Na szczycie Wielkiego Dzwonu
Hits: 5371

austria-wspinaczka na grossglockner (8).jpgWSPINACZKA NA GROSSGLOCKNER - 3798 m (AUSTRIA)

Już kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, kilkanaście lat temu, wiedziałam że muszę go zdobyć. Zakochałam się w nim bez reszty - elegancki, no i w jakiś sposób - pociągający. Widywałam go latem i zimą, aż wreszcie nadarzyła się okazją, by spróbować wreszcie na niego wejść. Grossglockner (3798 m) to nie tylko najwyższy szczyt Wysokich Taurów (część Alp), ale i całej Austrii.




Na szczyt Grossglocknera prowadzi wiele wspinaczkowych dróg, przy czym wszystkie wymagają przejścia przez lodowiec, znajomości technik asekuracji i umiejętności radzenia sobie na mocno eksponowanych skałach. My wybieramy standardową trasę, która jak słusznie uprzedzają wszelkie broszury, też wcale łatwa nie jest i wymaga pewnego górskiego doświadczenia.

grossglockner-kosciolek.jpgStożek dzwonem nazywany


Główne punkty startowe do wejść na Grossglockner stanowią miasteczka Kals we Wschodnim Tyrolu oraz Heiligenblut w Karyntii. Lucas, nasz austriacki kolega, namawia nas na opcję pierwszą. W samym Kals robimy krótki postój na zobaczenie wystawy w piwnicach budynku miejscowej Informacji Turystycznej (tematyka od historii i krajobrazów regionu, po naturę i stroje ludowe), po czym jeszcze kawałek podjeżdżamy. Zostawiamy samochód przy pensjonacie Lucknerhaus (1918 m n.p.m.) -wrócimy do niego za niecałą dobę.

Otaczają nas zielone, alpejskie łąki na których pasą się "Milki", czyli typowe (choć nie fioletowe :) ) alpejskie krowy, pobrzękujące zawieszonymi u szyi dzwonami. Ale co tam krowy! Od tej pory naszą uwagę skupia już tylko jeden punkt, zamykający horyzont wierzchołek Grossglocknera. Różne są teorie pochodzenia tej nazwy - w dosłownym tłumaczeniu oznacza ona "wielki dzwon", bo ponoć z niektórych miejsc tak wygląda (po niemiecku dzwon to "Glocke"). Inni twierdzą, że to od słowa "Klocken", przypominającego hałas schodzących z góry lawin, albo od "Glogger" jak miejscowi górale nazywają największe i najsilniejsze zwierzę w stadzie, a Grossglockner jest przecież największy nie tylko w okolicy, ale w całych Wschodnich Alpach.

grossglockner-na mostku.jpgW towarzystwie orłów i świstaków


Pierwszy odcinek prowadzi przez las. Po drodze, przy wejściu do Parku Narodowego Wysokich Taurów (największy park narodowy w całej Europie Środkowej; jego powierzchnia zajmuje 1800 km kw.) widzimy wycelowane w skały lunety. To stanowiska ornitologów podpatrujących gatunek rzadkich sępów.

Później droga zaczyna serpentynami piąć się w górę. Drzewa są już tylko sporadycznie, sporo jest za to obsypanych przekwitniętymi już amarantowymi kwiatami krzewów tzw. róż alpejskich (gatunek rododendronów). Wzdłuż szlaku widać pełno kopczyków ustawionych z kamieni przez turystów. Dostawiamy swoje, gdy nagle słyszymy charakterystyczny świst. To świstaki. Niestety są dość nieśmiałe - błyskawicznie kryją się w swoich norach.

grpssglockner-schronisko na 2800 m.jpg Po 2,5 godzinach drogi, gdzieniegdzie po rozmiękłym śniegu, stajemy przed dziwną budowlą, przypominającą bunkier. To schronisko Stüdl Hütte, w wyglądzie zewnętrznym dość kontrowersyjne, w środku bardzo nowoczesne (energia z baterii słonecznych, funkcjonalne wnętrze, w którym jest nawet ścianka do wspinaczki).

Jesteśmy na wysokości 2802 m - to już dużo wyżej niż nasze najwyższe Rysy. W ramach obiadu zamawiamy typowo tyrolskie danie - rodzaj zapiekanki z ziemniaków. Posileni zakładamy raki i uprzęże, wiążemy się liną i ruszamy dalej. Teraz droga prowadzi przez lodowiec Ködnitzkees. -W tym roku jest wyjątkowo dużo śniegu -mówi Franz, pełniący funkcję przewodnika naszej czteroosobowej ekipy. Wyglądający niczym przykryty białą pierzyną teren (jest koniec lipca) tylko osłabia czujność - nie widać szczelin. Idziemy przetartą ścieżką, ale wystarczy nieco zboczyć i można trafić na kilkumetrową, czy nawet kilkunastometrową lodową otchłań.

