Tam gdzie w Alpach wyżej już nie można
Hits: 7016
WSPINACZKA NA MONT BLANC (FRANCJA)

Po trwającej 18 godziny podróży z Warszawy do Chamonix wreszcie Go widzimy. Wysoko nad nami - wielki, biały, przyciągający wzrok. A może lepiej mówić: "Ona"? Jakby nie było francuski Mont Blanc, przez Włochów nazywany Monte Bianco, znaczy "Biała Góra". Francuzi mówią też z wdziękiem "Biała Dama". Mamy nadzieję, że za kilka dni uda nam się stanąć na Jej szczycie.


mt blanc - atak szczytowy.jpgNa campingu w Chamonix czuje się bliskość gór. Nie tylko dlatego że nas otaczają, ale ze względu na atmosferę. Prawie wszyscy nasi sąsiedzi to wspinacze. Na płocie suszą się liny i polary, przed namiotami leżą raki, uprzęże, cały alpinistyczny "szpej". Wystarczy wychylić głowę z namiotu i widzimy potężny lodowiec Bossons, wyglądający jakby spływał do miasta.

Pod względem doświadczenia górskiego mamy w ekipie cały przekrój. Od Leszka Cichego - sławy polskiego himalaizmu, po Tomka, dla którego jest to pierwszy w życiu wyjazd w Alpy. Pozostała szóstka jest już z górami obyta, co niektórzy mają już zresztą dużo wyższe szczyty na koncie. Wszyscy jednak wiemy, że do gór trzeba podchodzić z pokorą. Co roku bilans ofiar "Blanca" zamyka się w trzycyfrowej liczbie. Ginie tu więcej ludzi niż na jakimkolwiek innym szczycie, a to przecież świadczy, jak wiele mt blanc-gora widziana z chamonix.jpgosób nie docenia tej góry. Mówi się, że jest łatwa, bo fakt - wejście najpopularniejszą drogą rzeczywiście nie jest technicznie trudne. Nie znaczy jednak, że zupełnie bezpieczne - problemem są spadające kamienie, szczeliny lodowcowe, momentami - całkiem spora ekspozycja, załamania pogody, zimno - nawet w środku lata, no i reakcja organizmu na wysokość.

Zaczęło się od 20 talarów


Zanim wyruszymy w góry zwiedzamy Chamonix. Nieduże to miasto (8 tys. mieszkańców, dużo więcej turystów) - wszędzie szybko można się w nim dostać na piechotę. Podchodzimy do stacji kolejki linowej na Aiguille du Midi (3842 m) skąd można podziwiać panoramę bliskiego już Blanca. Akurat trafiamy na moment, kiedy kolejka przeżywa oblężenie grup japońskich. Rezygnujemy z wjazdu, na to konto wybierając Muzeum Alpejskie, w którym poszerzamy swoją wiedzę nie tylko o Mont Blanc ale także o samym Chamonix, mieście uważanym za stolicę górskiej mt blanc - pomnik w chamonix.jpgwspinaczki i sportów zimowych (w 1924 rozegrano tu Zimowe Igrzyska Olimpijskie). Po dawce historii idziemy w końcu na piwo, a potem spacerujemy głównym deptakiem, zaglądając do licznych sklepów górsko-sportowych. Ceny często niższe niż w Polsce!

Na głównym placu Chamonix stoi pomnik pierwszego zdobywcy Mont Blanc patrzącego w kierunku "swojej" góry. Ów człowiek to Jacques Balmat - poszukiwacz kryształów, a  towarzysząca mu postać to Horacy Benedict de Saussure, przyrodnik z Genewy, który za wytyczenie drogi na szczyt obiecał nagrodę 20 złotych talarów. Udało się 8 sierpnia 1786 roku - tego dnia na najwyższym szczycie Alp oprócz Balmata stanął także wspinający się niezależnie od niego miejscowy lekarz Michel Gabriel Piccard. On również ma w Chamonix swój pomnik. Inicjator przedsięwzięcia - pan Saussure zdobył Mont Blanc rok później, prowadzony przez osobistego służącego oraz 18 przewodników i tragarzy.

Herbata ze śniegu


mt blanc-schronisko posrednie.jpgDzień odpoczynku po podróży nam wystarczy. Następnego poranka zwijamy namioty, pakujemy plecaki. W drodze do miejsca startu naszej wyprawy mijamy znaki kierujące na słynny tunel łączący Francję i Włochy, a wybudowany pod masywem Mont Blanc. Aż trudno uwierzyć, jak można było przekopać coś takiego (tunel ma 11,6 km długości) pod tak wielką górą. I to ponad 40 lat temu!

