U potomków Majów
Hits: 7021

 GWATEMALA + WYSKOK DO SALVADORU I HONDURASU

Niniejszy blog powstał podczas mojego półtoramiesięcznego pobytu w Gwatemali (wiosna 2007 r.). Pojechałam tam z zamiarem po części uczenia się hiszpańskiego, po części - podróżowania.

I  dzień - 21 marca, środa

Podróż, kimka na lotnisku, pierwsze godziny w Antigua

No i doleciałam... Najpierw dwugodzinny lot do Frankfurtu (przespałam cały - od startu do lądowania), tam przesiadka na "Lufę", czyli Lufthansę do Mexico City i kolejne 12 godzin w powietrzu. Minęło szybko bo obejrzałam relaksujący, animowany film o pingwinach „Happy Foot” czy jakoś tak, a potem znowu odsypiałam zaległości. Miałam farta, bo udało mi się skutecznie zaczaić na jedyne wolne miejsca i to cztery koło siebie!  Potem 3 godziny czekania, zmiana na linie meksykańskie i półtoragodzinny lot do Guatemala City. Chwilę przed północą wylądowałam, a o dziwo – razem ze mną także mój bagaż (powszechnie wiadomo, że jeśli komuś ma zaginąć bagaż, to pewnie akurat mnie to doświadczy).
 
Środek nocy to raczej kiepska pora na szukanie transportu. Autobusów o tej porze nie ma, taksówki ze względu na koszty z założenia odpuściłam nawet i w dzień, a poza tym i tak interesowało mnie nie tyle dostanie się do pobliskiej stolicy, ile do odległej o 40 km Antiguy. Niestety lotnisko gwatemalskie nie zapewnia śpiącym żadnych luksusów (mowa o fotelach, na których można się rozłożyć), tak więc nie pozostało mi nic innego jak wyciągnąć karimatkę  i przespać się na podłodze, notabene w sąsiedztwie pary Holendrów. W międzyczasie zaprzyjaźniłam się jeszcze z uzbrojonymi po zęby panami-ochroniarzami, polecając się ich czujnej opiece. Niezależnie od tego przed zaśnięciem nie omieszkałam powiązać mojego dużego plecaka (nie łatwo byłoby z tym 25-kilogramowym ciężarem szybko uciec) z małym plecaczkiem, torbą fotograficzną i butami (w biednym kraju zwłaszcza obuwie może się komuś przydać). Jak już wszystko było zabezpieczone, wsadziłam sobie koreczki do uszu, troki od plecaka przywiązałam do ręki, no i poszłam spać.

W nocy było spokojnie, choć zaskakująco chłodno (musiałam wyciągnąć śpiwór). Pierwszy samolot przyleciał dopiero o 5.30, tak więc kiedy się obudziłam stał już wokół mnie (i Holendrów) tłum ludzi – Gwatemalczyków oczekujących  na tych co przylecieli. Kwadrans później robiłam już poszukiwania transportu do Antiguy co okazało się wcale nie taką prostą sprawą. Ostatecznie z pomocą znajomych już ochroniarzy wyczailiśmy kierowcę który przyleciał po jakąś Amerykankę. Facet zgodził się mnie wziąć – chciał 30 dolców, skończyło się na 10-ciu, ze świadomością że i tak przepłacam.


Antigua – pierwsze godziny

Kierowca wysadził mnie tuż przed zaklepaną via internet szkołą, czyli Ixchel Spanish School (dla zainteresownych: więcej info na http://www.ixchelschool.com ). Umówiłam się w sekretariacie, że szkoda czasu, lekcje zaczynam od dziś, po 7 godzin dziennie. Ciekawe jak z moją percepcją, zwłaszcza dzisiaj, kiedy jeszcze nie przestawiłam się czasowo.
 
gwat-antdomywww.jpgAntigua to w sumie niewielkie miasteczko, ale bardzo przyjemne. Po pierwsze – ładnie położone, w otoczeniu wulkanów. Po drugie – ponieważ to jakby nie było wysokosć 1500 m n.p.m., więc nie czuje się tu takiego upału jak w stolicy (Gwatemala City). Po trzecie – fajna tu atmosfera. Zabudowę tworzą niskie, kolorowe domki, mieszkańćy to gł. Indianie-Majowie, a więc z założenia w naszym mniemaniu dość egzotyczni i do tego  bardzo barwnie ubrani. Turystów też jest tu sporo – nic dziwnego, skoro Antigua to najsłynniejsze w Ameryce Centralnej miejsce do nauki hiszpańskiego.

