Mity wielkie jak Everest
Hits: 7904

WSPINACZKA NA MT EVEREST
Żaden szczyt nie budzi tyle emocji, co Everest. Nie ma się co dziwić, w końcu jest najwyższy. W mediach roi się od mniej lub bardziej sensacyjnych informacji na jego temat, a to że często nieprawdziwych, lub połowicznie prawdziwych, to już inna sprawa.


Na początku kilka wyjaśnień. Mimo że udało mi się wejść na Everest, nie uważam się za himalaistkę, choć inna sprawa, że góry „od zawsze” są moją wielką pasją (obok żeglarstwa morskiego). Nie traktuję ich jednak sportowo, jeżdżę w góry (także w te tzw. wysokie) po prostu bo lubię. A dlaczego padło na Everest? To długa historia, w każdym razie na pewno nie w celu podbudowywania swojego ego. Wśród powodów było między to, że byłam w tamtych okolicach ileś razy (jako przewodnik grup trekingowych), no i korciło mnie, by nie tylko ciągle patrzeć na najwyższą górę świata z dołu, ale któregoś dnia spojrzeć w dół z jej szczytu. Zresztą co tu wyjaśniać – jestem pewna, że gdybyście mieli okazję, też chętnie byście spróbowali Everest zdobyć, nawet jeśli publicznie twierdzicie że nie, bo przecież zatłoczony, komercyjny, drogi itp. Oczywiście barierą mogą być pieniądze, ale jak to się mówi: "chcieć, to móc". Ja akurat dużo nie zarabiam, wbrew temu co niektórzy myślą mąż mnie nie utrzymuje, bogata z domu nie jestem, za to na szczęście mam wokół siebie trochę życzliwych ludzi, którzy pomogli, do tego trzeba było dołożyć dużo wyrzeczeń, jeszcze więcej artev (14).jpgpracy i determinacji, spory dług i… się udało (przy okazji wyjaśniam, że chociaż jestem członkiem KW Warszawa (chodzi o Klub Wysokogórski), nie miałam żadnego dofinansowania z PZA).

A wracając do motywów wspinaczki na Everest… Do najważniejszych należała także moja wrodzona ciekawość i podejście do wykonywanego przeze mnie zawodu dziennikarza (zwłaszcza, że wyjątkowo denerwuje mnie, kiedy o Evereście piszą koledzy po fachu, którzy nigdy nie byli choćby w everestowej bazie, ba, często w ogóle nie byli w żadnych górach). Po prostu - naprawdę interesowało mnie, jak na Evereście jest, a nie ma to jak przerobić coś na własnej skórze. Równie istotne jak wejście na szczyt było wszystko co się dzieje wokół mnie, sprawdzenie jak wyglądają kolejne etapy zdobywania najwyższej góry świata, jakich ludzi się tam spotyka, rozmowy z Szerpami, widoki, przeżycia. Opowiada o tym moja książka, jaką na jesieni 2013 roku wydały Bezdroża ("Everest. Góra Gór"). Teraz ograniczę się tylko do wyjaśnienia jak to jest z różnymi 020.jpgeverestowymi plotkami. Krótko mówiąc - będę bronić Everestu. I to wcale nie dlatego, że pozwolił mi stanąć na swoim szczycie, ale dlatego, że to naprawdę fajna góra.


Luksusy bazowego miasteczka

Oj, nasłuchałam się o tym, co to niby w Bazie jest. –Tęskniłaś za normalnym jedzeniem? To dlaczego nie poszłaś do restauracji? – pytali znajomi, nie chcąc wierzyć, że żadnych knajp w Bazie nie ma, a i sklepów też nie, bo obowiązuje zakaz działalności komercyjnej. –Za to Internet mieliście… - stwierdzali z przekonaniem inni, nie zastanawiając się, że wrzucenie informacji na wyprawowego bloga wymagało ode mnie 50 minutowego drałowania na jedno z położonych pośrodku lodowca wzgórz, skąd mając przenośny modem można było złapać sygnał z położonej niżej wioski (dopiero w połowie wyprawy namierzyliśmy inne miejsce, trochę bliżej obozu). Oczywiście można było na miejscu podłączać się pod sieć z użyciem telefonów satelitarnych, ale nie każdego stać na taki luksus, tym bardziej że zezwolenie na korzystanie z telefonu satelitarnego kosztuje na Evereście tysiąc dolarów (to za sam fakt posiadania telefonu, bo rachunki płaci się swoją drogą).

