Piramida Carstensza - góra co z dżungli wyrsta
Hits: 426

Ci, którzy byli na Piramidzie Carstensza uprzedzali: góra fajna, ale dostaniesz nieźle w kość. Nawet nie tyle przy wspinaniu (choć to też), ile na dojściu do góry, w dżungli. Sprawdziło się. Dżungla Papui łatwa nie jest, ale dla tak fajnej góry, warto się pomęczyć

 


Mało kto "Carstensza" kojarzy, właściwie głównie ci, którzy zdobywają Koronę Ziemi. Ja sama niewiele o tej górze wiedziałam. Właściwie tylko tyle, że znajduje się w indonezyjskiej części Nowej Gwinei (tzw. Papua Zachodnia), że jest najwyższym szczytem Australii i Oceanii a zarazem na całym obszarze między Himalajami a Ameryką Południową, że ma 4884 m (na starych mapach zdarza się też czasem 5030 m), a jej nazwa upamiętnia holenderskiego podróżnika Jana Carstensza (zwanego też Carstenszoon), który w 1623 roku żeglując u wybrzeży wyspy, wypatrzył górę z zaskakującym jak na klimaty równikowe lodowcem (nic dziwnego, że w Europie nie chciano uwierzyć w owe "odkrycie"). Co jeszcze wiedziałam? Ano  to, że przynajmniej według Wikipedii góra ma drugą nazwę - Puncak Jaya, co na miejscu okazała się akurat pomyłką. Według prowadzących wyprawy lokalnych przewodników, Puncak Jaya to zupełnie inna góra (ale o tym później).

W każdym razie jeśli  przymierzamy się do Korony Ziemi, Piramidę Carstensza wypadałoby zdobyć. "Wypadałoby", bo Korona Ziemi ma kilka wariantów i skoro "Seven Summits" to najwyższe szczyty wszystkich siedmiu kontynentów, wielu wspinaczy uznaje że wystarczy "zaliczyć" łatwą  i nieobciążającą finansowo Górę Kościuszki, najwyższy szczyt Australii. Ambitniejsi odpuszczają Kościuszkę, uznając że nie tylko o Australię chodzi, ale o Australię z Oceanią, a w tym wariancie najwyższa i bez porównania dużo trudniejsza jest Piramida Carstensza. Najambitniejsi (okej, ja też :) ) zdobywają obie dyskusyjne góry: Carstensza i Kościuszkę.


Słów kilka o topografii i logistyce

Piramida Carstensza to punkt kulminacyjny ciągnących się przez Papuę Gór Śnieżnych. Biorąc pod uwagę, że szczyt znajduje się na czwartym równoleżniku (4°05′S 137°11′E), mniej więcej 450 km na południe od równika, nazwa masywu brzmi dość abstrakcyjnie, ale faktycznie - śnieg się tam zdarza (przy nas też padał). Niestety, z dawnych lodowców które widział kapitan Carstensz, nic na Piramidzie nie zostało, choć na położonym naprzeciw szczycie Puncak Jaya - resztki ich jeszcze zalegają.

Największy problem w wyprawach na Carstensza to logistyka. Bo sam atak szczytowy, okej, wymaga sporo technicznego wspinania, ale to kwestia raptem jednego dnia. Tyle że do góry trzeba się dostać. Paradoksalnie najbliższa  cywilizacja jest bardzo blisko, zaledwie kilka kilometrów od góry, a jest nią... kopalnia! Nie byle jaka, tylko największa w świecie odkrywkowa kopalnia złota, a oprócz tego także miedzi i uranu, dzierżawiona przez Amerykanów i bardzo pilnie strzeżona. Na podejściu do obozu bazowego, a potem ze szczytu kopalnię (a raczej ogromną dziurę w ziemi) widać, jednak zapomnijmy żebyśmy mogli wejść na jej teren. Jeszcze przed wyprawą podpisuje się dokumenty, że tego nie zrobimy. A jeśli zrobimy? Poza tym, że grożą nam kary więzienia plus dużej grzywny (kilka tysięcy dolarów), to jeszcze narażamy na wielkie problemy organizującą wyprawę agencję. Jedyna możliwość wejścia do kopalni to uzasadniona sytuacja związana z ratowaniem życia.

