W sercu Afryki - cz. I
Hits: 6541

 BURUNDI - RWANDA - UGANDA + WYPAD DO KONGA

Poniższy dziennik to opis pilotowanej przeze mnie wycieczki (lipiec 2009 r.). Trasa: trudna, polecana wyłącznie tym, którzy biorą pod uwagę co znaczy prawdziwa Afryka, gdzie turystyka nie jest jeszcze przemysłem, a białych nie spotyka się zbyt często.

Chcącym powtórzyć tę trasę uprzedzam, że bardzo intensywny program zmusza do pobudek o świcie i spędzania wielu godzin w busie pokonującym może nie długie, ale czasochłonne dystanse na drogach pełnych wertepów. Co w zamian: satysfakcja, że nie ogląda się turystycznej "cepelii" tylko zakątek świata w którym wciąż tyle jest do "odkrywania". Mnie w każdym razie bardzo się podobało.

 
14 lipca
Bujumbura (Burundi)


No i jesteśmy w Burundi. Możemy podśmiewać się, że w Afryce nie wiedzą gdzie leży Polska, ale jestem pewna, że większość naszych rodaków nie ma pojęcia, że istnieje coś takiego jak Burundi. A już jak mówiłam komuś, że dokładniej to lecę do Bujumbura (czytaj: Budżumbura), to niektórzy byli pewni że się z nich nabijam. :-)

burundi- flaga.jpg W każdym razie wyjaśniam: Burundi to takie małe państewko (niecałe 28 tys. km kw, czyli w terytorium Polski zmieściłoby się 11 takich Burundi), pomiędzy Rwandą, Tanzanią i Kongiem (Demokratyczną Republiką Konga). Bujumbura to z kolei tutejsza stolica. Turystów tu ogólnie jak na lekarstwo, a biali, których się z rzadka widzi, to przeważnie ludzie z ONZtu i różnych organizacji pomocowych. Brak zainteresowania turystów tym zakątkiem Afryki widać choćby po liczbie stron poświęconych Burundi w przewodniku „East Africa” - mojej ulubionej serii Lonely Planet. No więc razem z mapkami miast jest tam bite SIEDEM stron (dla porównania o Tanzanii jest prawie 300). Inna sprawa że tym razem w Lonely Planet w ogóle się nie wysilili – informacje są bardzo po łebkach, a w rzeczywistości jest tu jednak więcej do oglądania niż opisano w przewodniku.

b-lotnisko.jpg Przylecieliśmy porannym lotem (po całonocnej podróży i dwóch przesiadkach), zdziwieni że nawet nikomu nie zginął bagaż, mimo że w Nairobi było bardzo mało czasu na jego przeładowanie. Hotelik okazał się nawet w porządku – jak podobne będą dalej, to jest szansa, że może tym razem obędzie się  bez pogryzienia przez pchły (to traumatyczne wspomnienia z Etiopii). Inna sprawa że w Etiopii jeździłam na własną rękę, czyli moje noclegi były raczej hardcorowe, a tutaj jestem jako pilot grupy, co oznacza że hotele z założenia są jak dla „białych ludzi”.

Jeżdżenie z grupą ma ten plus, że mam do dyspozycji samochód i przewodnika, choć to określenie mocno na wyrost, bo mój „przewodnik” nie jest wcale stąd, tylko z Konga i szczerze mówiąc nie wiele wie. Dużo lepszym źródłem informacji jest kierowca – sympatyczny facecik z plemienia Hutu (czyli tego, które w Rwandzie wymordowało milion ludzi z grona konkurencyjnych Tutsi). Mogę mieć tylko nadzieję, że nasz dobroduszny kierowca trzymał się od tych makabrycznych historii z daleka.

burundi-tanganika.jpg Zwiedzanie zaczęliśmy od wyjazdu nad jezioro Tanganika, nad jedną z ładniejszych plaż w tym rejonie - Sega Beach. Miejsce całkiem ładne – biały, drobny piasek, w miarę czysto, no i bajkowo niebieskie jezioro, które tutaj nazywają morzem. Mieliśmy przepłynąć się po Tanganice łódeczką, ale wysoka fala sprawiła, że plany diabli wzięli i mogliśmy co najwyżej popatrzyć na jeziorko i skaczące przez fale dzieciaki. Przy okazji grupa zjadła też obiad, bo przy plaży jest naprawdę przyzwoita knajpka z basenem z małym krokodylem i klatką z pytonem.

burundi - mauzoleum.jpgNastępnym punktem programu było mauzoleum Louisa Rwagasore, burundyjskiego bohatera narodowego i zarazem premiera, zastrzelonego przez Belgów w 1961 roku. Dokładniej to w jednym z hoteli strzelił do niego Grek wynajęty przez belgijską Chrześcijańską Partię Demokratyczną – bardzo skomplikowana historia (było to pod koniec okresu, kiedy Burundi było belgijską kolonią). Mauzoleum to grób plus wielki pomnik w kolorach narodowych Burundi (czerwony, biały, zielony), ale okazało się że nie możemy podejść zobaczyć go z bliska, bo pojawili się żołnierze z karabinami na poszarpanych sznurkach (naprawdę!) i powiedzieli, że bez specjalnego zezwolenia rządowego nie da rady. To jakaś bzdura, bo nic tam w sumie nie ma, a zamiast promować jakieś ciekawe dla turystów miejsca, robi się tu wszystko, aby udowodnić, że nie ma co oglądać. No ale skoro już przyjechaliśmy (mauzoleum jest kawał drogi od centrum) to zrobiliśmy spacerek wzdłuż płotu, dzięki czemu odkryliśmy że najlepszy widok na ten obiekt jest zza ogrodzenia, od tyłu.
 
Potem było 15 km jazdy po pełnej wrażeń drodze. Tzn. jeśli nie liczyć wielkich dziur, to droga jak droga, ale co chwila albo stado rogatego bydła (a rogi tutejsze krowiny mają naprawdę potężne), albo facet na rowerze obwieszonym kiściami bananów. Co do bananów to widać było głównie małe, zielone, służące do wyrobu kasiksi, czyli wina bananowego. A, i jeszcze odnośnie rowerów. Zapytałam dlaczego nie widać na rowerach kobitek. Okazało się, że powszechnie się tu uważa, że od jazdy na rowerze dziewczynka może stracić dziewictwo, a to cecha przy zamążpójściu praktycznie niezbędna. Z kolei paniom, które problem dziewictwa mają rozstrzygnięty, nie chce się już uczyć techniki opanowania jednośladu, więc utarło się, że rower to jednak męska zabawka.

burundi - livingstone.jpg Celem naszego rajdu po peryferiach był „kamień Livingstona”. Potężny głaz ze stosowną tablicą wyznacza miejsce spotkania Davida Livingstona – słynnego brytyjskiego (a raczej szkockiego) podróżnika, z ekspedycją dowodzoną przez Henry`ego Stanleya. Wcześniej Livingstona uznano za zaginionego, tak więc zadaniem Stanleya było odnalezienie ziomala. Udało się ponoć właśnie tutaj, nad Tanganiką, 25 listopada 1871 roku. Podczas spotkania Stanley jako typowy angielski dżentelmen, pamiętając że panowie nigdy wcześniej nie zostali sobie przedstawieni, wypowiedział słynne, słowa: -Dr Livingstone, jak mniemam? Oczywiście dobrze wiedział, że to Livingstone – w okolicy nie było żadnego innego Europejczyka, ale widać uznał, że nawet radość z sukcesu ekspedycji nie może przesłonić dobrych manier. Tak na marginesie jest jeszcze jedno miejsce, gdzie opowiada się tę samą historię - też nad Tanganiką, ale po stronie tanzańskiej. Szczerze mówiąc to na mojej mapie właśnie tanzańskie jest opisane jako autentyczne.

burundi - plakat.jpgW końcu wróciliśmy do miasta. Bujumbura nie należy do najpiękniejszych miast świata – panuje tu typowy afrykański chaos, nie widać żadnej idei architektonicznej, za to jest dużo hałasu i ruch na drogach. Co do komunikacji to jeździ się tu głównie mikrobusami albo motorkami pełniącymi funkcję taksówek. Drogi obsadzane są flamboyanami (tulipanowcami afrykańskimi od swojego pomarańczowego kwiecia nazywanych „drzewami płonącymi”), ale teraz już są po przekwitnięciu, więc nie robią wrażenia. Najciekawsze są w sumie billboardy. Mnie najbardziej w pamięci zapadł taki z młodymi ludźmi, bronią i krzyżami. Napis w kurundi (lokalny język) przekonywał że wojna domowa już się skończyła, że teraz trzeba żyć w pokoju i w związku z tym powinno się oddać broń. Posiadanie broni ukrytej w domach jest tu ponoć powszechne.

Ostatnim punktem programu miał być pokaz gry na bębnach. W międzyczasie okradziono jednego z moich uczestników, choć szczerze mówiąc poniekąd na jego własne życzenie, bo noszenie grubej kasy na wierzchu w kieszeni koszuli to jednak nie za dobry pomysł. Dzięki szybkiej akcji polegającej na złapaniu złodzieja za rękę, udało się odzyskać część pieniędzy, ale jak widać, uważać trzeba (i nie prowokować).

burundi- bebny.jpg A co do bębnów, to było naprawdę super! Fakt, trzeba było długo czekać, bo chłopaki musieli się zebrać - przyjechać ze swoich domów i poprzebierać się w tradycyjne ciuchy przypominające flagę narodową. To w sumie amatorzy, ale trzeba przyznać, że są dobrzy. Gra grą, ale do tego były jeszcze tańce i popisy akrobatyczne. Jeden z tańców polegał na noszeniu ogromnych bębnów na głowach i walenie w nie, nie tylko pałeczkami, ale także podnoszonymi w górę  nogami. Robi wrażenie! Poza tym świetne było to, że pokaz nie odbywał się w żadnej świetlicy czy przy hotelu, ale na byle jakim placu przy ruchliwej ulicy, w związku z czym zjawił się też tłum lokalesów.