Podjeżdżamy do dolnej stacji gondoli Les Houches - zostawiamy auta na bezpłatnym parkingu i w ciągu kilku minut przenosimy się wagonikiem na wysokość 1800 m. Tam właściwie tylko przesiadka - łapiemy pociąg (tzw. Tramway du Mont Blanc), którego ostatnia stacja to już 2372 m. Dalej trzeba liczyć tylko na własne nogi. Razem z nami z pociągu wysypuje się tłum ludzi, ale w zdecydowanej większości to ci, którzy przyjechali zobaczyć jedynie jęzor pobliskiego lodowca. Niektórzy z nich podchodzą do najbliższego schroniska i wracają. Tych, którzy noszą się z zamiarem wejścia na Blanca od razu można poznać po butach, wypakowanych plecakach, przytroczonych czekanach. Co chwila słychać grzecznościowe "Bonjour" - pozdrawianie się na szlaku także i tutaj jest ogólnie przyjętym zwyczajem. Ja dodaję jeszcze polskie "cześć" co okazuje się dobrą metodą na wyłapywanie na szlaku naszych rodaków.

mt blanc -kozice.jpg Kamienista ścieżka wije się zakosami pod górę. Lasy zostały w dole, dookoła tylko skały, tu i ówdzie ozdobione kolorowymi kwiatkami. Spotykamy pierwsze kozice - nie obywa się bez sesji zdjęciowej. Nie śpieszymy się - tego dnia planowaliśmy biwakować przy schronisku Tete Rousse, ale ostatecznie decydujemy się na pozostanie przy położonym niżej schronie Refuge des Rognes (2768 m). Można tu przenocować za darmo, warunki są całkiem dobre, bo budynek został niedawno odremontowany. W środku stoją dwie duże prycze, na których mogą spać spokojnie po dwie osoby, dla pozostałych jest przestronna podłoga. Wkrótce robi się jednak tłoczno - na "kwaterę" dochodzi jeszcze para Czechów i ekipa Holendrów. Przyrządzamy sobie pierwszą "lodowcową" herbatę (wody w okolicy nie ma, są natomiast płaty śniegu). Wydaje się, że trudno przypalić menażkę gotując wodę, a jednak jak się przekonujemy, topiąc bryły śniegu można tego dokonać!

Niebezpieczne Rolling Stones


mt blanc-od schronu do schroniska bazowego.jpgNastępny dzień to mozolne wspinanie się do góry. Pierwszy odcinek prowadzi stromo po skalistym zboczu do małego lodowca, na skraju którego stoi schronisko Tete Rousse (3167 m). W końcu dochodzimy do słynnego Kuluaru Spadających Kamieni zwanego też Rolling Stones. To najbardziej stresujące miejsce - trzeba pokonać ok. 50 metrowy trawers, uważając przy tym by nie oberwać spadającymi odłamkami skał. Tu już nie ma żartów - zakładamy kaski. Specjalnie startowaliśmy bladym świtem, by dotrzeć do żlebu, kiedy zmrożony wyżej śnieg wciąż spaja kamienie, przez co nie stacza się ich jeszcze tak wiele. Mimo to i tak od czasu do czasu leci albo lawina małych "kamuli", albo głazy wielkości telewizora. Na dodatek ścieżka jest oblodzona, przez co całkiem łatwo polecieć w dół. To trochę jak rosyjska ruletka - uda się, albo nie. Niby jest lina do asekuracji, ale podwieszona na tyle wysoko, że raczej nikt z niej nie korzysta (można jeśli ma się bardzo długą linkę przy uprzęży, tzw. lonżę).

