Tam gdzie ryż rośnie
Hits: 1212

TIMOR WSCHODNI (TIMOR-LESTE)

Jest jednym z najmłodszych państw świata. A zarazem jednym z najbiedniejszych. I choć nic nie wskazuje na to, aby szybko mu się polepszyło, tutejsi mieszkańcy w  moim rankingu gościnności plasują się na bardzo wysokim miejscu.

Timor przestał być portugalską kolonią dopiero w 1999 roku, ale co z tego, skoro zaraz potem teren ten zajęły wioska indonezyjskie. Zakłada się, że armia indonezyjska zabiła 100-200 tys. Timorczyków – jak na tak niewielki obszar to dużo.  Skończyło się interwencją ONZ i przeprowadzaniem referendum, w którym 78,5 % mieszkańców wybrało niepodległość. Jednak z proklamowaniem wolnego Wschodniego Timoru (bo zachodnia część podzielonej wyspy pozostała indonezyjska) trzeba było poczekać do 2002 roku. Potem zresztą też wcale nie było różowo. Świadczy o tym choćby zamach stanu z 2008 roku i ogólnie kiepska sytuacja polityczno-gospodarcza tego kraju.
 30 listopada, Dili (Timor Wschodni)
Trudne początki


Mała modelka. Ładnych dziewczyn jest na wyspie mnóstwo.Niestabilną sytuację kraju odzwierciedla mój dzisiejszy lot tutaj. Przychodzę sobie na lotnisko w Denpasar (Bali) wymagane 2 godziny wcześniej, szukam na lotniskowych ekranach gdzie moja odprawa, a tu nic, nie ma takiego lotu! Serce mi zaczęło szybciej bić, że może pomyliłam daty, ale sprawdzam – na bilecie czarno na białym stoi że mam bilet na 10 raną, a zegarek wskazuje 8. Aż tu nagle wyświetla się: lot do Dili – „last call”… Gonię do stanowiska odpraw, a tam mnie podobnych ileś osób – wszyscy przyszli wyluzowani że tyle czasu, a tymczasem dowiedzieli się, że samolot ma wystartować ponad 1,5 godziny przed czasem. A tymczasem miłe dziewczę szczebiocze że no problem, lot przyśpieszyli, ale polecimy po południu. No nie, poniosło mnie. Na ogół jestem spokojna, ale tym razem zrobiłam awanturę. Skuteczną, bo start samolotu wstrzymano, a mnie plus 6 innych osób szybko przeprowadzono na skróty przez wszelkie kontrole. 

Mój pierwszy timorski autostop - z grupą wracających z plaży nastolatków.
W ten to sposób znalazłam się na Timorze 1,5 godziny wcześniej niż miałam w planach, na dzień dobry nadziewając się na czterech Słowaków. Zaskoczenie, bo Timor Wschodni nie jest kierunkiem turystycznym, a tu jeszcze Bracia Słowianie. Chłopcy zabrali mnie do swojej taksówki, proponowali też że mogę zamieszkać z nimi, bo mają wolne miejsce w pokoju, ale powiem szczerze – zamiast mieszkać w dobrym pokoju, wolę swojski „backpacker hostel” (chyba jedyny w mieście), z towarzystwem obieżyświatów z różnych krajów. W ten to oto sposób płacąc 12 dolców dziś śpię na piętrowym łóżeczku w 12-osobowym dormitorium, ale ogólnie w pokoju mamy puchy – poza mną jest jeszcze tylko Japończyk i Australijczyk.

No dobra, a jak miasto, czyli Dili (stolica)? Szczerze mówiąc to jedna z brzydszych stolic, jakie znam. Położona ładnie, nad zatoką morską, zabudowana niskimi domami (najładniejsze budynki to ambasady różnych krajów i całkiem elegancki pałac prezydencki), ale całość sprawia wrażenie prowizorki – tak bez ładu i składu. Na dodatek trudno się zorientować gdzie się jest, bo nie ma żadnych nazw ulic. Są za to różne billboardy - że Timorczycy muszą razem patrzeć w przyszłość (trąci nieco komunizmem), albo uświadamiające - o naturalnym planowaniu rodziny (to kościelne), czy że panująca tu denga - może zabić (nie ma na tę chorobę żadnego zabezpieczenia). A jak ludzie? Ano świetni! Bardzo komunikatywni, otwarci, sami zagadują, chcą wspólne fotki. 