Nie powiem, skrót przez kopalnię korci, zwłaszcza przy powrocie. Droga przez kopalnię do Timiki, miasta z którego zaczyna się wyprawa, to zaledwie 3 godziny jazdy samochodem, podczas gdy przejście przez dżunglę to kilka dni wyczerpującej wędrówki plus potem jeszcze przelot nie budzącym zaufania samolotem.

No dobrze, skoro przez kopalnię nie można, to jak dostać się do góry? Można do Base Campu dolecieć helikopterem, ale to opcja nie tylko bardzo kosztowna, ale chyba też jakaś taka... niehonorowa. Alternatywą jest wspomniane dojście przez dżunglę. Ileś dni naprawdę męczącej drogi, w błocie i ciągłym deszczu, narażając się nie tylko na urazy, obtarcia i skaleczenia, ale też na malarię, zakażenie amebą i różne inne choroby. Kiedy już dochodzimy do obozu bazowego jesteśmy już zwykle w takim stanie, że zdobywanie szczytu nabiera zupełnie innej perspektywy, niż gdybyśmy tam dopiero co dolecieli z cywilizowanego świata, wypoczęci, wyspani, dobrze odżywieni, czyści i w zupełnie suchych ciuchach. A potem jeszcze jest powrót. Kiedy na naszej wyprawie padło pytanie, kto po tygodniu w dżungli i ataku szczytowym ma dosyć - przytaknęli wszyscy. Ale kiedy zapytano kto chciałby zamówić helikopter, z 19 osób zgłosiły się tylko 3. Nawet nie o pieniądze chodziło - uznaliśmy po prostu że to nie fair w stosunku do góry. Skoro zdecydowaliśmy się na jej zdobywanie, powinniśmy akceptować ją z tak zwanym "dobrodziejstwem inwentarza", także z tą mniej miłą otoczką. Walcząc z kryzysami przeszliśmy dżunglę jeszcze raz. Z drugiej strony nie od dziś wiadomo, że im trudniej coś przychodzi, tym więcej ma się potem z tego satysfakcji.

A co do helikoptera to i tak nie udało się go ściągnąć, nawet do akcji ratunkowej. Holender, który miał po dżungli poważne problemy z nogą, zainfekowane do kości rany grożące ponoć gangreną i utratą nogi, ostatecznie poszedł z jednym z przewodników szukać pomocy w kopalni. Nie obyło się bez problemów, w końcu jednak pomocy udzielono i Holendra zabrano (przewodnika odesłano, aby wracał przez dżunglę, dopiero później łaskawie zgodzono się by pojechał ze swoim podopiecznym do szpitala).



Ekipa, czyli ważne gdzie, ale też - z kim!

Ze względu na trudności organizacyjne (liczne zezwolenia, dojście przez dżunglę, kontakty z lokalsami etc.) nie da się dotrzeć do Piramidy Carstensza na własną rękę. Nie ma siły - trzeba skorzystać z pomocy którejś z kilku lokalnych agencji, która zbiera chętnych wspinaczy. Sama się zdziwiłam, kiedy zgłaszając się w pojedynkę do Adventure Indonesia okazało się, ż ostatecznie jest nas 19 osób, w tym 4 z Polski! Była to ponoć najliczniejsza ekipa w historii tamtejszych wypraw, nie jest to bowiem góra na którą jeżdżą "tłumy" (zazwyczaj wybiera się tam kilka osób w przeciągu kilku miesięcy). W 90% są to wspinacze kompletujący Koronę Ziemi - u nas wejściem na Carstensza cel ten osiągnęły 3 osoby. Skład był międzynarodowy - owe 19 osób (z czego 3 kobiety) reprezentowało 11 krajów (Polska, Francja, Islandia, Argentyna, Hiszpania, Wielka Brytania, Kanada, Australia, Holandia, Bułgaria i USA). Wiekowo - dominował przedział 35-45 lat, zawodowo - cały przekrój, od ogrodnika po pracowników organizacji charytatywnych. Na szczęście dla mnie jeden z kolegów był lekarzem, dzięki czemu będąc w sytuacji podbramkowej po niespodziewanym zabiegu przeprowadzonym w przeddzień wylotu (teoretycznie powinnam kurować się w domu), nie musiałam sobie sama zdejmować założonych szwów, bo fachowo zrobił to Sławek.