Niektórzy są chyba zdziwiartev (2).jpgeni patrząc na zdjęcia pokazujące Bazę, wyglądającą jak wielkie namiotowe miasteczko. Rzeczywiście namiotów było mnóstwo, co wynika poniekąd z tego, że standardem w Bazie jest mieszkanie w namiocie w pojedynkę (wyżej już tak dobrze nie ma), co przy trwającej 1,5 do 2 miesięcy wyprawie jest chyba zrozumiałe. Ilu mieszkańców liczył w tym roku everestowy Base Camp trudno powiedzieć – rozrzuty w kalkulacjach wahały się od ok. 700 do nawet 1,5 tysiąca osób. Jednak błędem jest zakładanie, że byli to sami „everestowcy”, zwłaszcza że zezwolenia na wspinaczkę od strony nepalskiej dostało w tym roku 320 osób (od strony tybetańskiej Chiny wydały pewnie kolejne sto). Trzeba pamiętać, że Baza pod Everestem obsługuje także wspinających się na sąsiednie góry, czyli Lhotse czy Nuptse, oraz tych, którzy z założenia wspinają się tylko do everestowego Obozu II lub III. Oprócz nich jest również liczne grono ekologów, naukowców, lekarzy i innych speców prowadzących różne badania, dziennikarzy, no i "kibiców" czy osób towarzyszących, którzy zezwolenia na wspinanie nie mają (nie mogą w związku z tym wyjść nawet na Icefall).


Tłok, tłumy, kolejki

artev (10).jpgJedno z najbardziej eksploatowanych w mediach zdjęć Everestu to takie, na którym widać długi, ciągnący się przez zaśnieżony stok sznureczek ludzi. Dokładniej jest to droga do Obozu IV, ale mało kto zastanawia się, że część uwiecznionych osób to wspinacze atakujący Lhotse (szlak na zdjęciu jest wspólny dla obydwu gór) oraz Szerpowie idący tylko do obozu IV, wyżej już nie. No i co najważniejsze – zdjęcie zostało zrobione na początku okna pogodowego, na które wszyscy czekają. Innymi słowy – pokazana sytuacja dotyczy jednego jedynego (!) dnia w ciągu roku; nie jest tak na Evereście ciągle. Sezon na Evereście to miesiące kwiecień-maj – w kwietniu jest czas na aklimatyzację, co na ogół oznacza dojście do Obozu III), podczas gdy ataki szczytowe następują przeważnie w drugiej połowie maja. Trudno się dziwić, że kiedy otwiera się wspomniane okno pogodowe, wszyscy ruszają do góry i robi się tłok (w tym roku od strony nepalskiej odnotowano 512 wejść, przy czym większość z nich jest na koncie Szerpów, niekiedy wchodzących po dwa razy). Można jednak owy „tłok” ominąć, zwłaszcza że liderzy ekspedycji wcześniej się spotykają i zgłaszają, kto kiedy zamierza „szczytować”. Znając tę listę i wiedząc jakie są prognozy pogody ja z kolegami celowo wyruszyliśmy 5 dni po pierwszym „szturmie”. Rezultat? Byliśmy na Evereście tego dnia nieliczni, a na długich odcinkach nie miałam wokół siebie kompletnie nikogo (wchodziłam bez przewodnika i prywatnego Szerpy).

