Bzykaniu stanowcze nie!
Hits: 648

PRODUKTY ANTY-KOMAROWE

Jeśli w Polsce użądli nas komar, owszem, trochę poswędzi, ale żaden to w sumie problem. Jeśli komar użądli w Afryce albo w amazońskiej czy azjatyckiej dżungli, wtedy mamy zdecydowanie gorzej, bo to już potencjalne ryzyko złapania jakiejś tropikalnej choroby. Nie tylko malarii. Komary roznoszą także dengę, żółtą febrę, dirofilariozę, gorączkę Zika i gorączkę zachodniego Nilu, japońskie zapalenie mózgu (nie tylko w Japonii, także np. w Indiach czy w Indonezji) i kilka innych chorób, których zapewne wolelibyśmy nie mieć. A choć w rzeczywistości nie wszystkie komary są groźne, ogólnie lepiej ich unikać.

 

Z wypraw, które w swoim podróżniczym życiu zaliczyłam, dwumiesięczny wypad do Konga, Kamerunu, Gabonu i Gwinei Równikowej pod względem chorób tropikalnych należał do najbardziej ryzykownych. Mądre książki przestrzegały zwłaszcza przed wredną malarią - jedna z jej odmian, a jakże - występująca w tym rejonie, potrafi ponoć zabić w ciągu 24 godzin od wystąpienia objawów. Nie mieliśmy z Markiem (moim kompanem w tej podróży) żadnych wątpliwości: dla swojego dobra trzeba było zrobić wszystko, aby bzykające owady omijały nas szerokim łukiem.

Zacznijmy od ubrań. W miejscach szczególnie zagrożonych komarami (dżungla, mokradła, okolice wodospadów) chodziliśmy w reklamowanych jako antykomarowe ciuchach firmy brytyjskiej Craghoopers (koszule i spodnie). Czy rzeczywiście komary ich unikały, trudno powiedzieć, bo na wszelki wypadek dodatkowo pryskaliśmy się też różnymi specyfikami, ale myślę że skoro owe ubrania nasączono specjalnym płynem, to przyjmijmy że nieproszone owady jednak ich nie lubią. Inna sprawa, że my te ciuchy i tak po prostu lubiliśmy (na zdjęciach widoczna moja koszulka polo  i koszula z długim rękawem Marka). Uzupełnieniem antykomarowej odzieży, były skarpetki antykomarowe, a zarazem antykleszczowe (produkt Care Plus) - bezszwowe, cienkie, ale skuteczne, zakładane wieczorami, kiedy to złośliwe owady bardzo chętnie żądlą mnie w okolicach kostek (teraz już nie żądliły). Tak na marginesie - podstawowym "składnikiem" owych skarpetek jest wiskoza bambusowa (82% składu), co ma zapewniać ich właściwości antybakteryjne.

Wspomniałam już, że pryskanie również stosowaliśmy - używaliśmy do tego sprayu holenderskiej firmy Care Plus. Szczerze mówiąc początkowo wahaliśmy się, czy środek da radę, bo wbrew radom z różnych mniej lub bardziej mądrych pism, na opakowaniu nie doczytaliśmy się nic o zawartości DEET ("chemia" bardzo niekorzystna dla środowiska, ale antykomarowo skuteczna). Zaufaliśmy jednak że odkreślający naturalne pochodzenie specyfiku jego producent wie co robi i faktycznie - zaskoczenie było jak najbardziej pozytywne, zwłaszcza że środek nie tylko okazał się skuteczny, ale - co w moim wypadku ważne - nie powodował żadnych reakcji alergicznych (pewnie zasługa tych naturalne składniki). Z kolei Markowi bardzo spodobał się delikatny, cytrynowo-eukalispowy zapach sprayu. Dodatkowe plusy odstaszacza to jego długie działanie (na opakowaniu jest zapewnienie że przez 6 godzin), i że nie tylko od komarów spray chroni - ponoć także od kleszczy i meszek, choć z nimi w Afryce akurat styczności nie mieliśmy.

Na noc poza pryskaniem się, ratowaliśmy się moskitierą. W droższych hotelach moskitery są na ogół na wyposażeniu pokojów, ale że my akurat spaliśmy w tych najtańszych, na luksus przeciwowadowej siatki nie mieliśmy co liczyć. Poza tym z mojego doświadczenia wynika, że nawet jeśli moskitiera na miejscu jest, nie jest pewne czy nie ma dziur, a nie ma nic gorszego niż komar który wpadnie do środka i nie mogąc się wydostać, atakuje biednego człowieka ze szczególną furią.