Jeśli chodzi o doświadczenie górskie ekipy - trzeba przyznać, że było duże. Większość stanowili zdobywcy Everestu, a także innych himalajskich kolosów, a do tego część osób to miłośnicy nie tylko gór wysokich, ale też technicznego wspinania skalnego. Duże było zróżnicowanie pod względem kondycji - spora część z nas biega, ale ja zaliczająca półmaratony i mająca na koncie tylko jeden maraton przy kolegach robiących ultramaratony czy naprawdę ambitne biegi górskie, czułam się jak nowicjusz. Na drugim biegunie byli nasi nestorzy - 70-letnia Janice, która zamierza zostać najstarszą w świecie kobietą jaka zdobędzie Koronę Ziemi (Everest już zdobyła, do "poprawki" został jej jeszcze McKinley) oraz jej rówieśnik, wspomniany już, ewakuowany ostatecznie Holender. W każdym razie różnice w czasie przychodzenia do obozów były spore. W drodze powrotnej był dzień, kiedy najszybsi kolegów pokonali trasę w 7 godzin, za to Janice przyszła po 16 (inna sprawa, że pierwsi zdążyli przed burzą, która wolniejszym utrudniła pokonywanie wezbranych rzek).


Dżungla, bagna, skały czyli ahoj przygodo!

Pierwsze dni trekkingu to przedzieranie się przez dżunglę. Korzysta się przy tym ze ścieżek lokalnych myśliwych, poza tym szli z nami wyposażeni w maczety i siekiery Papuasi, których zadaniem było ułatwianie przejścia (przerzedzanie gęstwin, przerąbywanie konarów), a zarazem przygotowywanie go z myślą także o przyszłych wyprawach (przy okazji przewodnicy farbą w aerozolu znakowali szlak). "Ułatwianie" nie oznaczało rzecz jasna spaceru parkową alejką - drogę co i rusz zawalają powalone drzewa, tak więc trzeba się mocno nagimnastykować, aby je pokonać (pod, nad albo przeciskając się między nimi). Do tego dochodzą korzenie, wykroty, zmurszałe i śliskie pnie, nieprzyjemne głazy czy zdradzieckie dziury, których nie widać, a w które lepiej nie wdepnąć, bo zwichnięcie nogi murowane. Normą jest też błoto - dużo błota, nawet na wysokości 4 tys. metrów, bo kiedy dżungla już się wreszcie kończy, są jeszcze wysokogórskie bagniska. Ze względu na błoto  chodzi się w kaloszach, ale i tak wcześniej czy później gdzieś nam się błoto do buta górą wleje. Innego typu przeszkodą są rzeki - tylko na początku są na nich mostki, potem co najwyżej mogą pojawić się przerzucone przez nie śliskie pnie, ale często nie pozostaje nic innego, jak przechodzenie ich w bród.

W każdym razie z czasem dżungla zamienia się w las drzewiastych paproci, aż w końcu jest już tylko skalna, wysokogórska "pustynia", tu i ówdzie z ładnymi jeziorkami. Nad jednym z nich, na wysokości 4330 m, znajduje się obóz bazowy.

A jak z dzikimi czy groźnymi stworzeniami? Ze zwierząt widzieliśmy tylko dzikie psy, przez miejscowych zwane dingo, ale nie są one groźne - trzymają się na dystans, licząc zapewne na zostawione odpadki. Co niektórzy spotkali też małpy, na które miejscowi polują (stanowią wsad do garnka). Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, ominęły nas spotkania z wężami, zresztą w ogóle na groźne gady i płazy nie trafiliśmy, a pijawek i owadów było mniej niż się spodziewaliśmy (najbardziej widoczne były komary). Z innych drobiazgów miałam do czynienia jeszcze z gryzącą boleśnie gąsienicą.

