Pudża tym razem nie wystarczyła
Hits: 6021

pudza5.jpgO TRAGICZNEJ LAWINIE NA EVEREŚCIE (2014 r.)
-Czy się boimy? Pewnie że tak. Ale „big pudża” dla bogów gór gwarantuje nam ich przychylność!  Tak mówił rok temu szef grupy Szerpów zakładających na stokach Everestu poręczówki. 18 kwietnia 2014 r. na stokach najwyższej z gór zeszła lawina. Z pośród mimimum 13 jej ofiar, wszyscy to nepalscy Szerpowie.



Sezon na zdobywanie Everestu (8848 m) oraz sąsiedniego Lhotse (8516 m) jest krótki – w kwietniu jest czas na aklimatyzację, w początku maja zalicza się krótki „rest” (regeneracja w bazie lub w którejś z niżej położonych wiosek), po czym zwykle w połowie maja, kiedy otwiera się kilkudniowe okno pogodowe, wspinacze ruszają do ataku szczytowego. W czerwcu przychodzi monsun – wtedy góra pustoszeje. Czasem jeszcze pojawi się jakaś wyprawa wykorzystująca jesienne okno pogodowe (październik-listopad), ale to raczej rzadkość, bo skuteczność wejść na szczyt jest wtedy bardzo niska.

Groźny Icefall

Zanim jednak wspinacze wyjdą w górę (w tym roku od strony nepalskiej do zdobywania Everestu przymierzało się 334 wspinaczy), na znajdujące się od strony Nepalu zbocza najwyższej góry świata wyruszają Szerpowie (dla przypomnienia: Szerpowie to nie zawód, tylko jedna z wielu nepalskich grup etnicznych). W pierwszej kolejności jest to ich wyselekcjonowana grupa zwana Icefall Doctors. Ich zadaniem jest wytyczyć drogę od bazy (wysokość 5300  m n.p.m.) do obozu II (6400 m) i potem, przez kolejne tygodnie, sprawdzanie, czy wszystko jest należycie pudza10.jpgumocowane plus, jeśli trzeba, również prowadzenie na wspomnianym odcinku akcji ratunkowych. Problem polega na tym, że część tej trasy, od bazy do obozu I (6100 m) to słynny Icefall. Intrygująca nazwę kojarzy każdy, kto interesował się zdobywaniem ośmiotysięczników:  oznacza stromy lodowo-śnieżny labirynt fascynujący kształtami i odcieniami bieli czy błękitu, ale równocześnie też budzący solidny strach. Icefallu tak naprawdę boi się każdy. Bo Icefall to seraki, czyli lodowo-śnieżne bloki w każdej chwili grożące zawaleniem, nawet i kilkudziesięciometrowej głębokości szczeliny, niepewne przy przechodzeniu mosty śnieżne, no i lawiny. Kiedy w jednej z dyskusji zapytano legendarnego, zmarłego w 2013 roku szefa Icefall Doctors, Szerpę Ang Nima, co na Icefallu stanowi największe niebezpieczeństwo, ten tylko uśmiechnął się. „Tu wszystko jest niebezpieczeństwem..”- podsumował.

Na wszelki wypadek, jeśli tylko jest wybór, wyrusza się na Icefall nocą – wtedy wszystko jest bardziej zmrożone, a tym samym stabilniejsze. Czasem jednak nie ma wyboru i trzeba przejść Icefall w środku dnia – wtedy każdy stara się to zrobić naprawdę jak najszybciej, mając świadomość, że to istna rosyjska ruletka w trakcie której zginąć może każdy, bez względu na doświadczenie.


Ryzykowna praca

pudza3.jpgNa szczęście trudno się na Icefallu zgubić, bo drogę przez niego ułatwiają liny poręczowe oraz przerzucone przez szczeliny drabinki. Co roku inna to droga, ba, nawet w ciągu sezonu (owych kilku tygodni w roku) też potrafi się kilka razy zmienić, bo lodowiec cały czas pracuje. Jej przygotowaniem zajmują się Szerpowie ze wspomnianej ekipy Icefall Doctors. Oto fragment rozmowy z ich szefem, z którym udało mi się porozmawiać w maju 2013 roku.

Monika Witkowska: - Dużo sprzętu musieliście zużyć na Icefallu, aby przygotować przejście?

Szef Icefall Doctors: - Trochę… Jakieś 6 kilometrów lin poręczowych, 400 mocujących je szabli śnieżnych, ile śrub lodowych – tego już nie zliczę, około 50 metalowych drabin…


- Trochę tego było. A ilu ludzi przy tym pracowało?


- W sumie tych z nas, co wychodzą do pracy na Icefall jest szóstka. Plus kucharz i obsługa bazy w której mieszkamy. Razem dziesiątka.


pudza7.jpg- Jakie wymagania należy spełnić aby dostać się do Waszej elitarnej grupy?


- Przede wszystkim trzeba być dobrym wspinaczem. Ważnee jest też, że wszyscy jesteśmy Szerpami i tak naprawdę świetnie się znamy, bo pochodzimy z tych samych okolic, czyli z rejonu Everestu.


- Przynależność do Icefall Doctors to duży prestiż. Widać to choćby jak przechodzicie po obozie bazowym w swoich charakterystycznych kurtkach i wszyscy na was z szacunkiem patrzą. Inni Szerpowie wam pewnie zazdroszczą?