Czekam na swoją kolej. Rzut oka do góry - wygląda na to, że nic nie leci. No to sprint! Byle się nie potknąć. Uff, udaje się! Zaledwie dzień przed nami kamienie ciężko zraniły chłopaka, notabene Polaka. Skończyło się na wezwaniu helikoptera.

my do schroniska tylko na herbate, spimy w namiotach.jpg Następny odcinek to już to co lubię - wspinanie się po skałkach. Trudności nie duże, ale ekspozycja całkiem spora, a poza tym idziemy z ciężkimi plecakami. Tempo spowalnia jakaś ciągle kłócąca się para przed nami - "ona" wyraźnie się boi, "on" z miną męczennika asekuruje ją na linie. Jeśli zadrzeć głowę, widać nasz cel - schronisko Aiguille du Gouter. Zawieszone na skałach wydaje się być tak daleko. Po kolejnych dwóch godzinach stajemy wreszcie przy barierce jego skromnego tarasu. Tuż za nim rozpoczyna się już główny lodowiec - tam właśnie, na śniegu, rozstawiamy nasze namioty. Zaskoczeniem są… motyle. Co one tu robią? Dość abstrakcyjnie wyglądają ich pomarańczowe skrzydełka na tej białej pustyni.

Morze gór


w obozie startowym do ataku szczytowego.jpg W obozowisku na lodowcu atmosfera ogólnie wesoła, choć widać, że nie wszyscy mają dobre samopoczucie - niektórym daje się we znaki choroba wysokościowa. Do pobliskiego schroniska chodzimy tylko w celach toaletowych i pobiesiadować w cieple, ale tak naprawdę w namiotach i między nimi jest dużo przyjemniej. Szczytu Blanca nie widać, stąd to jeszcze 5 godzin drogi. Szykujemy sprzęt, topimy śnieg, by przyrządzić nasze liofilizowane spaghetti. Jeszcze tylko przepiękny zachód słońca i pakujemy się do śpiworów. Raz, że zaraz po tym jak znika słońce robi się bardzo zimno, dwa, że przecież o drugiej w nocy trzeba wstać.

Pobudka w środku nocy ma się rozumieć nie jest tym co lubię, ale księżyc w pełni na bezchmurnym niebie dodaje energii. Idziemy czwórkami, ze względów bezpieczeństwa powiązani liną, bardzo wolno, noga za nogą. Na tej wysokości mt blanc - vallot.jpgszybkie wchodzenie nie jest wskazane. Na zboczu góry widać światła czołówek tych, którzy wyszli przed nami. Podejście jest strome, ale w rakach nie stanowi problemu. Mimo blasku księżyca, w nocy trudno mówić o widokach, rozmyślam więc o wyprawach pierwszych zdobywców. Nawet czekanów nie mieli - sposobem na lodowcowe szczeliny były tzw. alpensztoki czyli długie żerdzie, które trzymało się  poziomo tak, by w razie czego na nich zawisnąć.

Przechodzimy tuż obok szczytu Dome de Gouter (4303 m), potem schodzimy na przełęcz Col du Dome (4240 m), gdzie łączą się drogi - nasza, francuska i jedna z dróg włoskich, prowadząca z miasta  Courmayeur w Dolinie Aosty. Dłuższy postój urządzamy koło schronu Vallota, nazwanego tak od nazwiska meteorologa w XIX wieku prowadzącego tutaj badania. W międzyczasie rozpoczyna się niesamowity spektakl pod tytułem wschód słońca, z krajobrazem w roli głównej. Niebo czerwone, góry czerwone, śnieg też. Jest pięknie, właśnie dla takich chwil warto się męczyć!

mt blanc - na grani.jpg Ale to, że się rozwidniło ma też i złe strony - widać jakie przepaście nas otaczają, co na niektórych wpływa mocno stresująco. Najgorsza jest grań Bosses, gdzie ścieżka jest naprawdę wąska, zaledwie na szerokość jednej osoby, a jej boki to strome zbocze spadające kilkaset metrów w dół. Każde potknięcie się, będące choćby następstwem zaczepienia rakiem o but, może skończyć się tragicznie. Na dodatek widać, że wiele osób walczy z chorobą wysokościową. Brakuje tlenu, każdy krok to wysiłek. Weryfikacja jest brutalna - są tacy którzy się poddają i zawracają.

mt blanc - spowiedz na szczycie.jpg Nadchodzi w końcu moment, kiedy już nam się wydaje, że to już cel. -Jeszcze pięć minut - cieszymy się, a tymczasem okazuje się że wcale nie, bo to co bierzemy za rzekomy szczyt zasłania dalej biegnącą grań. Nie od dziś wiadomo, że góry uczą pokory.

