I wtedy wyłoniła się Ona...
Hits: 751

Manaslu (8156 m) to jedna z najładniejszych gór z elitarnego grona ośmiotysięczników. Dla nas była łaskawa - 28 września tego roku udało nam się stanąć na jej szczycie. Ale i treking dookoła Manaslu też jest ciekawą przygodą

 

Manaslu (8156 m) to pod względem wysokości ósma góra świata. Położona w Himalajach, na terenie Nepalu, wyróżnia się charakterystycznymi dwoma wierzchołkami, które urzekły mnie od pierwszego wejrzenia. Najpierw zobaczyłam je na pocztówce, w księgarni w Katmandu. Traf chciał, że dwa dni później jechałam do Pokhary, skąd jako przewodnik miałam prowadzić trekking do bazy pod Annapurną i hen w oddali wyłoniła się właśnie Ona - majestatyczna, piękna góra. Zatrzymałam autobus, którym jechaliśmy, zarządziłam grupie przerwę na zdjęcia, a jak tylko dopadłam do internetu, zaczęłam sprawdzanie - kiedy trwa na Manaslu sezon wspinaczkowy, z jakimi trudnościami muszę się liczyć. Wiedziałam już: to będzie mój kolejny wspinaczkowy cel! Jedyny problem stanowiły finanse, ale zrządzeniem losu na jednym z wyjazdów poznałam prezesów firmy produkującej okna. Spodobała im się moja górska pasja i pół roku później mogliśmy ogłosić start "Awilux Discover Manaslu Expedition".

Pojechałyśmy na Manaslu w dwuosobowym, kobiecym teamie. Ja i Joanna Kozanecka, moja koleżanka z SKPB Warszawa (Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich), gdzie obie jesteśmy przewodniczkami. Aśka to sportowa profesjonalistka  - ma na koncie 30 maratonów, 8 IronMenów, liczne biegi ultra (w tym na dystansie 150 km), miałam więc wątpliwości, czy za nią nadążę. Poza tym dzieli nas 11 lat różnicy, co rzecz jasna na wydolność chcąc-niechcąc się przekłada. Z drugiej strony moim atutem było trochę większe doświadczenie wysokogórskie - najwyższą wysokością Aśki był Pik Lenina, czyli 7134 m, podczas gdy ja miałam za sobą Everest i wyprawę na Broad Peak. Największą niewiadomą było jednak, czy się dogramy pod względem charakterów, czy w sytuacjach ekstremalnych będziemy w stanie wspólnie działać. Wyszło lepiej niż myślałyśmy :) - duża szansa że następstwem tej wyprawy będą kolejne i może jeszcze nie raz udowodnimy, że kobiety dają radę :). Tak na marginesie hasłem wyprawy wymyślonym przez jedną z naszych koleżanek było: "Baby górą!", ale nie nadużywałyśmy go, żeby nie drażnić panów :).

Góra Ducha łaskawa, ale nie łatwa

Na szcycie razem z Joasią Kozanecką, moją wspinaczkową partnerkąManaslu to rzeczywiście ładna góra. Codziennie rano, wychodząc w base campie z namiotu gapiłam się na nią z zachwytem, równocześnie z pokorą zastanawiając się, czy mnie na siebie wpuści. Jej nazwa w tłumaczeniu brzmi: Góra Ducha albo Góra Duszy, co być może jeszcze bardziej wpływało na mój uduchowiony do niej stosunek.

Jak to na ośmiotysięcznikach, obóz bazowy (4800 m) stanowił zlepek podobozów obsługiwanych przez różne agencje (przy tego typu wyprawach wszyscy korzystają z agencji, nawet ekipy deklarujące się jako typowo sportowe). W naszym przypadku w kilkunastoosobowym gronie było aż 10 nacji - także Hiszpanie, Argentyńczycy, Brazylijczyk, Francuz, Urugwajka, dziewczyna z Indii, Turek, Tajwańczyk i Japończyk. Trzeba przyznać, ż dobrze się zintegrowaliśmy, niemniej każdy planował swoją akcję górską według własnej strategii, niezależnie, choć w praktyce i tak wyjściami w górę sterowała pogoda.