Zamieszkałam przy wyznaczonej mi przez szkołę rodzinie jakieś 5 min. na piechotę od szkoły (inna sprawa, że tu wszędzie jest przysłowiowy rzut beretem). Pokoik jest ok, tzn. bez żadnych luksusów, ale stoi w nim wygodne łóżko, stolik, szafa (choć z niej korzystać nie mogę, bo zawalona jest rzeczami gospodarzy), z sufitu zwisa żarówka (na klosz chyba nie starczyło kasy).

Gospodarze mieszkają po sąsiedzku, razem dzielimy łazienkę. Aaa, zapomniałam – mamy jeszcze tzw. taras. Oznacza to dach, taki w stanie surowym, na który wchodzi się po drabinie. Gospodarze – wydają się całkiem mili. Kobitka, Sylvia, ma 34 lata i gada cały czas jak najęta, wcale nie przejmując się, że mało co ją rozumiem. Jej mąż – przedstawiał się ale zapomniałam, to z kolei facet spokojny i raczej małomówny, natomiast syn to Francesco, 14-latek jeszcze mi nie znany, bo jest w szkole. Jest jeszcze pies, Terry, wesoły sznaucer, który chyba miał zamiar na dzień dobry obsikać mój plecak, ale go pogoniłam.

Po kolacji i pierwszych lekcjach

Uff, jakoś przebrnęłam pierwsze lekcje... Było ciężko, bo oczy kleiły mi się ze zmęczenia i różnicy czasu (bite 8 godzin), no ale uratowała mnie zakupiona flaszka coli. Moją nauczycielką została niejaka Rita – miłe dziewczę, które zasypało mnie dziś taką dawką słówek i gramatyki, że przez tydzień sobie chyba tego nie przyswoję. No ale jestem mocno zdeterminowana, więc mimo zmęczenia w planach na dzisiejszy wieczór poza kafejką internetową mam też ambitne zakuwanie.

Co do mojego zakwaterowania to jak się okazuje mam sąsiadkę, także z tej samej szkółki. Poznałam ją już przed obiadem, ale pierwsze wrażenie było raczej kiepskawe, bo dziewczyna wyglądała na obrażoną na cały świat. Teraz, podczas wspólnej kolacji, chyba już jej przeszło. W każdym azie jest Australijką, dość rozrywkowo nastawioną do świata. Niby uczy się hiszpańskiego, ale dużo ważniejsze jest dla niej imprezowanie w tutejszych pubach. Na pewno nie dowiem się od niej nic o indiańskich targach, za to mam już przegląd najlepszych miejscowych lokali...

A co do posiłków, to pod tym względem jest bez zarzutu, choć zestaw obiadowy nie różnił się specjalnie od kolacyjnego. Tworzyły go: ryż, sałata, pomidory, jakiś wegetariański niby-kotlet i szklanka wody, na kolację jeszcze dodatkowo platany , czyli mylone z bananami owoce, ze względu na zawartość skrobi nie nadające się do jedzenia na surowe, za to doskonałe po przyrządzeniu w wersji smażonej.

II dzień - 22 marca, czwartek
Antigua, wycieczka po okolicy


Wczoraj miałam „Antiguę by night”. Nie przypuszczałabym, że można się w tym jak pisałam wczoraj  - niewielkim w sumie mieście, tak nachodzić. W każdym razie teraz już wiem, że to, co wydaje się małe, w innej sytuacji może stać się wielkie.

O co chodzi? Otóż wyszłam wieczorem na internet do najbliższej kafejki, która okazała się już nieczynna. Następna także była zamknięta na głucho, no i tak szukałam, szukałam, aż jakąś czynną znalazłam. No ale po wyjściu nie wiedziałam gdzie jestem. Problem polegał na tym, że nie wzięłam mapy z zaznaczonym moim domem, adresu nie znałam, nazwiska gospodarzy także, nawet szkoła nie wiedziałam jak się nazywa. Na dodatek w nocy wszystko w tym mieście jest takie same – ulice, zabudowa. Wiedziałam, że mieszkam koło kościoła, ale kościołów na pęczki. Łaziłam dwie godziny, nie ukrywam, że trochę z duszą na ramieniu bo co chwila straszą tu napadami. Profilaktycznie miałam ze sobą 10 dolców, na wypadek gdyby trzeba było grzecznie oddać, no i oczywiście żadnej biżuterii, aparatów etc. Dotarłam do domciu przed północą, wściekła i zmęczona. Nawet pracy domowej nie odrobiłam (zrobiłam rano).