Ale w końcu mamy to na co zasłużyliśmy - prawdziwy wierzchołek. Magię miejsca psuje nieco tłum ludzi - jest tu chyba z 50 osób! Największe zainteresowanie wzbudza paralotniarz, który ze szczytu zrobił sobie startowisko. Z boku stoi… ksiądz spowiadający tych, którzy w tym niezwykłym miejscu czują, że są bliżej Boga. Ekipa rumuńska śpiewa hymn, grupa Hiszpanów z radości staje na głowach. My też się cieszymy - wymieniamy gratulacyjne uściski, robimy pamiątkowe zdjęcia. Panorama obłędna! W oddali widać charakterystyczny trójkąt Matterhornu, masyw Monte Rosy czy Grand Jorasses, bliżej włoski Gran Paradiso, na wschodzie - szwajcarskie Alpy Walijskie (kantonu Vallis). Istne morze gór…

Wysokość zmienną jest


mt blanc - na szczycie z leszkiem cichym.jpg Stojąc na szczycie przypominają mi się słowa Edwarda Whympera, wybitnego wspinacza brytyjskiego, który na Mont Blanc wszedł w 1864 roku: " Sam widok z Mont Blanc wcale nie daje satysfakcji. Spogląda się na resztę Europy w dole. W górze nie widać już nic. Nie ma już nic do zdobycia, i w związku z tym naturalnie jest się niezadowolonym". Oczywiście Whymper traktował Blanca jako ewidentnie najwyższy szczyt Europy. Teraz palmę pierwszeństwa oddaje się kaukaskiemu Elbrusowi, ale ponieważ mimo wszystko trwają dyskusje czy wierzchołek Elbrusa to jeszcze Europa czy już Azja, wspinacze zaliczający Koronę Ziemi (najwyższe szczyty wszystkich kontynentów) muszą na wszelki wypadek zdobyć i Elbrus i Mt Blanc.

Rozbieżności dotyczą również wysokości Blanca. Na jednych mapach będzie to 4807 lub 4808 m, na innych 4810, zależnie z którego roku pomiary się uwzględnia. Obecnie mierzenie "wzrostu" najwyższej góry Alp odbywa się co 2 lata - pomiary wykonane w grudniu 2005 roku wskazały 4808,75 m. Warto jednak wiedzieć, że to dane uwzględniające pokrywę śnieżną, o grubości zmieniającej się choćby pod wpływem pogody czy udeptywania przez turystów. Przyjmuje się, że skalny wierzchołek znajduje się aktualnie na wysokości 4792 m, około 40 m od pokrytej lodem i śniegiem kulminacji, na której stają dumni wspinacze. A swoją drogą Mont Blanc jeszcze rośnie - ponieważ znajduje się w młodym, wciąż wypiętrzającym się masywie górskim, co roku przybywa mu 2-3 mm.

A wystarczy 5 godzin!


mt blanc - paralotniarz.jpgKażdy kto chodzi po górach wie, że we wspinaczce nie chodzi tylko o to, aby wejść na szczyt, ale żeby jeszcze bezpiecznie z niego wrócić. Większość wypadków(około 80 proc.) zdarza się właśnie na zejściach, kiedy spada poziom mobilizacji, a organizm jest już zmęczony. Nic więc dziwnego, że stojąc na "Dachu Alp" zazdroszczę paralotniarzowi - ten sfrunie na dół błyskawicznie. W 2003 roku byli paralotniarze, którzy wcale nie wnosili na szczyt swojego glajta na plecach, lecz po prostu na niego… wlecieli od dołu, korzystając z korzystnych prądów termicznych. Z kolei w 1960 roku wylądował na Blancu samolot. Aż trudno uwierzyć, ze 30-metrowej długości wierzchołek wystarczył do wyhamowania maszyny.

Powrót ze szczytu trochę się nam dłuży. Żeby tak choćby zjechać na nartach… Pierwszy raz dokonano tego w 1929 roku - udało się to kobiecie Marguette Bouvier.

Po dojściu do naszych namiotów spotykamy się z tymi, którzy zawrócili wcześniej, nie dochodząc do celu. Opowiadamy też co i jak tym, którzy dopiero przyszli z dołu i szykują się do ataku następnego dnia.

mt blanc-zejscie juz w skalach.jpgSzybki posiłek, zwijamy nasz biwak i ruszamy w dół. Najbardziej czasochłonne jest zejście po stromych skałach, które będąc w cieniu pokryły się warstwą lodu. W Kuluarze Rolling Stones horror. Co chwila słychać krzyki tych, którzy będąc w górze widzą jak obrywają się kamienie i głośno ostrzegają, tych co na dole.