Z drabiną po górach


Trudno rozmawiać idąc gęsiego (względy bezpieczeństwa), rozmyślam więc, jak wyglądały wejścia dawnych zdobywców. Pierwszą próbę wejścia na Grossglocknera podjęto w 1799 roku, od strony Heiligenblut, na polecenie kardynała kurii rzymskiej - Franza Xaverego von Salma-Reifferscheida, który zresztą w wyprawie uczestniczył. Raki zastępowały nabite na buty ćwieki, czekany były ręcznie wykuwane, zamiast grossglockner- na grani.jpgpopularnych obecnie lekkich, składanych kijków posługiwano się drewnianymi laskami, niezbędny sprzęt stanowiły też drabiny. Pierwszy szturm na górę powiódł się tylko połowicznie - zła pogodna spowodowała najpierw... strajk tragarzy, a ostatecznie żądny przygód kardynał został kawałek pod szczytem, zaś dwóch członków jego ekipy wspięło się na tak zwany Kleinglockner (Mały Grokner). Do głównego szczytu zostało im już niewiele, nie umieli jednak poradzić sobie z wąskim siodłem, które zresztą do dzisiaj budzi grozę wśród wielu wchodzących.

Trudny odcinek pokonano niespełna rok później, 28 lipca 1800 roku. Pierwszym który postawił nogę na wierzchołku był kolejny ksiądz - P. Horasch, wikary z tych okolic, a zaraz za nim zjawili się jeszcze dwaj przewodnicy (bracia Klotz). W ten to sposób obalili pokutujący wśród mieszkańców dolin mit, jakoby na szczycie "Czarnej Góry", jak nazywano Grossglockner, panowały tylko diabły i duchy. Z kolei na pierwsze solowe wejście trzeba było poczekać jeszcze 51 lat, zaś pierwsze zimowe nastąpiło w styczniu roku 1875. Pierwszą kobietą, która dotarła na szczyt Wielkiego Dzwonu, była w 1857 roku Sidonia Schmidl. Dzielna i uparta dziewczyna miała utrudnione zadanie - wspinała się przebrana za mężczyznę, gdyż inaczej zazdrośni panowie nigdy by jej na ten wyczyn nie pozwolili.

grossglockner-plasko.jpgSpartańsko i swojsko


A my ciągle w drodze... Z każdym krokiem coraz wyżej i wyżej. Lodowiec przeszliśmy, przed nami jeszcze nieco wyczerpujący odcinek po prawie pionowych skałach (asekurację upraszczają metalowe poręczówki - coś a`la słynne via ferraty). W końcu jesteśmy w schronisku Erzherzog Johann Hütte, w miejscu zwanym Adlersruhe. Wzniesiony w 1880 roku budynek należący do Austriackiego Klubu Alpejskiego to najwyżej położone austriackie schronisko (3454 m n.p.m.), a zarazem najpopularniejszy punkt startowy do ataku na szczyt. Ponieważ znajduje się ono dokładnie na granicy pomiędzy Karyntią i Wschodnim Tyrolem,  jeden z landów opodatkował noclegi, drugi zbiera procenty za działalność gastronomiczną.

W środku - spartańsko. Tak jak lubię! Zdejmujemy buty (normalne w schroniskach; zresztą są "służbowe" kapcie), a te które są mokre, ustawiamy do suszenia przy piecu. Kolacja smakuje zupełnie inaczej niż w dolinach (lepiej!). Wieczorem przy kubku grzanego wina Lucas z Franzem uczą nas grać w tyrolskie karty - zasady i nazwy figur są zupełnie inne niż te, które znamy.