Z tego wszystkiego nie zdążyliśmy na zachód słońca na wzgórze zwane Belvedere.  No cóż, pojedziemy tam z rana. Zachodzące słońce można będzie wstawić sobie w Photoshopie  :-)  (ja nie wstawię, bo nie umiem). Swoją drogą wcześnie tu zachodzi słońce – około 18-tej. Jakby nie było jesteśmy blisko równika, czyli długość dnia i nocy są podobne (po 12 godzin). Co ważne,  czas jest tu taki sam jak w Polsce, dzięki czemu nie muszę wstawać w środku nocy aby próbować łączyć się przez skype`a z rodziną. No właśnie, jedno z największych zaskoczeń tutaj to to, że jednak działają komórki (a w Polsce przekonywano mnie, że nie ma co na to liczyć), a do tego jest Internet. Wzięłam swojego małego laptopika bardziej na zasadzie robienia notatek, a tu masz – w całym hotelu jest sieć bezprzewodowa i w dodatku można z niej korzystać za darmo. 

15 lipca
Bujumbura – wodospady Kagena – Gitega (Burundi)


Dzisiaj nocujemy w Gitega (czyta się tak jak się pisze) – czwartym co do wielkości mieście Burundi, choć w stosunku do stolicy dużo mniejszym (ok. 30 tys. mieszkańców). Zresztą od razu jak wjeżdżaliśmy po zmroku, widać było, że jest tu bardziej ubogo niż w Bujumburze, bo tylko gdzieniegdzie paliły się niemrawe jarzeniówki. Swoją drogą w stolicy też ponoć są oszczędności energetyczne – między godziną 12 w południe a 18-tą prądu w prywatnych mieszkaniach nie ma.

burudni-belvedere.jpg Długi, ale ciekawy dzień mieliśmy. Najpierw podjechaliśmy na obiecany wczoraj punkt widokowy Belvedere. Po takiej nazwie spodziewałam się Bóg wie czego (a grupa pewnie jeszcze więcej), a tymczasem okazało się, że chodzi o zarośnięte wzgórze, przez które nie tylko trudno przejść, ale i widok jest powiedzmy sobie – średni. Z tym widokiem to może mieliśmy też pecha, bo była mgła, więc nie było widać połyskującego w dali jeziora. Inna sprawa, że dopiero z tej perspektywy można było ocenić jak wielka jest Bujumbura. Jak okiem sięgnąć wszędzie tylko niskie domy (żadnych wieżowców), w większości pokryte blachą falistą. W sumie to najfajniejsi z tego całego punktu widokowego byli ludzie - zjawiały się chętne do pozowania całe rodziny.

Następny przystanek zrobiliśmy sobie w jakiejś mieścinie po drodze. Zatrzymaliśmy się, bo był targ, czyli folklor do potęgi  – kobitki z koszami na głowach, policjant z zardzewiałym pistoletem, faceci w przydługich marynarkach. W sumie to nie wiem, co było większą ciekawostką – czy oni dla nas, czy my dla nich? Najważniejsze, że poza wyjątkowymi przypadkami, nie żądają kasy za zdjęcia, właściwie to wcale nie są nachalni w proszeniu o pieniądze (proszą tylko pojedyncze osoby i to też nie nagminnie) i ogólnie są mili. Aaa, przy okazji bratania się z lokalesami spróbowałam pochodzić sobie z koszyko-dzbanem na głowie (pożyczyłam od jednej z przekupek). Ku uciesze lokalesów nijak mi to nie wychodziło. To dużo trudniejsze niż myślałam!

burundi- herbata.jpg Kolejne dwa postoje były na plantacjach herbaty, którą porośnięte są tu całe wzgórza. Nie ma tu jednak takich obrazków jak na Sri Lance, gdzie na polach pracują kolorowo ubrane kobiety z wielkimi koszami na plecach – tutaj spotkaliśmy jedynie facetów w nieziemsko brudnych i podartych ubraniach, zbierających liście do worków odnoszonych potem do punktów skupu. Trzeba przyznać, że widokowo w „herbacianym” rejonie jest bardzo urokliwie, bo zielono, no i do tego przyjemnie chłodno, jako że plantacje są na wysokościach około 2000 metrów (w najwyższym punkcie, w jakim dzisiaj byliśmy, mój wysokościomierz w zegarku wskazał 2300 metrów). Herbata herbatą, ale kawę też się w Burundi uprawia – głównie w okolicach Gitegi, gdzie dzisiaj nocujemy.

Aż trudno uwierzyć, ale zarośnięte lasami wzgórza, w efekcie niedawnej wojny domowej, jeszcze do ubiegłego roku były schronieniem rebeliantów. Po podpisaniu rozejmu chłopakom z oddziałów rebelianckich dano wybór – albo mogli włączyć się do regularnej armii rządowej, gdzie dostają 85 tys. franków burundyjskich (ok. 70 dolców) miesięcznie, plus oczywiście utrzymanie, albo decydowali się na oficjalną demobilizację i powrót do normalnego życia. Aby  ich do tego zachęcić (do tego normalnego życia, bez zabijania) oferowano układ: za zgłoszenie się i oddanie posiadanej broni, dostawali 100 tys. franków (ok. 83 dol.) „odprawy” i do tego… rower! Rower jest tu ważnym środkiem lokomocji i poniekąd też wyznacznikiem statusu. Poza tym może być startem do biznesu, bo dość popularne są tu taksówki rowerowe (za opłatą wozi się pasażera na bagażniku).

burundi - wioska.jpgW ramach przystanków po drodze zatrzymaliśmy się przy tradycyjnej wiosce. Kilka chałupek na krzyż, biednie ale czysto. Gospodarze się bardzo ucieszyli, chyba po raz pierwszy w życiu gościli turystów. Daliśmy im sześć tysięcy franków buryndyjskich (jakieś 3 dolary) - dla nich to naprawdę sporo.

Wczesnym popołudniem byliśmy wreszcie przy źródłach Nilu. Jednych z wielu jakie znam w Afryce, choć w Burundi chwalą się, że to najbardziej na południe wysunięte źródła tej rzeki, i że jeśli liczyć bieg Nilu stąd, to wychodzi że jest on dłuższy od Amazonki. "Źródełko" wygląda tak, że z góry wychodzi rura, a wodę która z niej wycieka miejscowi nalewają do kanistrów, które potem noszą do domów. W każdym razie żadne to romantyczne miejsce – raczej rozczarowujące. Ponad źródełkiem burundi-piramida.jpg(a raczej ujęciem wody, bo prawdziwe źródełko jest ciut wyżej) jest jeszcze wybudowana na szczycie góry kamienna piramida. Warto się tam wdrapać dla widoku – od wschodu widać już Tanzanię (do granicy jest ze 20 km), a sama góra jest częścią działu wodnego oddzielającego dorzecze Konga i Nilu.
 
Na koniec pojechaliśmy jeszcze do wodospadów Kagena. Miejsce ładne, ale nie wiadomo czemu nie opisane w przewodnikach i nie zaznaczone na mapach (a przynajmniej nie na tej, którą ja mam). Teraz jest pora sucha, więc wody jest mało, mogę więc sobie wyobrazić jak spektakularnie to wygląda w porze deszczowej. Szkoda tylko, że przyjechaliśmy do wodospadów nieco za późno, tak więc zobaczyliśmy tylko dwa najbliżej parkingu, a do największego (o którym dowiedzieliśmy się dopiero na końcu) już nie daliśmy rady zejść, ze względu na zapadający zmrok. Roge, nasz przewodnik, denerwował się, że jak z tego pustkowia zaraz nie wyjedziemy, to na pewno zatrzymają nas jakieś bandy, ale nie wiem jak się to straszenie ma do tego, że dwie godziny wcześniej zapewniał, że w Burundi jest bardzo bezpiecznie. Bardziej przekonywujące było raczej to, że do głównej, asfaltowej drogi trzeba było jechać 15 km po piachu i wybojach, a żadna to przyjemność mieć zepsuty samochód na tym odludziu.

burundi-rower.jpg Końcówka była przykra, bo tuż przed dojazdem do Gitegi przejechaliśmy psa. Dla mnie to ciężkie przeżycie, no bo wiadomo, żal. Tutaj jednak pies jest nic nie warty – ani na naszym przewodniku, ani na kierowcy nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Śmieli się tylko, a jak podjechaliśmy pod hotel, najważniejsze było czy zwierzak nie zrobił w karoserii jakiegoś wgniecenia. Być może ta znieczulica to efekt tego, co się tutaj działo. Skoro życie ludzkie dla wielu ludzi nie jest wiele warte, to trudno oczekiwać by rozczulali się nad biednym psiskiem.

I na koniec coś z otrzymanej korespondencji. Zacytuję fragment e-maila od Łukasza Szczęsnego (dzięki Łukasz!):
„Przed chwilą przeczytałem dość makabrycznyą historię o praktykach ludności zamieszkującej tereny na których obecnie przebywasz (w tym przypadku chodzi o Burundi, choć kto wie - może i w Ugandzie dzieją się takie historie). Chodzi o praktyki i wierzenia ludzi żyjących w niektórych rejonach Afryki, którzy to w przypadku urodzenia się albinosa wierzą w cudowne właściwości i magiczne moce, które może dać im spożycie niektórych części ciała nieszczęśnika. Wiele miesięcy temu czytałem jakąś wzmiankę o chłopaku z Beninu w jednej z gazet, ale uznałem że skoro to jakiś brukowiec to pewnie po raz kolejny coś wymyślili w celu wywołania sensacji... Pewnie nic bym do tej pory nie wiedział, gdyby nie moja ulubiona telewizja- Al Jazeera English, która poświęciła temu tematowi dużo miejsca. A więc dzisiaj we wschodnim Burundi skazano pięć osób za morderstwa na albinosach, których poszczególne części ciała sprzedawano później min. w sąsiedniej Tanzanii (szczególnie cenne były nogi, ramiona i genitalia ofiar). Ludzie spożywający ich ciała wierzyli, że w ten sposób zapewnią sobie szczęście oraz powodzenie w miłości i biznesie...”
Ale horror! Łukasz polecił też ciekawy, anglojęzyczny artykuł na ten temat, który można przeczytać klikając tutaj .

16 lipca
z Gitega (Burundi) do Kibuye (Rwanda)


burundi-chlopaki.jpg Po śniadaniu pojechaliśmy do miejscowego sierocińca oddać przywiezione przeze mnie pudła z różnymi ciuchami (zrobiłam czystkę w szafach) i prezetami od firmy Gerling (podziękowania też dla KLMu, który pozwolił mi na wzięcie bezpłatnego nadbagażu!). W pierwszej wersji chciałam taką wizytę zorganizować w Ugandzie, ale tutaj też jest wielka bieda, a poza tym w ciasnym autobusie trochę nam te pudła jednak przeszkadzają.
 