Rano wstałam o szóstej, żeby zrobić sobie powtórkę słówek, zjadłam śniadanko i pognałam do szkoły. Fajnie iść sobie uliczkami Antiguy i patrzeć na wulkany które rano są jeszcze odsłonięte (potem nachodzą chmury). Zaczynam mieć tu już różnych „znajomych” – sklepikarza w wielkim sombrerro, indiankę w obszernej spódnicy która przez cały dzień pracowicie lepi tortille... Mówimy sobie „buenos dias” (="dzień dobry"), kumpelsko machamy...

Swoją drogą fajnie wygląda Antigua rano – sprawia wrażenie studenckiego kampusu. Ulice są pełne małolatów idących do szkoły, nie mówiąc o starszej młodzieży w gustownych mundurkach, no i cudzoziemców którzy też gonią na zajęcia. Nie wiem ile jest tu szkół hiszpańskiego, ale widzi się je co krok.

gwat-szkolawww.jpgSzkółka coraz bardziej mi się podoba. Mam wrażenie, że przez te niecałe 2 dni nauczyłam się więcej, niż przez miesiąc lekcji w Polsce. Moja nauczycielka nie zna prawie w ogóle angielskiego, więc chcąc nie chcąc mam 100 proc. hiszpańskiego. Swoją drogą ciekawy jest tu system nauki. Nie ma żadnych klas. Lekcje są w systemie jeden uczeń - jeden nauczyciel, a mówiąc „grupa”  ma się na myśli co najwyżej małżeństwo czy parę – max. dwie osoby. Zajęcia zaczynają się od 8-mej i trwają do 12-tej z półgodzinną przerwą o 10-tej, kiedy to można też wypić gratisową kawę. Najbardziej zaskakujący jest brak klas w sensie oddzielnych pomieszczeń, za to jest patio z fontanną, a dookoła krużganki zastawione stolikami przy których odbywają się lekcje. Myślałam że będzie to jakiś megahałas, ale gdzie tam – każdy jest tak skupiony na swoich ćwiczeniach, że siedzący dwa metry obok zupełnie nie przeszkadzają.

Po obiadku nie miałam dziś zajęć – za namową Jose, współszefa szkoły, pojechałam na wycieczkę. Byliśmy na plantacji i w fabryce kawy – jak rośnie kawa już widziałam, ale w życiu nie przypuszczałam, jak długi i pracochłonny jest proces jej przygotowywania. W sumie było to nawet ciekawe, tym bardziej że Gwatemala chlubi się, że mają super kawę.

Potem pojechaliśmy na plantację orzechów makademia. Kojarzyłam te orzechy z Mozambikiem, a tymczasem okazało się że pochodzą z... Australii. Popatrzyliśmy na drzewa, popróbowaliśmy różnych odmian makademii (najlepsze w czekoladzie – niebo  w gębie!). Następny stop dla odmiany stanowiła jakaś buda – już się przeraziłam, że ze sklepem (no, sklep oczywiście też był), ale chodziło o prezentację zwyczajów miejscowych Indian. Nawet mi nie przyszło do głowy, że te płachty, które miejscowe kobity zawiązują sobie jako spódnice mają po 6-7 m długości! A dziewczyna zanim wyjdzie za mąż przez kilka miesięcy tka chustę, którą na ślubie daje teściowej!

Na koniec jeszcze pojechaliśmy do Starej Antiguy zobaczyć tamtejszy kościół – rzeczywiście ciekawy. Wycieczkę zakończyłam w barze – zaprosił mnie nowopoznany kolega–Niemiec. Matias mieszka w Strasburgu i tak jak ja przyjechał się trochę uczyć, a trochę powłóczyć po Ameryce Centralnej. Postanowiliśmy, że w sobotę pojedziemy razem na wulkan.