W każdym razie moskitiery wzięliśmy, zwłaszcza że nie zajmowały dużo miejsca i niewiele ważyły. Trzeba przyznać, że wybór moskitier w polskich sklepach turystycznych jest całkiem spory - my po długich dyskusjach postawiliśmy na fakt, jedną z droższych (za ok. 200 zł, austriackiej firmy Cocoon), ale bez dwóch zdań najlepszych. Marek zdecydował się na białą (bo na takiej lepiej widać komary), ja na zieloną (bo wolniej się brudzi), obydwie o gęstej siatce oczek (324 dziurki/cal2), co gwarantowało skuteczną blokadę na wszystko co lata, ale równocześnie nie powodowało klaustrofobicznego wrażenia zamknięcia pod szczelnym niby-namiotem. Co ważne - moskitiery również były nasączone płynem antykomarowym Insekt Shield . Szczerze mówiąc z owym nasączeniem myśleliśmy że to chwyt marketingowy, ale nie, komary mające zamiar na siatce usiąść, podlatywały i szybko zmieniały zdanie :). Zastanawiałam się, czy funkcja odstraszania komarów nie skończy się po pierwszym praniu, ale jak zapewnia dystrybutor (Tropiker.pl) można taką moskitierę prać nawet i 25 razy i nadal możemy być pewni, że "komar nie siada". Do zalet naszych moskitier należało też i to, że  łatwo je było rozłożyć, zwłaszcza że miały specjalny haczyk z śrubką do wkręcania (do sufitu czy przy spaniu pod chmurką - do konaru drzewa, a do tego system specjalnych troczków - przy rozkładaniu nad łóżkiem - do wiązania do materaca. Fajnym pomysłem jest kolorystyczne oznaczenie owych troczków, co sprawia, że siatka przy składaniu/rozkładaniu się nie plącze. Po zwinięciu moskitiera mieści się do niewielkiego woreczka, stanowiąc kształty, łatwy do włożenia do plecaka, a zarazem lekki pakunek.

I na koniec jeszcze o patencie na wypadek, jeśli komar nas użądli (albo ugryzie pluskwa, co mnie w Afryce zdarzało się wyjątkowo często). Chodzi o naprawdę malutkie "urządzonko" firmy Care Plus, które praktycznie nic nie waży, a które likwiduje swędzenie. Na opakowaniu było napisane, że owy "Click-Away" (tak się nazywa) to "rewelacyjny patent", co potraktowałam jako propagandę sukcesu. A tymczasem - to naprawdę działa! Oczywiście nie ma co sobie obiecywać, że krosta nam zniknie i zapomnimy o chęci drapania, ale na pewien czas faktycznie przynosi ulgę. Działanie jest bardzo proste - przykłada się to coś do krosty/bąbla i kilkukrotnie (producent zaleca 5 razy), klika wywołując mikroimpulsy elektryczne (żadnego bólu nie ma). Ja się od owego urządzonka uzależniłam - nosiłam je przy sobie praktycznie cały czas, i kiedy trzeba klikałam. Wg opisu patent wystarcza na ok. 5 tys. zastosowań. Mimo częstego używania, do końca wyprawy działał, a że nie ma daty ważności, pojedzie ze mną na kolejny tropikalny wyjazd.

A jak z lekami antymalarycznymi? Nie wszędzie wyjeżdżając do Afryki je biorę, ale w opisywanych krajach nie miałam wątpliwości - brać je trzeba (co też robiłam). Co do mnie, to stosowałam tabletki Malarone, które przed wakacjami były w promocji w Rossamanie za 99 zł za opakowanie (normalnie cena opakowania to 150-250 zł). Ale o lekach pisać tu nie będę - w tej sprawie konsultujcie się z lekarzami. Pamiętajcie tylko, że tabletki nie dają wcale 100%owej gwarancji że nie złapiemy malarii, a przed innymi chorobami w ogóle nie zabezpieczają. Krótko mówiąc - trzeba robić wszystko aby komary nas nie gryzły! :)

 

Wszystkie opisywane produkty możemy kupić w internetowym sklepie: www.tropiker.pl

Back to top