Sierociniec okazał się „Wioską SOS” czyli placówką podległą pod międzynarodowy system wymyślony kiedyś tam przez pewnego Austriaka. W każdym razie wyszedł do nas miły, czarnoskóry pan, który okazał się pedagogiem, potem pojawił się dyrektor, no i po części oficjalno-kurtuazyjnej poszliśmy zobaczyć ośrodek. W sumie przebywa w nim ok. 150 dzieci – w każdym domu mieszka dziesięcioro, a opiekuje się nimi przybrana „mama” plus pomagająca jej „ciocia”. Szkoda, bo większość dzieci była akurat na wakacjach, tak więc niewiele się w wiosce działo, ale kilkoro maluchów się z nami przywitało. Najlepsze były bliźniaki – czteroletni, rezolutni chłopcy, tak jak wszystkie dzieciaki w ośrodku zadbani, dobrze ubrani i co najważniejsze - uśmiechnięci.

burundi - krol.jpg W Gitedze nie za bardzo jest co zwiedzać. Właściwie jedyny powód aby tu przyjechać stanowi Muzeum Narodowe znajdujące się na obrzeżach miasta, tuż obok Sądu Najwyższego. Budynek mały, ale eksponaty ciekawe. Na przykład fotografie dawnych władców (m.in. zdetronizowanego w 1915 roku po 50 latach rządów króla Mwambusta Bangiricene`a, który potem musiał uciekać do Szwajcarii), szczęka hipopotama, wyplatana z bambusa lektyka dla króla, ikibuguzo – lokalna gra z 32 dołkami do których wrzuca się kamyki lub ziarna kawy, tradycyjne stroje. Dowiedziałam się też, że jeśli ktoś komuś ofiarowuje tutaj w prezencie wino bananowe, to przy przykrywce bukłaka powinny być liście bananowca (tradycyjne oznaczenie, że jest to prezent).

Potem, już w czasie jazdy, w rozmowie z Roge kontynuowałam temat miejscowych zwyczajów. Dowiedziałam się np. że za znak wróżący pecha uznaje się kota (dowolnego, kolor nie ma znaczenia) oraz oberwanie się tuż przed sobą z drzewa kiści bananów. Na szczęście pecha można zneutralizować! Jak? Zjadając banana!

burundi - z koszem.jpgZapytałam też m.in. o obrzezanie. Okazuje się, że akurat w tym rejonie w przypadku kobiet nie praktykuje się tego (choć w innych regionach Afryki, typu Somalia, Dżibuti etc., jak najbardziej). W Burundi zabieg obrzezania dotyczy chłopców niezależnie od religii, a jego zwolennikami są przede wszystkim Hutu. Tutsi na ogół rezygnują z tej wątpliwej przyjemności, ale muszą być przygotowani na to, że wiele miejscowych dziewczyn nie zgodzi się kochać z nieobrzezanym facetem. Dawniej uroczystość obrzezania wiązała się ze specjalnym rytuałem podczas którego młodzi chłopcy byli wyprowadzani do lasu na różnego rodzaju próby. Do domów wracali po miesiącu, jak już się im wszystko co trzeba zagoiło. W obecnych czasach zabieg przeprowadza się zaraz po urodzeniu, w szpitalu.

I jeszcze o ślubach. Na wsiach wychodzą za mąż już 14-15 dziewczyny (chłopcy w wieku 19-20 lat), przy czym za żonę chłopak płaci zwykle kozami lub krowami. W miastach wiek jest mocno przesunięty – u dziewczyn jest to na ogół 25-30 lat, u facetów 30-35 lat, a argumentem przy rozmowach z teściami (rodzicami dziewczyny) jest kasa. Pytałam ile nasz kierowca dał za swoją żonę. Nie krył, że tanio – zaledwie 400 dolców, ale niekiedy trzeba liczyć z tysiąc i więcej. Rozwodów praktycznie nie ma, no bo i honor nie pozwala, no i się nie opłaci – jeśli dziewczyna chce odejść, musi (i jej rodzice też) oddać to, co dostała od męża. Z kolei jeśli to chłopak chce się rozstać, traci to co podarował rodzinie wybranki.

burundi-krowy.jpg Z Gitegi wróciliśmy do Bujumbury gdzie przy Primusie (lokalne piwo sprzedawane w butelkach o objętości 0,6 l) czekaliśmy, aż kierowca załatwi jakieś dokumenty niezbędne do wjechania do Rwandy. Kiedy już ruszyliśmy, nasz driver pędził na łeb na szyję, by zdążyć na granicę, którą zamykają o 18-tej. Droga była nawet ciekawa – prowadziła wzdłuż granicy z Kongiem, przez wioski w których akurat była pora spędzania bydła, no a poza tym co i rusz zaliczaliśmy kolejne posterunki wojskowe (kontrole są tu co chwila). Było trochę nerwówki ze względu na czas, ale jakoś się udało zdążyć - paszporty oddaliśmy o 17.50 (ciekawe co by nasi czarnoskórzy opiekunowie zrobili, gdybyśmy nie zdążyliśmy?). Oficer na granicy trochę psioczył, że przez nas musi dłużej pracować, ale potem już mu się tak nie spieszyło, bo kazał mi usiąść naprzeciw siebie i w przerwie między wypisywaniem iluś kwitów przepytał mnie standardowym zestawem: ile mam lat, czy mam męża, a gdzie mąż, etc.  Potem zostało jeszcze zapłacić po 60 dolców od wizy i mogliśmy jechać dalej.

b-kartofle.jpg Pierwsze wrażenia z nowego kraju? W stosunku do Burundi Rwanda wygląda zdecydowanie porządniej. Czyściej, ludzie lepiej ubrani, no i drogi też tu trochę lepsze niż po drugiej stronie. Śpimy na obrzeżach miasteczka Kibuye, w lodge`u nad jeziorem Kivu. To najwyżej położone jezioro w tej części Afryki – jakieś 1600 m n.p.m.

I znowu - mailik od Łukasza Sz., którego traktuję jako eksperta od spraw afrykańskich (notabene też i arabskich). Oto co Łukasz napisał w odniesieniu do regionu w którym aktualnie jesteśmy:
"... W ubiegłym roku po kongijskiej stronie jeziora Kivu toczyły się niezłe walki, stąd też ciągle posterunki wojskowe i kontrole na drodze. Wspierany przez ugandyjski rząd generał Nkunda walczył z Kongijczykami. Uważał się on za obrońcę uciekinierów z plemienia Tutsi, którzy mieli być atakowani przez Hutu - znów ten konflikt plemienny. A na początku lipca tego roku (2009) agencje donosiły, że w Gomie [miasto po stronie kongijskiej] tak hucznie świętowano dzień niepodległości, że mieszkańcy tej miejscowości myśleli, że wybuchła kolejna wojna - na szczęście to były tylko fajerwerki...".

 

17 lipca
Kibuye – Park Narodowy Nyungwe - Kibuye (Rwanda)


rwanda-tablica.jpg Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy bardzo wcześnie. Grupa miała pobudkę o 3.30, ja ze względu na obowiązki pilota (dopilnowanie śniadania, a raczej: dobudzenie obsługi) o trzeciej. Po dwóch godzinach jazdy przypominającej slalom między wyrwami w asfalcie (co jakiś czas, którąś z nich zaliczaliśmy), o 6-ej byliśmy w parku narodowym Nyungwe, gdzie poszliśmy szukać colobusów (to nazwa międzynarodowa, po polsku mówi się o nich gerezy). Niewtajemniczonym wyjaśniam, że chodzi o małpki z rodziny makakowatych, tutaj reprezentowane przez śmieszne, biało-czarne colobusy angolańskie.

rwanda -colobusy.jpg W sumie był to całkiem sympatyczny spacerek, najpierw przez wzgórza porośnięte krzewami herbaty, docelowo do niewielkiego lasku, w którym wśród konarów drzewa buszowała małpia rodzina. W skakaniu między gałęziami pomagają colobusom ogony, których długość sięga 75 cm. Nie da się ukryć, że to bardzo towarzyskie małpy – żyją w koloniach dochodzących nierzadko do 400 sztuk, choć stadko które my widzieliśmy towarzyszący nam ranger ocenił na jakieś 40 sztuk. Najbardziej podobała nam sie rodzinka z białym maleństwem. Maluchy colobusów są białe do 6 miesiąca życia – dopiero potem zmieniają kolor. Ponoć kiedy maleństwo przyjdzie na świat, matka prezentuje je wszystkim zebranym na tę okoliczność samcom. Ponieważ przy zapłodnieniu udziela się wielu z nich, każdy może poczuć się ojcem. Tak w ogóle to pierwszy raz samice rodzą po 2 latach, a w ciągu życia mają 6-8 młodych. Pożywienie tych małpek stanowią owoce, liście i kawałki kory. Wrogów sympatyczne colobusy niestety mają – są nimi przede wszystkim orły oraz… szympansy!

Tropić szympansy idziemy jutro. Póki co z innych zwierzaków zobaczyliśmy wiewiórkę (mniejszą od naszych), ślicznego zielonego ślimaka oraz modliszkę.

rwanda-miasteczko.jpg Po powrocie do miasta dałam grupie trochę czasu na wymianę pieniędzy, co nie było łatwe, bo miejscowe banki walutę owszem, wymieniają, ale wyłacznie Rwandyjczykonm. Na szczęście były kantory zwane Forex – tam udało się wymienić kasę szybko i  bez większych problemów. Potem jeszcze była chwila na zakupy, tak więc pognałam na barwny miejscowy bazar. Niestety zdjęć nie zrobiłam – próba wyjęcia aparatu zakończyła się jazgotem miejscowych przekupek, a potem dość agresywnymi uwagami. Nie ma co kryć, że nie wszyscy tutaj kochają białych.

Jest jednak rzecz, którą Rwandyjczycy bardzo mi zaimponowali. Chodzi o torebki foliowe, których w Rwandzie używać NIE wolno. W grę wchodzą wyłącznie torebki ekologiczne, np. papierowe. Rzeczywiście w żadnym sklepie nie widziałam „plastików”, za to wszędzie przy zakupach wręczano mi torebkę papierową. Poniekąd dzięki temu jest tu naprawdę czysto, no i w przeciwieństwie do wielu innych krajów, wcale nie tylko Afryki, nie ma tych okropnych toreb wiszących dosłownie wszędzie – na drutach, oknach itp.