W ramach oglądania tutejszych atrakcji pojechałam kilka kilometrów za miasto zobaczyć wielkiego Chrystusa, który podobnie jak ten w Rio (ten z Rio ma ponad 30 metrów, ten stąd – 27 metrów) ma błogosławić miastu. Jakby nie było zdecydowana większość społeczeństwa to katolicy. Ledwo mogłam „zdobyć” wzgórze z Chrystusem, bo ciągle mnie ktoś zaczepiał, prosząc o wspólne zdjęcia. Również na powrocie – wracałam „stopem” i załapałam się na pick-upa wiozącego młodzież wracającą z plaży – całą drogę pokonaną z nimi na „pace” spędziliśmy na przystrykaniu wspólnych fotek. 

Plaże w okolicach Dili.A co do plaży, to ładne tu mają… Co ważne – kobiety,  w tym już młode dziewczyny, nie paradują w kostiumach kąpielowych, tylko kąpią się w koszulkach i krótkich, a często nawet i w długich spodniach. Swoją drogą nie brak tu naprawdę ładnych dziewczyn! Z kolei faceci widać że dużą wagę przykładają to tężyzny fizycznej. Mnóstwo z nich ćwiczy, biega, więc pewnie nie na darmo jedną ze sztandarowych imprez wyspy jest styczniowy maraton. 


Świeżo zrobiony sok z awokado, z dodatkiem czekolady :).
Gdzie jeszcze byłam? W katedrze. Ponoć jest to największa katedra katolicka w południowo-wschodniej Azji, i jak się okazało – na popołudniowej, niedzielnej mszy św. – pełna. Zostałam na mszy bo świetnie śpiewają – aż miło było słuchać. Z zaobserwowanych spraw – w gronie ministrantów jest tu tyle samo chłopców, co dziewczyn!
A na koniec dnia poszłam na tzw. Waterfront, czyli nabrzeże, gdzie ponoć wieczorami przychodzą tłumnie lokalesi. Dzisiaj nie przyszli, bo się rozpadało. Zmokłam do suchej nitki, bo oczywiście kurtkę zostawiłam w hostelu. Na poprawę nastroju poszłam sobie do lokalnej knajpki gdzie co prawda z menu nic nie zrozumiałam, ale trafiłam dobrze – na ryż z warzywkami. W ramach rozszyfrowywania lokalnych nazw wzięłam sobie do tego jeszcze soczek figurujący pod tajemnicza nazwą „Albooat”. Pani nie umiała wytłumaczyć o jaki owoc chodzi – dopiero później okazało się żę to zmiksowane awokado z dodatkiem… czekolady. 


1 grudnia, jakaś wioska bez nazwy, w okolicach miasteczka Maubesse (Wschodni Timor)
Biwak przy wiosce

timore1.jpgAle w fajnym miejscu dziś biwakuję! Wypatrzyłam tę wioskę z drogi – stałam usiłując złapać stopa, lało jak z cebra, nic od 40 minut nie jechało (nawet jeden samochód), a tymczasem była już 16-ta, więc stwierdziłam, że właściwie to zamiast myśleć o stopie, powinnam wyczaić jakieś miejsce do spania.  Namiocik (mój ukochany North Face ważący 1 kg!) mam ze sobą, śpiwór i Therma-rest też, tak więc jestem z noclegami zupełnie niezależna. W każdym razie widniejące na szczycie stożkowe dachy pokryte strzechą sugerowały że jest to wioska tradycyjna. I rzeczywiście tak jest.

