Dostojny Matt - 150 lat "po"
Hits: 1034

Jak wygląda góra Matterhorn kojarzy chyba każdy. A jeśli nawet nie, wystarczy żeby przypomniał sobie czekoladki Toblerone. Już od lat 20. XX wieku na ich opakowaniu widnieje rysunek charakterystycznej skalnej piramidy, a i same czekoladki przypominają jej kształt. W 2015 roku minęła 150 rocznica pierwszego zdobycia legendarnego szczytu.

 


Szwajcarzy chwalą się, że Matterhorn to najczęściej fotografowany szczyt świata. Pewnie i tak, bo nie da się zaprzeczyć, że jest wybitnie fotogeniczny. W okolicy Zermatt, urokliwego miasteczka położonego w jego pobliżu, poleca się nawet konkretne punkty z widokiem na skalnego pięknisia. Do większości z nich docierają startujące z Zermatt kolejki, niektóre nawet z opcją specjalnego kursu na wschód słońca.

Encyklopedycznie:
Matterhorn / Monte Cervino RAMKA???
Wysokość: 4478 m n.p.m.
Położenie: na granicy między Szwajcarią (kanton Wallis) oraz Włochami (region doliny Aosty)
Masyw: Alpy Pennińskie
Pierwsze wejście: 14 lipca 1865 roku
Pierwsze wejście polskie: w 1894 Marian Smoluchowski z ekipą (Smoluchowski był nie tylko dobrym wspinaczem, ale też wybitnym fizykiem, w 1917 roku wybranym na rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego) .

Nazwa Matterhron stanowi zlepek dwóch słów: Matte to po niemiecku łąka (góra znajduje się w niemieckojęzycznej części Szwajcarii), horn to z kolei róg. Inna sprawa, że miejscowi wolą określenie w swoim dialekcie, czyli Hore, podczas gdy Polacy często stosują kumpelskie "Matt".
Swoją drogą ciekawe, że jak świat długi i szeroki, wszyscy kojarzą Matterhorn, a włoską nazwę tej samej przecież góry, Monte Cervino, już mało kto. No cóż, siła marketingu. Jeśli chcemy być historycznie precyzyjni, pierwsze, jeszcze średniowieczne dokumenty w których skalna piramida była wymieniana, podają nazwę “Mons Silvus”. Zdaniem niektórych Silvius był rzymskim przywódcą, który ze swymi legionami przekraczał w tych okolicach Alpy. Inni z kolei uważają, że źródłem jest łacińskie słowo silva, w znaczeniu lasu. W późniejszych wiekach nazwa ulegała stopniowym zmianom - z Mons Silvus powstało Mons Servinus, następnie Mons Servin, aż w końcu podmieniono pierwszą literę i wyszło Cervin - w wersji francuskiej, a po przerobieniu na włoski - Cervino, co oznacza teraz... Jelenią Górę (jeleń po włosku to cervo).


Szczyt zamiast tortu

Dla mnie Matterhorn staje się swoistym prezentem urodzinowym. Jest rok 2006, a ja wymyślam sobie, że z okazji swojej 40-tki warto byłoby się z nim zmierzyć. Udaje się, a że z jednodniowym poślizgiem, to już pal sześć!

Zjawiamy się w Zermatt w ekipie mocnej, bo 50% zespołu stanowi "klan Cichych" - Leszek Cichy (ten od pierwszego zimowego wejścia na Everest) i Piotrek - jego wspinający się syn, zaś drugą połowę stanowię ja z kolegą Sławkiem. Rozgrzewkę robimy sobie kilka dni wcześniej, zdobywając Mont Blanc, tak więc kondycję i aklimatyzację mamy, prognozy pogody wydają się dobre...

