Mój towarzysz - aparat
Hits: 539

TEST NIKONA COOLPIX P900
Ten aparat (dla jasności - fotograficzny) jest ze mną na dobre i na złe. Zdobywałam z nim himalajski szczyt Ama Dablam i najwyższy szczyt Antarktydy – Mt Vinson, podróżował ze mną po kapryśnej pogodowo Ziemi Ognistej i chijijskiej Patagonii, a nawet opływał Przylądek Horn


Często dostaję pytania, na jakich aparatach robię zdjęcia. Staram się na dobrych :), co wcale nie znaczy że bardzo profesjonalnych i megadrogich. Zwykle mam ze sobą dwa: jeden większy, z lepszymi możliwościami, drugi jakiś mały, w kieszeni, na wypadek gdyby z jakiś powodów (choćby ryzyko kradzieży) duży trzeba było zostawić. Ponieważ funkcję małego aparatu coraz częściej spełnia zaawansowana komórka, skupię się na tym większym, podstawowym moim sprzęcie, z którego pochodzi większość zdjęć.

Przede wszystkim trzeba sobie powiedzieć jasno: nie ma aparatów zupełnie uniwersalnych. Ktoś kto ma do dyspozycji samochód, a jeszcze najlepiej – tragarzy do noszenia sprzętu, może nabrać sobie obiektywów czy statywów ile chce. Ja, nosząc wszystko sama i podróżując lokalnymi środkami lokomocji muszę zwracać uwagę na to, jak duży rozmiarowo jest to sprzęt, i ile waży. Ktoś kto specjalizuje się w zdjęciach zwierząt, postawi na solidne teleobiektywy. W moim przypadku lepszy będzie uniwersalny zoom, zwłaszcza że wolę nie zwracać uwagi zbyt rzucającym się w oczy sprzętem (raz – sprawa złodziei, dwa – profesjonalnie wyglądający aparat sprawia, że ludzie zachowują się inaczej, „usztywniają się”, a w wielu miejscach będą nam kazać wykupić zezwolenie na fotografowanie).  Albo kwestia wykorzystania zdjęć – zawodowy fotograf z założenia potrzebuje profesjonalnego sprzętu, bo to jego narzędzie pracy, ale często też – coś co daje mu „prestiż”. Ja zdjęć okładkowych z założenia raczej nie robię (choć kilka razy zdarzyło mi się :) ) – potrzebuję sprzęt łatwy w obsłudze i szybki.
Oczywiście ideałów nie ma. Cechy które wypisałam kłócą się ze sobą, bo jak coś jest lekkie, to raczej nie może być mocne. Z drugiej strony producenci aparatów ciągle zaskakują nas czymś nowym – co jakiś czas przychodzi czas na wymianę sprzętu. Ale do rzeczy, pora na przedstawienie aparatu który aktualnie lubię najbardziej (bo mam aparatów kilka) i uważam go za rzeczywiście za „strzał w dziesiątkę”, czy raczej – w moje potrzeby. W każdym razie posiadane przeze mnie lustrzanki poszły na lamusa (znaczy się – w kąt szafy), a on wszędzie praktycznie jeździ ze mną.

Okej, przedstawiam (tu miejsce na fanfary)! Mój ulubieniec to NIKON Coolpix P9000.

Dlaczego go lubię? Powodów jest wiele…

- największy plus, który zresztą spowodował, że zwróciłam na niego uwagę, stanowi zoom. Nie byle jaki, jak na aparaty – wręcz ogromny, bo 83-krotny (chodzi o zoom optyczny) . Gdybyśmy przełożyli to na lustrzanki to wyszłoby w przełożeniu na format małoobrazkowy, 24-2000 mm!  Dość powiedzieć, że w moim lustrzankowym Canonie mój najbardziej zbliżający teleobiektyw dochodził do 300 mm! Krótko mówiąc przybliżenie jakie daje opisywany Nikon – naprawdę imponuje.

- w stosunku do lustrzanek na których pracowałam wcześniej, jest o niebo lżejszy – wg danych producenta waży 899 g. A ciężar ma dla mnie bardzo ważne znaczenie, zwłaszcza w górach, gdzie liczy się naprawdę każdy gram.

- jest mocny – w znaczeniu odporny na uderzenia. Sprawdziłam, bo kilka razy w czasie wspinaczki tu i ówdzie nim w skały przywaliłam, a na jednym z rejsów spadł ze stołu i nie widać, żeby przez to ucierpiał. Wiem, powyżej pisałam że jest „lekki”, co by sugerowało że wykonany z plastiku (w podtekście: słaby, podatny na zniszczenie). Lepsze by było określenie „ w miarę lekki”.

- nie jest woododporny, ale mało który aparat jest. Ale przy deszczu czy przypadkowych zachlapaniach „dawał radę”. Na przylądku Horn dostał nawet falą (czyli wodą słoną) i fakt, szybko został osuszony, ale oznak buntu nie było

- ogólnie sprawdza się w naprawdę hardcorowych warunkach – w śniegu, mrozie, ale też w bardzo wysokich temperaturach, w kurzu, błocie… Ciekawe, że wg producenta jego zakres dozwolonych temperatur to od 0 do +40 stopni. U mnie normy te były przekroczone w każdą stronę – w minus 40 stopniach (Antarktyda) i w upałach +45 (Pustynia Namib), też dawał radę.  

- jeśli chodzi o obsługę –  daje mi możliwość ustawienia opcji automatycznych, ale także – samodzielnego ustawiania (w zależności od potrzeb). Zorientowanie się o co chodzi w menu czy przy pokrętłach nie stanowi problemu – jest bardzo intuicyjne, a zresztą wszystko upraszczają czytelne ikonki.

- ma wszystko to, co potrzebuję. Funkcję samowyzwalacza, kilka programów tematycznych, odpowiednią dla mnie matrycę (16 mln pikseli – większej już nie wymagam), odchylany wizjer (przydatne jak robię zdjęcia w tłumie czy przez płot). A co do wizjera – aparat jest na tyle „inteligentny”, że sam, bez przestawiania czegokolwiek, wyłapuje czy robię zdjęcie patrząc w ekran czy w wizjer.

- oprócz robienia zdjęć, mogę nim kręcić także filmiki. I to bardzo profesjonalne!
- nie jest bardzo duży – łatwo go utrzymać w ręku, ale też nie wzbudza nadmiernego zainerteresowania, co w moim przypadku jest bardzo istotne.

- jak na sprzęt tej klasy, jest względnie tani (ceny w sklepach – ok. 2400 zł). No cóż, w miejscach w których podróżuję z bezpieczeństwem bywa różnie, tak więc utratę sprzętu muszę brać pod uwagę. Nawet nie chcę myśleć co by było gdybym pozbyła się sprzętu za powiedzmy 20 tys. zł. Utrata tego za 2 tys. też boli, ale imo wszystko łatwiej ją odżałować, a potem taki sprzęt – sobie odkupić.

W każdym razie naprawdę tego Nikona lubię. Najlepszym dowodem na to jest choćby to, że jak na razie nawet nie myślę o zmianie sprzętu!

Back to top