Właściwie to trudno nazwać to wioską. Mieszka tu jedna rodzina – małżeństwo w moim wieku z dwanaściorgiem (!) dzieci. Nie mają bieżącej wody (noszą ją w kanistrach z miejsca odległego o mniej więcej kilometr), gotują na rozpalonym w kuchni ognisku-palenisku, prąd niby jest, choć jego wykorzystanie ogranicza się do dwóch słabiutkich żarówek, telewizji i innych urządzeń elektrycznych – brak. Pan domu pracuje w szkole jako nauczyciel wf-u – do pracy ma 12 km które pokonuje na piechotę! Pani domu zajmuje się dzieciarnią i obrabia przydomowe poletka (głównie z fasolą). A co w tym wszystkim najważniejsze – nikt z nich nie narzeka na swój los, wręcz przeciwnie. Są szczęśliwi bo mieszkają w ładnym miejscu, z widokiem na całą okolicę, nic więcej od życia nie oczekują, cieszą się tym co mają. Podobnie dzieciaki – nie mają właściwie żadnych kupnych zabawek, bawią się tym co mają dookoła – kamieniami, patykami, chłopcy porobili sobie proce. Starsze rodzeństwo zajmuje się młodszym i widać że jest między nimi niesamowita więź. 
 
timore2.jpgMimo problemów językowych, dość szybko się zaprzyjaźniliśmy. Zaprosili mnie do spania w domu, ale dobrze wiem, że w namiocie wyśpię się lepiej. Ale z kurtuazyjną wizytą (no i nie powiem – pchana ciekawością) do ich chaty jednak poszłam. Na szczęście miałam na tablecie trochę różnych fotek – z Everestu, Papui, no i z Polski – byli zachwyceni oglądaniem. W zamian ugościli mnie timorską kawą i kolacją – ryżem z jakąś „trawą” (bliżej nie określona zielenina). 

A właśnie, co do lokalnej kawy. Timor z niej słynie, bo górzyste wnętrze wyspy i związane z tym warunki klimatyczne, sprzyja uprawom. Serwuje się ją na słodko, często z dodatkiem dużej ilości słodkiego, skondensowanego mleka, co tworzy swoisty „ulepek”. W chacie u rodzinki kawa była bez mleka, słodzona normalnym cukrem. Co do cen to w lokalnej knajpce zapłaciłam za kawę 50 centów – śmiesznie tanio.
Niestety, to co się dzisiaj nie udało, to transport. Fakt, trochę za późno wstałam, bo nie przestawiłam wczoraj zegarka (w stosunku do Bali na Timorze jest +1 godzina), czyli zamiast o 6, wstałam o 7-mej, potem się trochę grzebałam, ale nie zmienia to faktu, że z transportem nie jest tu łatwo. Początkowo zakładałam że powinnam wystartować z jakiegoś dworca mikroletów (busików), ale okazało się, że gdzie tam – najlepiej stać w określonym miejscu (znaku żadnego nie ma) na drodze wylotowej  z miasta. W każdym razie ostatecznie nie jechałam żadnym mikroletem tylko ciężarówą, na pace z lokalsami. Oprócz „ładunku ludzkiego” pakę wypełniały jeszcze liczne kartony, torby, worki, zgrzewki napojów, dwa kurczaki i jedna koza. Koza była biedna, bo się nie miała czego trzymać, więc na zakrętach rzucało ją od jednej „burty” ciężarówy do drugiej.

W końcu po 3 godzinach dojechaliśmy do miasteczka będącego końcem kursu, tylko że zaraz potem okazało się że to wcale nie Maubesse, gdzie myślałam że jedziemy, a położone dużo bliżej  Au… coś tam. Czyli w te 3 godziny zrobiliśmy 40 km!!! Fakt, droga była fatalna, z dołami, wąska etc., ale mimo wszystko. 

timore12.jpgNo cóż, obejrzałam sobie lokalny bazarek, za 1,5 dolca w mocno syfiastej lokalnej spelunce zjadłam rosół z ryżem i kurczakiem, potem podeszłam jeszcze do pomnika zabitych w czasie II wojny światowej aliantów, aż w końcu stwierdziłam, że dobra, trzeba ruszać dalej. Jak na złość widoków na to, że przyjedzie jakiś normalny środek transportu nie było żadnych, tak więc postanowiłam stopować. Nie czekałam długo – zatrzymała się ciężarówa wioząca piasek na budowę. Podjechaliśmy z 15 km i – trzeba było wymieniać koło. Pół godziny w plecy. Potem się rozpadało. Ale jak! Ledwo było coś widać, co przy tej wąskiej drodze i braku barierek chroniących przed wjazdem w przepaść, za fajne nie było.  Na dodatek kierowca i tak do interesującego mnie Maubesse nie dojeżdżał – wysadził mnie wcześniej. To właśnie było to miejsce gdzie utknęłam na dobre i w końcu postanowiłam szukać miejsca na biwak.