Po przyjeździe do hotelu część grupy poszła nad jezioro Kivu, które mamy tuż obok hotelu. W sumie to też chciałam iść, ale dobiła mnie nieprzyjemna sytuacja w grupie.  Nie ważne już o co chodziło, ale to właśnie jeden z tych momentów, kiedy człowiek naprawdę się stara, a tu nagle nie widzi sensu tego co robi. No cóż, bycie pilotem nie jest wbrew temu co niektórzy myślą łatwą pracą, a na pewno nie są to wcale beztroskie wakacje. Zwłaszcza w Afryce, gdzie są tak duże różnice mentalności, że wszystkiego trzeba dopilnować, nikt z miejscowych się niczym nie przejmuje, a pojęcie czasu jest dość umowne. Jednak co do pracy z ludźmi muszę przyznać, że poza jednym tekstem który mnie dość mocno wytrącił dzisiaj z równowagi, to nie brak w grupie naprawdę sympatycznych osób, z którymi można naprawdę przysłowiowo "konie kraść".

 

18 lipca
Kibuye – Park Narodowy Nyungwe – Huye (Rwanda)


b-huye.jpg Dziś nocujemy w Huye. Cóż za urocza nazwa! :-)  Jak powiedziałam kierowcy, jak się ona kojarzy Polakom, to z 15 minut krztusił się ze śmiechu! Huye to czwarte co do wielkości miasto Rwandy (ok. 80 tys. mieszkańców), które na mapach widnieje jako Butare, ale w 2006 roku oficjalnie zmieniono jego nazwę właśnie na Huye. Jeszcze wcześniej, od roku 1935 do 1962, czyli w czasach kiedy Rwanda była kolonią belgijską, ochrzczono mieścinę „Astrida”, co miało być wyrazem uznania dla Astrid - królowej belgijskiej. Oczywiście wraz z odzyskaniem niepodległości w 1962 roku, Rwanda nie chciała już pozostałości po białych kolonistach i od tego właśnie czasu zamiast Huye jest Butare.

rwanda-szympans.jpgNo ale od początku, jak minął dzień…

Wstaliśmy o 3.15 i tym razem nawet punktualnie udało nam się wyjechać (o 4.00). Znowu czekały nas trekingi z tropieniem zwierząt – grupa która wczoraj była na szympansach teraz poszła podglądać colobusy, a ja z kilkoma osobami na odwrót - poszliśmy odwiedzić kuzynów, czyli szympansy (DNA ludzi i szympansów różni się mniej niż 6%!). Gnaliśmy po ścieżce na łeb na szyję, bo nasz parkowy przewodnik ciągle powtarzał, że szukanie szympansów o 6 rano to już za późno, aż tu nagle rozległo się śmieszne ni to pohukiwanie, ni to szczekanie i w gęstwinie coś się zakotłowało. Stanęliśmy jak wryci i dopiero po chwili okazało się, że to szympansy! Chwilę potem wypatrzyliśmy jakiegoś samotnego osobnika na drzewie, potem drugiego. Nasz ranger nie posiadał się ze szczęścia, że tak szybko nam poszło, podkreślał że to wielki fart i wyraźnie się cieszył, że możemy już wracać. Tyle, że my wcale wracać nie chcieliśmy! Jakby nie było za treking „szympansowy” płaci się 75 dolców od osoby, tak więc oświadczyliśmy że idziemy szukać kolejnych szympansów. Ranger chyba się załamał. Wspomniał, że to bite 5 godzin chodzenia, no ale w końcu widząc naszą determinację skapitulował i ruszyliśmy (bez rangera nie można przebywać na parkowych szlakach).

Po drodze, w ramach przerywników, mieliśmy wykłady o roślinkach. Było np. ogromne drzewo mahoniowe, roślinka której liście łagodzą swędzenie po oparzeniu miejscową pokrzywą i drzewko zwane po miejscowemu umukarakara (po łacinie: agauria salicifolia), którego sproszkowana kora pomaga ponoć na syfilis. Z takich fajnych specyfików była jeszcze umushwati (łac. carapa grandflora), której owoce młode dziewczyny wsadzają sobie pod bluzki, żeby wyglądało, iż mają większy biust.

rwanda-treking.jpg Przy powrocie nasz ranger postanowił poprowadzić na skróty, czyli na przełaj przez dżunglę, ale kiedy już byliśmy całkiem blisko szosy, okazało się że dalej nie przejdziemy, bo jest taki gąszcz, że trzeba mieć pangę (maczetę), a nasz ranger ma się rozumieć jej nie miał. Musieliśmy wrócić do szlaku i pójść na około, co okazało się całkiem dobrym pomysłem, bo natrafiliśmy na blue-monkey (dosłownie: niebieskie małpy). Potem spotkaliśmy jeszcze pięć Kanadyjek (to już nie małpy, tylko kobitki z krwi i kości), które dzielnie szły szlakiem w stronę przeciwną niż my. No cóż, miały pecha, bo po parku Nyugwe na własną rękę chodzić nie wolno, więc ranger musiał dziewczyny zawrócić. Okazuje się, że już pomijając kwestię płacenia tych 75 dolców za „chimps trek”, liczba osób które mogą oglądać szympansy i tak jest ograniczona do 8. Po prawdzie występują tu dwie grupy szympansów, każda w innym rejonie parku, co oznacza że w sumie mogą wyjść na szlak dwie grupy po osiem osób, jeśli jednak zjawia się więcej turystów, to muszą poczekać do kolejnego dnia. Inna sprawa, że ozważa się już puszczanie grup dwa razy dziennie – także po południu, co zwiększy liczbę turystów o kolejne dwa razy po 8 osób.

Podoba mi się, że mają tu taki przemyślany system. Teraz władze parku biorą się za budowę niewielkiego hotelu i pola namiotowego, bo póki co nie za bardzo jest gdzie spać (my z naszego hotelu musieliśmy dojeżdżać po dwie godziny w każdą stronę). Poza tym bardzo dba się o miejscowych, którym rekompensuje się, że przez parkowe przepisy nie mogą uprawiać poletek. W ramach rozwiązywania lokalnych problemów z zatrudnieniem, daje się im różne prace związane z parkiem, zaś 5% parkowych dochodów idzie na ogólnospołeczne cele okolicy parku (np. szkoły).

burundi-baniaki.jpg Prosto z parku wyjechaliśmy już w kierunku Butare (Huye). Droga jest do niczego – dziura na dziurze, ale widoki rewelacja! Cały czas górska okolica, tarasowate pola i typowe afrykańskie obrazki typu kobiety czerpiące wodę przy studni czy faceci przeganiający bydło.  Po drodze zasugerowałam grupie, że może warto byłoby zatrzymać się w Gikongoro – chodzi o miejscowość, przy której jest wyjątkowo działający na wyobraźnię „memoriał” poświęcony ofiarom ludobójstwa. Szczerze mówiąc nie byłam pewna jak grupa zareaguje – nie każdy lubi takie wstrząsające wrażenia, a tu wiadomo było że akurat to miejsce rzeczywiście jest dla osó o mocnych nerwach. Na szczęście wszyscy rozumieli, że nie da się zwiedzać tego kraju z pominięciem tego, co się tu wydarzyło w 1994 roku.

W każdym razie Memoriał jest rzeczywiście wstrząsający. Hutu wymordowali tutaj 50 tys. ludzi. Otoczyli wzgórze na szczycie którego była świeżo wybudowana szkoła, w której schronili się Tutsi. Jak mówił Roge – przychodzili, mordowali, jak się zmęczyli – szli do domu, odpoczywali, pojedli, popili i znowu mordowali. W którejś z książek o Rwandzie przeczytałam takie zdanie, że kto był biedny – ginął od maczet. Odrąbywali mu najpierw jedną rękę, potem drugą, potem jedną nogę, a jak jeszcze nie umarł z wykrwawienia to drugą. Kto miał pieniądze, mógł przynajmniej zapłacić by go zastrzelili.

rwanda-kosci.jpg Memoriał na obrzeżach Gikongoro to dokładnie ta szkoła, na terenie której dokonano masakry. W dawnych klasach leżą teraz obciągnięte skórą szkielety tych, którzy zginęli. W takich pozach jak ich zabito! Widać dokładnie, kto gdzie dostał maczetą albo pałką. Największe wrażenie robią szkielety dzieci. Jest wśród nich dziecko przyczepione kurczowo do matki  - widać wyraźnie otwarte w przerażeniu usta malucha. Wszędzie czuć niesamowity zapach – to chyba środek konserwujący ciała. Na dodatek oprowadzał nas po tym wstrząsającym miejscu człowiek, który był jedną z czterech osób, jakie przeżyły tę rzeź. Cztery osoby na 50 tysięcy! Facet stracił całą rodzinę. Widać, że do tej pory nie odzyskał psychicznej równowagi i sam mówi, że nie ma dla kogo żyć. Na dodatek dookoła są wioski zamieszkałe przez… Hutu. Zupełnie nie rozumiem jak idąc np. na targ ten biedny człowiek może patrzeć na prawdopodobnie swoich oprawców, a oni z kolei jak gdyby nic spoglądają mu w oczy.

Straszne, co ludzie mogą sobie zrobić. Byłam pod takim wrażeniem, że nawet nie miałam pomysłu, co w imieniu grupy wpisać do księgi pamiątkowej. W końcu wpisałam truizm, w który jednak wierzę. Że mam nadzieję, że nigdy się już nic takiego nie powtórzy.

 

19 lipca
Huye/Butare – Kigali (Rwanda)


Musieliśmy zmienić przewodnika. Roge ma malarię – przeczuwał to już wcześniej, więc przyjechał zmienić go Emanuel. Emanuel też jest z Konga (dokładnie z DRK - Demokratycznej Republiki Konga) i jest niższy od i tak niskiego Roge, co wysnuło przypuszczenia, że może jest wyedukowanym Pigmejem. Okazuje się, że jednak nie – w Kongu jest mnóstwo plemion, a Pigmeje są jeszcze niżsi.