Wybieramy wspinaczkę od strony szwajcarskiej. Z Zermatt (1600 m n.p.m.), idyllicznej górskiej wioski wypełnionej w dużej mierzej tradycyjnymi, drewnianymi domami, musimy dostać się do schroniska Hörnlihütte (3260 m), skąd zaczyna się Hörnligrat  -najpopularniejsza droga wspinaczkowa na Matterhorn. Aby zyskać na czasie inwestujemy w bilet na gondolkę i tak jak wszechobecni obecnie w Szwajcarii już nie japońscy, ale chińscy turyści, do jeziora Schwarzsee (2584 m) po prostu dojeżdżamy. Nazwa "czarne jezioro" jest jak najbardziej uzasadniona - jego wody rzeczywiście bywają ciemne, czy wręcz czarne, a uroku dodają im odbijające się w nich zarówno góry, jak też skromna kaplica dedykowana "Maryi od Śniegu". Postawili ją jeszcze w XVIII wieku dwaj mężczyźni, którzy w ten sposób podziękowali Opatrzności za uratowanie, po tym jak zgubili się we mgle na pobliskim lodowcu. Teraz zwyczajowo w drodze powrotnej z gór, do kapliczki zaglądają alpiniści.

Od jeziora zaczyna się już konkretne podchodzenie - trzeba zrobić jeszcze 700 m w pionie. W schronisku zaskoczenie, bo trafiamy na istny tłum, kilkadziesiąt osób z których praktycznie wszyscy to komercyjni klienci pod opieką lokalnych przewodników (chyba tylko my nie mamy żadnej miejscowej obstawy).

Przed kolacją wszyscy skupiają się na szykowaniu ekwipunku. Niby jest wesoło, ale dają się wyczuć emocje - każdy rzecz jasna liczy, że zdobędzie szczyt. Chociaż co roku Matterhorn próbuje zdobyć ok. 3 tys. osób, statystyki "sukcesu" mówią, że udaje się to tylko 35% z nich.  
Jest ciemna noc kiedy wszyscy się budzą, a około 4-ej wyruszają. My też, choć z założenia zostajemy na końcu (wolimy wspinać się swoim tempem, zwłaszcza że w stosunku do lokalsów nie mamy w głowie mapy stanowisk). Światła czołówek szybko nikną nam w mroku - kiedy stajemy przy skalnej ścianie, praktycznie nikogo już nie widzimy.

Ze schroniska na szczyt dzieli nas różnica wysokości wynosząca 1200 m. Kolejne godziny mijają nam na mozolnym wspinaniu. Wysokość zdobywamy szybko, bo góra jest stroma, ale wcale nie jest oczywiste, którędy prowadzi droga. Są momenty, kiedy pakujemy się w trudności większe, niż powinniśmy. Wprawdzie w kilku miejscach pojawiają się poręczówki, ale normalnie trzeba zakładać stanowiska samemu. Nie powiem, ekspozycja robi wrażenie, do tego dochodzi krucha skała, nie mówiąc o tym, że nie jest przyjemnie z lecącymi kamieniami - ci co wspinają się powyżej nas, często i gęsto je zrzucają, rzecz jasna nieświadomie.

Za to widoki są obłędne. Patrzę na spływający z Klein Mattheronu lodowiec. Nawet w środku lata można na nim jeździć na nartach - w lipcu-sierpniu do dyspozycji jest 21 km tras (do ich obsługi należy najwyżej w Europie położony wyciąg - orczyk dojeżdżający do wysokości 3883 m!). Niestety, śniegowe pole kurczy się w niesamowitym tempie, i to mimo usilnych prób ratowania go m.in. poprzez pokrycie go folią odbijającą słoneczne promienie.

Tymczasem trzeba się skupić na tym co koło nas i w górze. Dłuższy odpoczynek robimy przy postawionym na grani, na wysokości 4003 metrów schronie Solvay. Dzień jest tak ciepły dzień, że w skromnym budyneczku zostawiam niepotrzebne ciuchy. Przy okazji krótkiej przerwy na herbatę przypominam sobie słynną historię z Reinholdem Messnerem, którego mniej więcej w tym miejscu postanowiono "wkręcić" w ramach programu typu "Mamy cię". Kiedy słynny himalaista wpinając się na Matta doszedł do grani, ku swojemu zaskoczeniu został powitany przez miłego, eleganckiego pana w muszce, obsługującego... kiosk i zachwalającego to co w nim ma - od prasy po słodycze. Na nakręconym w ukryciu filmie (do obejrzenia na You Tube) widać jak zirytowany Messner tłumaczy, że ani kiosk, ani gazety nie należą do świata gór, na co uprzejmy kioskarz ripostuje, że jest zapotrzebowanie na taką ofertę, o czym świadczy choćby to, że Japończycy kupują u niego zegary z kukułką i to nawet 20 dziennie. Messner obiecuje złożenie skargi u burmistrza Zermatt i zarzeka się, że jeśli kioski w górach zostaną (kioskarz wyjawił, że to projekt tworzenia całej sieci takich kiosków na graniach), przestanie do Zermatt przyjeżdżać. Dopiero na koniec zdradzają Messnerowi, że kiosk postawiono przy pomocy helikoptera tylko dla niego - w rzeczywistości nie ma na tej górze żadnych tego typu "atrakcji".