Bilans drogi? Przez cały dzień przejechałam 65 km!!! Rany, w takim tempie to przez 2 tygodnie nie objadę tego w sumie małego przecież państewka! I jeszcze ta deszczowa pogoda! Teraz też grzmi, choć nie pada. Może burza przejdzie bokiem, bo w namiocie to akurat żadna frajda.

2 grudnia, Maubisse – Dili (Timor Wschodni)
Tam gdzie ryż rośnie

Uff, ale gorąco! Wieczór, ale termometr wskazuje 30 stopni, a ja dosłownie płynę (w kontekście pocenia się). A znajomi  z Polski donoszą że w kochanej Ojczyźnie minus 7. Żeby tak wypośrodkować. No i te cholerne komary stąd zabrać.
Wróciłam do Dili. Niestety, dotarło do mnie, że pętla którą chciałam zrobić po Timorze jest w ciągu kilku dni po prostu nierealna do przejechania. Ten transport tutaj, przynajmniej w rejonach górskich jest po prostu koszmarny, no a ja pojutrze mam wylot. Mimo to, dzień był bardzo udany. 

Obudziło mnie o 4.30 (!) pianie koguta! Na półtorej godziny przed moim budzikiem. Nie to, żeby zapiał sobie raz – piał tak z kwadrans, jakby się upajał głosem ze swojego dzioba. Obiecałam i sobie, i jemu, że jak tylko będzie okazja zamówić pieczonego kurczaka, to w odwecie na pewno to zrobię!

Kiedy kilka minut po 6-tej wywlokłam się z namiotu, zaciekawione dzieciaki już na mnie czekały. Poszliśmy razem pooglądać widoki, a potem wspólnymi siłami (bo dzieciarnia bardzo chciała pomagać) zwinęliśmy mój namiocik. Wkrótce pojawiła się mama, a zaraz po niej – Franciszek, gospodarz, i nie było zmiłuj się – trzeba było pójść do chaty na kawę ze świeżo wypieczonymi, domowymi bułkami. Gospodarze byli co prawda lekko zawstydzeni, że nie posiadają nic do bułek, ani masła, ani dżemu (to naprawdę biedna rodzina – nie stać ich na takie delikatesy), ale wytłumaczyłam im, że i tak jestem im ogromnie wdzięczna. Tak na marginesie to dzisiaj dokładniej obejrzałam sobie chatę (wczoraj było trochę przyciemno). W rogu izby mają kapliczkę z Matką Boską, na pozostałych ścianach są wycinki prasowe z piłkarzami (to pewnie ze względu na gospodarza), jakieś aktorki (to pewnie dziewczyny) i flaga timorskiej partyzantki z czasów walki z armią indonezyjską. 

Bardzo polubiłam tę rodzinkę. Głupio mi było, bo na pożegnanie dzieciaki chciały całować mnie… w rękę. Najstarsze poszły mnie odprowadzić do drogi, tym bardziej że i tak musiały iść po wodę (kwadrans drogi w jedną stronę, z powrotem, z baniakami pod górę). 
Przy  drodze postałam sobie trochę, ale że nic nie jechało, to postanowiłam pójść do miasteczka (Maubisse) na piechotę. Fajnie się szło, bo w dół, przez lasy kawowe (faktycznie kawowe zarośla mają tu po kilka metrów wysokości i rosną w sumie zupełnie dziko), z przystankiem przy kilku chatach ze skupiskiem grobów.  Tu tak chowają. Owszem, są normalne cmentarze, ale na wsiach robi się groby obok domów. Łażą po nich psy, dzieciaki siadają sobie na krzyżach… Na pewno w tym wydaniu nie jest to smutne miejsce.