Swoją drogą dziwne, że nikomu nie przeszkadza dużo większy tłok na przykład na Mt Blanc czy Kilimandżaro, które to góry większość ich zdobywców uważa jak najbardziej za powód do chwały. Chyba łatwiej krytykować góry, na które wchodzić się nie zamierza, bo dzięki temu zdobywa się argument usprawiedliwiający, dlaczego rzekomo nie chcemy ich zdobywać


Co to za wyczyn? „Na szczyt może wejść każdy!”


artev (13).jpgPowyższą teorię ze szczególnym upodobaniem powtarzają zarówno ci, którzy do bazy pod Everestem nigdy się nie wybiorą, bo od wysiłku wolą grillowanie lub wymądrzanie się na internetowych forach, jak również ci, którzy uważają się za górskich ekspertów, ale po prostu po ludzku zazdroszczą, że komuś się udało. Nie przeczę – wejście na Everest z wykorzystaniem założonych przez Szerpów poręczówek to zupełnie coś innego niż wejścia pierwszych zdobywców (tu mam na myśli także Krzyśka Wielickiego i Leszka Cichego z ich pierwszym zimowym wejściem, w 1980 roku). Z drugiej strony bądźmy szczerzy – mimo że to już inne czasy, wysokość odczuwa się nadal, bo góra w końcu się nie zmniejszyła, Uskok Hilarego (najtrudniejszy technicznie fragment) się nie wypłaszczył, Ściana Lhotse którą po drodze trzeba przejść nie jest wcale mniej zlodzona, seraki na Icefallu nadal się walą, a droga na grani nie stała się szersza.

Tak czy owak absolutnie nie uważam, że na Everest może wejść każdy, choć jak najbardziej zgadzam się, że pod względem technicznym nie jest to jakiś specjalny wyczyn (sama nastawiałam się na większe trudności). Problemem na Evereście jest wysokość i niewiadoma jak zareaguje nasz organizm (na zawały, udary, obrzęki mózgu i płuc, czy zakrzepicę umierają nawet ci którzy byli już na innych ośmiotysięcznikach). Sama kondycja też nie artev (8).jpgwystarcza – poznałam triathlonistę, który choć bardzo sprawny, nie był w stanie dojść nawet do Obozu I (6100 m). Ogromnie ważnym czynnikiem jest też psychika, a możecie być pewni, że co innego myśleć o Evereście będąc z dala od niego, a co innego jeśli już się tam jest i dociera do nas, że możemy z wyprawy nie wrócić. Trudy tygodni w górach – kiepskie jedzenie, zimno, zmęczenie, brak higieny, tęsknota do bliskich, strach, problemy fizjologiczne i inne zupełnie „ludzkie” sprawy sprawiają, że wiele osób poddaje się i wycofuje się, w ogóle nie rozpoczynając ataku szczytowego. Szczęście w nieszczęściu w pierwszej kolejności odpadają ci, którzy znaleźli się na Evereście przypadkiem, choć tak na marginesie to jest ich raczej niewielu. Media z upodobaniem wyciągają historie o „wspinaczach’ którzy nawet raków nie umieją założyć i być może takie historie się zdarzają (ja nie widziałam), co nie zmienia faktu że zdecydowana większość (moim zdaniem spokojnie ponad 90 proc.) stanowią ci, którzy z górami wysokimi są obyci i do wyprawy dobrze przygotowani. Zresztą na logikę – Everest jest górą bardzo drogą, wiele osób przeznacza na niego wieloletnie oszczędności, kto więc będzie ryzykował tyle pieniędzy, a zarazem życie, mając świadomość braku doświadczenia minimalizującego szanse wejścia?

image00052.jpgNo dobrze, a te nieliczne ileś procent osób z górami nie obytymi? Czy staną na szczycie zależy głównie od szczęścia i kasy „na obsługę”. Wiadomo, jeśli Szerpowie wniosą im cały ekwipunek, non-stop o nich dbają, gotują i podają jedzenie praktycznie pod nos, no i pójdą z nimi na szczyt, pewnie się uda. Ale to tylko wyjątki potwierdzające regułę, choć oczywiście niesprawiedliwe jest, gdy zdobywcami Everestu stają się mający zapewniony szerpowski full service celebryci czy bogacze dla których najwyższa góra świata jest posunięciem marketingowym albo rodzajem kaprysu sprowadzającym się do jednorazowej przygody z górami, natomiast nie udaje się doświadczonym miłośnikom gór, którzy przygotowywali się do wyprawy miesiącami czy latami, walczą dzielnie bez wsparcia Szerpów i odpadają, bo albo mają pecha (np. z pogodą), albo tracą siły na to, co za innych robią Szerpowie. Na dodatek ci drudzy mają zwykle mniej butli z tlenem niż ci, którzy są na wyprawach z nielimitowanym budżetem.