Górę, przepiękną skalną ścianę, zobaczyliśmy piątego dnia trekkingu. Atak szczytowy zaczęliśmy 8 dnia o 3 w nocy, o 8.45 wraz z kolegami z mojego zespołu byliśmy na szczycie, gdzie posiedzieliśmy dobrze ponad godzinę, do Base Campu wróciliśmy ok. 14.30.

Nie powiem, wspinanie się na Carstenszu mnie akurat dało dużo frajdy. Nie brak miejsc z naprawdę niezłą ekspozycją, mocno adrenalinowych, z których często pokazywana na zdjęciach spektakularna tyrolka w stosunku do innych "atrakcji" nie jest wcale taka trudna (choć ramiona mimo wszystko bolą). Samo wspinanie wyceniane przez moich kolegów na 5+ jest o tyle przyjemne (pomijam ostrą bardzo skałę), że nie brak dobrych chwytów i stopni, a poza tym jest jednak psychiczny komfort, bo na całości trasy są poręczówki (inna sprawa, że nie zawsze można im ufać). Z umiejętności technicznych konieczne jest sprawne operowanie jumarem oraz zjazdy na ósemkach. Nieprzyjemnie może zrobić się kiedy zacznie padać (lać), a na samej górze - sypać śniegiem. My akurat mieliśmy z pogodą dużo szczęścia (wyjątkowo nie padało) chociaż na bezchmurne niebo jednak nie udało nam się załapać (ponoć pojawia się tylko przez kilka dni w roku).


Nasi kumple - Papuasi

Na Nowej Gwinei ciągle żyją plemiona, które są kanibalami, aczkolwiek zamieszkują w innej części tej wielkiej wyspy. Z drugiej strony nie jest żadną tajemnicą, że miejscowi prowadzą od czasu do czasu międzyplemienne wojny, jak najbardziej, zabijając się wzajemnie dzidami i zatrutymi strzałami, ale celem nie jest wcale traktowanie wrogów jako źródła pożywienia.

W trakcie naszej wyprawy mieliśmy do czynienia z reprezentantami plemienia Damal (łatwo ich rozpoznać po zakładanych na męskie narządy kotekach, czyli specjalnych osłonkach z tykwy) oraz z dwoma żyjącymi praktycznie razem (przynajmniej w rejonie Sugapy) plemionami Dani i Moni, z których rekrutowali się nasi tragarze. Tragarze? W większości raczej tragarki, kobiety, które dźwigały często więcej niż mężczyźni, a była nawet jedna, która oprócz dwudziestokilogramowej torby, niosła jeszcze kilkumiesięczne dziecko, po drodze je karmiąc.

Normalne dla Papuasów (a szokujące dla nas) było to, że zarówno po dżungli, jak i w górach (nawet na przełęczach powyżej 4400 m n.p.m.) chodzą na boso (tak na marginesie to ich stopy różnią się od naszych kształtem - przypominają... płetwę), ubraniowo kompletnie nieprzygotowani do niskich na wysokości temperatur. Oczywiście oddaliśmy im sporą część naszych ubrań, a na koniec wyprawy także buty, ale mimo wszystko owe niewyekwipowanie lokalsów to dość trudny dla obu stron temat. Z tego co wiem była wyprawa na której jeden z tragarzy zmarł w wyniku hipotermii, czyli de facto z braku odpowiedniej odzieży.

A jak nasze kontakty z Papuasami? Moje akurat - świetne! Wprawdzie problemy językowe konwersacje utrudniają, ale zawsze jakoś porozumieć się można (tylko ręce potem bolą). Ja uczyłam się ich imion, oni z kolei suszyli mi przy ognisku w swoim namiocie mokre rzeczy. Niektórzy przychodzili potem, aby pomóc im w sprawach medycznych, chociaż z tym akurat był problem. Uprzedzono nas, aby nie dawać miejscowym żadnych leków, bo nie wiadomo jak na nie zareagują, a w razie czego mogą mieć pretensje, jednak kiedy przychodzili ze skaleczeniami, trudno było odmówić pomocy. Najbardziej lubili "efekt piany" po tym jak polewało im się ranę wodą utlenioną - finał tego był taki, że zaraz ustawiała się kolejka chętnych, podstawiających do odkażenia nawet mało znaczące ranki.


