Do jazdy, gotów, start!
Hits: 3305

 

NARTY - SPRZĘT PRZED SEZONEM

Narciarze i snowboardziści już nie mogą doczekać się zimy. Zanim jednak nastąpi wymarzony moment przypięcia desek, powinniśmy się do niego przygotować. Zadbać o swoją kondycję i sprzęt.



Zacznijmy od sprzętu. Tego, na którym zamierzamy jeździć (przy założeniu, że go nie wypożyczamy, tylko zabieramy swój). To, że go mamy, jeszcze nie załatwia sprawy. Żeby dawał nam frajdę, no i był bezpieczny, trzeba o niego zadbać.


Buty narciarskie...

Choćby takie buty… Na czas międzysezonowego „leżakowania” powinny być zapięte, aby nie odkształcała się cholewka (potem może uwierać). Dobrym pomysłem jest też zgodne z metodami naszych babć wypchanie ich gazetami. W ramach przygotowań do zimy trzeba sprawdzić klamry (czy nie poluzowane i czy nie odpinają się samoistnie ), a także obejrzeć stan podeszwy (starta od chodzenia po asfalcie lub betonie i pozadzierana na czubach, źle wpływa na działanie wiązań). W naszym interesie jest też przymierzenie buta. Jeśli mamy halluksy czy zniekształcone kostki i but nas uciska, mamy szansę to wyeliminować (nie kostki tylko ucisk rzecz jasna!). Robi się to w wyspecjalizowanych serwisach w ramach tak zwanego odbarczania buta (ok. 50 zł). Zabieg jest w sumie prosty – polega na rozgrzaniu skorupy buta i zrobieniu miejsca na nasz wystający „defekt”.


Wiązania...

Jak but to i wiązania… Tylko nie mówmy, że przecież w zeszłym roku je ustawialiśmy! Wiązania powinny być regulowane co roku (przy intensywnym użytkowaniu producenci zalecają nawet częściej – po dwóch tygodniach jeżdżenia), a już na pewno jeśli w międzyczasie jeszcze ktoś inny jeździł na naszych nartach (i pewnie zmienił siłę wypięcia). Poza tym jeśli woziliśmy narty na dachu samochodu nie w tzw. boksie i o zgrozo! – jeszcze sprzet100.jpgbez pokrowca, wszechobecna zimą sól drogowa również mogła wiązania nieco rozregulować.

Złe ustawienie wiązań może zemścić się np. połamaniem naszych nóg, tak więc jeśli nie jesteśmy pewni naszych kompetencji, lepiej poprosić o pomoc speców z serwisu. Oczywiście nie zapomnijmy zabrać z sobą buta, w którym jeździmy (jeden wystarczy). Raz na jakiś czas warto także zainwestować w diagnostykę wiązań, czyli ich komputerowe testowanie (koszt 30 zł, przy czym robią to tylko niektóre serwisy). Po wpisaniu danych typu wzrost, waga, wiek i umiejętności narciarskie, wpiętego buta poddaje się działaniu różnych sił, po czym maszyna wylicza nam rzeczywiste parametry siły wypięcia (bardzo często różnią się one od tych, które podają standardowe tabele stosowane przy ręcznym ustawieniu). Co ważne, wyniki dostajemy na piśmie – certyfikat tego typu ma ważność roku i jest istotny w razie wypadku, jeśli firma ubezpieczeniowa zarzuci, że mieliśmy źle ustawiony sprzęt.


Narty -ślizgi i krawędzie

Teraz czas na narty jako takie. To że mamy rysę na ich ślicznej warstwie zewnętrznej, to nie tragedia. Ważne są krawędzie i ich ślizgi. Sporo zależy od tego jak nasz sprzęt traktowaliśmy wcześniej, jak go woziliśmy (wspomniany transport na dachu, bez pokrowca, powoduje rdzewienie krawędzi), jak przechowywaliśmy (nieużywane w lecie narty powinny leżeć w pokrowcu, w miejscu suchym, nie złączone po środku blokującym sprężystość rzepem, koniecznie z nałożoną na gorąco grubą warstwą smaru). Jeśli narta nie jest bardzo zniszczona, możemy ślizg zregenerować sami. Oczywiście pod warunkiem że się na tym znamy i posiadamy odpowiednie narzędzia (smary, żelazko, raszplę, pilniki, ostrzałki, cyklinę itp.), bo inaczej będzie z tego więcej szkody niż korzyści.