Nie sugerujmy się natomiast wiekiem wspinaczy. To że w tym roku wszedł na Everest 80-letni Japończyk? Jak najbardziej na to zasłużył, zresztą, to już jego trzecie wejście na najwyższą górę świata.



„Szerpowie wniosą”

artev (5).jpg
Ciekawe, jak mieli by kogoś wnieść? Opowieści o lektykach to jedne z częstszych bajek, jakie słyszę i mam wrażenie, że niektórzy rzeczywiście w to wierzą! Inna sprawa, że widziałam Szerpów ciągnących swoich klientów na lonży, ale nie zmienia to faktu, że wejść klienci muszą jednak sami. Oczywiście wykupienie opcji „opieka Szerpy” bardzo wejście ułatwia, bo daje komfort psychiczny że można na kogoś liczyć, no i w zależności od ustaleń – Szerpa nosi też bagaż (czasem nawet aparat fotograficzny), a w skrajnych wypadkach również on może zająć się wpinaniem w poręczówki. Mimo wszystko to sytuacje wyjątkowe i uogólnianie jest dla całej reszty krzywdzące. Większość zdobywających Everest, to ludzie doświadczeni, którzy nawet jeśli w Szerpę inwestują, pozostają samodzielni i sporą część ekwipunku sami sobie noszą. Poza tym Szerpowie też ludzie i też mają chwile słabości, a wbrew temu co niektórzy myślą, również mają problemy z chorobą wysokościową, więc i ich czasem trzeba sprowadzać w dół, lub nawet z powodu wysokości umierają. A zresztą wciąż jest wielu wspinaczy, którzy wcale nie mają indywidualnych Szerpów. W ekipie mojej agencji była nas ósemka, ale tylko dwóch Amerykanów wynajęło sobie na spółkę jednego Szerpę – wszyscy pozostali wspinali się na szczyt „bez opieki”.



Cmentarzysko, depcze się po ciałach

Ponoć na zboczach Everestu spoczywa 150-200 zwłok. Ile – nikt nie wie, bo nikt nie prowadzi takiej ewidencji. Część ciał się zabiera się z gór, część zostaje, zwykle za akceptacją rodziny (nie chcę mówić że za zgodą, bo często rodzina po prostu nie ma pieniędzy na ściągnięcie zwłok).

image00005.jpgW tym roku zginęło 9 osób. Osobiście najbardziej wstrząsnęła mną śmierć Aleksieja Bołotowa (tym bardziej że trochę wcześniej siedzieliśmy razem z nim i Denisem Urubko, gadając przy herbacie o kolejnych planach wspinaczkowych), ale nawet przy informacjach o anonimowych dla mnie ofiarach, na swój sposób to przeżywałam. Ale może to taki „babski” punkt widzenia, bo moi koledzy wydawali się na takie newsy uodpornieni. Inna sprawa, że wiadomo, że ludzie w górach wysokich, a zwłaszcza na Evereście ginęli i będą ginąć, zaś sprawa wrażliwości na śmierć jest bardzo indywidualna. Ci którzy się nie wspinają i tak traktują nas jak samobójców, szaleńców i nieodpowiedzialnych, bo przecież mamy rodziny, bliskich, a z drugiej strony zarzucają nam bezduszność i obojętność na nieszczęście innych, bo rzekomo zbyt szybko godzimy się ze śmiercią innych wspinaczy. Jako czytelnicy „Gór” wiecie jak jest, jak reagujecie na informacje o wypadkach, a mimo ryzyka i tragedii, i tak będziecie w góry jeździć.