Pokonanie prawie 2,5 tys. metrów w pionie, bo tyle mamy do stacji kolejki, wcale nie idzie nam tak szybko jak planowaliśmy. Ciężkie plecaki sprawiają, że większość z nas ma problemy z kolanami. Niemal rzutem na taśmę zdążamy na ostatni pociąg. Przed zmrokiem rozbijamy się na znajomym campingu w Chamonix, cieszymy się ciepłym prysznicem i dobrym francuskim winem. Znowu doskwiera nam letni upał. Aż trudno uwierzyć, że kilka godzin wcześniej otaczały nas śniegi i lody.

Zdobywanie najwyższego szczytu Alp zajęło nam prawie 3 dni. A pomyśleć że ustanowiony w 1990 roku rekord (z Chamonix na szczyt i z powrotem do Chamonix, wyłącznie na nogach) wyniósł zaledwie 5 godzin 10 minut i 14 sekund! Ale w końcu przecież nie chodzi o to, by po górach biegać. Trzeba jeszcze mieć czas się nimi cieszyć!

 

CIEKAWOSTKI


* Pierwszym Polakiem który wszedł na Białą Górę był poeta Antoni Malczewski. Dokonał tego w 1818 roku, w wieku 25 lat, mając kontuzjowaną stopę (efekt postrzału odniesionego w… pojedynku o kobietę).  Wśród późniejszych zdobywców mt blanc- po drodze.jpgszczytu znalazł się m.in. Theodore Roosevelt - przyszły prezydent USA, który do Chamonix dotarł w 1886 roku w ramach podróży poślubnej. Z kolei od strony włoskiej jedną z dróg wyznaczył w 1890 roku Achilles Ratti, późniejszy Papież Pius XI - teraz mówi się, że to "Droga Papieska".

* Mont Blanc przyciągał naukowców już od dawna. Szczególnie "uparł się" na niego francuski astronom Pierre Janssen, który w 1891 roku postanowił wykorzystywać szczyt do obserwowania kosmosu. Początkowo w projekt zaangażował się nawet sam Gustave Eiffel (ten od paryskiej wieży nazwanej jego imieniem), ale po tym jak mimo przekopania śniegu na głębokość 15 m nie można było dokopać się do podłoża gwarantującego stabilność fundamentów, słynny architekt zrezygnował. Mimo to po 2 latach obserwatorium stanęło (elementy budynku i wyposażenia wnoszono z dołu!) i Janssen mógł prowadzić swoje prace. Nie zrażało go nawet to, że był… kaleką (jeszcze w dzieciństwie miał w wypadku zmiażdżoną nogę), tak więc trzeba było go wnosić na szczyt w lektyce. Ostatni raz był na górze w 1897 roku, mając, bagatela, 73 lata. Niestety na początku XX wieku, w wyniku ruchów lodu, obserwatorium się zawaliło - wkrótce pochłonęły go lodowe szczeliny.

 

Informacje praktyczne (dane z 2006 r.) 

Zalecany harmonogram zdobywania Mt Blanc standardową drogą z Chamonix via schronisko Aiguille du Gouter:

mt blanc - wspinaczka.jpg- I dzień - wjazd kolejką, ew. wejście na piechotę do górnej stacji kolejki zębatej, dojście do schroniska Tete Rousse - nocleg w schronisku lub w namiocie;
- II dzień - dojście do schroniska Aiguille du Gouter, ew. podejście już bez bagażu jeszcze wyżej, np. na wysokość 4300 m (dobre dla aklimatyzacji), po czym powrót na nocleg do "Goutera";
- III dzień - pobudka ok. godz. 2, atak szczytowy, po powrocie do miejsca noclegu w zależności od kondycji albo zejście na dół i dotarcie do Chamonix, ewentualnie pozostanie na noc w Goutierze i zejście następnego dnia.
Uwaga! Warto założyć sobie jeden dzień rezerwowy, na przeczekanie złej pogody (zdarza się dość często) i przedłużoną aklimatyzację.

Jak dojechać:

Do Chamonix można dojechać różnymi trasami. Optymalna jeśli chodzi o długość jest droga przez Szwajcarię - decydując się na ten wariant pamiętajmy o konieczności kupienia winietki uprawniającej do poruszania się po drogach tego kraju (cena 40 CHF, ważna rok). Jeśli chodzi o ceny benzyny - ku naszemu zaskoczeniu w czasie naszej podróży najtańsze było paliwo w Szwajcarii.