III dzień - 23 marca, piątek,
Antigua i odpust w San Bartolome

Fajny dzionek! Zaczął się niefortunnie od wpadki z moją nauczycielką. Chciałam być dla niej miła i będąc przekonana, że jest w ciąży (wskazywał na to jej brzuch) zapytałam, który to miesiąc. Tylko że jak się okazało, ona w ciąży wcale nie jest. Ups! Trochę głupio.

W rewanżu miałam czasowniki nieregularne. Okropność! Ale robię postępy. Teraz już gadam po hiszpańsku bardziej świadomie, zaczynam myśleć o gramatyce. Ale pomyłki robię. W przerwie na kawę w rozmowie z jednym z kolegów walnęłam, że nie pójdę wieczorem do pubu, bo jestem „casada”. Dopiero potem zorientowałam się, że powinno być „cansada”, czyli „zmęczony”, a to co powiedziałam znaczy „zamężna”. No cóż, swoją drogą prawda. W zastępstwie pubu poszliśmy z kolegą na lody... ryżowe. Pyszne!

Po zajęciach zjadłam szybki obiad (w towarzystwie koleżanki-Australijki z pokoju obok, bo już się polubiłyśmy) i pognałam do miasta. Po raz pierwszy miałam czas by coś w Antigle zobaczyć. Zaliczyłam jedno muzeum (sztuki kolonialnej - bardziej z obowiązku zawodowego niż z przyjemności), dwa kościoły (jak wyżej - bo wypadało tam wpaść), wystawę jadeitów (z tego kamienia szlachetnego Gwatemala słynie), rynek, kilka sklepów, 5 agencji turystycznych (sprawdzałam ceny wycieczek) i informację turystyczną. Dobrze, że weszłam w to ostatnie z wymienionych miejsc, bo jak się okazało, wzgórze widokowe na które się wybierałam, słynie z napadów, tak więc jedyna polecana droga to skorzystanie z darmowej eskorty policjantów z bronią. Wyrusza taki konwój dwa razy dziennie – trzeba będzie skorzystać. Z tymi napadami to tu nie żarty. Gospodyni mówiła że dwa dni temu w środku dnia jakiejś dziewczynie przystawiono pistolet, no i nawet nie pisnęła – grzecznie oddała plecak z zawartością.

gwat-chickenbuswww.jpgAle wracając do mojej wycieczki... Głównym celem było położone na obrzeżach Antiguy miasteczko San Bartolome, w którym dzisiaj była fiesta związana z postem. Pojechałam „chickenbusem” jak się tu mówi o kolorowych autobusach w stylu tych, jakie w latach 60. w USA woziły do szkoły amerykańskie dzieci. Nazwa „chicken bus” ("kurczakowy autobus") jest jak najbardziej adekwatna, bowiem napycha się taki pojazd do granic wytrzymałości. Na miejscu, na którym powinny siedzieć co najwyżej dwie osoby (i to szczupłe) tutaj scieśnia się trójka dorosłych, którzy zwykle jeszcze biorą na kolana dwójkę dzieciaków. Ma się rozumieć turyści rzadko kiedy jeżdżą chicken busami wybierając taksówki lub turystyczne mikrobusy. Mnie tam się podobało, ale ja akurat lubię takie swojskie klimaty.

Fiesta w San Bartolome – super! W kościele cały ołtarz wyłożony obrazem z kwiatów i owoców – rewelacja. Figury w kościele (święci, Chrystus) ubrani w specjalne szaty, do tego pan z wielkim bębnem przy wejściu... No i tłum ludzi, głównie Indianek w tych swoich kolorowych strojach. Fajne obrazki były też przed kościołem - dwie godziny spędziłam gapiąc się na tłum na placu zastawionym straganami, kotłami z żarciem i wszelkim kiczem, niekoniecznie religijnym. Szczególnie barwne były stragany z mango - sprzedawczynie w mgnieniu oka obierają te owoce, odpowiednio nacinają i sprzedają nadziane na patyk.
 
Po powrocie do Antiguy miałam jeszcze jedną atrakcję – w Parco Central koło katedry trafiłam na procesję. Dzieciaki ze szkoły (tu wszystkie szkoły są przyklasztorne, czyli religijne) niosły wielkiego Chrystusa, przy okazji zaliczając Drogę Krzyżową. Z wulkanami w tle egzotycznie to wyglądało.