Wracając do zwłok, wcale nie było pod tym względem tak źle, jak sobie wyobrażałam „nakręcona” przez innych, którzy gdzieś tam słyszeli, że co i rusz „depcze się” ciała. Na pewno opowieści są mocno przesadzone. Więcej zwłok jest od strony tybetańskiej (ktoś mi mówił o 6 mijanych ciałach), w tym leżące na wysokości ok. 8600 m słynne „Zielone Buty” (wspinacz indyjski, który zmarł przy ataku szczytowym w roku 1996, a jego znakiem rozpoznawczym się wciąż widoczne na nogach zielone „skorupy”). Ja widziałam jedne zwłoki – wspinacza z Bangladeszu który zmarł dzień wcześniej. Przykry był to widok i trochę nie rozumiem dlaczego zostawiono go dokładnie na szlaku, zamiast spuścić go 100 metrów niżej, gdzie inni wspinający się nie mieliby problemów z jego ominięciem (nie chodzi o to, że image00004.jpg„przeszkadzał”, tylko o szacunek do zwłok). Później od Szerpów dowiedziałam się, że gdzieś, zupełnie z boku, były jeszcze 3 kolejne ciała, leżące tam długi czas, ale widać przysypał je śnieg, a może w międzyczasie osunęły się w przepaść? W każdym razie pytanie co robić ze zwłokami jest otwarte. Szczelin w partii podszczytowej nie ma, znoszenie ciał nisko w dół stanowi duży problem. Mimo wszystko dobrze by było odsunąć zwłoki w bardziej ustronne miejsce, aby uniknąć tekstów typu „zachwyty” nad białymi zębami Czecha który siedzi zamarznięty na Lhotse.

A przy okazji – przy trasie trekingowej do bazy pod Everestem, tuż ponad osadą Dhugla, jest miejsce z mnóstwem czortenów upamiętniających wspinaczy którzy zginęli na Evereście lub na innych himalajskich szczytach. Nie ma tam nawet jednego czortena z tablicą upamiętniającą Polaków (a zginęło ich na Evereście siedmiu). Czorten ku czci Kukuczki i dwóch innych naszych wspinaczy którzy zginęli na Lhotse jest zupełnie gdzie indziej, sporo w bok od głównego szlaku. Może warto byłoby postawić taki pomniczek z tablicą ku czci także naszych everestowców?


Brak etyki, skrajny egoizm


Na kwestię pomocy i współdziałania w górach jestem akurat wyczulona, co wiąże się z moją harcersko-przewodnicko przeszłością, ale wiem też, że góry wysokie żądzą się swoimi, innymi prawami niż zwykłe trekingi w niższych partiach. W każdym razie na różnych wyprawach wielokrotnie doświadczałam, że w górach wysokich trzeba liczyć głównie na siebie i nie dotyczy to tylko Everestu. Kto był na dużych wysokościach, a zwłaszcza w Strefie Śmierci wie, że nic tam nie jest łatwe, że nad instynktem opiekuńczym zaczyna górować instynkt samozachowawczy, że mózg mniej racjonalnie pracuje i że ogólnie wszystko wygląda inaczej niż to się ocenia z perspektywy dolin. Do tego dochodzą jeszcze przesadne ambicje, honor, a także presja pieniędzy, bo trudno zawrócić, mając szczyt na wyciągnięcie ręki, wiedząc ile trudu i pieniędzy wymagała wyprawa (tego typu dylematy dotyczą zarówno tych, którzy wymagają pomocy, jak i tych, którzy powinni jej udzielić). Granica między etyką (czy też jej brakiem), a realiami jest bardzo płynna i nie ma dwóch takich samych sytuacji, ani schematów ocen. Zgadzam się jednak, że na Evereście, gdzie prawie wszyscy wychodzą na górę w ciągu tych samych kilku dni, sytuacji obojętnego mijania potrzebującego pomocy człowieka jest więcej niż gdzie indziej. Powodem jest pewnie zgubne w skutkach myślenie, że ja nie pomogę (bo nie wiem jak, sam nie mam siły etc.), ale za mną są inni którzy ba bank pomogą, bo są silniejsi i bardziej doświadczeni i łańcuszek się ciągnie, a człowiek umiera. Zresztą trudno też pytać każdego siedzącego czy tylko odpoczywa, czy się źle czuje. Mało tego, duża szansa że siedzący i tak odpowie, że jest okej, zaraz ruszy dalej (w górę rzecz jasna). Z kolei chodzenie w parach czy całymi ekipami? Ładnie wygląda w teorii… My też w naszej ekipie do ataku szczytowego ruszyliśmy w piątkę, a już po godzinie każdy wspinał się oddzielnie, własnym tempem, traktując ten system jako sprawę zupełnie naturalną.