grossglockner-w schronisku.jpg W sali pełniącej funkcję jadalni panuje gwar i typowo schroniskowa atmosfera. Towarzystwo międzynarodowe. Przy naszym stole siedzą jeszcze Austriacy z Salzburga (mają po 60 lat na karku i mówią że chodzą po górach co weekend), obok Niemcy, w obsłudze schroniska trafiamy na... Nepalczyka, no a w książce gości to już zupełna mieszanka. Odnajdujemy wpisy Polaków, poza tym sporo Węgrów i Czechów. Później w jednej z ulotek wziętych z informacji turystycznej czytam ostrzeżenie: "od 1990 wzrosła znacznie liczna wspinaczy z byłego Bloku Wschodniego, a wraz z nimi zwiększyła się bardzo liczba poważnych wypadków". Fakt, zaczęliśmy jeździć po świecie, z wiadomych przyczyn ciągle jeszcze oszczędzając na kosztach wyprawy. Nie wynajmujemy lokalnych przewodników, ze sprzętem też jest różnie, poza tym słyniemy ze swego rodzaju fantazji graniczącej niekiedy z brakiem rozsądku. Austriak przy złej pogodzie odpuści zdobywanie szczytu (swoją drogą łatwiej mu tu wrócić), Polak, Czech - pójdą, bo im cięższe warunki tym bardziej emocjonujące wrażenia.

Sala pustoszeje. Nikt nie siedzi do późnej nocy. Zmęczenie i wysokość robią swoje, poza tym większość ekip planuje atak na szczyt wcześnie rano. Idziemy do naszej sypialni -  jest nią urządzony w drewnie 5-osobowy pokoik praktycznie w całości zajęty łóżka z kocami. Nie ma światła ani prysznicy (do mycia zębów wychodzę na dwór, na śnieg), brak wszelkich innych zdobyczy cywilizacji, czyli jak to w górach. Za to - działają komórki!

Krzyż na szczycie


Wstajemy gdy jeszcze jest ciemno. -Do szczytu mamy jakieś 1,5 godziny - informuje Franz, który tą trasą wchodził już kilkanaście razy. Półprzytomni znowu zakładamy uprzęże i raki, bierzemy plecaki z niezbędnym ekwipunkiem, wiążemy się liną i grossglockner-do sczczytu blisko.jpgstartujemy. Początek po lodowcu - wleczemy się noga za nogą, Franz bada czekanem czy nie trafiamy na szczeliny. Po drodze zaczyna się spektakl widokowy. Wstaje słońce, więc niebo się zaróżawia, wyłaniają się coraz to nowe szczyty, w tym charakterystyczny stożek Grossvenedigera (3674 m).  Hen, w dole widać najdłuższy w Austrii, prawie 9,5 km lodowiec Pasterzen. W 1856 roku postanowiła zobaczyć go cesarska para. Franciszek Józef po 4 godzinach wędrówki doszedł wówczas do przełęczy nazwanej później jego imieniem, po czym zachwycony widokiem spędził tam w milczeniu ponad 2 godziny. Jego małżonka - cesarzowa Sisi, zawróciła wcześniej.

My tymczasem dochodzimy do skałki z kilkoma tabliczkami. Upamiętniają tych, którzy tu zginęli, a zarazem uczą pokory wobec gór. Przypominam sobie cmentarzyk, który widziałam kiedyś przy kościele w Heiligenblut. Tam także były groby alpinistów, którym się nie udało. Ale na marginesie to wcale nie walka z górą zabrała pierwszą ofiarę wśród grossglocknerowych wspinaczy, lecz... alkohol. W 1806 roku uczestniczący w wyprawie 17-letni tragarz po prostu zapił się na śmierć.

grossglockner-poranek.jpg Robi się coraz stromiej. Franz wykorzystuje wbite słupki i pręty do zahaczenia naszej liny, a tym samym - do zwiększenia stopnia asekuracji. Zastanawiam się, jak to możliwe, że rekord wejścia na szczyt z parkingu na którym zostawiliśmy samochód, wynosi niecałe... 2 godziny. Przeciętny turysta, bez noclegu i dłuższych postojów, pokonuje tę trasę w 8 godzin.

W końcu stajemy na Małym Dzwonie (Kleinglockner). Zaraz potem czeka nas najbardziej emocjonujący, bo też i najbardziej niebezpieczny odcinek - trzeba przejść kawałek po ośnieżonej grani, której szerokość wynosi niewiele ponad stopę. Z jednej strony kilkaset metrów spadku, z drugiej także, żadnych barierek czy choćby poręczówek.