Przymusowy biwak

Na odcinku między schronem a szczytem mijamy się ze schodzącymi już przewodnikami z ich klientami. W tym momencie przypomina mi się jeszcze jedna historia - o słynnym miejscowym przewodniku, upamiętnionym tablicą na jednym z placyków Zematt. Chodzi o Ulricha Inderbinena, który urodził się w 1900 roku, a górskie powietrze i aktywność widać mu służyły, bo żył 104 lata. Zaczął pracować jako przewodnik mając 25 lat, a na emeryturę przeszedł w wieku 95 lat! Na szczyt Matterhornu wspinał się ponad 370 razy, ostatni raz jako dziewięćdziesięciolatek! Do tej pory miejscowi opowiadają na jego temat różne anegdoty. Na przykład jak to kiedyś, gry wracał z nart, spotkała go grupa idących "na lekko" turystów. Widząc sprawnego, ale mimo wszystko leciwego już człowieka, zapytali go uczynnie, czy może mu nie ponieść sprzętu. Poczciwy Uli uprzejmie podziękował, wyjaśniając że nie, pomocy nie potrzebuje, bo niesie narty ojca, tylko że staruch został w tyle!

Nam tymczasem powoli daje się we znaki zmęczenie - to znak że tym bardziej trzeba skupić się na wspinaniu. Wystarczy drobny błąd i może być kiepsko... Już niedaleko wierzchołka przypinamy raki - wymaga tego pokryte zlodzonym śniegiem zbocze. W końcu jest i szczyt - nie ma na nim za wiele miejsca, ale na ostrożne wyściskanie się przez kilka osób wystarcza. Upajamy się widokami, chociaż długo nie siedzimy - niepokojem napawają nas nadchodzące chmury. Słusznie, bo pogoda zaczyna się szybko zmieniać. Całkiem niedaleko jest już regularna burza z piorunami, u nas z kolei zaczyna sypać śnieg. W tej sytuacji rezygnujemy z ryzykownego schodzenia - zostajemy na noc w schronie. Nie mamy za dużo jedzenia, tak więc robimy użytek z zostawionej przez kogoś puszki z pasztetem, przykrywamy się znalezionymi w schronie kocami (robi się koszmarnie zimno) i dość szybko kładziemy się spać. Nad ranem, zanim wyjdziemy, przeglądamy jeszcze zostawioną w schronie "książkę wpisów". Jeden z nich jest autorstwa ekipy z KW Bielsko-Biała, która na początku sierpnia 2005 roku czekała w schronie na ewakuację. "Jest 45 cm śniegu!(...) Spędziliśmy tutaj 62 h. Jest zimno i śmigłowiec wreszcie zaczął latać. Aloha".

Schodząc, a właściwie w dużej mierze zjeżdżając na linie mijamy się z kolejnymi już ekipami tym razem pnącymi się do góry. Kiedy docieramy wreszcie do schroniska Hörnli dopada nas dziennikarz niemieckiego Bilda. Pyta jak było - opowiadamy wrażenia. Na koniec padają gratulacje z okazji... tak szybkiego zdobycia szczytu. -Wy Polacy to zawsze w górach jesteście dobrzy! - chwali nas. Przebąkujemy, że to nie tak, na szczycie to byliśmy dzień temu, ale nie jestem pewna czy reporter zrozumiał.

Prawda jest taka, że przeciętny czas wejścia i zejścia po drodze Hörnligrat zajmuje większości wspinaczom idącym z przewodnikiem 8-9 godzin (do szczytu 4-5), zaś przy samodzielnym wspinaniu wychodzi przeciętnie 12-14 godzin. Szczerze mówiąc trudno uwierzyć, ale słynny Ueli Steck zdobył tę górę (z innej strony, północnej) w zaledwie godzinę i 56 minut!