Szlaban ze sznurka

Wyprawy na Piramidę Carstensza, choć organizowane komercyjnie, nie stanowią typowej dla innych rejonów świata "turystycznej masówki" (jak na razie było tam jedynie kilkaset osób, co w skali świata oznacza naprawdę niewiele). Zresztą góra została zdobyta całkiem późno - dopiero w 1962 roku, a dokonali tego Austriak Heinrich Harrer (ten który napisał słynną książkę "Siedem lat w Tybecie...") oraz Holender Albertus Huizenga, Australijczyk Russel Kippax i Nowozelandczyk Philip Temple (tak na marginesie to pierwsze wejście polskie zrobił w 1999 roku Jerzy Kostrzewa). Na to, że jest to miejsce rzadko odwiedzane wpływają nie tylko wysokie koszty ekspedycji, ale słaby stopień "ucywilizowania", z nieistniejącą praktycznie infrastrukturą dla gości (deficyt dróg, brak hoteli, ogólnie - nie ma nic, nawet sieci komórkowej), choć z drugiej strony na tym właśnie polega urok tego regionu. Trzeba się uodpornić, że wiele rzeczy jest niedopiętych organizacyjne, że czas to kwestia umowna (znaczy się: mało co odbywa się punktualnie), że w Sugapie zamiast w hotelu (którego nie ma) będziemy spać w jakiejś chacie na podłodze.

Problemem są też sami Papuasi, którzy widząc turystów, chcą na nich zarobić. Nie chodzi bynajmniej o sprzedaż pamiątek, bo to normalne (najpopularniejszą pamiątką są wspomniane koteki - osłonki na penisy),  ale o blokowanie przejść (wystarczy symboliczny sznurek czy położone na drodze żerdzie) i ściąganie myta. Nam się zdarzyło to pięciokrotnie - miałam wrażenie że każdy lokalny kacyk chciał wykazać się swoim autorytetem, równocześnie traktując nas jak okazję do łatwego zarobku. Scenariusz za każdym razem był identyczny: kacyk przemawiał, potem przemawiał znający lokalny dialekt przedstawiciel agencji, potem znowu kacyk i tak na zmianę to trwało i trwało, aż w końcu następowało wręczenie domówionej kwoty (z pieniędzy agencji) i mogliśmy ruszać dalej. W naszym przypadku najdłuższe negocjacje trwały kilka godzin, ale słyszałam o wyprawie, która nie dotarła pod górę tylko dlatego, że nie była w stanie dogadać się z lokalsami. Z tego właśnie powodu ogromne znaczenie ma agencja, która organizuje wyprawę - warto zdać się na taką, która ma doświadczenie i zna miejscowe układy.


Dzień po dniu, czyli grafik wyprawy

Jeszcze do niedawna wspinacze korzystali ze szlaku zaczynającego się i kończącego w wiosce Illaga, jednak obecnie ze względu na separatystów papuaskich startuje się z Sugapy, co jest wariantem trudniejszym (bardziej męczący odcinek dżunglowy), ale dającym większe szanse, że nikt wyprawy nie przyblokuje.

Drogę do góry pokonaliśmy w tydzień , chodząc każdego dnia 5-8 godzin (przy poszczególnych odcinkach trzeba brać pod uwagę nie tyle ich długość, ile trudność terenu i mające wpływ na aklimatyzację wysokości). W drodze powrotnej (trasa ta sama) przewagę nad zmęczeniem, u nas przynajmniej, wzięła chęć jak najszybszego powrotu do cywilizacji (kuszące wizje atrakcji na Bali :), tak więc postanowiliśmy wydłużyć dystanse, skracając drogę do 3,5 dnia.

Co do rytmu dnia, to wstawaliśmy około szóstej (czasem wcześniej), o siódmej spotykaliśmy się w mesie na śniadaniu, potem zwijaliśmy obóz i wyruszaliśmy. Początkowo chodziliśmy całą grupą, ale ze względu na zróżnicowane tempa, wkrótce zrobił się naturalny podział na podgrupy. Lunch jedliśmy po drodze - były to zabierane w czasie śniadania przegryzki typu ciastka, ryż, kawałki kurczaka plus wlewana do butelek przegotowana woda. Do obozu docieraliśmy przeważnie ok. 14-16 - bywało że przed tragarzami, co zmuszało do czasem denerwującego czekania na namioty i swoje torby (to co najpotrzebniejsze nosiliśmy ze sobą). Drugim posiłkiem jedzonym wspólnie była kolacja (ok. 19-20), po której szliśmy spać.