To właśnie tu dochodzi słynna "rynna Pallaviciniego", upamiętniająca nazwisko pierwszego jej zdobywcy, margrabiego z Wiednia. W sierpniu 1876 roku pokonał on wąski, 900-metrowy kanał (czyli rynnę), o 50-60 procentowym nachyleniu, choć być może do sukcesu by nie doszło, gdyby nie ok. 2,5 tys. stopni wyrąbanych przez dwóch towarzyszących mu przewodników. Notabene Pallavicini zginął później, właśnie w okolicach tego miejsca.

grossglockner-na szczycie.jpg Jeszcze kilka kroków i jesteśmy na szczycie Grossglocknera. -Właściwie to nie jest 3798 m, tylko wyżej - stwierdza Lucas, patrząc na zasypaną śniegiem podstawę krzyża, co oznacza, że stoimy trochę ponad faktycznym wierzchołkiem. Wykuty z żelaza wielki krzyż, pamięta wiele wypraw. Postawiono go w roku 1879 na polecenie cesarskiej pary, na miejscu poprzedniego, drewnianego, przyniesionego jeszcze przez pierwszych zdobywców, a zniszczonego przez piorun. Pięć lat temu krzyż zabrano na dół, do renowacji. Wrócił na odbywające się w roku 2000 obchody 200-letniej rocznicy zdobycia góry.

Rozglądamy się dokoła. Niestety, jest mglisto. -Szkoda - mówi Franz - bo przy dobrej widoczności widać stąd nawet Marmoladę - najwyższą górę Dolomitów. Fantastycznie, że przyszliśmy tego dnia jako pierwsi, można bowiem w spokoju napawać się bezkresem przestrzeni, a mgła tylko dodaje scenerii tajemniczości. Ale już wkrótce, na zejściu, akurat w najbardziej stromym miejscu, spotykamy następnych wspinaczy. Trudno się wyminąć - brakuje miejsca, wystarczy nierozważny krok i można obsunąć się w przepaść. Z minuty na minutę robi się coraz tłoczniej - to jedno z największych zagrożeń przy zdobywaniu Grossglocknera. Chwilę potem widzimy zresztą lecący helikopter. Później dowiadujemy się że zabrał spotkaną po drodze dziewczynę, która zraniła się w nogę.

Wracamy do naszego schroniska. Jemy zasłużone śniadanie (jest 8-ma rano), zabieramy zostawione rzeczy i ruszamy w dół. Zejście po skałach jak zwykle nie jest wcale prostsze niż wspinaczka pod górę. Gdy dochodzimy do lodowca żałujemy, że nie mamy nart ski-tourowych - na deskach bylibyśmy na dole błyskawicznie, a poza tym Franz tak zachęcająco opowiada o tego typu wycieczkach. -Wrócimy na Grossglockner zimą - postanawiamy.

Informacje praktyczne (2004 r.):


Ceny w schroniskach (w euro):
kawa - 1,80, herbata - 1,50, zupa - 2,50, lody - 2,50, sałatka warzywna - 2,80, piwo 0,3 l - 2, sok - 1,80/0,25 l, coca-cola, sprite, spezi (cola + sprite) - 1,60, grzane wino (Glühwein) - 3,30/0,25 l.

Ceny schronisk: w Stüdlhutte zapłacimy 7,5 euro w dormitorium i 15 euro w pokoju (bez śniadania); w najwyższym schronisku, na Adlersruhe, ceny są dwa razy wyższe. Uwaga - większość wyżej położonych schronisk czynnych jest tylko latem. W pozostałych miesiącach udostępniane są jedynie niektóre pomieszczenia albo zastępcze schrony.

grossglockner-drogowskazy.jpgPrzewodnicy: wejście na Grossglocknera normalną drogą - 1 osoba- 260 euro, 2 osoby - po 165, 4 osoby - po 105 euro. Kontakt do przewodników: http://www.bf1.at , This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it., Matrei in Osttirol, Rauterplatz 1, tel 0043/0/664 234 00 38.

Mapy: na miejscu można kupić mapę "Glocknergurppe", w skali 1: 25 000; koszt 9,10 euro.

Informacje: biuro w Kals; Ostirol Werbung, Albin-Egger-Strasse 17, 9900 Lienz, tel. 0043/4852/65333.

Internet: http://www.osttirol.com , This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it., http://www.kals.at , http://www.kalsamgrossglockner.info

P
amiętaj: Numer do austriackiego pogotowia górskiego: 140 (jeśli dzwonimy z telefonu komórkowego polskiej sieci, wtedy +43 140)


Bez tego nie ruszaj, czyli ekwipunek wspinacza na "zwykłej" drodze: odpowiedni ubiór przygotowany na szybkie zmiany pogody, buty górskie, raki, uprząż alpinistyczna (wskazana z pasem piersiowym), lina do asekuracji, tzw. ekspressy do przypinania liny (przydadzą się ze trzy na zespół), lonża z karabinkami (najlepiej dwoma), mapa (na miejscu można kupić mapy Grossglocknera w skali 1:25 000). Zalecane: kijki (najlepiej teleskopowe), czekan, kask, śruba lodowa.

Back to top