Zerwana lina. A może odcięta?

Jesteśmy na szczycie 14 lipca. Dopiero później dociera do mnie, że pierwsze w historii wejście na Matterhorn, również miało miejsce 14 lipca, tyle że 1865 roku.

Miejscowi długo się tego szczytu bali. Trudno żeby było inaczej, skoro lokalny ksiądz z ambony ostrzegał, że wspinaczka na Matterhorn jest bluźnierstwem, a poza tym powszechnie wierzono, że zamieszkujące górę duchy będą rzucać we wspinaczy kamieniami. Tego typu przesądy nie przerażały Brytyjczyków, którzy Alpy bardzo lubili i aktywnie je eksplorowali. Szczególnie uparł się Matterhon Edward Whymper, który próbował zdobyć górę osiem razy (od strony włoskiej), a kiedy dowiedział się o swoich rodakach którzy byli w Zermatt w podobnym jak i on celu, nie szczędził sił i pieniędzy, żeby łącząc siły zorganizować kolejną wyprawę. Ostatecznie ekipa liczyła 7 osób, a poza 25-letnim wtedy Whymperem było w niej jeszcze trzech innych Brytyjczyków: 19-letni szkocki lord Francis Douglas, 36-letni ksiądz anglikański Charles Hudson (bardzo w górach doświadczony) oraz mający najmniejsze doświadczenie 20-letni Douglas Hadow. W ramach wsparcia szli z nimi 35-letni Michel Croz znany francuski przewodnik z Chamonix oraz dwaj przewodnicy z Zermatt - Peter Taugwalder senior oraz junior (ojciec z synem). Ostatni dwaj, owszem, bali się księdza, ale jako biedni rolnicy potrzebowali pieniędzy, a kwota 80 franków jaką dostali w ramach wynagrodzenia od bogatych Brytyjczyków, skutecznie stłumiła wyrzuty sumienia po rzekomym bluźnierstwie.

Wszyscy z wymienionych na szczycie stanęli. Dramat rozegrał się przy zejściu, kiedy Douglas poślizgnął się i pociągnął za sobą resztę. Lecąc w 1400-metrową przepaść pewnei zginęliby wszyscy, ale zerwana lina sprawiła, że Whymper z Taugwalderami ocaleli. Z pechowej czwórki udało się odszukać tylko trzy ciała - Douglasa do tej pory nie odnaleziono. Na wieść o tragicznej historii bardzo żywo zareagowała brytyjska królowa Wiktoria. Oświadczyła, że nie pozwoli aby jeszcze kiedyś na Matterhonie rozlała się arystokratyczna brytyjska krew (Douglas miał tytuł lorda) i zamierzała zakazać Brytyjczykom kolejnych wspinaczek. Paradoksalnie wypadek tylko rozkręcił brytyjskie zainteresowanie górą. Szczerze mówiąc do tej pory wśród gości regionu Wyspiarze stanowią jedną z dominujących nacji, może więc dlatego długo nie poruszano kontrowersyjnych i na pewno niewygodnych dla Brytyjczyków faktów.

O co chodzi? Ano o to, jak naprawdę było z liną. Trudno dociec czy  przeciążona rzeczywiście sama z siebie się zerwała, przetarła na jakiejś skale, czy też ktoś jej w tym pomógł. W anglojęzycznej Wikipedii wysunięta jest hipoteza, że przeciął ją - dla ratowania życia syna (no i Whympera) Peter Taugwalder. Szwajcarzy twierdzą, że to pomówienie, uważając że  przewodnik robił ponoć wszystko, aby zamotać linę wokół skały, o czym miały świadczyć jego rany na ręce i piersi. Coraz częściej pojawiają się jednak sugestie, że linę podciąć mógł sam Whymper, któremu zarzuca się chorobliwą ambicję i niechęć dzielenia się triumfem z innymi.