Szybko przyzwyczailiśmy się, że poranek był jedyną porą dnia, kiedy było pogodowo ładnie, świeciło słońce, tak więc wykorzystywaliśmy ten czas na podsuszanie ubrań oraz butów plus ładowanie elektroniki (część z nas zabrała baterie słoneczne). W ciągu dnia pogoda była już w kratkę, a popołudniami zwykle lało na całego.  

Harmonogram wyprawy w której uczestniczyłam (na innych wyprawach układ obozów może się różnić):
1 dzień - indywidualne przyloty do Dżakarty (stolica Indonezji) lub do Denpasar (Bali)
2 dzień - po nocnych lotach na Papuę - spotkanie wszystkich na lotnisku w Timice (główne miasto na południu indonezyjskiej Papui); przelot małymi samolotami z Timiki do Sugapy (ok. godzina lotu). Jeszcze tego samego dnia przejazd wynajętymi motorkami do wioski oddalonej od Sugapy o kilkanaście kilometrów (wys. ok. 2000 m)
3 dzień - początek trekkingu, dojście do obozu I na wysokości ok. 2200 m
4 dzień - dojście do obozu II na wysokości 2650 m
5 dzień - dojście do obozu III na wysokości 3300 m
6 dzień - dojście do obozu IV na wysokości ok. 3600 m
7 dzień - dojście do obozu V na wysokości 3650 m (poziom podobnie jak obóz IV, ale po drodze chodzi się góra-dół, góra-dół)
8 dzień - dojście do Base Campu - wysokość 4330 m
9 dzień - atak szczytowy mojej ekipy (cel: 4884 m)
10 dzień - rest (w tym czasie atak szczytowy II grupy)
11 dzień - zejście do obozu na wysokości ok. 3600 m (obozy na zejściu rozbijaliśmy w innych miejscach niż na podejściu)
12 dzień - zejście do obozu na wysokości ok. 3100 m
13 dzień - zejście do obozu na wysokości 2200 m
14 dzień - po ok. 3 godzinach dojście do wioski, powrót motorkami do Sugapy
15 dzień - wylot z Sugapy do Timiki, a następnie przelot na Bali

I na koniec pozostaje wyjaśnić, jak to jest z nazwą góry? Tak jak wspomniałam na wstępie, w większości źródeł  poza nazwą Piramida Carstensza, podaje się też Puncak Jaya, co po indonezyjsku znaczy "Szczyt Zwycięstwa" (po tym, jak w 1963 roku Indonezja anektowała zachodnią Papuę). Tymczasem na wyprawie lokalni przewodnicy tłumaczyli nam, że to jakieś totalne pomieszanie -  podane nazwy dotyczą dwóch zupełnie różnych gór,  stojących naprzeciw siebie w niewielkiej co prawda odległości, ale przedzielonych głęboką doliną. Swoją drogą przez pewien czas była ponoć wersja, że to właśnie Puncak Jaya, choć jako szczyt technicznie dużo łatwiejszy, jest minimalnie wyższy od Carstensza, jednak teraz już nie ma wątpliwości, że tak nie jest. Warto natomiast wiedzieć, że Piramida Carstensza ma lokalne nazwy, a są to - w plemieniu Dani Ndugu Ndugu (w tłumaczeniu: "Coś białego"), zaś u Moni - Baenggela ("Matka Ziemi"). Jak zwał tak zwał - dla mnie najważniejsze, że kolejna, już przedostatnia góra w Koronie Ziemi, okazała się dla mnie łaskawa.
 