W Maubisse nawet dość szybko złapałam powrotnego pick-upa. Tym razem nie ciężarówę, tylko właśnie zwykłego pick-upa, z ławeczkami na maks 12 miejsc siedzących. Ale nie tutaj. Ruszyliśmy w składzie 20 osobowym, aby po drodze jeszcze pasażerów dobierać. Szczerze mówiąc za każdym razem gdy ktoś się dosiadał wydawało mi się, że nie ma siły – nie ma miejsca na kolejne osoby. Ale kiedy dobiliśmy do 26 i kierowca dalej dobierał, zrozumiałam że tutejsze samochody są jakby z gumy. Poza tym nie ważne że podróż trwa kilka godzin – kozy można wsunąć pod ławki, dzieci upchnąć na podłodze, dorośli faceci mogą trzymać się rusztowania (w razie deszczu zakłada się na nim plandekę) i wisieć w połowie poza autem… 

timore3.jpgNie wiem ile w końcu osób załadowano, bo nagle moim oczom ukazały się śliczne tarasy ryżowe i kryte strzechą chatki. Decyzja była błyskawiczna – wysiadam! Kierowca i współpasażerowie nie mogli się nadziwić, że jak to, przecież to „zwykłe” pola ryżowe, no ale dla mnie było tam po prostu bajkowo. 

Chodzenie po tarasach okazało się pewnym wyzwaniem, bo groble oddzielające poletka są wąskie i dość niepewne konstrukcyjnie, a wpaść w ryżowisko nie zamierzałam, m.in.  ze względu na ryzyko schistosomatozy (chodzi o wnikające pod skórę ślimaczki drążące sobie potem w naszym ciele kanaliki). W sumie warto było się zatrzymać. 

A potem znowu była jazda… Tym razem w prawie pustej ciężarówce (oprócz mnie tylko 5 osób, w tym paląca papieros za papierosem babcia z kozą na sznurku. Co do palenia, to strasznie dużo osób tu pali, poczynając od nastolatków którzy u nas przynajmniej by się kryli. Teraz dla odmiany na pace było głośno (ustawione na full głośniki z których płynęło lokalne disco polo) i adrenalinowo, bo kierowca jechał ze sporą fantazją. Mimo że droga nie miała nawet stumetrowego odcinka prostego, po prostu zakręt po zakręcie, a niektóre to naprawdę mrożące krew agrafki, facet jechał na zasadzie: gaz do dechy, hamulec do dechy i tak na zmianę, włączając w to przed zakrętem jeszcze donośny klakson. Zwolnił nieco dopiero jak dojechaliśmy do miejsca wypadku – kilka godzin wcześniej na zakręcie właśnie zderzyły się dwie ciężarówy (towarowe, bez pasażerów), po czym obie runęły w kilkudziesięciometrową przepaść. Zrobiło się z tego koszmarne „widowisko” – wszyscy stawali i „podziwiali”, zażarcie komentując, żartując, śmiejąc się. Mnie tam wcale do śmiechu nie było – myślałam o tych kierowcach (zginęli) i ich rodzinach, a także o tym by dojechać szczęśliwie do Dili. 

Na końcówce drogi do Dili dosiadła się jeszcze sympatyczna dziewczyna mówiąca trochę po angielsku. Wychodzi na to że marzeniem każdego młodego Timorczyka jest… uciec z wyspy. Najlepiej do Australii lub Europy. Tutaj perspektywy są kiepskie – problemy z pracą, a nawet jak się ją znajdzie, to przeciętne zarobki wynoszą 150-200 dolarów miesięcznie. Duża część społeczeństwa wciąż nie umie pisać, a poza językiem Tatum (timorski), żadnego innego nie znają (oficjalnie w szkołach uczą się indonezyjskiego, portugalskiego i francuskiego, ale poziom jest raczej kiepski). 

timore16.jpgW Dili nawet myślałam o tym żeby jeszcze gdzieś za miasto wyjechać i sobie przebiwakować pod namiotem, ale zwyciężyła chęć skorzystania z internetu i jutrzejszej wycieczki „na lekko”, bez plecaka z całym ekwipunkiem. Zanim pojechałam do hostelu, poszłam jeszcze na bazar. Kupiłam sobie awokado (dolar za 5 sztuk) i kiść bananów (takie małe, bo ponoć im mniejsze tym lepsze smakowo). Namawiano mnie jeszcze na arak (lokalny bimber z palmy), jedynie dolar za litr, ale nie jestem fanką tego trunku (swoją drogą w przewodniku jest ostrzeżenie, że zdarzały się przypadki śmierci i utraty wzroku po tym specyfiku). 