Poza naszym dwuosobowym, kobiecym teamem grono polskie było całkiem spore. W naszym obozie mieliśmy jeszcze Magdę Poniatowską, której wprawdzie szczytu zdobyć się nie udało, ale walczyła bardzo dzielnie (wycofała się już z ataku szczytowego, ale i tak zaimponowała mi ogromną determinacją). W innym obozie była Aldona Drabik, która zdobyła szczyt bez dodatkowego tlenu. Równocześnie mieliśmy też 8 kolegów z wyprawy firmowanej przez PHZ (program Polski Himalaizm Zimowy) a kierowanej przez Rafała Fronię. Im ze szczytem niestety się nie udało, ale warto podkreślić nasze sympatyczne relacje z kolegami - wzajemne odwiedzanie się, mające przełożenie na wymianę informacji, wspieranie się i świadomość że można na siebie liczyć.

Jeśli chodzi konkretnie o akcję górską, to najtrudniejszy technicznie odcinek stanowi na Manaslu droga z obozu I (5800 m) do Camp II (6400 m), kiedy przechodzi się przez najeżony serakami a zarazem szczeliniasty icefall. Powyżej dwójki jest jeszcze wymagający trochę wysiłku kuluar, a także lawiniaste pole na którym lawina porwała w tym roku dwie  osoby (szczęśliwie skończyło się tylko połamanymi żebrami Amerykanina). Sam atak szczytowy, poza tym że jest strasznie długi, technicznych trudności już prawie nie ma. Prawie, bo jest na nim jeden dość spory, stromy i nieoporęczowany ok. 30  metrowej wysokości śnieżny próg i to właśnie na nim zdarzył się jedyny w tym roku wypadek śmiertelny, którego ofiarą był 43-letni Czech, Roman Hlávko.

Co do naszego ataku szczytowego, to wystartowałyśmy na niego 28 września z obozu IV (7450 m) o godzinie 2.30 w nocy. Oszczędzając tlen w butlach odkręciłyśmy reduktory na przepływ 2 litrów/min. (bo można mieć i na 4, ale taki "luksus" wymagałby większej ilości butli), co sprawiło, że i tak co się męczyłyśmy, to nasze :). Z tempem nie było chyba bardzo źle, bo na szczyt dotarłyśmy po 7 godzinach wspinania, po drodze zaliczając magiczny wschód słońca nad Himalajami. Euforia że się udało rzecz jasna była - stanęłyśmy na szczycie Manaslu (8156 m) jako czwarta i piątka Polka. Jednak na delektowanie się widokami specjalnie czasu nie było, bo nagle pojawiły się problemy - opowiem o nich w szczegółach w książce, którą pewnie niebawem napiszę. Dość powiedzieć że na samym szczycie ze względu na problem z butlą i wynikające z tego kilkunastominutowe odcięcie od tlenu... straciłam przytomność, a odzyskałam ją dzięki nieznajomemu Szerpie, który poratował mnie swoją butlą. W każdym razie zamiast skupić się choćby na zdjęciach, musiałyśmy jak najszybciej zejść - nie tylko do obozu IV, ale po zwinięciu rozbitego tam namiotu,do położonej na wysokości 6800 m "trójki". Prawdziwe świętowanie przyszło dopiero w bazie. Był tort, w międzyczasie - satelitarne SMSy z gratulacjami (w trakcie trwania wyprawy, przez prawie miesiąc nie miałyśmy dostępu do internetu), jednak najpierw - po iluś dniach chodzenia i spania ciągle w tych samych ubraniach - frajda z możliwości wykąpania się (metoda wiaderko z nagrzaną wodą, ale zawsze coś :) . Teraz, po powrocie z wyprawy, z perspektywy bezpiecznego i ciepłego domu trudno jest opowiedzieć na ile "ciężko" było. Prawda jest taka, że walcząc na  górze, nie raz mówiłyśmy sobie: "wystarczy, ostatni raz". Teraz zastanawiamy się, skąd zdobyć pieniądze na kolejną wyprawę.