Ale jeszcze raz powtarzam – to nie na Evereście nauczyłam się zasady „słaby jesteś – twój problem” i „licz na siebie” (nie jest to moja dewiza, tylko to co obserwuję ze strony innych).  Everest umocnił mnie tylko w przekonaniu, że tak jest i to nie tylko w polskich ekipach, ale także wśród wspinaczy z Zachodu. W obsługującej także Lhotse ekipie z mojej agencji większość stanowili Amerykanie, ale był też Słowak, Finka plus Polka z Finlandii, Irlandczyk, Brytyjczycy, Australijczycy, przy czym jeśli mogłam na kogokolwiek liczyć, to tylko na Irlandczyka i na Wiolę – ową Finko-Polkę (wspinała się na Lhotse; weszła!).

A przy okazji co do kwestii udzielania pomocy. W związku z wizytą w obozie bazowym Reinholda Messnera poruszenie zrobiły wypowiedziane przez niego słowa krytyki wobec stosowania przez wspinaczy środków farmakologicznych. To kolejna kontrowersyjna sprawa – ja akurat jestem zdecydowanie przeciwko „dopingowi” przed wejściem na górę (choć wiem, że wielu „wyczynowych” wspinaczy go bez oporów stosuje), ale nie uważam że czymś złym jest branie wspomagającego aklimatyzację diuramidu, czyli inaczej diamoxu (ja akurat nie biorę, ale nawet wiele himalajskich sław diuramid stosuje). Podobnie z dexametazonem – jestem przeciwna łykaniu tabletek dexy przy wchodzeniu na szczyt (to właśnie jeden z tych specyfików działających na zasadzie „dopingu”), ale twierdzę, że ampułkę tego leku do wstrzyknięcia w razie zagrożenia życia powinien mieć ze sobą każdy kto znajduje się w Strefie Śmierci (mowa o zastrzyku do zrobienia nawet nie tyle sobie, co komuś, kto nie jest w stanie zejść o własnych siłach).


„Jeden wielki śmietnik”


artev (3).jpgSkoro słynący z krytykowania Messner stwierdził po swojej „inspekcji” w Bazie, że jest w niej całkiem czysto, to znaczy że nie jest źle. Ja również byłam pod tym względem zaskoczona na plus, bo trzeba przyznać, że każda z agencji dba o porządek w swoim obozie. Wszystkie śmieci, jak również beczki z latryn, są znoszone w dół i nawet z rozmów z Szerpami wynika, że nie jest to tylko narzucony odgórnie obowiązek, ale coraz mocniej zakorzeniana wśród lokalesów świadomość potrzeby dbania o środowisko. Mało tego, niejednokrotnie widziałam (to jeszcze na trasie trekingu), jak Szerpowie odruchowo zbierali papierki rzucone na ziemię przez turystów.

W obozach wyższych jest gorzej – w dwójce śmiecie są, a w czwórce – obozie na wys. 7900 m (byłam tam pod koniec okna pogodowego, kiedy większość ekip już się zwinęła), pozostał właściwie jeden wielki śmietnik zmieszany z odchodami (bo latryn tam żadnych nie ma). Natomiast wbrew temu co się powszechnie opowiada, wcale nie widziałam żadnych stosów pustych butli tlenowych, mało tego – trzeba było pilnować swoich (także tych pustych), aby artev (12).jpgktoś nadgorliwy ich nie zabrał. To efekt akcji nepalskich władz płacących Szerpom za każdą zniesioną butlę (i to niemało – 60-100 dolarów od sztuki).

Co do innych śmieci, to w rozmowie w nepalskim Ministerstwie Turystyki, któremu podlegają sprawy Everestu, zapewniano mnie, że jest już specjalnie opłacana ekipa Szerpów, których zadaniem jest na koniec sezonu (czyli koniec maja/początek czerwca) porządkowanie miejsc obozów i znoszenie śmieci. Jednym słowem – zmierza ku lepszemu. A tak na marginesie problem śmieci w górach dotyczy wcale nie tylko Everestu (nie tak dawno byłam niemiło zaskoczona śmietniskiem w Obozie II na Araracie).