A w hostelu najpierw przywital mnie Achilles! Tak nazywa się tutejsze psisko, głupie strasznie, ale z takim wyrazem pyska, że trudno go nie lubić. Na drzwiach dormitorium w którym mam łóżko jest kartka by zamykać drzwi, bo Achilles kradnie różne rzeczy, a potem przerabia je na wióry. Co do złodziejskich zwierząt, to przypomniało mi się, że jak byłam na Bali (3 dni temu) w Małpim Gaju, to małpa, która wskoczyła mi na głowę, bawiła się moim uchem. Delikatnie, nawet przyjemne to było. Dopiero potem zrozumiałam jaki cel miał małpiszon – z ucha zniknął mój kolczyk  :).
 


3 grudnia, Dili – Bacau – Dili
Dzień fajnych ludzi

Do Bacau, drugiego co do wielkości miasta Timoru Wschodniego, przyciągnął mnie przeczytany w przewodniku opis tamtejszego „starego miasta”. Naiwnie wyobraziłam sobie całą dzielnicę kolonialnych domów, sympatyczne kafejki etc. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna, o czym za chwilę. W każdym razie warto było pojechać – choćby dla ludzi których dziś poznałam.

timore10.jpgNa dworzec mikroletów (zapchane busiki) pojechałam razem z parą poznanych w hostelu Szkotów. Jazda z Dili do Bacau to plus minus 3 godziny, czyli w stosunku do mojej górskiej wycieczki – super Express, bo choć to dystans 120 km (przypomnę – w górach 70 km jechałam cały dzień!), drogi w tej części kraju są w miarę dobre (nie to żeby nie było dziur – są, ale mniej, no i nie ma aż takich serpentyn i przepaści). Do Baca .. nie dojechałam – z racji tego że wyczytałam że po drodze, w miasteczku La… jest najładniejszy na Timorze kościółek, wysiadłam by go zobaczyć. Kościółek jak kościółek – w stosunku do naszych, polskich nic nadzwyczajnego, no ale tutaj o tyle ważny że jeszcze z czasów portugalskich. 
Gorzej, bo jak wysiadłam, to zrobił się kłopot, by ruszyć dalej. Stałam przy drodze, stałam, a tymczasem nic nie jechało. Aż nagle z bocznej drogi, od kościółka, wyjechał załadowany pick-up z wesołą ferajną na pace. Okazało się że to ekipa… z kościółka. Weseli, wyluzowani młodzi ludzie w t-shirtach, w tym jedna, mówiąca po angielsku dziewczyna, w której od razu wyczułam bratnią duszę. W trakcie kolejnej godziny jazdy wyjaśniło się, że przystojniak za kierownicą to ksiądz, dziewczyna o imieniu Joanna to misjonarka z Portugalii (w samochodzie była jeszcze druga misjonarka – Australijka), a reszta to klerycy, kolejni księża i misjonarze. 

timore8.jpgJechali na piknik na plażę, a że zaprosili by się do nich przyłączyć, to specjalnie się nie broniłam. Nie dla jedzenia – to naprawdę fajni ludzie. No i dzięki nim „odkryłam” śliczne miejsce – dziką plażę na której jedyną osobą był stary rybak naprawiający sieci, no i te lazurowe morze w kontraście z białym piaskiem i bujną zielenią. Niestety, ze względu na konieczność powrotu do Dili, nie mogłam z nimi posiedzieć dłużej – portugalski Padre z Joanną odwieźli mnie do miasteczka, opowiadając przy okazji różne ciekawe historie. Na przykład o tym, że niezależnie od utożsamiania się z kościołem katolickim, nadal wiele osób czci bóstwa natury, a noszony na szyi krzyżyk czy różaniec to niekoniecznie symbol wiary, ale sposób na odganianie złych duchów. Podobnie zresztą z trąbieniem na drodze - na ogół jest to rzeczywiście zwrócenie uwagi innych kierowców, rodzaj ostrzeżenia, ale nierzadko trąbi się właśnie żeby odgonić te złe duchy (dotyczy zwłaszcza miejsc gdzie ktoś zginął). I jeszcze co do plaży - okazuje sie że tu na plażach są krokodyle! I to nie ma z nimi żartów, bo to z gatunków tych niebezpiecznych, mających po kilka metrów długości (5-6 to normalka). Ponoć w ubiegłym tygodniu kogoś zjadły. A ja pierwotnie miałam pomysł, by rozbić się na plaży! 
Swoją drogą to krokodyle są tu zwierzakami "świętymi". Wiąże się to z legendą o pochodzeniu Timorczyków - że jakoby ich grand-grand-grand pradziadkiem był właśnie krokodyl, a jak tłumaczył portugalski Ksiądz - kto by się odważył zabić pradziadka? Przywiązanie do krokodyli jest tu do tego stopnia istotne, że nawet kszatłt ktraju porównuje się do tego gada. 