Podmiana przewodników z punktu widzenia grupy jest zdecydowanie na plus – Emanuel jest zdecydowanie bardziej bystry i lepiej zorganizowany niż Roge, no i więcej wie. Mimo wszystko jednak Roge mi szkoda. Na odchodne poza napiwkiem (normalnie jest nauczycielem – przyda mu się trochę pieniędzy) dostał jeszcze zapas lekarstw na malarię na najbliższe 3 dni, dopóki nie dotrze do lekarza. Mam nadzieję, że szybko wyzdrowieje – to rejon w którym dużo osób umiera na malarię, ale przecież nie każda malaria jest śmiertelna.

b-katedra.jpg Zanim jednak pożegnaliśmy się z Roge, zdążył mnie trochę wkurzyć. No więc rano umówiłam się z grupą, że kto jest chętny zobaczyć jak wyglądają msze św. w afrykańskich kościołach, to idziemy. Niezależnie od stosunku do religii i świętowania lub nie niedzieli (bo dziś niedziela), warto coś takiego zobaczyć, ze względu na tańce i śpiewy, które czarnoskórzy parafianie uwielbiają. Ponieważ chętni byli, dowiedziałam się że jest msza o 8-mej, sprawdziłam na mapie w przewodniku gdzie jest katedra no i o 7.50 umówiliśmy się przy recepcji. Wychodzimy, chcę iść w lewo, tak jak wskazywała mapa, ale Roge upiera się, że musimy w prawo. Uznałam, że skoro jest lokalnym przewodnikiem to wie lepiej. Spytałam tylko czy jest pewny, że dobrze idziemy, a on na to, że tak. W tej sytuacji skapitulowałam, bo pomyślałam że może katedra z mojej mapy to katedra anglikańska. Przeszliśmy kawał drogi, przychodzimy do kościoła, a tam pusto! Okazało się że miałam rację – msza o 8 jest, ale w katedrze z drugiej strony miasta, czyli tej, którą miałam na myśli. Zmarnowaliśmy mnóstwo czasu i energii, no ale mimo wszystko postanowiliśmy pójść do katedry. Dotarliśmy na ogłoszenia i końcową pieśń. Roge miał szczęscie w nieszczęściu - od awantury uratowała go jedynie ta nieszczęsna malaria.

b-pod kosciolem.jpg Ale wracając do katedry. Mimo wszystko warto było przyjść. Pieśń na koniec była niesamowita. Oni tutaj fantastycznie śpiewają, a do tego są tak niesamowicie żywiołowi – klaszczą, podrygują. Potem były jeszcze śpiewy przed kościołem. Taki klasyczny gospel.

Oczywiście my też, jako biali turyści, stanowiliśmy niezłą atrakcję. W pewnym momencie pojawił się nawet proboszcz, który chciał dowiedzieć się skąd jesteśmy. Przy okazji wydało się, że na obrzeżach Butare jest polska zakonnica – siostra Izabella. Dzwoniliśmy nawet do niej, ale nie odbierała. Udało się ją złapać już po naszym wyjeździe z Butare.
 
Po wyjeździe z hotelu pojechaliśmy zwiedzić Muzeum Narodowe. Byłam mile zaskoczona, bo jest to jedno z najlepszych muzeów, jakie widziałam w Afryce. Wszystko ładnie pokazane, opisane m.in. po angielsku. Kapitalne są foty różnych tradycyjnych fryzur. Poza tym można zobaczyć jak wyglądała chata króla (pałac to bynajmniej nie był), przyjrzeć się różnym instrumentom muzycznym, no i zaliczyć całkiem niezły sklep z pamiątkami (to pierwsze w tym kraju miejsce gdzie widzieliśmy jakieś pamiątki!). Przymierzałam się do kupna bębna, ale w końcu odpuściłam.

b-bananowe.jpg Z Butare do Kigali jest tylko 130 km, ale po tutejszych drogach nie da się jechać szybko. Po drodze  zrobiliśmy podejście do kupienia wina bananowego. Udało się dopiero za czwartym razem, bo to piwo domowej roboty, a przygotowuje się go zwykle z jakiejś okazji. Przypomina kolorem rozwodnione błoto i zdaje się podobnie smakuje („zdaje się”, bo mimo wszystko nigdy nie piłam błota). Krótko mówiąc to bardzo specyficzny napój, raczej nie w guście Europejczyków, ale spróbować warto. Robi się go z zielonych bananów, najpierw jeszcze w skórkach wkładanych  na 5-7 dni do wykopanych dołów i przykrytych liśćmi bananowców, żeby lekko podgniły. Potem banany obiera się ze skórek, ubija na miazgę, dodaje trochę sorga, wody i znowu wkłada to wszystko do drewnianej kadzi i lekko podgrzewa. Dalej całość znowu idzie do dołu – tym razem na 1-2 dni, w ciagu których wszystko fermentuje i tworzy piwo.

Zwiedzanie Kigali zaczęliśmy od odszukania polskich ojców Pallotynów, których adres podała nam siostra Izabella z Butare. Okazało się, że chodzi o jakieś obrzeża miasta, raczej biedne dzielnice, więc trochę trwało zanim tam trafiliśmy. Niestety, misjonarze akurat gdzieś wybyli – poza dwoma psami nie zastaliśmy żywej duszy. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo trafiliśmy na jakieś spontaniczne spotkanie śpiewno-taneczne, z takimi klimatami, że aż żal było wychodzić. Nie było jednak wyboru, bo przecież chcieliśmy coś zobaczyć w mieście, a ze względu na okołorównikowe położenie, wcześnie zapada tu zmrok i ze zdjęć wtedy nici.

Najpierw pojechaliśmy do hotelu „Des Mille Collines” (czyli "Tysiąc Wzgórz"), którego historia była inspiracją do nakręcenia słynnego filmu „Hotel Rwanda”.  Kiedy w 1994 roku Hutu mordowali Tutsi, manager hotelu – Paul Rusesabagin, sam będący Hutu, ale mający żonę Tutsi, otworzył hotel dla uchodźców. Dzięki kontaktom, pieniężnym łapówkom i alkoholom wręczanym oprawcom z Interahamwe (milicja Hutu), udało mu się uratować mnóstwo ludzi. Ostatecznie jednak został ewakuowany wraz z rodziną w konwoju ONZ – teraz mieszka w Belgii, w Brukseli, ale często przyjeżdża do Rwandy.

b-kigali.jpg Później pokręciliśmy się trochę po centrum Kigali. Miasto jest całkiem spore – ma prawie milion mieszkańców, chociaż centrum nie jest zbyt imponujące. Kilka banków, trochę „forex`ów” (kantorów wymiany), mało ciekawe sklepy i ruchliwe okolice dworca mikrobusów zwanych tu coaster. Na krótkich dystansach ulubiony środek podróżowania to pełniące funkcję taksówek motorki zwane piki piki (można też używać nazwy w wersji ugandyjskiej, czyli boda boda). Z wielkiego ronda jest widok na pokryte zabudowaniami wzgórza i właściwie to tyle. A, jest jeszcze centrum handlowe – miejsce które mnie bardzo zaskoczyło. Po pierwsze: nie spodziewałam się takiej europejskiej atmosfery i tylu białych, dwa: cenowo! Puszka coca-coli w wielkim supermarkecie to równowartość dolara, lody (z tych takich na patyku) – 7-8 dolarów! Nie chciałam uwierzyć, myślałam że pomyliłam zera, ale jednak nie! W ogóle prawie wszystko było droższe niż w Polsce.  Co ciekawe, kupujący to wcale nie tylko biali – przeważają miejscowi.

Może te ceny to dlatego, że stolica? Hotel też dzisiaj jest najlepszy z tych , które do tej pory mieliśmy. Nazywa się „Gorillas” – polecam, choć tani nie jest (pokój 120-130 dolców). Dla równowagi dzisiaj na postoju oglądałam też taki, w stylu tych w których zatrzymuję się jak jeżdżę na własną rękę. Pokój całkiem przyzwoity (tzn. mały, ale wyglądał na w miarę czysty) za 5000 franków, czyli jakieś 10 dolców. Pewnie coś tańszego też by się znalazło.


Dla tych, którzy chcą się nauczyć trochę kinyarwanda (języka, którym się mówi w Rwandzie):

- mwaramuse    – dzień dobry
- ngaho            – do widzenia
- urakoze          – dziękuję
- uryohererwe/urdyohegwa – na zdrowie!
- ego                - tak
- hoya               - nie

 

20 lipca
Kigali (Rwanada) – Kisoro (Uganda)


Dzień rozpoczęliśmy od wizyty w Kigali Memorial Centre, jak się tu mówi o muzeum ludobójstwa, czyli związanym z wydarzeniami z 1994 roku, kiedy w ciagu 100 dni wymordowano w Rwandzie ponad 800. tys. osób (niektóre dane wskazują nawet na ok. milion).

b-grob.jpg Mocne to było! Momentami trudno pojąć jak ludzie mogą coś takiego sobie zrobić! Totalna znieczulica, zezwierzęcenie, brak litości i zupełny brak szacunku dla życia. Największe wrażenie zrobiły na mnie zdjęcia ślicznych, radosnych dzieci i tabliczki o każdym z nich, włącznie z tym jak zginęły. Przykładowo: Fillette, 2 latka, ulubiona zabawka: lalka, charakter: bardzo dobra dziewczynka, śmierć: roztrzaskanie o ścianę. Albo: Yvonne i Yves, 3-letnie rodzeństwo, ulubione jedzenie: frytki, śmierć: poćwiartowani maczetą. A obok sala z setkami zdjęć maluchów, które zginęły w podobny sposób.

W ogóle cała ekspozycja jest wstrząsająca. Najpierw jest geneza konfliktu – m.in. jak to Belgowie w 1932 roku wprowadzili dokumenty, w których określali przynależność plemienną na podstawie liczby posiadanych krów. Kto miał więcej krów niż 10 był Tutsi, kto mniej – Hutu. Jest też o Francuzach którzy wspomagali reżim Hutu – dawali broń, pieniądze i ogólne wsparcie. Potem już jest konflikt – można zobaczyć narzędzia jakimi posługiwała się Interahamwe – milicja Hutu, która dokonywała masakr, czyli innymi słowy jest gablota z pałkami, siekierami i maczetami. Można też posłuchać relacji osób, które przeżyły masakry – młode dziewczyny opowiadają o tym, jak na ich oczach mordowano najbliższych. Bardzo często zmuszano ludzi do zabijania ukochanych (potem ich też zabijano), matki musiały zabijać dzieci, kobiety przed śmiercią często gwałcono, a nawet jeśli darowano im łaskawie życie, to okazywało się potem że celowo zarażano je AIDS.

b-nazwiska.jpg Przed budynkiem-muzeum jest 14 zbiorowych grobów w których spoczywają szczątki 250 tys. osób, a 3 groby czekają jeszcze na dopełnienie, bo wciąż ekshumowane są kolejne zwłoki. Trudno mi po tym wszystkim patrzeć na ludzi, którzy mnie w tym kraju otaczają, nie myśląc czy przypadkiem nie są mordercami.