INFORMACJE PRAKTYCZNE

Kiedy jechać:
Termin wyprawy na Piramidę Carstensza zasadniczo nie ma znaczenia - w dżungli i tak zawsze pada. Ze względów bezpieczeństwa odradzany jest grudzień, kiedy to przypada święto separatystów i lokalny festiwal, co często kończy się międzyplemiennymi walkami. Na pewno trzeba wziąć pod uwagę, że Carstensz to kierunek na tyle niszowy, że termin który nam pasuje, jeśli nie mamy ekipy może z braku chętnych nie wyjść (ja na przykład chciałam jechać w sierpniu, ale udało się dopiero w listopadzie).

Dolot, wiza:
Samolot z Polski do Indonezji, a konkretnie do Dżakarty lub Denpasar na Bali, oznacza wydatek 3000-3500 zł (choć można trafić promocje za ok. 2200 zł), z kolei przelot z tych miast do Timiki na Papui i z powrotem, to kolejne 500-800 dolarów. Wizę indonezyjską dostaje się na lotnisku po zapłaceniu 35 dolarów.

Organizacja wyprawy
Niestety, trzeba liczyć się z dużymi kosztami - cena wyprawy jaką płacimy indonezyjskiej agencji to 10-15 tys. dolarów od osoby plus kolejne kilkanaście tys. dolarów jeśli decydujemy się na dolot helikopterem. Kwota ta zawiera zwykle przeloty wewnętrzne,  transfery, noclegi w hotelu na początku i na końcu wyprawy, wszelkie zezwolenia, przewodników i tragarzy, namioty i wyżywienie. Agencja z której ja korzystałam to Adventure Indonesia (www.adventureindonesia.com) - nie tylko dobra cenowo, ale też mająca doświadczenie w tego typu ekspedycjach.

Ekwipunek
Ubranie musi uwzględniać bardzo zróżnicowane warunki pogodowe, w tym częste rzęsiste deszcze. Na pewno konieczna jest dobra peleryna, wiele osób zabiera też parasole. Jeśli chodzi o buty, to na odcinek dżunglowy najbardziej przydadzą się kalosze, ewentualnie skazane na zamoczenie buty trekkingowe plus stuptuty. Na pewno trzeba unikać rzeczy bawełnianych - jedyną słuszną opcją są ubrania z materiałów technicznych, lekkich, szybkoschnących, które nawet po zamoczeniu nie wychładzają.
Na atak szczytowy potrzebujemy uprząż, kask, jumar, ósemkę, kilka karabinków, lonżę plus mocne rękawice które po ostrych skałach i licznych zjazdach zapewne będą do wyrzucenia (mogą być to tanie rękawice robocze). Jeśli chodzi o sprzęt biwakowy, namioty zapewnia agencja (chociaż ja akurat miałam swój),  trzeba mieć jedynie śpiwór i karimatę lub therma-rest. To co oddajemy do noszenia tragarzom, najlepiej spakować w mocne i wodoodporne torby typu duffle bag (tragarzom wszystko jedno czy będzie to plecak, czy torba, bo i tak wrzucają to do zahaczanej na czole mocnej siatki). Z innych rzeczy konieczna jest czołówka,  butelka do której można wlewać brany z namiotu kuchennego wrzątek, warto też zabrać baterie słoneczne lub powerbank (po drodze nie ma dostępu do prądu).

Zdrowie:
Mimo, że nie ma żadnych wymagań dotyczących szczepień, te podstawowe (żółtaczka, tężec) warto mieć. Rozsądnie jest brać tabletki antymalaryczne, choć trzeba pamiętać, że na Papui występują też komary roznoszące dengę - inną chorobę, często śmiertelną, o objawach podobnych do malarii, na którą nie ma żadnych zabezpieczających medykamentów. Co ważne w razie podejrzenia o dengę: nie należy stosować aspiryny pogarszającej tylko stan chorego, bezpieczny jest natomiast paracetamol.
Najczęstsze problemy zdrowotne na trekkingu to przeziębienia, skaleczenia i obtarcia, niekiedy przechodzące w całkiem głębokie rany, poza tym bóle mięśni i kolan, urazy stawów.  Na szybką pomoc lekarską lepiej nie liczyć, a w razie konieczności wezwania helikoptera (o ile w ogóle przyleci) trzeba liczyć się z kosztami kilkunastu tysięcy dolarów (warto wziąć to pod uwagę przy ubezpieczeniu).

Back to top