Samogonowy monopol
Wiem, prawda jest taka, że z różnych powodów większość czytelników na Manaslu raczej wspinać się nie będzie. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie aby wybrać się na treking wokół Manaslu, z dojściem do malowniczo położonej na skraju lodowca bazy wspinaczy. Niewątpliwy atut tej trasy to widoki, przy czym nie tylko imponujący masyw Manaslu mam na myśli, ale pełny ich kalejdoskop. Ponieważ startujemy i kończymy treking stosunkowo nisko (poziom ok. 800 m), przez pierwsze i ostatnie dni mamy przekrój od dżunglowych wręcz zarośli, przez zmieniające się lasy, m.in. sosnowe i bambusowe, a po drodze - imponujące wodospady, urokliwe tarasowate poletka, zapierające dech wąwozy i wpasowane w zbocza niewielkie wioski.  Rzecz jasna w miarę zdobywania wysokości roślinność zanika, aż w końcu otacza nas już typowo wysokogórska sceneria, majestatyczne skały i ośnieżony masyw Manaslu. Najwyższy punkt na trasie to przełęcz Larke (5106 m), chociaż o widoki z niej mnie akurat nie pytajcie - kiedy tam dotarłam, sypało śniegiem, a chmury skutecznie wszystko zasłaniały. Dech natomiast zaparło nam niedalekie od przełęczy, hiponotyzujące błękitem jeziorko. Ale tak naprawdę każdy dzień na trasie był jeśli nie ładny (tu dużą rolę odgrywała pogoda, zwłaszcza że szliśmy w monsunie), to na pewno ciekawy.

Owo "ciekawy" związane było w dużej mierze z żyjącymi w tym rejonie ludźmi. Większość z nich to przedstawiciele dwóch grup etnicznych: Gurungów oraz mających wyraźne wpływy tybetańskie - Lamów (nie mylić z tak samo nazywającymi się duchownymi buddyjskimi). Co do religii to w niżej położonych wioskach dominuje hinduizm, wyżej są już przeważnie buddyści, a gdzie jaka religia dominuje łatwo rozpoznać. Hinduistów zdradzają tiki (kolorowe kropki na czole) i posążki bóstw, podczas gdy wchodząc w strefę buddyjską trudno nie zwrócić uwagi na kolorowe flagi modlitewne. Są też stupy (buddyjskie kapliczki) i mani - murki obłożone kamiennymi tablicami z modlitewnymi inskrypcjami. Powinniśmy je obchodzić zgodnie z ruchem wskazówek zegara - wprawdzie robiącym odwrotnie turystom nikt uwagi nie zwraca, ale zwłaszcza przy okazji swoich wypraw wspinaczkowych, ja akurat tego pilnuję.

Główną "metropolią" na trasie trekingu jest liczący około 700 mieszkańców Samagaun, co Polakom łatwo zapamiętać (wszyscy mówią: samogon, który swoją drogą, sądząc po obserwacjach lokalsów, spożywany jest tam chyba w dużych ilościach). To ostatnia wioska przed położoną 1300 m wyżej bazą pod Manaslu, do której (mowa o Samaugonie) wszystkie wyprawy wspinaczkowe trafić muszą, ze względu na bagaż. Otóż tak jak na trasie wokół Manaslu nikt nie wnika jakich mamy tragarzy, w związku z czym gros z nich to Szerpowie (Szerpowie jako grupa etniczna zamieszkują głównie rejon Everestu), tak na transport rzeczy na odcinku Samagon-baza, monopol mają dbający o swoje interesy lokalesi. Co ciekawe, noszeniem ciężkich zwykle toreb czy plecaków zajmują się... kobiety. Młode, często nieletnie, ale też i całkiem leciwe. To nic, że nie wszystkie mają odpowiednie buty (a błotniste ścieżki po deszczu czy śliskie kamienie to norma). Ważniejsze (przynajmniej dla nich) że mają pomalowane paznokcie czy wyszminkowane usta, chyba licząc że a nuż wśród wspinaczy znajdzie się jakiś, który zwróci na nie uwagę. A co robią w tym czasie miejscowi panowie? Do nich należy budowa domów. Brzmi poważnie, ale powiedzmy sobie szczerze - raczej się nie przepracowują. Zajęcia jeszcze na długo im starczy, bo to rejon który bardzo ucierpiał w trzęsieniu ziemi w 2015 roku. Ofiar w ludziach nie było, jednak zniszczenia były tak duże, że postanowiono przenieść wioskę w nowe miejsce. Swoją drogą warty uwagi jest sposób budowy domów - używa się do tego znoszonych z okolicy kamieni, układanych tak, że bez żadnego spoiwa tworzą naprawdę solidną konstrukcję. Dawniej także dachy pokrywano kamiennymi łupkami, no ale że teraz wypada iść z duchem czasu, większość budynków ma już blachę falistą.