timor blogowy.jpgPo powrocie do miasteczka lunęło! Strasznie lunęło, a właściwie to przyszła straszna burza, którą przeczekałam w poportugalskiej posadzie (rodzaj eleganckiego, drogiego hotelu). To właśnie jeden z tych kolonialnych budynków jakie ostały się w Becau - jednym z dwóch (!) jakie się doszukałam (jeśli nawet są inne, to w ruinie). Rozczarowana starówką postanowiłam pocieszyć się filiżanką timorskiej kawy, co było dobrym pomysłem, bo w kafejce spotkałam Szkotów. Trochę się zagadaliśmy, ale zakładałam że skoro jest dopiero 16-ta, to spokojnie będzie jeszcze mnóstwo busików do Dili. Gdzie tam - lokalesi życzliwie poinformowali mnie, że nie będzie żadnego - najbliższy dopiero następnego dnia. Zmroziło mnie, bo jak to następnego dnia, następnego dnia to ja muszę z Dili wylecieć. Ileś osób mnie zapewniło, że szans na transport nie mam żadnych, no ale od czego stop! Pierwszy samochód jaki się zatrzymał jechał... do Dili właśnie. W środku dwóch braci - Hugo i Carlos, miłe chłopaki pracujący przy rozwożeniu worków z ryżem. Musieliśmy jeszcze zawieźć ryż w jedno miejsce, a potem już w długą do stolicy. Jak już dojechaliśmy mówiłam im, że niech mnie zostawią gdziekolwiek, ale gdzie tam - choć nie było im po drodze, dowieźli mnie praktycznie pod sam hostel. I jak tu nie lubić Timorczyków? 

4 grudnia, w samolocie z Dili (Timor Wschodni) na Bali (Indonezja)
Pożegnanie z Timorem

Pracowite przedpołudnie miałam.  Wstałam o 6-tej, uznając że trzeba ten ostatni już dzień na Timorze dobrze wykorzystać. Na dzień dobry pognałam do latarni morskiej, potem sesja zdjęciowa rybaków wracających tradycyjnymi łódkami  z morza, muzeum ruchu oporu przeciw indonezyjskim okupantom (brak prądu w całym mieście, czyli w efekcie – światła, sprawił, że niewiele mogłam poczytać) i na koniec wystawa „Chaga!” (po portugalsku: „Stop! Nigdy więcej!) w dawnym więzieniu (też chodzi o indonezyjskie represje). W ciągu czterech lat indonezyjskiej okupacji populacja Timoru Wschodniego zmniejszyła się o 23% - w 1974 roku liczba ludności tego państwa liczyła 653 211 osób, podczas gdy w 1978 już tylko 498 433.

Do hostelu wróciłam… stopem. Zapytałam na ulicy jakiegoś chłopaka o drogę, a on zamiast mi tłumaczyć co i jak, wsadził mnie na motor i przywiózł na miejsce. I pewnie utrwaliłby moją niesamowicie dobrą opinię o Timorczykach, gdyby nie kierowca taksówki wiozącej mnie na lotnisko. Ten z kolei wziął ode mnie kasę, miał mi wydać resztę, ale nie wydał – zatrzasnął drzwi i z piskiem opon odjechał. Chodzi o kilka dolców – przeżyję, ale niesmak pozostał. Szkoda, tylko że tego typu ludzie się nie zastanowią, że jedna sytuacja może popsuć coś, na co długo pracowali inni.



Kolejny dzień, Bali (Indonezja)
O kawie z kupy i małpie na głowie

No cóż,pozwoliłam sobie wejść na głowę :)Super udany dzień. To dzięki Karolinie (pisałam o niej dzień wcześniej), która załatwiła mi na dzisiaj samochód z kierowcą. 