No ale zostawiam te tragiczne tematy… W ramach zwiedzania Kigali pojechaliśmy zobaczyć jeszcze rezydencję premiera (nie da się podjechać blisko – strzeżona gorzej chyba niż sztab CIA), a potem pod parlament (zdjęć nie można robić, bo to kolejna jakaś wielka tajemnica).

Po dwóch godzinach jazdy drogą wijącą się mniej więcej na poziomie 2000-2200 metrów (wyżej niż nasz Kasprowy a tu wszędzie  pola uprawne) dojechaliśmy do Ruhengeri. Już przy wjeździe od miasteczka wielkie billboardy przypominały, że jest to miejsce słynnej tutaj Kwita Izina, czyli uroczystości nadawania imion gorylom. W tej chwili jest to już praktycznie ogólnonarodowe święto, ale niestety spóźniliśmy się, bo impreza odbywa się w czerwcu. W tym roku (2009) imiona nadano 18 gorylątkom z rwandyjskiego Parku Narodowego Volcanoes.

b-intore.jpgDla nas powodem przyjazu do Ruheneri był pokaz tańców Intore. „Intore” znaczy tutaj „wybrani”, a chodzi o dawnych gwardzistów królewskich. Niestety skończyło się na totalnym rozczarowaniu. Wyglądało to tak, że ekipa lokalesów stanęła na… boisku do koszykówki, ale to jeszcze pal sześć, bo udało mi się ich przesunąć na bardziej neutralny grunt porosły trawą. Najgorsze, że niektórzy występowali w zwykłych T-shirtach i adidasach, co nijak do gwardzistów nie pasowało. Inna sprawa że tańczyli i grali na bębnach całkiem fajnie.
 
Przekroczenie granicy między Rwandą i Ugandą odbyło się bez większych problemów, jeśli nie liczyć wypełniania kolejnych kartek, stania w kolejce, czekania aż nie spieszący się urzędnicy wbiją stemple do paszportów. Jedyne co im tutaj w Afryce idzie szybko, to liczenie pieniędzy.

Od granicy do Kisoro – miejsca noclegu mieliśmy już tylko 12 km, ale że międzynarodowa droga oznacza tu piach, więc końcówka dłużyła się niesamowicie. No ale najważniejsze, że jutro już goryle – główny cel tego wyjazdu!


b-czarni.jpg A teraz jeszcze o doniesieniach z Polski, a raczej o tym co napisał mi w mailu Łukasz Sz. "Słyszałaś o skandalicznej wypowiedzi ojca Tadeusza Rydzyka na Jasnej Górze? Polskie media dość obszernie komentują sprawę, bo facet bez wątpienia przesadził - do czarnoskórego zakonnika powiedział: "Jeszcze Murzyn! Boże- gdzieś ty się nie mył? On się nie mył wcale, zobaczcie!". Co za głupi człowiek (w tym momencie powinno się użyć trochę innych i bardziej dosadnych określeń)!". Więcej na ten temat tutaj . Bez komentarza...

 

21 lipca –
Kisoro (Uganda) – Virunga National Park (Kongo – DRK)


Super dzień! Wczoraj wieczorem dowiedziałam się, że z jakiś zupełnie niepojętych przyczyn, treking w poszukiwaniu b-kongo.jpggoryli odbędzie się nie w ugandyjskim parku narodowym Bwindi, jak było w programie, tylko po stronie kongijskiej, w słynnym parku Virunga. Zmiana na lepsze, bo w ten nieplanowany sposób wjechaliśmy do Konga, które okazało się rewelacyjne! Po prostu "zachorowałam" na ten kraj – postanowiłam, że jedna z moich najbliższych samodzielnych wypraw, będzie właśnie do Konga i sąsiedniej Angoli. Tyle, że Kongo do podróżowania w pojedynkę łatwe nie jest, bo państwo wielkie, a z transportem nie najlepiej. A przy tym wszystkim wcale nie jest tu tak tanio. No i wiza - na miesiąc 150 dolców! To chyba najdroższa wiza świata!

Przyjechaliśmy na przejście graniczne o 6.30, godzinie kiedy jeszcze nikogo tam nie było, bo oficjalnie granicę otwierają o 8-mej. No ale ponieważ w Afryce da się załatwić wszystko, pytanie tylko za ile, tak więc mój obrotny Emanuel (lokalny przewodnik) szybko sprowadził  jakiegoś gościa, który powbijał nam do paszportu odpowiednie pieczątki. Dużo czasu spędziliśmy w imigration kongijskim – w przypominającym szopę budynku przy stole siedziało 4 urzędników i każdy coś tam z naszych paszportów spisywał. Byli na tyle mili, że nawet zgodzili się na zdjęcie, czego normalnie graniczni urzędnicy przynajmniej w tym rejonie nie tolerują.

Do goryli pojechaliśmy dżipami w podziale na 3 ekipy, bo do każdej gorylej rodziny może pójść w ciągu dnia tylko jedna grupa maksymalnie 8 osobowa (w Ugandzie tylko sześcio-). Dostaliśmy też uzbrojoną obstawę, bo choć mówią, że teraz to już bezpieczny teren, obstawa musi być. Swoją drogą jeszcze kilka miesięcy temu Virunga National Park był zamknięty – właśnie ze względów bezpieczeństwa. Ponoć dopiero od dwóch miesięcy zaczęli wpuszczać turystów.

b-chatki.jpg Po półtorej godziny jazdy od granicy międzynarodową drogą nie lepszą niż droga przecinająca w latach 80. wieś mojej ś.p. Babci (piaszczysta i pełna wybojów; oczywiście droga nie Babcia), dojechaliśmy do strażnicy rangerów. Zaczęło się od wpisywania się do jakiejś Strasznie Ważnej Księgi i instruktażu, jak mamy zachować się przy gorylach (mówić cicho, nie używać lampy błyskowej, nie jeść i nie pić, nie śmiecić, utrzymywać dystans do goryli nie mniejszy niż 7 metrów etc.). Potem jeszcze musieliśmy umyć ręce i wziąć… maski na usta i nos, żeby przypadkiem nie zarazić goryli ludzkimi chorobami. To że ludzie się mogą wzajemnie zarażać to już inna sprawa - maseczki są teoretycznie jednorazowe, ale trzeba je zwrócić, żeby rangersi z powrotem mogli je popakować w pudełeczka i zrobić z nich niby-nówki.

Wędrówka przez równikowy las nie należy do łatwych. Nawet nie było stromo, ale gąszcz pełen powalonych drzew (istne kłody pod nogami), zaczepiające się o nogi liany i korzenie, mnóstwo pokrzyw parzących dotkliwiej od naszych, skutecznie utrudniają wędrówkę. Łaziliśmy tak z półtorej godziny, uważając aby nie wdepnąć w odchody słoni, bawołów, no i goryli, aż w końcu nasi tropiciele zaczęli mówić coś, że chyba goryle przeszły na stronę ugandyjską. Na szczęście zaraz potem jednak wytropili gorylą rodzinkę. Zgodnie z parkowymi zasadami dostaliśmy godzinę na widzenie z krewniakami.

b-gorylatko.jpg Krewniacy od razu wzbudzili naszą sympatię. Rodzinka składała się z 14 osobników, w tym z czwórki maluchów. Wszystkich zwierzaków nie widzieliśmy, bo np. szarogrzbiety spał pod krzakiem i nie zamierzał wcale wyjść nam na powitanie („szarogrzbiety” to nazwa naukowa - tak mówi się o dorosłych, dostojnych samcach pokrytych siwym futrem, pełniących funkcję macho i mającym prawo zapładniać samicę). Za to siedząca i obżerająca się liśćmi samica, zupełnie nie przejmowała się naszą obecnością. Towarzyszył jej goryli młodzieniec nieporadnie usiłujący zejść z drzewa – skończyło się w końcu spektakularnym glebnięciem. Najlepsza była jednak Dunia (każdy z goryli ma imię) – trzyletnia samiczka, wyraźnie zainteresowana istotami na dwóch nogach, czyli nami. Gorylątko chciało się chyba bawić – kilkakrotnie próbowało do nas podejść, ale za każdym razem rangersi pokazywali, że ma wrócić do matki. Matka (jej imię to Kagofero) chyba miała już dość swojego pełnego energii brzdąca, bo uwaliła się pod drzewem i tylko łypała wzrokiem to na nas, to na swoją pociechę. Dunia kilkakrotnie jeszcze podchodziła w naszą stronę i kokieteryjnie pozowała do zdjęć, aż w końcu wróciła w krzaki i zaczęła się wtulać w matkę. Uroczo to wyglądało!

b-lapki.jpg Szkoda że nie widzieliśmy najmłodszego w stadzie trzymiesięcznego Wato. W każdym razie goryle to fantastyczne zwierzaki. Zupełnie nie rozumiem jak kłusownicy mają serce zabijać takie istoty. Ostatni ujawniony przypadek miał miejsce w Kongo właśnie, 2 lata temu. Strzałami w tył głowy zabito wtedy 7 osobników. Odcięto im ręce, stopy i ręce - pewnie na zamówienie jakichś kolekcjonerów z Europy (dłonie wykorzystuje się w charakerze... popielniczek!).

Gdybyśmy mogli to pewnie byśmy zostali z gorylami przez cały dzień, ale główny ranger bardzo pilnował czasu i informował nas, że zostało jeszcze 30, 15, w końcu 7 minut i ostatnie 3, aż w końcu z radością zakomunikował że „time is over”. Szkoda...
 
b-obstawa.jpg Wracaliśmy już na skróty, w towarzystwie w sumie 7 strażników pod bronią. Wyjście z lasu zabrało jedynie… 20 minut – okazało się że goryle są bardzo blisko strażnicy rangersów i małej wioski. Pytałam jaka jest skuteczność wytrapiania goryli na trekingach z turystami – okazało się że 100-procentowa, bo przynajmniej w tym rejonie nie ma sytuacji, że goryli się nie widzi. Niestety jedna z naszych trzech grup (w innym rejonie) miała jednak pecha – chodzili przez wiele godzin i goryli nie spotkali. Biorąc pod uwagę cenę trekingu (400 dolarów od osoby), trochę szkoda.