„Niedługo wybudują kolejkę…”


To największa bzdura jaką słyszałam o Evereście, z upodobaniem powtarzana. Bo niby jak taką kolejkę (zapewne linową) mieliby wybudować? Na pracującym cały czas, czyli ciągle przesuwającym się lodowcu, wśród walących się co i rusz seraków, tworzących się coraz to nowych szczelin? Każdy kto przechodzi Icefall ma okazję zobaczyć, jak szybko zmienia się układ drogi, jak często trzeba modyfikować poręczówki i drabinki, a przecież postawienie artev (4).jpgsłupów kolejki to nie to samo co wkręcenie zwykłej śruby lodowcowej. Poza tym dochodzi sprawa ochrony środowiska (w Nepalu kładzie się na to coraz większy nacisk), no i kwestia podejścia do gór. W tym roku w jednej z ekip był Irańczyk, który panicznie bał się przejścia przez Icefall (odcinek między Bazą, a Obozem I). Robił do niego kilka podejść, za każdym razem się wycofywał. W końcu wpadł na pomysł, że zapłaci za helikopter, który przerzuci go od razu do Obozu II (jest tam, na wysokości 6400 m lądowisko) i w ten sposób rozwiąże problem. I co? Szef jego agencji wyjaśnił mu, że tak się gór nie zdobywa. I nie chodzi tylko o niedostateczną aklimatyzację jaka będzie efektem takiego przeskoku – raczej o zasadę, że ktoś, kto nie jest w stanie przejść Icefallu nie nadaje się na Everest. Irańczyk się obraził i wycofał się z wyprawy. Sytuacja ta świadczy jednak o pewnym, dobrym trendzie: podejściu, że są jednak na Evereście granice komercji i nie wszystko da się zdobyć za pieniądze.

„Z tlenem każdy da radę”


image00008.jpgBez dwóch zdań wejście z tlenem (poprawnie powinnam pisać: z użyciem dodatkowego tlenu) i bez to dwie różne kategorie i ogromny „szacun” dla tych, którym się udaje wejść bez dotleniania (dla przypomnienia: z grona 38 Polek i Polaków, jacy dotychczas zdobyli Everest, wyczyn ten ma na koncie jedynie Marcin Miotk. Nawet takie sławy jak Wanda Rutkiewicz, Krzysiek Wielicki, Leszek Cichy czy Ania Czerwińska, z butli korzystali). Ogólnie niemal wszyscy, włącznie z Szerpami i przewodnikami od Obozu III (7100 m), tlenem się wspomagają. W tym roku Everest bez tlenu zdobyło tylko 4 wspinaczy, z których jeden zmarł. Pytanie, czy warto było? Chodzi o Koreańczyka, któremu do zdobycia Korony Himalajów pozostały już tylko dwa szczyty (K2 i Broad Peak), a który już na Evereście wcześniej był, tylko że z tlenem, postanowił się więc „poprawić”. Owszem, szczyt zdobył, ale zszedł do obozu IV w nienajlepszej kondycji, tak więc Szerpowie zaproponowali mu skorzystanie z butli. Chłopak odmówił i położył się spać. Już się nie obudził…

Użycia tlenu jednak nie należy przeceniać. Korzystanie z butli wcale nie daje nam takiej kondycji jaką byśmy mieli na poziomie morza. Zdaniem ś.p. Artura Hajzera butla „obniża” o jakieś 2 tys. metrów, według danych podawanych przez Amerykanów – o tysiąc (co by oznaczało że stając na szczycie Everestu z butlą, czujemy się jak na wysokości 7850 m bez butli). Krótko mówiąc dyszenie, duszenie się, walkę o zrobienie każdego kroku, zmęczenie przy każdej dosłownie czynności i tak mamy zapewnione, nie mówiąc o tym, że ze sprzętem image00007.jpgteż bywa różnie i trzeba być przygotowanym, że może zawieść (ja spędziłam w Strefie Śmierci trzy noce, z czego ostatnią już bez tlenu, bo popsuł się regulator).