Pytanie jeszcze, dlaczego w czasie wypadku wspinacze byli powiązani cieńszą liną (6 mm), choć przewodnicy mieli też grubszą i nowszą, o średnicy 1,7 cm? W swoim oskarżeniu Whymper zarzucał przewodnikom oszczędność (czytaj: skąpstwo). Ale jest też inna wersja wskazująca że jeszcze w drodze do góry, niedaleko wierzchołka, Whymper sam przeciął linę, aby uwolnić się od towarzyszy i być pierwszym na wierzchołku (rzeczywiście był!). W rezultacie podczas schodzenia Taugwalder-senior nie mając dostatecznie długiej liny do ubezpieczenia całej ekipy z przymusu użył innej, cieńszej, tak więc podatniejszej na zerwanie.



Czas na chwałę

Dla przewodnickiego tandemu Taugwalderów sukces wyprawy był zarazem klęską, a oni sami wcale nie stali się bohaterami. Wręcz przeciwnie - postawieni przed sądem, musieli bronić się przed poważnymi zarzutami.

Teraz, po 150 latach od tamtych tragicznych wydarzeń, przyszedł czas na przywrócenie dobrego imienia Taugwalderów. Przede wszystkim głośno i oficjalnie zaczęto mówić o kulisach całego wydarzenia. W wystawianym w letnim sezonie specjalnym teatrze plenerowym przedstawieniu o zdobywaniu Matterhornu ("Matterhorn Story"), role Taugwalderów odgrywają... Taugwalderowie - znowu ojciec i syn, tyle że już któreś ich pokolenie.

Pierwsze wejście na Matterhorn uczczono także... piosenką. Czy "1865" (taki jest tytuł) stanie się hitem - zobaczymy, ale na razie jest hymnem jubileuszowych wydarzeń.  Autorem utworu jest Dan Daniell (tak brzmi pseudonim artystyczny Chez Heiniego, który na co dzień jest właścicielem, a zarazem... szefem kuchni jednej z najsłynniejszych restauracji w Zermatt), zaś razem z nim wykonuje go Anni-Frid “Frida” Lyngstad, kiedyś słynna wokalistka zespołu ABBA. Po różnych perypetiach życiowych Szwedka i jej partner, brytyjski arystokrata, zainwestowali w dom w Zermatt, tak więc Matterhorn to góra teraz również im bliska.

O pełnym emocji pierwszym wejściu na Matterhorn przypomina również otwarte w samym centrum miasteczka muzeum. Wśród eksponatów jest m.in. słynna zerwana lina, ale też i inne pamiątki związane z górą. Na przykład list Theodore`a Roosvelta, późniejszego prezydenta USA, który napisał do swojej siostry 5 sierpnia 1881 roku, dzień po tym, jak sam górę zdobył (trzeba przyznać, że był całkiem dobrym alpinistą).

Po sąsiedzku z muzeum znajduje się jeszcze przykościelny cmentarz, na którym pochowano Taugwalderów, czyli ojca i syna z wyprawy pierwszych zdobywców. Są też groby (prawdziwe lub symboliczne) wielu innych wspinaczy, w tym 24-letneigo Krzysztofa Guzka, który zginął wspinając się na Matterhorn w 1992 roku. Niestety, statystyki wypadków są dość wysokie - co roku na słynnej górze przeprowadzanych jest aż 80 akcji z użyciem helikoptera, ale i tak każdego roku ginie 8-10 osób (w sumie mówi się już o ponad 500 ofiarach tej góry, wśród których w ciągu ostatnich 10 lat ja słyszałam o minimum 7 osobach z Polski).

I na koniec jeszcze jedno miejsce godne polecenia miłośnikom historii pierwszego wejścia na Matta. To znajdujący się w samym centrum hotel Monte Rosa, w którym przed wyruszeniem na górę nocowali członkowie ekipy. Przed wejściem wisi tablica upamiętniająca Whympera, bo niezależnie od kontrowersji etycznych nie da się ukryć, że był to świetny wspinacz, z ogromnym wkładem w rozwój alpinizmu. W hotelowym saloniku można zobaczyć zdjęcia ekipy - Whymper to całkiem sympatyczny chłopak w marynarce i kapeluszu, lord Douglas sprawia wrażenie nieco nieśmiałego eleganta, Hudson z kolei kokietuje pewnie modnym w tamtych czasach loczkiem. Jak wyglądały wydarzenia z 14 lipca 1865 roku pozostało wyłącznie ich tajemnicą.