Przejazd przez kongijskie wioski też był super atrakcją. Tu to dopiero jest Afryka – nawet Burundi się nie umywa. Mieliśmy szczęście, bo w przygranicznej wiosce odbywał się akurat cotygodniowy targ, na który zjeżdżają ludzie z bliższej i dalszej okolicy. Przyjeżdżają na wypchanych po brzegi ciężarówkach, handlują czym się da, a towar przewożą przy pomocy drewnianych hulajnog. Narobiliśmy mnóstwo zdjęć, tym bardziej że ludzie byli w miarę mili, a niektórzy nawet sami podchodzili, prosząc by ich sfotografować.

Po południu musieliśmy wrócić na stronę ugandyjską. Spedziliśmy z tej okazji chyba z godzinę na samej granicy, no bo stemple, kolejne kwity etc., podczas gdy miejscowi po prostu przechodzili z jednej strony na drugą przez nikogo nie kontrolowani. Dziwnie to wyglądało - żadnego sprawdzania dokumentów czy odpraw granicznych – potok ludzi przelewający się z jednej strony na drugą. No ale cóż, nam trudno wtopić się w tłum – na kilometr widać, że jesteśmy „mzungu”, jak w suahili nazywa się białych ludzi (liczba mnoga od "mzungu" to "wazungu").

 

22 lipca 2009
Kisoro – wioska Pigmejów – park narodowy Queen Elizabeth – Kasese (Uganda)


b-pigmeje.jpg Dziś znowu pobudka bladym świtem – o 5.30. Dzień rozpoczęliśmy od wizyty w wiosce Pigmejów z plemienia Batwa. W osadzie położonej jakieś 10 km od miasteczka Kisoro mieszkają 74 osoby. Dawniej Pigmeje żyli w głębokiej leśnej głuszy, no ale ćwierć wieku temu, po ustanowieniu parków narodowych, nie mogąc już więcej polować, musieli przestawić się na bardziej ucywilizowane życie. Wygląda to dość żałośnie, bo Pigmejom zarzuca się lenistwo i brak zaradności, a tymczasem oni po prostu nijak nie mogą przestawić się na uprawianie pól, handel na targach itp., bo po prostu do tego nie przywykli. Mówię tu oczywiście o starszej generacji, bo młodzież dość szybko się przestawiła, a przynajmniej takie sprawia wrażenie idąc w szkolnych mundurkach do szkoły. Trochę byłam zawiedziona wzrostem Pigmejów, ale wytłumaczono mi, że starsi jakby nie było ciągle są mali, młodzież natomiast wyrasta, bo żyje w innych warunkach, ma inne pożywienie, nowe zajęcia.

Wizyta w wiosce kosztowała po 20 dolców od głowy, ale w zamian za to można było robić do oporu zdjęć i zaglądać do chatek. Jeśli chodzi o warunki mieszkaniowe, to są to małe chałupki zbudowane z gliny oblepiającej rusztowania z gałęzi. Gotowanie oczywiście na palenisku, wodę nosi się z potoku. Prądu brak.

b-tance pigmejow.jpg Na koniec naszej wizyty były jeszcze tańce i śpiewy w wykonaniu wyraźnie uradowanych z tego powodów mieszkańców. Najlepszy był „dziadek” – malutki, zasuszony facet, który pomimo swoich 84 lat jakie ponoć miał, skakał jak źrebak i ogólnie był mocno pobudzony. Sprawiał wrażenie jakby był po niezłej dawce marihuany, bo Pigmeje dość chętnie korzystają z tego ziela. Nie wiele gorsza od „dziadka” była „babcia” waląca kijem w żółty kanister, jeden z tych, jakie w Afryce używa się do noszenia wody. Kanister zastępował bęben – zresztą co jak co, ale muszę przyznać, że ci Pigmeje to dość muzykalne plemię. W sumie to aż mi było żal, że nie mogę w wiosce zostać dłużej.

b-jada banany.jpg Po Pigmejach było 7 godzin w autobusie z przerwami na sprawy fizjologiczne załatwiane w krzakach, bo z toaletami w tym rejonie Afryki łatwo nie jest. Pierwszy odcinek prowadził przez góry, więc przynajmniej były ładne widoki na tarasowate poletka, ale potem zrobiło się płasko, więc krajobrazowo monotonnie. Spać na tych drogach nie jest łatwo, bo nawet jeśli nie ma wertepów, tzn. jest asfalt, to co i rusz przejeżdża się po ograniczających prędkość „bumpach” czy jak kto woli „śpiących policjantach”. Co do mnie, to i tak szkoda mi czasu na spanie, bo za oknem ciągle się coś dzieje. Nawet nie przeszkadza mi, że to obrazki takie same jak w Rwandzie czy Burundi, czyli ludzie wiozący na rowerach ogromne ilości bananów, dzieciaki idące z baniakami po wodę, kobiety niosące na głowach towar na targ. Na głowach nosi się tu wszystko – nawet książki do szkoły.

A jeszcze co do wioski Pigmejów. W jej pobliżu stoją też namioty stanowiące obóz uchodźców z Konga. Po drodze mijaliśmy również konwój autobusów przewożących Kongijczyków w głąb Ugandy. Okazuje się że nawet w rejonach przygranicznych Ugandy, uciekinierzy z sąsiedniego kraju nie są bezpieczni. Nic z tego nie rozumiem – co chwila słyszę że i Kongo, i Uganda są bezpieczne, a z drugiej strony są też informacje zupełnie temu zaprzeczające.

b-basenik.jpg Około 16-tej wjechaliśmy wreszcie do Parku Narodowego Queen Elizabeth. Nazwanie go imieniem Królowej Elżbiety przypomina wizytę brytyjskiej monarchini, która miała miejsce w 1954 roku. Główne safari zostawiliśmy sobie na następny dzień, teraz zaliczyliśmy jedynie rejsik statkiem po kanale łączącym dwa jeziora: Jerzego i Edwarda (to też na cześć brytyjskich królów). Muszę przyznać, że to jedno z fajniejszych boat-safari jakie miałam okazje zaliczyć – zwierząt rzeczywiście było do oporu. Najwięcej chyba hipopotamów, ale poza nimi też krokodyle nilowe, bawoły i słonie, które przyszły do wodopoju, mnóstwo ptactwa, w tym zimorodki srokowate (takie z biało-czarnym upierzeniem), bociany żółtodziobe i orzeł rybojad (trochę przypominający naszego bielika). O pelikanach czy marabutach już nie wspominam. Romantycznym akcentem wycieczki był piękny zachód słońca na jeziorze Edwarda.

 

23 lipca
Kasese – Queen Elizabeth National Park – Jinja


b-hiena.jpg Żeby nie było za dobrze, tym razem znowu wróciliśmy do wersji pobudka o 4-ej. Kiedy ja to odeśpię?

O 6-ej rano byliśmy już w parkowym Visitor Center i czekaliśmy na rangersów, z którymi mieliśmy tropić zwierzaki w ramach samochodowego safari. Rewelacji nie było – utwierdziłam się w przekonaniu, że jak chce się zaliczyć safari z prawdziwego zdarzenia, to trzeba jechać do Kenii lub Tanzanii. No ale tragicznie też nie było. Widzieliśmy słonie, z bardzo bliska hieny, stado bawołów, guźce i sporo antylop, w tym tzw. kob (nazwa angielska, ale po polsku jest podobnie bo: kob liczi) – narodowe zwierzę Ugandy. Niestety nie było lwów leżących na drzewach, z których słynie park Królowej Elżbiety. Ponoć aby je zobaczyć trzeba jechać dwie godziny do innej części sawanny. Widzieliśmy wprawdzie jedną lwicę, niestety ukrytą w trawach i to bardzo daleko. W sumie największe wrażenie zrobiło na mnie niezwykłe stado ptaków, wyglądające jak rój szarańczy – co i rusz wzbijało się do lotu, to znowu siadało, by za chwilę znów istną chmurą przenieść się gdzie indziej. Stanęliśmy też przy jednym z ponad 50 tutejszych jezior tektonicznych. W tym, które widzieliśmy wydobywa się sól (metodą odparowywania). Ciekawe, że kobiety które przy tym pracują nie mogą zajmować się tą pracą dłużej niż 2 lata, bo ponoć potem stają się bezpłodne.

b-rownik.jpgNastępnym przystankiem po safari był równik (zaraz za granicą parku). W przeciwieństwie do Kenii czy Ekwadoru tutaj nie umieją robić na nim interesów – jest tylko byle jaki pomniczek i tyle (w Kenii od razu wyrastają stragany z pamiątkami, a w Ekwadorze jest cała wioska sklepowa). Oczywiście zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową, no i od tej pory wróciliśmy już na rodzimą półkule północną.

Potem była już głównie jazda. W sumie 10 godzin w autobusie, bo musieliśmy przejechać przez Kampalę (stolicę Ugandy) a tam korki o których nawet w Warszawie nam się nie śniło.