Jeśli w ślizgu mamy ubytki, najprawdopodobniej bez odwiedzin w serwisie nie obędzie. Przy dużych uszkodzeniach, zwłaszcza takich, które doszły do poszycia narty, w miejsce wyciętego kawałka uszkodzonego ślizgu serwisant wkleja nową „łatkę”. Jeśli dziurki są małe, zalewa się je tak zwanym kofixem – specjalną substancją, kojarzoną zwykle z formą stapianych pałeczek, oczywiście potem szlifowaną.

Ważne są też krawędzie – przejeżdżając palcem wzdłuż brzegu nart, trzeba sprawdzić czy nie podeszły rdzą i czy nie ma tzw. gradu – zadziorów i nierówności (na ogół efekt jazdy po kamieniach). Jeśli są, można wyrównać je samemu, ale jeśli nie jesteśmy pewni swoich umiejętności i w tym wypadku można zdać się na fachowców.

Najbardziej skomplikowane jest ostrzenie krawędzi. Ogólnie przyjmuje się że początkujący powinni ostrzyć narty raz na sezon, bardziej zaawansowani raz na każdy spędzony na śniegu tydzień. - Przy samodzielnym ostrzeniu musimy brać pod uwagę, że narta to nie nóż – nie tak łatwo się ją ostrzy. Jeśli zrobimy to niewłaściwie, znacznie skrócimy żywotność krawędzi, a i tak może się okazać że trzeba będzie przyjść na poprawki do serwisu – mówi Łukasz Tchorzewski, serwisant w warszawskim punkcie Ski-Team (www.skiteam.pl). I dodaje: - Często klienci pytają ile maszynowych ostrzeń wytrzyma narta. To rzecz jasna zależy i od klienta, i od serwisu. Jeśli prawidłowo się ją ostrzy, posłuży dłużej niż taka, której do serwisu nie oddajemy.

To, jak jest naostrzona narta wpływa na nasze bezpieczeństwo wcale nie tylko na zlodzonym stoku, także w czasie zwykłej, szybkiej jazdy karvingowej, która z założenia odbywa się na krawędziach.

–Klienci często robią błąd, bo myślą że jak kupują w sklepie nowe narty, to są już one gotowe do użytkowania. Tymczasem zwłaszcza przy nartach z górnej półki, żeby docenić ich walory, musimy je przed użyciem zabrać do serwisu i poprosić o naostrzenie, czyli fachowo: nadanie kątów – mówi Tchorzewski. Standardowe parametry to 88 stopni na 0,5 stopnia. Pierwsza liczba to tak zwany kąt boczny (bocznej krawędzi) który może się wahać mniej więcej od 85 stopni (dotyczy agresywnie jeżdżących wyczynowców) do 90 (do jazdy rekreacyjnej czy dla kogoś, kto dopiero uczy się jeździć). Druga wartość to kąt podniesienia wpływający na prowadzenie narty w skrętach, który też na życzenie klienta można zmienić (od 0,5 do 2 stopni). Standardowo stosuje się właśnie 0,5, większe kąty zarezerwowane są dla uczących się, dzieci, ale także dla jeżdżących w snowparkach i poza trasami.