Szczekuszki i momo

Z braku transportu kołowego, noszenie wszystkiego na własnych plecach to dla lokalesów normalka. I nie tylko o bagaże turystów czy ekwipunek wypraw wspinaczkowych chodzi, ale także o własne, przynoszone z miasta zakupy. Wszystko, choćby lodówkę, telewizor, worki z cukrem, klatki z kurami - wszystko jakoś trzeba wnieść. Na szczęście są jeszcze konie oraz muły - idą ich całe karawany i biada temu kto spotka się z nimi na wiszącym moście linowym (a mostów na tej trasie jest mnóstwo!). Od strony wschodniej Manaslu widuje się też jaki, ale tylko od tej - od zachodniej nie widziałam żadnego. Koło miejscowości Bimtang przyuważyliśmy natomiast osobliwy "cmentarz mułów". W okolicy szwenda się sporo puszczonych samopas kulejących zwierząt. Skoro złamały sobie nogę, pożytku z nich już nie będzie, tak więc taniej jest je wypuścić, niż się nimi zajmować. Wcześniej czy później padną, na co czekają już wygłodniałe sępy - na okolicznych skałach teren obserwuje całe ich stado. Liczne kości świadczą, że uczta sępów odbywa się dość często.

Prawdziwie dzikie zwierzęta też w tym rejonie występują. Na selfie z niedźwiedziem himalajskim wprawdzie nie liczmy (za bardzo płochliwy) ale zapewne wyjdą nam na spotkanie (mimo wszystko też na dystans) sympatyczne szczekuszki (coś jakby miks królika z chomikiem, zgodnie z nazwą wydające odłgos przypominający szczekanie). Jedna ze szczekuszek była moją sąsiadką w bazie pod Manaslu - jej nora była dwa metry od mego namiotu. Odgłosami zdradzają się też świstaki, choć żadnego nie udało mi się przyuważyć.

A skoro przy temacie zwierząt jesteśmy... Nie zdziwmy się, jeśli trafimy do guest house`u (hoteliku) gdzie nie będziemy mogli zamówić do jedzenia nic mięsnego... Niektórzy buddysci rzeczywiście są ortodoksyjnymi wegetarianami, choć na ogół ci którzy prowadza hoteliki rozumieją, że turyści mają różne upodobania. Najczęściej z mięsa w menu pojawia się kurczak oraz buff co oznacza bawoła (takiego do pracy w polu), ale na stek z jaka też można liczyć. Ulubione dania turystów to momo (nadziewane pierożki), spring-rolls`y (coś w stylu krokieto-sajgonki) czy ryż albo makaron z różnymi dodatkami. Najbardziej lokalna potrawa to jednak, tak jak w całym Nepalu, dhal bat - ryż z soso-zupą z soczewicy. Ponoć w nim właśnie tkwi sekret siły tragarzy, którzy jedzą tę potrawę dzień w dzień, a bywa że i częściej niż raz dziennie. -E, tam, pewnie wspomagacie się marychą - na jakimś postoju prowokuje tragarzy jeden z Hiszpanów. Nepalczyk nie podtrzymuje rozmowy, ale faktem jest, że każdy z nas zwrócił uwagę na wszechobecne, traktowane chyba jako chwasty istne chaszcze konopii indyjskich.

Wizja chińskiej autostrady

Dojechać samochodem póki co się tu nie da. Można tylko dojść na piechotęWędrówkę dookoła Manaslu polecam naprawdę szczerze, bo to naprawdę fantastyczna trasa, piękna widokowo, ciekawa kulturowo, a w porównaniu z innymi szlakami jak np. do bazy pod Everestem czy do bazy pod Annapurną, praktycznie pusta, z bardzo sporadycznymi turystami. Przyczyną jest m.in. gorsze niż na wspomnianych szlakach zagospodarowanie turystyczne terenu - mniej jest miejsc noclegowych i knajpek (ale bez obaw - dach nad głową znajdziemy), trzeba się liczyć z problemem z internetem, a nawet z siecią komórkową, w wielu wioskach nie ma nawet elektryczności. No i sam teren do chodzenia nie jest łatwy - ścieżki są często wąskie, eksponowane (inaczej mówiąc: "przepaściste"), ale z drugiej strony większe wyzwanie to też i więcej satysfakcji.