Przy kolacji znowu miałam hiszpańskie konwersacje, bo moją gospodynię naszło na zwierzenia, jacy to ci faceci gwatemalscy są okropni. Przy okazji dotarło do mnie, że facet który mieszka z nami to jej były mąż – rozwiedli się, ale mieszkają razem. Ciekawa opcja. A co do gospodyni to miła babka, ale interesu pilnuje. Wczoraj zwróciła mi uwagę, że prysznic bierzemy co najwyżej raz dziennie (ja moczyłam się rano i wieczorem), a na widok laptopa oznajmiła, że za ładowanie jest dopłata. Profilaktycznie, żeby jej nie drażnić, pochowałam kable do licznych ładowarek.

IV dzień – sobota, 24 marca
Wycieczka na wulkan Pacaya

Dzisiaj byłam w szkole jedyną studentką! Normalnie sobota jest dniem wolnym od zajęć, no ale szkoda mi czasu na jego marnotrawienie. W ogóle dzisiaj jakoś rano dziwnie wyglądała Antigua – ulice były puste, spokojne. Nawet mojej ulubionej Indianki od tortilli nie było...

Po lekcjach wpadłam "do domu" na obiad i przy okazji poznałam nową lokatorkę – dziewczynę z Korei. Oj, rozczaruje się Australijka (na obiedzie jej nie było), bo wiedziałyśmy że ktoś ma przyjechać, w związku z czym ona nastawiła się, że będzie to jakiś facet. Koreanka jest miła, grzeczna i ciągle przytakuje, choć ni w ząb nic nie rozumie. Obiad (kurczak z sałatką) chyba nie za bardzo jej smakował – śmiałyśmy się potem z gospodynią, że trzeba uważać na Terriego (tego domowego psa), bo jak skośnooka koleżanka zgłodnieje, to może z czworonoga zrobić użytek (w Korei wciąż jada się psy). Próbowałam do Koreanki zagadać po angielsku, ale taki sam efekt byłby, gdybym mówiła po polsku. Żal mi jej, bo widać że jest mocno wystraszona. Aby ją rozruszać, zaprosiłam ją na połamany torcik wedlowski.

O 14-tej znowu musiałam być już w centrum Antiguy, bo miałam wykupioną wycieczkę. Mówię że, wykupioną, bo choć nie przepadam za zorganizowanymi wypadami, niestety w wiele tutejszych miejsc nie da się dotrzeć inaczej, jak grupowo. Nie chodzi nawet o problem transportu, ile o napady. Swoją drogą dzisiaj przejrzałam tutejszą gazetę – na każdej stronie jakieś morderstwa.

Ale co do wycieczek to przynajmniej mają przyzwoite ceny. Dzisiaj za wulkan zapłaciłam 5 dolców – śmieszne pieniądze jak za taki wyjazd. Bo jak się okazało wcale nie chodziło o żaden dymiących nad Antiguą stożków. Pacaya (tak się ten wulkan nazywa) jest jakieś 1,5 godziny drogi od Antiguy, a więc spory kawałek.

Było nas ok. 40 osób – zbieranina plecakowiczów z całego świata. Mój kolega Niemiec nie mógł jednak pojechać, więc na to konto już na wstępie zakumpliłam się z czwórką Amerykanów. Potem zresztą podszedł Kanadyjczyk, w czasie drogi miałam obok Francuzów, była też para Włochów, Izraelka, jak zwykle trochę Niemców... Ogólnie było świetnie – zarówno towarzysko (szkoda tylko, że na wycieczkach gada się po angielsku, a ja przecież mam ćwiczyć hiszpański), i widokowo.

gwat-lawawww.jpgWulkan fajny – parking jest na jakiś 1800 m n.p.m., czyli to chyba wysokość Kasprowego, a potem trzeba zasuwać na nogach. Krater to już 2500 m  n.p.m., ale dochodzi się do ok. 2300, bo tam właśnie dopływa potok lawy. Szczerze mówiąc nie jeden wulkan w życiu widziałam, ale takiej płynącej lawy to jeszcze nie. Coś niesamowitego! Podchodzi się bardzo blisko tego czerwonego, żarzącego się potoku. Czasem trudno wytrzymać, tak jest gorąco. Trzeba też uważać aby nie stać długo w jednym miejscu, bo topią się podeszwy. Najlepiej wygląda to wszystko już po zmroku – widać czarny wulkan a na nim płynie ta ognista rzeka. Zresztą cały szlak jest ciekawy. Las przypomina ogród botaniczny – wśród poopisywanych drzew jest np. drzewo mrówkowe, nazywane tak bo to gatunek ulubiony przez mrówki (pełno ich zwłaszcza w owocach). Z jego drewna wyrabia się marimbę – narodowy instrument Gwatemali (takie niby cymbały), stąd też mówi się że to „marimba tree” (drzewo marimbowe).