Ważne jest natomiast pytanie, z ilu kto butli korzystał. Jest różnica czy ktoś miał ich 3, czy 30 (na marginesie: każda butla to wydatek 400-550 dol.) i od którego miejsca z tlenu korzystał (np. czy w obozie III spał na tlenie). Z drugiej strony – nie warto się też na siłę licytować „kto da mniej”. Takich którym tlenu zabrakło trochę na Evereście zostało. Jak było ze mną? Zamawiałam 3 butle, ostatecznie dostałam (bez dopłaty) 5 i chyba tak było optymalnie (tym bardziej, że dzieliłam się tlenem z Szerpą, któremu butla zbyt szybko się skończyła).


Agencje? Turystyczny przemysł

Wiele osób słysząc o tzw. agencjach organizujących wejścia na Everest dziwi się, krzywi, a często wręcz oburza, że taka komercja, że wszystko zorganizowane i to trochę takie biura podróży. A przecież nie tylko Everestu to dotyczy – praktycznie prawie wszystkie wejścia, czy to w Himalajach, czy w Karakorum, a i w innych górach także (nawet na łatwiutkim Kilimandżaro) załatwia się w oparciu o agencje. Tak jest po prostu łatwiej, bo agencja bierze na siebie logistykę karawany, lokalny transport, funkcjonowanie bazy czy innych obozów etc., no i taniej. Weźmy pod uwagę choćby zezwolenia na wspinanie – na Evereście załatwienie ich indywidualnie kosztuje 25 tys. dolarów (od osoby!), w przypadku agencji mającej iluś klientów, cena ta spada do 10 tys.

image00001.jpgNic dziwnego, że z usług agencji korzystają wszyscy – także najsłynniejsi wspinacze świata i wyprawy narodowe, choć oczywiście jest też pytanie, jaki serwis kto wykupuje. Rzecz jasna mogą to być usługi niskobudżetowe, często na zasadzie opieki tylko do bazy, albo wręcz przeciwnie – full wypas od samego dołu do szczytu. Konkrety? Ja akurat wybrałam jedną z najtańszych agencji, co oznaczało gorsze niż u innych jedzenie (istotne), mniej wygodne krzesełka w mesie, brak kwiatków (sztucznych) na stole :), słabe ogrzewanie mesy albo w ogóle jego brak (to akurat by się przydało) i kilka innych szczegółów. Ale coś za coś – płaciłam dużo mniej niż inni. Był też duży plus – na tego typu tanie agencje decydują się ludzie z doświadczeniem (przyznaję, ja w naszej ekipie miałam najsłabsze), samodzielni, zaprawieni w bojach.

Ile w tym roku agencji było obecnych na Evereście, trudno powiedzieć, bo jedne są bardziej widoczne (jak np. największa Seven Summits, która miała ponad 70 klientów), po takie z jednym, dwoma wspinaczami.

To że są agencje ma swoje dobre strony – choćby większa dbałość o czystość w obozach, bo agencja jest zobowiązana po swoich obozach posprzątać. Poza tym – koordynacja wejść. Liderzy agencji ustalają między sobą dni ataków szczytowych (ważne, żeby uniknąć korków), a wcześniej – wysyłają swoich przedstawicieli (Szerpów) do poręczowania drogi (Icefall poręczuje specjalna ekipa tzw. Icefall Doctor, wyżej jest już „praca zbiorowa”). Oczywiście wiele osób może zrazić to, że wszystko jest tak odgórnie przygotowane, ale w końcu nie ma przymusu wchodzenia na Everest. Ja sama lubię góry dzikie, ale na Evereście to zorganizowanie wcale mi nie przeszkadzało, a nawet podobała mi się ta specyficzna atmosfera i zarazem międzynarodowa integracja.

I na zakończenie argument, z którym niestety muszę się jak najbardziej zgodzić, czyli to, że Everest to cholernie droga góra (wersja niskobudżetowa od strony nepalskiej, bez przewodnika i Szerpów to ok. 30 tys. dolarów, wersja full serwis – 60, nawet 100 tys. dol.). Cóż, zostałam po tej wyprawie z długami, pożegnałam się z zamiarem kupienia mieszkania, nie wymienię też szybko samochodu zostając przy tym który mam od kilkunastu lat. Ale niczego nie żałuję – każdy ma hierarchię swoich potrzeb. I nawet gdybym Everestu nie zdobyła, też bym wydanych pieniędzy nie żałowała. Oczywiście w góry nadal będę jeździć, choć może teraz w te tańsze…

Back to top