Skoro już pofatygujemy się z nartami do serwisu, możemy zafundować sobie jeszcze nałożenie struktury (koszt ok. 20 zł). Chodzi o malutkie, tworzące delikatny wzór  nacięcia na ślizgu, dzięki czemu narta lepiej odprowadza wodę spod ślizgu. Tak naprawdę amator może tego drobnego szczegółu nie odczuć, ale jeśli chcemy poprawiać swoje wyniki – wtedy warto. Pan Łukasz z dumą pokazuje mi wielki „kombajn” - niemiecką maszynę Reichmann SF-2 PRO, którą zachwala jaką najlepszy sprzęt do tego typu tuningu nart. W Polsce są tylko trzy takie maszyny – dwie należą do serwisów Ski Team (w Warszawie i Poznaniu), jedna jest w posiadaniu krakowskiej firmy WindSport.

sprzet101.jpgI na koniec – smarowanie. Jak często należy to robić, zależy zarówno od warunków w jakich jeździmy, od smaru oraz tego, jak go kładziemy. Smarowanie z serwisu starcza na kilka dni, jeśli robimy to sami – na krócej (zawodowcy powiedzą, że na kilka zjazdów). Smary powinny być dopasowane do pogody i związanego z tym rodzaju śniegu (suchy, mokry itp.), stąd też nakłada się je często tuż przed wyjazdem (dobrze, jeśli możemy sprawdzić w internecie, jakie warunki nas czekają) lub bezpośrednio na stoku.

Jeśli nastawiamy się na smarowanie samodzielne, ważne jest aby smar (parafina) był równo rozprowadzony na ślizgu (ale nie na krawędzi). W sklepach sportowych smarów jest dość duży wybór, w cenach od ok. 15 zł za opakowanie, w tym też wygodne w użyciu smary w aplikatorach takich jak pasta do butów.  –Ja polecam fluorowe – mówi Łukasz Tchorzewski. Pytam co myśli o popularnym niegdyś patencie ze świeczką. –Może nie zaszkodzi, ale umiejętności po tym nie poprawimy – uśmiecha się.

Oczywiście sam smar to jeszcze nie wszystko. Aby go dobrze rozprowadzić potrzebne są przy smarach na zimno gąbki i szmatki, przy smarach na gorąco - żelazko (może być turystyczne), szczotki i cyklina (do ściągnięcia nadmiaru zastygłej parafiny). Wbrew pozorom trochę zabawy z tym jest.


Snowboardy...

A jak z deskami snowboardowymi? Ogólnie ich przygotowanie jest podobne do przygotowania nart, chociaż jeśli chodzi o ślizg (regeneracja i smarowanie), trzeba liczyć się z większymi kosztami. W przeciwieństwie do nart, przy deskach snowboardowych rzadko stosuje się nakładanie struktur, jak też nie robi się diagnostyki wiązań, z racji tego że z założenia się one nie wypinają. Ważne natomiast, by sprawdzić tzw. inserty, czyli wkręty mocujące wiązanie.

skiserwis1.jpgJedno jest pewne – z wizytą w ski-serwisie lepiej do ostatniej chwili nie czekać, bowiem mogą nas zaskoczyć kolejki i długie terminy. Nawet jeśli istnieje opcja usługi expressowej, zwykle wiąże się z dodatkową opłatą, a w niektórych punktach także mniejszą dokładnością. Żeby uniknąć stresu, warto przynieść narty minimum z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Oczywiście lepiej wybrać sprawdzony już punkt, taki który znamy, albo został nam polecony. Standardowy pakiet, czyli maszynowe naostrzenie i smarowanie to w Ski Teamie koszt ok. 65 zł w przypadku nart i ok. 80 zł przy snowboardzie, za regenerację ślizgów i inne usługi, płaci się dodatkowo. Możemy też zażyczyć sobie serwis ręczny, jako że żadna maszyna nie zrobi pewnych rzeczy tak dokładnie, jak człowiek, a i trwałość narty po takim „dopieszczaniu” jest dłuższa niż po traktowaniu jej maszyną. Rzecz jasna to już wyższy koszt (od 150 zł), ale w zamian możemy liczyć na indywidualne podejście – zarówno do nas, jako klientów, jak i naszego sprzętu. No cóż, z nartami tak jak i z większością różnych hobby. Żeby coś osiągnąć, trzeba inwestować. Ale w końcu robimy to dla swojej frajdy!

Back to top