygnału, ale łączność była..
                                     
Pierwsze wejścia
- 1903 r. - pierwsze próby zdobycia szczytu robione przez dwie niezależne ekipy. Na północno-zachodnich stokach udało się dojść do wysokości ok. 2700 m, na południowych - do ok. 3700 m
- 1906 r. - Frederick Cook ogłosił że wraz z ekipą zdobył szczyt, ale dość szybko się wydało, że pokazywane na czołówkach gazet zdjęcia z rzekomego wierzchołka zostały zrobione na wysokości zaledwie 3500 m!
- 1910 r. - ekspedycja złożona z 4 alaskańskich górników kierowana przez Thomasa Lloyda zdobywa północny wierzchołek Denali, który wtedy brano za najwyższy. Początkowo nikt wspinaczom nie chce wierzyć, że tam weszli, dopiero późniejsze wyprawy potwierdziły postawienie na górze prawie 5-metrowego świerkowego drzewca, który wniesiono celem zawieszenia na nim flagi. Zgrzytem w wyprawie było, że jej lider (który zresztą sam na szczyt nie wszedł) ogłosił zdobycie obu (!) wierzchołków, niby też i południowego, co nie było prawdą.
-1913 r. - zdobycie wierzchołka południowego, najwyższego punktu góry. Dokonali tego Hudson Stuck, Harry Karstens, Walter Harper oraz Robert Tatum, którzy wspinali się od strony Wonder Lake.  (teraz miejsce często odwiedzane  przez turystów zwiedzających Park Narodowy Denali). Ponieważ mieli do przejścia około 90 mil, a ich prowiant i sprzęt ważyły ponad tonę, w transporcie wykorzystali psie zaprzęgi.
-1947 r. - Barbara Washburn robi pierwsze wejście kobiece. Dokonuje tego m.in. w towarzystwie swojego męża, Bradforda Washburna, który wcześniej na szczycie Mt McKinley był już trzy razy.
- 1951 r. - Bradford Washburn wraz z  7 towarzyszami zdobywają szczyt nową drogą, nazwaną West Buttress Route (ewentualnie mówi się też: Washburn Route z szacunku dla jej "odkrywcy"). Przy okazji wspinacze po raz pierwszy korzystają z samolotu, który ląduje na lodowcu Kahiltna.
- 1961 r. - sześcioosobowa ekipa włoska robi nową drogę zwaną od tej pory Cassin Ridge (od nazwiska lidera -  Richardo Cassin`a)
- 1967 r. - pierwsze wejście zimowe (Art Davidson, Ray Genet i Dave Johnston) - opowiada o nim książka "Minus 148 Degrees"
-  1970 r. pierwsze zdobycie McKinleya solo - dokonał tego Japończyk Naomi Uemura (wcześniej był pierwszym Japończykiem na szczycie Everestu i pierwszym który dotarł w pojedynkę psim zaprzęgiem do Bieguna Północnego). Uemura zginął potem na McKinleyu, robiąc w 1984 roku pierwsze solowe wejście zimowe. Szczyt wprawdzie wówczas zdobył, ale zaginął w drodze powrotnej.


 

Back to top