Jedno jest pewne - jeśli chcemy docenić uroki tego szlaku, musimy się spieszyć. Powodem jest plan wybudowania szosy prowadzącej aż do granicy z Chinami (Tybetem), na co zresztą Chiny dają pieniądze (w ten sposób ułatwią sobie handel swoimi towarami). Prace już się rozpoczęły, przystąpiono do wysadzania skał, na początku szlaku pojawiły się spychacze i inne maszyny. Oficjalne informacje sugerują, że za 2 lata można będzie już do Samagonu (ostatnia wioska przed bazą dla wspinaczy) dojechać samochodem. Myślę że w ciągu dwóch lat może się nie udać, ale droga wcześniej czy później jednak powstanie, niestety niszcząc bezpowrotnie piękną, wciąż prawie dziewiczą dolinę.

 

Przykładowa trasa trekingu wokół Manaslu

*Podany schemat dotyczy trasy jaką robią przygotowane dobrze fizycznie ekipy wspinaczkowe. Grupy trekingowe pokonują tę trasę w dłuższym czasie, robiąc krótsze odcinki w ciągu dnia, ewentualnie dodając jeszcze dzień restowy i jeden dzień aklimatyzacyjny (z dwoma noclegami w jednym miejscu).
* Podane miejsca noclegów należy traktować jako przykładowe - często w wiosce jest tylko jeden hotelik, tak więc przy braku miejsc trzeba iść do następnej.
* Można podaną trasę zrobić w odwrotnym kierunku. Dla nas była ona jedyna słuszna z racji konieczności wystartowania w monsunie (do Arughat Bazar nie można było dojechać), ale standardowe grupy trekingowe, w normalnym sezonie, stawiają częściej na opcję przeciwną do ruchu wskazówek zegara.
* Ponieważ w różnych źródłach można spotkać się z różną pisownią nazw miejscowości i różnymi ich wysokościami, dla ujednolicenia korzystałam z informacji podanych na wydanej w Nepalu mapie "Manaslu Region".

1 dzień - dojazd zwykłym busem z Katmandu do Besishahar (760 m). Dystans 180 km przejechaliśmy w 9 godzin!
2 dzień - przejazd jeepami z Besishahar (760 m)do Dharapani (1860 m) - 45 km przejechane w 7 godzin!
3 dzień - treking z Dharapani (1860 m) do Karche (2700 m)
4 dzień - treking z Karche (2700 m) do Bimtang (3720 m)
5 dzien - dzień aklimatyzacyjny w Bimtang (3720 m) - wycieczka do jeziorka na wysokości ok. 4000 m
6 dzień - treking z Bimtang (3720 m) do Samdo (3690 m) z pokonaniem przełęczy Larke Pass (5106 m)
7 dzień - krótki w porównaniu z innymi dniami (2,5 godziny) treking z Samdo (3690 m) do Samagaon (3530 m)
8 dzień - dojście do bazy  pod Manaslu (4800 m), powrót do Samagaon (3530 m)
Tutaj pominiemy czas akcji górskiej - założymy że wycieczka do base campu była 1-dniowym wypadem
9 dzień - z Samagaon (3530 m) do Namrung (2860 m)
10 dzień - z Namrung (2860 m) do Lakuwa (2240 m)
11 dzień  - treking z Lakuwa (2240 m) do Tatopani (890 m)
12 dzień - treking z Tatopani (890 m) do Soti Khola (730m) i następnie przejazd lokalnym autobusem do Arughat Bazar
13 dzień - przejazd z Arughat Bazar do Katmandu (150 km w 8 (!) godzin)

 

INFORMACJE PRAKTYCZNE:

DLA KOGO TAKI TREKING:
Raczej dla osób wyrobionych kondycyjnie, lubiących dużo chodzić po bywa że dość wymagającym terenie, nie bojących się ekspozycji, akceptujących spartańskie standardy, często dalekie od sterylności. Zdecydowanie jest to opcja dla górskich koneserów, szukających odskoczni od cywilizacji i mniej zatłoczonych tras, z przyjaźnie nastawionymi, gościnnymi lokalesami.

KIEDY:
Najlepsza pogodowa pora na trekking wokół Manaslu to wiosna (kwiecień-maj) lub jesień (od połowy września września do końca października. W czasie naszego lata trwa w Nepalu pora monsunu, tak więc jest problem z rozmytymi drogami, niebezpiecznymi osuwiskami i wszechobecnymi na leśnym odcinku szlaku pijawkami. Sezon wspinaczkowy na Manaslu (a tym samym dla trekerów okazja do zobaczenia namiotów w bazie) trwa na wiosnę - od połowy kwietnia do połowy maja oraz w II połowie września.