- Wcale nie… Jesteśmy tu ponad 2 miesiące, za co rząd nepalski płaci nam w sumie 2-3 tys. dolarów [amerykańskich – przyp. aut.]. Jak na Nepal wydaje się dużo, ale przecież ryzykujemy życiem. Poza tym ci Szerpowie, którzy wspinają się z klientami na szczyt, zarabiają więcej.


pudza11.jpg- Co robicie kiedy kończy się sezon wspinania na Evereście?


- Wracamy do domu, pracujemy w lesie, uprawiamy poletka, sadzimy warzywa, zbieramy ziemniaki i czekamy na kolejne wyprawy.


- Skoro wspomnieliśmy o niebezpieczeństwie… Kiedy jesteście na wyprawie – rodzina się o was nie boi?

- Pewnie że się boi. Ale rodzina potrzebuje pieniędzy. Jest takie powiedzenie: „No money, no honey” [Nie ma pieniędzy, nie ma miodu – aut.].


- Wypadki jednak się zdarzają. Co roku na Evereście giną ludzie. Sezon roku 2013 zapoczątkowała śmierć Szerpy z Waszego zespołu, który choć ponoć bardzo doświadczony, wpadł do szczeliny lodowcowej.

- Niestety, tak było. Mingmar Sherpa pracował z nami przez 9 lat. Ale odkąd ja pracuję w ekipie Icefall Doctors, to był wśród nas pierwszy dopiero wypadek. I mam nadzieję, że ostatni. Bo my też się o siebie boimy, ale zakładamy że górscy bogowie mają nas w opiece. Aby zapewnić sobie ich przychylność, robimy dla nich wielką pudżę.


Coca-cola na ofiarę

pudza9.jpgJak wygląda organizowana w obozie bazowym wspomniana pudża? To rodzaj buddyjskiego nabożeństwa bez odprawienia którego żaden z Szerpów nie rozpocznie akcji górskiej (czyli nie wyjdzie z obozu bazowego do wyższych obozów). A zresztą, choć przymusu nie ma, wspinacze-cudzoziemcy też w pudży uczestniczą. Odprawia ją specjalnie zapraszany do obozu lama (kapłan), w przypadku nepalskiego Everest Base Campu przychodzący z klasztoru znajdującego się w wiosce o prawie półtora kilometra w pionie niżej. W trakcie uroczystości poświęcany jest sprzęt znoszony do symbolicznego ołtarza zarówno przez Szerpów, jak i wspinaczy (czekany, kaski, raki, uprzęże), śpiewane są buddyjskie mantry, składa się też różne dary (ryż, owoce, ciastka, masło z mleka jaka, ale też np. butelki z whisky i coca-colą!). Punktem kulminacyjnym jest postawienie masztu z kolorowymi chorągiewkami modlitewnymi od tej pory, do momentu powrotu z gór ostatniej osoby z danej ekipy, powiewające nad obozem. Na koniec pudży każdy z zebranych, o ile sobie tego życzy, jest przez lamę błogosławiony i otrzymuje kremową szarfę (wiele osób potem nosi je „na szczęście” przy plecaku lub na szyi).

pudza1.jpgJednak o dobre kontakty z bogami gór Szerpowie dbają także i później. Trzeba pamiętać, ze wśród Szerpów poza zasadami buddyzmu jako takiego, mocno zakorzeniona jest wiara w bóstwa opiekuńcze danej góry. Przejawem tego jest na przykład to, że na obozowym ołtarzu kładzie się kamienie symbolizujące konkretne góry –  w moim obozie największy kamień symbolizował Everest, trochę mniejsze – sąsiednie Lhotse oraz siedmiotysięczne Nuptse. Z kolei każde wyjście Szerpów na Icefall poprzedzone było krótką modlitwą, zapaleniem przygotowanych kadzidełek i rzuceniem w kierunku gór garści ryżu. Powiem szczerze – większość wspinaczy również tak robiła, na zasadzie że nie zaszkodzi, a może i pomoże? Wcześniej z kolei, na trekingu (dojechać do bazy się nie da, trzeba dojść, co zajmuje około 8 dni) wszyscy starają się żeby mijane po drodze stupy (buddyjskie kapliczki) obchodzić zgodnie z miejscowymi zwyczajami, czyli zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Szerpowie robią to z wiary i tradycji, wspinacze - tak na wszelki wypadek, bo losu i niechęci lokalnych bóstw lepiej nie prowokować.

pudza2.jpgMimo to bogowie gór nie zawsze są przychylni. W historii Everestu do tego roku odnotowano 251 wypadków śmiertelnych. Tylko w ubiegłym roku zginęło 9 osób. Tegoroczny sezon już na samym początku stał się wyjątkowo tragiczny. Najpierw, 1 kwietnia ewakuowano jednego z Szerpów z objawami obrzęku płuc (bardzo zaawansowana forma choroby wysokościowej). Niestety, mimo profesjonalnej pomocy w szpitalu w Katmandu, nie udało się go uratować. 18 kwietnia 2014 r. przejdzie do historii Everestu jako wyjątkowo "czarny" dzień – lawina która zeszła o godzinie 6.45 lokalnego czasu na wysokości około 5800 m (miejsce na Icefallu zwane „Popcorn Field”, od wyglądu grudek tamtejszego śniegu) pogrzebała 13 osób, a mówi się jeszcze o czwórce zaginionych (co to w tym wypadku oznacza - wiadomo :(  ). Wszyscy z nich byli nepalskimi Szerpami, kilku – Icefall Doctor`ami.

Back to top