Kiedy jechać:

Najwięcej osób opisywaną drogą "klasyczną" wchodzi latem - w lipcu i sierpniu, kiedy panują najbardziej sprzyjające warunki atmosferyczne (co nie znaczy że nie zaskoczy nas np. zadymka śnieżna). Zimą oczywiście też można Mont Blanc zdobyć, ale wymaga to dużo większego doświadczenia górskiego i odpowiedniego sprzętu. Trzeba pamiętać, że schroniska Tete Rousse oraz Aiguille du Gouter czynne są tylko od czerwca do września.

mt blanc - biwak i schronisko.jpgGdzie spać:

Najtańszy nocleg w Chamonix to oczywiście camping. My skorzystaliśmy z campingu położonego 10 min. spacerem od centrum miasta (ok. 10 euro na osobę).  Stanowiska na namioty są duże, przy każdym są gniazdka pozwalające na podłączenie się do prądu i ujęcia wody. Korzystanie z pryszniców z ciepłą wodą jest już wliczone w cenę.
Podczas wspinaczki na Mont Blanc pamiętajmy, że teoretycznie biwakowanie dozwolone jest tylko przy schronisku Tete Rousse (3167 m). Wyżej, przy schronisku Aiguille du Gouter już niby nie, ale latem 2006 roku przez cały czas funkcjonowało tam (na lodowcu, ok. 100 m od budynku) całkiem spore obozowisko. Zresztą trudno żeby było inaczej, skoro w "Goutierze" w sezonie często brakuje miejsc. Niektórzy rozbijają się jeszcze wyżej, przy schronie Vallot`a. Noclegi w schroniskach to koszt 40 euro od osoby, jeśli jednak mamy legitymację  przynależności do Alpen Verein, otrzymamy 50 proc. zniżki. Na zniżki mogą liczyć również członkowie klubów wysokogórskich.

Co jeść:

W schroniskach ceny są wysokie - wpływ na to ma utrudniony transport produktów. Za zupę zapłacimy ok. 5 euro, za danie obiadowe - 7-15 euro, za puszkę coli - 4 mont blanc-sniadanie.jpgeuro! Gotować można tylko w Tete Rousse (jest tam pomieszczenie kuchenne, ale trzeba mieć własną kuchenkę), w Gouterze można to robić tylko na zewnątrz. Na darmowy wrzątek nie liczmy - w schronisku du Gouter płaci się za niego 3 euro za litr. Jeśli zależy nam na wersji oszczędnościowej, lepiej liczyć na własny prowiant i zabrać ze sobą maszynkę do gotowania. Uwaga - wodę trzeba wytapiać z lodowcowego śniegu - w schronisku du Gouter nie ma żadnych kranów, z których można ją nabrać!
W ramach prowiantu warto zainwestować w liofilizaty - coraz lepsze smakowo i łatwe w przyrządzaniu, a w dodatku nie wymagające brudzenia garnków (zalewamy je w fabrycznej torebce). Dobre są też kaszki dla niemowląt, różne "gorące kubki" (zupy, kisiele). w ramach szybkich przegryzek niezawodne są czekolada, batony, orzeszki, suszone morele itp.

Sprzęt

Ze względów bezpieczeństwa konieczne są uprzęże, lina do asekuracji, czekany, raki, kaski, karabinki, po dwa prusiki na osobę (krótkie linki pozwalające na wydostanie się ze szczeliny lodowcowej), karabinki. Osobom mającym problemy z kolanami (dolegliwość ujawniająca się gł. przy zejściach) polecam wzięcie kijków teleskopowych. Plecak powinien być jak najlżejszy, buty - dostosowane do głębokiego śniegu (ja wchodziłam w mocnych, skórzanych, ale byli i tacy, którzy na namiot na lodowcu.jpggórny odcinek zakładali plastikowe "skorupy"). Ubranie musi być dopasowane do zmiennych warunków pogodowych. Najlepiej sprawdza się oddychająca bielizna, polary, windstopery, kurtka goretexowa, spodnie np. takie jak na narty. Oczywiście konieczna jest czapka, ciepłe rękawice, zapasowe skarpety, stuptuty (ochraniacze zabezpieczające buty przed wsypywaniem się do nich śniegu), okulary przeciwsłoneczne (najlepiej specjalne na lodowiec, zasłaniające także kąciki oczu), krem z bardzo mocnym filtrem plus szminka do ust - także z filtrem. Jeśli śpimy w namiocie pamiętajmy o karimacie i śpiworze dostosowanym do temperatur na lodowcu. Nie zapomnijmy też latarki-czołówki, bidonu i/lub termosu oraz folii NRC (niezależnie od ryzyka sytuacji kryzysowych przyda się także kiedy śpimy w namiocie - warto ją podłożyć dla lepszej izolacji pod karimatę). Przydaje się też składana łopata "lawinowa" - do okopywania namiotu czy nabrania śniegu do gotowania (śnieg dobrze jest nasypać do plastikowej torby i wystawić na słońce - będzie topniał samoczynnie a my oszczędzimy i czas, i gaz).