WIZA: Wykupuję się ją po przylocie. 15 dniowa na ten akurat treking nie wystarczy, trzeba wziąć 30 dniową - cena 40 USD, a jeśli planujemy wspinanie 90 dniową za 100 USD.

WALUTA: rupie nepalskie (NPR). Na trasie nie ma szans na bankomaty, a z płaceniem w euro czy dolarach jest problem. Wymianę najlepiej zrobić jeszcze w Katmandu, bo potem może nie być takiej szansy. Aktualnie 1 USD = 111 NPR, 1 euro = 128 NPR, 100 NPR = 3,25 PLN.

PERMITY (POZWOLENIA):
  Na trekking wokół Manaslu trzeba mieć aż trzy rodzaje zezwoleń: ACAP (Annapurna Conservation Area Project), TIMS (Trekkers Information Management System), MCAP (Manaslu Conservation Area Project), które można załatwić w Ministerstwie Turystyki w Katmandu. Tam też załatwia się permit wspinaczkowy, chociaż lepiej zdać się z tym na lokalną agencję.

ORGANIZACJA WYPRAWY: Organizacją wypraw wspinaczkowych zajmują się nepalskie agencje - samemu nie ma sensu się tym zajmować, bo wyjdzie nam drożej, a i tak nie znając lokalnych układów, nie poradzimy sobie z logistyką. My skorzystałyśmy ze znanej, słynącej ze stosunkowo niskich cen, agencji Seven Summit Trek (www.sevensummittreks.com), mającej też w ofercie trekingi dookoła Manaslu. Pełny koszt wyprawy na Manaslu zaczyna się (w zależności od agencji, serwisu, ilości butli z tlenem etc.) od ok. 10 tys. dolarów, sam treking - od ok. 1000 dolarów za jego 16-dniową wersję (w podanych kosztach trekingu jest już wszelki transport w Nepalu, jedzenie w górach, spanie, tragarz, zezwolenia, ale trzeba doliczyć koszty dolotu z Polski, czy choćby ubezpieczenia).

ORIENTACJA W TERENIE: Wprawdzie gdzieniegdzie pojawiają się oznaczenia szlaku, ale za bardzo na to nie liczmy. W wielu miejscach osuwiska spowodowały konieczność obejść, a zwykle nawet nie ma kogo zapytać, czy wybraliśmy dobrą drogę. Na pewno trzeba zainwestować mapę - całkiem dobre oferowane są za kilka dolarów w Katmandu.

EKWIPUNEK: Najważniejsze to dobre buty i ubiór na każde warunki pogodowe. Przez pierwsze dni trekingu jest zwykle gorąco - przydadzą się krótkie spodenki, ale potem czeka na Larke Pass kiedy to wchodzimy na wysokość 5100 m, o każdej porze roku może zdarzyć się opad śniegu (po lodowcu jednak się nie chodzi). W przeciwieństwie do innych, najpopularniejszych nepalskich tras trekingowych, w rejonie Manaslu nie ma po drodze żadnych sklepów ze sprzętem górskim, czyli nie liczmy na ewentualne uzupełnienie ekwipunku.

NOCLEGI, WYŻYWIENIE: Wprawdzie nie jest to region z takim wyborem hotelików (zwanych guest house`ami lub lodge`ami) jak na szlaku pod Everest czy do bazy pod Annapurną, ale jest gdzie się zatrzymać. Standard jest bardzo różny, zazwyczaj dość skromny, tak więc warto mieć ze sobą śpiwór. Na prysznic z ciepłą wodą nie zawsze można liczyć, a jeśli już, to zazwyczaj jest on płatny (od 100 do 500 rupii). Noclegi są tanie (kilka dolarów za noc), za to gospodarze liczą na to, że będziemy się u nich stołować. Jedzenie jest droższe niż w Katmandu, co jest jednak zrozumiałe, ze względu na koszty transportu zarówno produktów, jak i gazu. Na zaopatrzenie po drodze raczej się nie nastawiajmy -na wyższych wysokościach nie ma nawet sklepików. Wody butelkowanej też już wyżej nie kupimy - pozostaje odkażanie wody nabranej ze strumieni czy z kranu, albo kupowanie wody przegotowanej.

 

Back to top