W drodze powrotnej dosiadł się do mnie jeden z Amerykanów. Pogadaliśmy o podróżach. Pytał gdzie jeździłam, to mu powiedziałam. Okazało się że on jest po raz pierwszy za granicą. Nie mógł zrozumieć jak to my w tej Polsce żyjemy – biedniej niż w Stanach, a jeździmy więcej.

Wróciliśmy do Antiguy o 21-ej. Dziś już nie poszłam na żaden internet – chciałam jak najszybciej zostawić w domu sprzęt fotograficzny, zanim ktoś by mnie z nim przyczaił. Idę spać bo już prawie północ a jutro jak zwykle muszę wstać o 6.15. Choć wiele mnie to kosztuje, budzę się o tak drakońskiej porze, by powtórzyć sobie słówka hiszpańskie. Jutro ze słówkami laba (niedziela), ale o 7-mej jadę na targ indiański w Chichicastenango. Miałam jechać chicken busem ale Alvaro (główny szef szkoły) dał mi darmowy voucher na turystycznego busa, więc grzech nie skorzystać. Tym bardziej, że tak jest najszybciej.

V dzień - 25 marca, niedziela
Wypad do Chichicastenango (indiański bazar, ceremonie Majów)


Wstawanie o 6 rano, w dodatku w niedzielę, nie jest tym co lubię najbardziej. Nie miałam jednak wyboru – o 7 odjeżdżał mój autobus. Ma się rozumieć nie odjechał punktualnie, bo w Gwatemali podejście do czasu jest takie same jak w mojej ulubionej Algierii, czyli: spoko, i tak się zdąży, a jak się nie zdąży to trudno. Szczerze mówiąc to mało co, a  moja wycieczka skończyłaby się dość szybko, bo mocno zaspana wsiadłam do busa stojącego jak mi się wydawało, w umówionym miejscu. No więc rozsiadłam się wygodnie i tak jak inni pasażerowie grzecznie czekałam... Moje zaniepokojenie wzbudziła jednak wielka waliza – w końcu raczej mało kto jedzie na indiański bazar z walizą. Profilaktycznie zapytałam co i jak. Busik miał już odjeżdżać, ale na lotnisko... Okazało się, że pomyliłam przecznicę...

Wyjechaliśmy z półgodzinnym obsuwem – znowu w międzynarodowej ekipie (gł. Amerykanie i dwie Francuzki). Po jakiejś godzinie kierowca stanął przy knajpie, oświadczając że jest 20 min. przerwy, tak więc razem z innymi poszłam na kawę. Dobrze mi to zrobiło, tym bardziej że w „domu” w ramach śniadania zżarłam 3 banany i popiłam je zwykłą wodą (w niedzielę nasza gospodyni nie gotuje). Wg umowy po 20 minutach byliśmy już wszyscy przy busie, ale i tak nasz kierowca przyszedł dopiero po czterdziestu.

Ledwo przejechaliśmy 10 minut, a tu roboty drogowe i wstrzymany ruch. Ok, kolejne 40 minut czekania. Do Chichi (czyt. Cziczi), jak w skrócie mówi się o Chichicastenango, przyjechaliśmy już po 10-tej, natomiast w drogę powrotną wyrusza się o 14-tej. Mało czasu... Na ogół turystów interesuje tylko bazar, wtedy 3,5 godziny starczą, no ale ja miałam dużo bogatsze plany.

gwat-cmentarzwww.jpgZaczęłam od cmentarza, uznając, że lepiej aby nikt mnie na bazarze nie przyhaczył, że mam tyle sprzętu fotograficznego. Niestety w przewodniku Lonely Planet ostrzegają, że cmentarz to dość popularne miejsce do rabowania. Łaziłam tam trochę z duszą na ramieniu, wybierając ścieżki po których chodziły jakieś kobiety lub rodziny z dziećmi, chociaż dwa razy miałam za plecami rosłych facetów. W takiej sytuacji sama zwykle zwalniam (nie lubię mieć kogoś za sobą) i zaczynam rozmowę, o tym że jestem z Polski (nie chcę by mnie traktowali jako typowego gringo z Ameryki), że ta Polska to kraj prawie tak ładny jak Gwatemala i wcale nie bogaty... Nie wiem, czy by tutaj takie gadanie pomogło, ale na Filipinach w problemowej sytuacji podziałało.