 

24 lipca
Jinja-wodospady na Nilu – Kampala – Entebe


Wreszcie można było poczuć się jak na wakacjach – na zwiedzanie wyruszyliśmy dopiero o 9-tej! Na dobry początek przepłynęliśmy się łodzią po jeziorze Wiktorii. Wprawdzie tutaj wygląda dość niepozornie, ale pod względem wielkości to trzecie jezioro świata! Istne morze – 400 km długości, do 250 km szerokości! Jak dotąd, Jezioro Wiktorii kojarzyło mi się głównie z poławianą właśnie tutaj i serwowaną w licznych afrykańskich knajpach pyszną rybą zwaną tilapia - dokładniej jest to gatunek sandacza.

b-zrodla nilu.jpg Najpierw dotarliśmy naszą nie wzbudzającą zaufania łajbą do miejsca, gdzie jak się mówi, są źródła Nilu, a dokładniej jego odnogi zwanej Nilem Wiktorii. To już kolejne jakie poznałam. Pokazano nam bulgocącą wodę w miejscu gdzie rzeka wypływa z jeziora, po czym popłynęliśmy na drugą stronę rzeki zobaczyć „grobowiec” Mahatmy Gandhiego. Słynny polityko-filozof zmarł w Indiach w 1948 roku, ale zażyczył sobie aby jego prochy rozsypano nad świętymi rzekami. Nil również uważa się za święty, stąd też i tę rzekę w symboliczny sposób uważa się za grobowiec Gandhiego, o czym świadczy stosowny pomniczek ufundowany przez rząd Indii. To także miejsce pielgrzymek miejscowych Hindusów – żyje ich w Ugandzie całkiem sporo, co zresztą widać, choćby po licznych świątyniach hinduistycznych.

b-wioska rybacka.jpg Super ciekawym przystankiem na wycieczce łodzią była wioska rybacka. Rewelacyjne miejsce, bo zupełnie nieturystyczne. Fakt: bród, smród, ale przy tym egzotyka na całego. Przede wszystkim przesympatyczni ludzie, w tym urocze dzieciaki. Dałam jednej z kobitek mój T-shirt z poprzedniego dnia – cieszyła się ogromnie!

Około południa wyjechaliśmy w trasę. Po przejechaniu Jinji – miasteczka słynącego przede wszystkim z browaru popularnego w Ugandzie piwa „Nile” (czyli Nil) i  pojechaliśmy na niedalekie wodospady Bujagali. Bardzo sympatyczne miejsce, bo choć daleko im do Niagary, to wyglądają naprawdę ładnie. Do atrakcji wodospadów należą chłopcy, którzy za opłatą (od naszej grupy dostali równowartość 10 dolców, bo z tego muszą jeszcze odpalić "dolę" właścicielom terenu) przepływają przez tę niesamowitą kipiel. Najpierw skoczył jeden – wpław, potem drugi – na kajaku. Pytałam się ich potem czy nie zdarzają im się wypadki. Odpowiedź była, że nie, bo oni wiedzą którędy jak płynąć, ale ponoć w zeszłym roku był jakiś jeden „mzungu” (biały znaczy się), który stwierdził, że on też spróbuje. Wyrzuciło go nie w tym miejscu co powinno, walnął o skały, no i gdyby nie akcja ratunkowa czarnoskórych chłopaków, to pewnie teraz oglądalibyśmy nagrobek owego mzungu.

b-kajak.jpg Strasznie szkoda, że zabrakło nam czasu na rafting, którego trasa w najtrudniejszym wariancie  przebiega właśnie przez wodospady. W raftingowej skali trudności ocenianej od 0 do 6 (szóstka jest najtrudniejsza, praktycznie nie do pokonania), wodospady na Nilu są wycenione na 5. Nieźle! Przewodnik Lonely Planet opisuje, że to jedna z kultowych tras raftingowych w skali świata. Oj, będę musiała tu wrócić.

Program zwiedzania mieliśmy zakończyć Kampalą, czyli stolicą. Wielkie miasto, szerokie ulice, wysokie domy, liczne banki. Co do ugandyjskich banków, to polecam newsa przysłanego przez Janusza B. "Bank z Ugandy zniknął w nocy. Razem z pieniędzmi. W ciągu dwóch miesięcy oszuści zebrali ponad 100 tys. dolarów.". Więcej na ten temat tutaj .

b-palac.jpg Niestety, Kampala słynie z korków, co również i dzisiaj odczuliśmy. Odpuściliśmy więc podjazd pod Parlament – zobaczyliśmy jedynie z daleka Meczet Narodowy, za to dokładniej obejrzeliśmy pałaco-grobowiec Kasubi, miejsce wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.  Bardzo ciekawe – jak ktoś będzie miał okazję to polecam. Główny obiekt, zwany pałacem (niech nas nie zmyli nazwa, bo niektórym może się to kojarzyć bardziej z okrągłą stodołą) powstał w 1882 roku i jest ponoć największym w świecie budynkiem krytym strzechą (wysokość 20  metrów, średnica 30). Muteesa I – XIX-wieczny król, czy jak się tutaj mówi: kabaka, rzeczywiście w nim mieszkał, a po śmierci został tu pochowany. Potem spoczęły tu ciała jego następców. Dookoła głównego budynku stoją w kręgu chatki, w których mieszkały żony (a teraz wciąż żyją ich kolejne spadkobierczynie). W sumie Muteesa miał 84 żony! W środku pałacu stoi podwójne krzesło – prezent od brytyjskiej królowej, która przywiozła takie siedzisko dla króla i jego żony. No cóż, Jej Ekscelencja z Londynu nie spodziewała się, że ugandyjski kabaka nie ogranicza się do jednej tylko małżonki. Między innymi z powodu żon Muteesa I nie przyjął żadnej z europejskich religii, choć miał kontakty zarówno z misjonarzami katolickimi, jak i anglikańskimi. Nowe religie narzucały monogamię, co królowi nie specjalnie się podobało. Inna sprawa, że również nie podobała mu się rywalizacja i wzajemne krytykowanie siebie misjonarzy każdej ze stron – w tej sytuacji ani król, ani jego syn nie mogli się zdecydować, która religia jest słuszna.

b-kotek.jpg Bardzo ciekawe były opowieści przydzielonego nam przewodnika, ale trudno mi się było skupić, bo w międzyczasie obskoczyły mnie pchły. Jak zwykle wszystkie zlatują się w pierwszej kolejności do mnie. Przewodnik zasypywał mnie kolejnymi datami i imionami królów (Daudi Chwa II, Muwenda etc.), a ja tymczasem zawzięcie się drapałam. Przewidywałam, że tak będzie już przy wejściu, gdy nakazano nam ściągnąć buty i nawet z tego powodu początkowo nie chciałam godzić się na rozsiadanie na rozłożonych na podłodze dywanach. No ale wiadomo, zwyczaje szanować trzeba, a usłyszałam, że wchodząc do ugandyjskich domostw stać nie wypada. W każdym razie przewodnik omówił jeszcze wiszące portrety, rząd dzid (wśród nich takie do polowań, walki oraz ceremonialne), pokazał tez wsadzonego teraz w gablotę lamparta, który niegdyś był "kotkiem"-pupilem jednego z królów, objaśnił też symbolikę sufitu (mają w nim odbicie 52 ugandyjskie klany) i w końcu po godzinie zwiedzanie się zakończyło. A tak na marginesie to Uganda wciąż podzielona jest na królestwa – jest ich w sumie 5 i rzeczywiście bardzo poważnie się ten podział traktuje.

b-kampala.jpg Na koniec pobytu w Kampali zaliczyliśmy jeszcze bazarek z pamiątkami, bo to już koniec naszego pobytu w Ugandzie, a jak dotąd nie było gdzie kupić pamiątek. Szukałam ciekawych masek, ale nic mi się nie rzuciło w oczy. W sumie to mają tu totalny miks – sporo towaru z sąsiedniej Tanzanii i Kenii (głównie rzemiosło masajskie) i maski z Konga. Kupiłam jedynie T-shircik z gorylem i napisem „mzungu”.

Kolację zjedliśmy w Kampali. Zatrzymaliśmy się po prostu w centrum miasta (skrzyżowanie Kampala Rd i Parlament Ale), w miejscu gdzie jest mnóstwo knajp, dzięki czemu każdy zjadł to co chciał. Największą popularnością cieszyła się… pizza. Ja akurat próbowałam znaleźć coś lokalnego, ale były praktycznie tylko fast-foody, chociaż ku mojemu miłemu zaskoczeniu nie zauważyłam żadnych sieci typu Burger King czy McDonalds. Na koniec zajrzałam do baru-dyskoteki „Mateo`s” – całkiem fajne miejsce do podglądania jak się bawi, czy ubiera miejscowa złota młodzież. Tu już wyraźnie widać, że to stolica – zupełnie inny świat niż biedna prowincja. Ceny w barach takie jak w Polsce lub wyższe – ludzi z wiosek na to nie stać.

 

25 lipca
Entebbe - wylot do Polski


Nocowaliśmy 35 km za Kampalą, w Entebbe, gdzie jest lotnisko. Dzięki temu nie musimy się stresować, że utkniemy w stołecznych korkach i nie zdążymy na wieczorny lot.

b-szympans.jpg Niestety nie udało nam się zobaczyć sierocińca szympansów na który tak liczyliśmy. Okazało się, że nie zarezerwowano nam zamawianych już kilka tygodni temu biletów, a wstęp na wyspę z szympansami jest limitowany do 50 osób dziennie (po 25 osób rano i wieczorem). Próbowałam przebłagać dyrektorkę placówki, ale nie dało się – kobieta zarzekała się, że chciałaby nam pomóc, jednak nie może, bo wyleci z pracy. Zobaczyliśmy jedynie zoo na stałym lądzie, czy raczej ośrodek resocjalizacyjny dla zwierząt odzyskanych z przemytów czy odbitych z rąk kłusowników. Całkiem sporo mają tam zwierzaków – zebry, lwy, różnego typu małpy, a wśród nich też szympansy.

To już ostatni dzień naszego intensywnego afrykańskiego wypadu. Wieczorem wylatujemy via Nairobi do Europy. Ja już wiem, że wkrótce tu wrócę, tym razem w pojedynkę.

 

INFORMACJE PRAKTYCZNE (2009 r.): 

Wizy:

Myśmy załatwiali je na granicach, chociaż ze względu na zmienną sytuację w odwiedzanych krajach, lepiej przed wyjazdem upewnić się, czy jest to możliwe. Zdjęcia wbrew wcześniejszym informacjom nie były potrzebne. Ceny: 3-dniowa wiza do Burundi - 20 dolarów, do Rwandy - 60 dol., do Ugandy - 50 dol, tygodniowa do Konga też ok. 60 (dokładnie nie wiem, bo płacił nasz przewodnik).

Zdrowie:

Teoretycznie wymaga się tzw. żółtej książeczki z potwierdzonym szczepieniem przeciwko żółtej febrze, ale nikt tego na granicach nie sprawdzał. Konieczna jest profilaktyka antymalaryczna - miejscowi potwierdzają, że malaria jest w tym rejonie dość częsta i rzeczywiście niebezpieczna.

Atrakcje:


W Ugandzie: całodniowy rafting na Nilu - od 75 do 150 dol. (zależy jaka firma).








 

Back to top