Telefony:

Wszędzie jest zasięg telefonii komórkowej, tak więc zabranie telefonu jest wręcz wskazane (może się przydać, gdy trzeba będzie wezwać pomoc). Oczywiście pamiętajmy o jego naładowaniu. Do wzywania pomocy tak jak wszędzie możemy używać numeru 112.

Choroba wysokościowa:

mt blanc - odpoczynek.jpgNie wszyscy ją na Mont Blanc odczuwają, ale jednak jest całkiem spora grupa osób, którą choroba wysokościowa męczy i często nie pozwala na zdobycie szczytu. Jej objawy to najpierw apatia, senność, albo odwrotnie - bezsenność, ogólne zmęczenie, i ból głowy, brak apetytu, zawroty głowy, później - wymioty, w skrajnej postaci - plucie krwistą wydzieliną (obrzęk płuc), krew z nosa, uszu, utrata przytomności (obrzęk mózgu) i w finale - śmierć. Pomoc to zejście jak najszybsze w dół (ew. zniesienie chorego). Mont Blanc nie jest wprawdzie bardzo wysoką górą, ale lekceważyć problemów wysokości nie można. Na pewno dobrze jest łyknąć sobie aspirynę, o której mówi się, że rozrzedza krew, co niektórzy biorą też lek o nazwie duramid/diamox, chociaż na temat jego stosowania opinie są zróżnicowane. Tak naprawdę najważniejsza jest odpowiednia aklimatyzacja - stopniowe, powolne zdobywanie wysokości, w przypadku Blanca najlepiej z dwoma noclegami po drodze, a poza tym - wypijanie dużej ilości płynów.

Ubezpieczenie:

Wyjście na Mont Blanc bez ubezpieczenia obejmującego także akcję ratowniczą z użyciem helikoptera, to brak rozsądku. Polisę można wykupić w Polsce, zaznaczając że chodzi o wspinaczkę (zwykła polisa nie obejmuje akcji wysokogórskich). Np. 5-dniowy pakiet Hestii, obejmujący sporty ekstremalne takie jak np. wspinaczka, to wydatek 38 zł. Osobom często chodzącym po górach polecam ubezpieczenie Alpen Verein - całoroczna polisa kosztuje 57 euro od osoby (zniżki w przypadku rodzin), przy czym obejmuje prawie wszystkie góry świata (nawet Himalaje). Dodatkowym profitem tej polisy są duże zniżki w schroniskach. Informacje: http://www.oeav-events.at/Polen.htm

Wyprawy zorganizowane:

* Wynajęcie miejscowego przewodnika w Chamonix to koszt ok. 600 euro na osobę.
* Coraz częściej można skorzystać z usług polskich przewodników (zwłaszcza tatrzańskich) albo znanych himalaistów, takich jak np. Leszek Cichy (tel. kontaktowy: 0695 35 35 55).
* Z dobrze zorganizowanych wypraw słynie Polski Klub Alpejski - informacje na http://www.wyprawy.net/?sub=blanc&skin=01 , tel. 0509 54 05 75.

Internet:

Strony na które przed wyjazdem warto zajrzeć
* http://www.mblanc.webpark.pl/main.htm
* http://www.turnia.pl/wyprawy/303.php - dużo praktycznych informacji
* http://www.icicle-mountaineering.ltd.uk/conditions.shtml - 50k
* http://www.terragalleria.com/mountain/info/chamonix/
* http://www.webcam-montblanc.com/webcam/
* http://www.guides-du-montblanc.com/uk/mtblanc_uk.html

Back to top