IINFORMACJE PRAKTYCZNE:

DOJAZD
Jeśli planujemy wspinaczkę od strony szwajcarskiej (np. opisywaną w tekście drogą Hörnligrat), trzeba dostać się do Zermatt. Z Warszawy jest to dystans 1570 km. W kalkulacjach wyjazdu trzeba uwzględnić szwajcarską winietkę - 40 CHF niezależnie od długości pobytu (winietka obowiązuje przez dany rok kalendarzowy do końca stycznia kolejnego roku). Uwaga! Do Zermatt nie można wjechać własnym samochodem - w miasteczku dozwolona jest tylko lokalna komunikacja ekologicznymi, elektrycznymi pojazdami. Parking znajduje się 5 km poniżej Zermatt, w miejscowości Täsch, skąd dojeżdża się pociągiem (12 min. jazdy, bilet 8,20 CHF).

NOCLEGI
W Zermatt tanio nie jest. My przyjęliśmy wersję spania na kempingu w Täsch i potem w schronisku Hörnlihütte. Dawniej wielu wspinaczy spało w okolicach ściany Matterhornu w namiotach, ale obecnie jest to zabronione (grozi za to kara 5 tys. CHF). Jedyna dopuszczalna opcja to właśnie schronisko, które po remoncie stało się bardzo kosztowne - przespanie się w nim w sali na 8 miejsc kosztuje 150 CHF od osoby (równowartość 580 zł), zaś pokój dwuosobowy to wydatek aż 450 CHF za pokój (ok. 1740 zł ). No cóż, w cenie są wprawdzie: kolacja, śniadanie i herbata na wyjście w góry, ale nie zmienia to faktu, że dla wielu wspinaczy jest to jednak poważna bariera cenowa (tym bardziej że zniżka dla posiadaczy legitymacji Alpenverein w przypadku akurat tego schroniska wynosi zaledwie 10 CHF, czyli niewiele).

WSPINANIE
Na Matterhorn prowadzi około 25 wariantów dróg, przy czym najbardziej popularna (wybiera ją ok. 70% wspinaczy) jest stanowiąca drogę pierwszych zdobywców  Hörnligrat (trudność: AD III- / IV+) po północno-wschodniej grani. Uważa się ją za najprostszą, co nie znaczy że jest łatwa. Najlepszy czas na wspinaczkę to okres od początku lipca do połowy września, chociaż również wtedy mogą przyjść dni, kiedy ze względu na pogodę akcję górską trzeba będzie wstrzymać.

PRZEWODNIK:
Wg oficjalnych informacji miejscowych władz, z grona 300-400 wspinaczy rocznie, którzy inwestują w przewodnika, tylko około 20 nie osiąga celu. Z kolei spośród 3,5 tys. osób, które zmagają się z górą na własną rękę, aż 65% wycofuje się bez zdobycia szczytu. W każdym razie rekomenduje się wspinaczkę z przewodnikiem, ostrzegając, że nawet pod jego opieką nie jest to łatwe wspinanie, a przed wyruszeniem trzeba podpisać formularz że mamy doświadczenie we wspinaczce, także w rakach, że jesteśmy w bardzo dobrej kondycji i odpowiednio zaaklimatyzowani. Niestety, przewodnicy są bardzo drodzy - ich koszt (układ 1 przewodnik na 1 klienta) to 1215 CHF (ok. 4700 zł), do czego trzeba doliczyć jeszcze koszt ubezpieczenia, drogiego noclegu w schronisku i ewentualnie biletu na gondolkę do Schwarzeee (ok. 48 CHF, czyli 185 zł). Informacje: www.alpincenter-zermatt.ch

NIEZBĘDNY SPRZĘT:
Na liście są: kask, uprząż, lina, raki, czekan, ósemka do zjazdów, haki i młotek skalny, ubranie uwzględniające różne warunki pogodowe (w tym rękawice, czapka), odpowiednie buty, plecak (ok. 30 l), czołówka, okulary, butelka z piciem/termos, energetyczne przegryzki.

INTERNET:
Warto zajrzeć na: www.zermatt.ch (oficjalna strona Zermatt) oraz www.hoernlihuette.ch (strona schroniska Hörnlihütte)

Back to top