Cmentarz – rewelacja! Jak wszystko w Gwatemali, bardzo kolorowy. Każdy grób inny, i choć to określenie może nie pasuje do cmentarza – całość robi bardzo wesołe wrażenie.

Po powrocie do miasteczka pokręciłam się trochę po bazarze, poszłam do kościoła zobaczyć chrzty, potem zahaczyłam o muzeum (jedyne co ciekawe, to zdjęcia z dawnym Chichi oraz obraz pokazujący stworzenie świata – wg mitologii Majów ludzie zostali stworzeni... z kukurydzy. To w skrócie, bo mit o stworzeniu ludzi jest dość długi...).  Aaa, jeszcze wpadłam do tzw. muzeum masek (właściwie chodzi o sklep, ale chłopak z obsługi poopowiadał mi trochę o rodzajach masek i pograł na marimbie). Przy okazji zrobiłam też wywiad odnośnie wzgórza Pascual Abaj, na które zamierzałam wleźć, ze względu na odprawiane przez Indian tradycyjne rytuały. W przewodniku także i w tym przypadku straszą napadami, a że to już nieco dalej od miasteczka, więc wolałam wiedzieć. W razie czego zakładałam opcję wynajęcia jakiegoś miejscowego niby-przewodnika, ale w trzech źródłach powiedziano mi, że wzgórze jest już pod kontrolą policji, więc założyłam że jest ok i nic mi się nie stanie.

Wejście na górę od ostatniego domu (w którym zresztą jest kolejne „muzeum masek”) zajmuje ok. 10 minut bardzo  szybkim marszem. Szczyt jest rzeczywiście magiczny – jest na nim coś w rodzaju ołtarza z kamieniem obrazującym boga Majów – Pascual Abaja. Indianka, która tam stała, zaproponowała, że za 40 quetzali (lokalna waluta) czyli równoważnik 5 dolców opowie o gwat-obrzedywww.jpgceremoniach Majów. Oczywiście chodzi o te pogańskie ceremonie, nie akceptowane przez kościół katolicki do którego większość Indian i tak chodzi. Pięć dolców to w Gwatemali oczywiście suma z księżyca; powiedziałam że dam 2 quetzale, bo przecież Indianka i tak będzie mówić po hiszpańsku, czyli nie wszystko zrozumiem. Indianka się zgodziła, wzięła 2 quetzale, po czym powiedziała 3 zdania i... skończyła twierdząc, że za tyle zapłaciłam. Cóż, niepotrzebnie dałam jej od razu forsę. Na szczęście pojawił się jakiś miły chłopak, który ładnym angielskim powiedział mi co i jak, w dodatku za darmo. No więc przychodzą na wzgórze rodziny, ewentualnie w ich imieniu - szaman. Składane ofiary to kwiaty, copal, czyli żywica z jednego z miejscowych drzew, trunki, ale też i np. coca-cola, czasem kurczaki. Za chore dzieci pali się w ofierze papierosy. Krzyże przy ołtarzu nie mają nic wspólnego z chrześcijaństwem – pokazują 4 strony świata, choć wg mitologii Majów jest 6 kierunków, bo jeszcze dochodzi niebo i wnętrze ziemi. Dookoła ołtarza głównego są jeszcze ołtarzyki ceremonialne z ogniskami – jedno ognisko to intencja jednej rodziny. Dym z ogniska ma ponoć służyć szamanom do komunikacji z bogami.
 
Resztę czasu spędziłam na bazarze. To całkiem spore targowisko – odbywa się w czwartki i niedziele, a zjeżdżają na nie Indianie z niekiedy bardzo odległych wiosek. Jest oczywiście część bazaru z pamiątkami (kupiłam dwie maski związane z mitologią Majów), ale mimo wszystko to jednak głównie targ dla lokalesów. Panowie chodzą w kapeluszach, kobitki w tych swoich tradycyjnych spódnicach zwanych corte i haftowanych bluzkach z kolorowymi narzutkami. Z fotografowaniem dość kiepsko, bo zazwyczaj chcą po 5 quetzali, trzeba się więc trochę nakombinować jak tu nie płacić, i zrobić zdjęcie nikomu się nie narażając.

