W przepaść z liną u nóg
Hits: 3986

LINA ZE SKOKU NA BUNGY




bungy -moj skok.jpg"Three, two, one..." - po angielsku odliczali zebrani wokół kibice, podczas gdy ja stałam na skraju ponad 100-metrowej przepaści i wymuszonym uśmiechem próbowałam zatuszować, jak bardzo się boję. Na szczęście nie było czasu na rozmyślania - na hasło "Bungyyyy!!! Juuuump!" z zamkniętymi oczami dałam nura w otchłań.

Niewiele pamiętam z tego pierwszego skoku. Najpierw szalony pęd powietrza, potem radość wyhamowującej mnie i ciągnącej ponownie do góry liny (westchnienie ulgi: "A jednak dobrze zapięli..."), potem jeszcze widok wypadających z kieszeni pieniędzy, których nie mogłam już złapać ("A mówili, żeby wszystko wyciągnąć...").

Potem skakałam na bungy wiele razy, w różnych krajach, ale ten pierwszy skok, z wiszącego mostu koło Queenstown na nowozelandzkiej Wyspie Południowej najbardziej zapisał się w mojej pamięci. Pozostało mi po nim zdjęcie i... kawałek liny. -Co 600 skoków, niezależnie jak w dobrym stanie jest lina, mamy obowiązek ją wymienić - wyjaśnili mi chłopcy z obsługi. Pocięta na kawałki i tak się nie marnuje - ci którzy skoczyli chętnie kupują jej odcinki w charakterze pamiątki.

bungylina.jpgLiny do bungy mogą być różnego typu. Ta z mojego pierwszego, 102-metrowego skoku to setki cienkich gumek niby od majtek, poskręcanych w jedną całość. Dzięki temu lina jest mocna, elastyczna i przeciwdziała szarpnięciom, zastępując je płynnymi pociągnięciami. Jej grubość i długość dobierana jest w zależności od wagi skaczącego, ale to już decyzja obsługi. Zresztą w sprawach bungy Nowozelandczycy są niekwestiowanymi mistrzami - bądź co bądź to oni zapoczątkowali komercyjne skoki. Założyciel pierwszej tego typu firmy, niejaki AJ Hackett, na swoim przykładzie udowadniał, że rozsądnie i fachowo organizowane skoki są bezpieczne. Na gumowej linie jako pierwszy zaczął skakać z helikoptera, z wieżowców, a prawdziwym numerem popisowym był w 1987 roku skok  z wieży Eiffle`a!

Back to top