Wprawdzie główny cel wyjazdu – Kintamani, czyli położone u stóp wulkanu malownicze jezioro widziałam tylko… na pocztówkach (jak tam przyjechaliśmy lało i nic kompletnie widać nie było) ale wycieczka po wyspie i tak była pełna wrażeń. Pooglądałam sobie  urokliwe tarasy ryżowe (niestety, tam też akurat lało), w jednym z licznych tutaj „Małpich Lasów” pofotografowałam „krewniaków” (jeden z kolegów-makaków bez krępacji wskoczył mi na plecy i następnie usiadł na głowie). Przy małpach był też cmentarz (to że małpy siadają tu sobie na nagrobkach, nikogo nie dziwi). Większość mieszkańców Bali to hinduiści, tak więc po śmierci są kremowani. Problem jednak w tym, że kremacja jest bardzo droga i wiele rodzin na nią tak od razu nie stać. W takim przypadku zmarłego chowa się do ziemi „na Nagrobki oczekujących na kremację. Widoczna swastyka nie ma nic wspólnego z nazizmem - to jeden z tradycyjnych symboli hinduizmu.przeczekanie” (stąd te nagrobki), a jak rodzina kasę na ceremonię kremacyjną uzbiera, wtedy dopiero wykupuje się resztki nieboszczyka i się go spala. A co do różnych, szokujących może niekiedy zwyczajów (już niepogrzebowych), to odbywają się tu walki kogutów. Ptakom przypina się do łapek ostre jak brzytwa ostrogi no i zaczyna się pojedynek. Oczywiście to rozrywka dla miejscowych, bo turystom raczej nikt się tym nie chwali.

No i jeszcze kawa! Na Bali uprawia się kawę m.in. w odmianie balijskiej (taki gatunek, bo kawa „arabica” też tu rośnie), ale najsłynniejsza to ta zwana „Luwak Coffee”. W tym wypadku nie chodzi o jakiś gatunek krzewów – kluczem do sukcesu, wyjątkowego zdaniem koneserów smaku, są cywety, sympatycznie wyglądające zwierzaki, które dojrzewające owoce kawy zjadają, no i oczywiście też je wydalają. Na to tylko czekają ludziska – odchody są zbierane, potem czyszczone, tak by odzyskane ziarenka (uprzednio w przewodzie pokarmowym Tak wygląda cyweta, co ziarna kawy lubi jeść.cywet odpowiednio fementujące) móc wyłuskać i uprażyć. Cały proces przygotowywania takiej kawy odbywa się ręcznie i wymaga czasu, co wpływa na ostateczną cenę kawy Luwak Kopi – około 500 dolarów za kilogram! Linda, młoda dziewczyna której rodzina zajmuje się kawowym biznesem, tłumaczyła mi, że ich plantacja jest już jedną z nielicznych, gdzie pozyskiwanie takiej kawy odbywa się zgodnie z tradycyjnym sposobem. Czyli że owszem, jest kilka cywet zamkniętych w klatkach, żeby można je było pokazać turystom, ale tak naprawdę to bazuje się jednak na cywetach żyjących dziko, bo tylko to daje gwarancję jakości pitej potem kawy. Problem w tym, że dieta zwierzątek jest bardzo zróżnicowana – na ogół jedzą różne owoce, a kawę raczej rzadko, wybierając przy tym najlepsze, najbardziej dojrzałe ziarna. Tymczasem na coraz liczniejszych plantacjach żeby uprościć wyszukiwanie wydalonych ziaren, cywety trzyma się w niewoli, narzucając im dietę, dla zwiększenia zysku opartą głównie na owocachTarasy ryżowe w okolicach Ubud.krzewów kawowych. Tylko że wtedy nie zawsze są to ziarno najlepszego sortu, nie mówiąc o tym, że więzienie cywet też nie zasługuje na pochwałę. A jak smakowo ta kawa, za przeproszeniem - z kupy? Ja akurat smakoszem kawy za bardzo nie jestem, więc okej, dobra była, ale powiem szczerze – najbardziej smakowała mi zwykła kawa balijska z dodatkiem kokosa. Ale jak już się na Bali przyjedzie – kawę Kopi Luwak na pewno warto, choćby i z ciekawości kupić.

Back to top