Nie powiem, bazar mnie rzeczywiście urzekł przez co nawet na jedzenie żal mi było czasu. Zjadłam tylko trzy tortille (wyglądają jak małe naleśniki) ulepione na poczekaniu przez Indianki i usmażone na ustawionym na ulicy tzw. comal – okrągłym, gorącym blacie. Dokładniej – wzięłam sobie czarne tortille bo zrobione z czarnej kukurydzy. Gatunków kukurydzy jest tu oczywiście mnóstwo – białe, żółte, czarne, fioletowe, czerwone...  Na dobry obiadek poszłam natomiast już po powrocie do Antiguy. Ale tu ceny jedzenia! Za 14 quetzali (czyli jakieś 5 zł) zjadłam 3 wielkie tacos z nadzieniem wegetariańskim, sałatką z awokado i sokiem pomarańczowym. I to nie na ulicy tylko w całkiem przyzwoitej knajpce! A co do awokado, to mieszkańcy Antiguy słyną ze spożywania tych owoców, przez co mówi się o nich „ci co mają zielony żołądek”.

Z wydarzeń dnia, to dało mi się załapać jeszcze na koniec procesji wokół Parco Central w Antigle. Guatemaltecos, jak nazywa się obywateli Gwatemali, są bardzo religijni i widać że kościół katolicki ma tu ogromny wpływ na ludzi. W poście co chwila mają jakieś procesje, drogi krzyżowe, adoracje. Dziś roiło się wprost od curuchos, czyli facetów ubranych w fioletowe, co tu kryć, mało męskie moim zdaniem tuniki ze śmiesznie wyglądającą szlafmycą. Ale obok nich w procesji szli też rzymscy legioniści – ci już w niby zbrojach, hełmach, z włóczniami. No i pojawiły się już pierwsze dywany kwiatowe, z których Antigua słynie. Najwięcej uroczystości będzie oczywiście w czasie Semana Santa – Wielkiego Tygodnia. Poniekąd specjalnie pod to dobrałam termin pobytu tutaj. A co do procesji to za udział w nich... trzeba płacić. Tzn. nie  tyle za patrzenie, bo to jest gratis, ale za to, by być aktywnym uczestnikiem, tzn. nieść platformę z Jezusem lub iść ubranym w ten fioletowy strój. Opłata wynosi przeciętnie 25 quetzali (jakieś 3 dolce) od dorosłych i 15 quetzali (2 dolce) od dzieci – dla nas może nie dużo, ale wielu Guatemaltecos na to po prostu nie stać. Jak się zapłaci, można iść w procesji zależnie od ustaleń albo na odcinku kilku przecznic (czasem tylko do najbliższego skrzyżowania) albo zrobić okrążenie dookoła parku. Procesje trwają wiele godzin, można więc sobie wyobrazić jaki biznes robi na nich kościół. Ale to i tak nie koniec wydatków dla pobożnych, zwykle biednych ludzi, bo przecież trzeba jeszcze kupić ową tunikę. Powinno się ich mieć w domu dwie – na Wielki Post i Wielki Tydzień – fioletową oraz czarną – specjalnie na Wielki Piątek. Oj, niełatwo jest zasłużyć na Niebo...

VI dzień - 26 marca, poniedziałek
Antigua. Dzień pod hasłem szkółki.

Od wczoraj przybył nam nowy współspacz: Johan - młody Szwed, bardzo miły i przystojny, więc Sara już go bierze w obroty. Czyli jesteśmy w czwórkę, co ma przełożenie na kolejkę do łazienki (jednej na w sumie siedem osób). Szwed zna po hiszpańsku tylko kilka słówek, ale ogólnie bardzo dobrze sobie radzi, w przeciwieństwie do tej biednej dziewczyny z Korei, która na dodatek ma problemy z żołądkiem. Żal mi jej, próbuję jej to i owo wyjaśniać, ale ona naprawdę niewiele rozumie.

Dziś na śniadanie poza jajkiem sadzonym, dwoma plasterkami sera i bułą, był narodowy gwatemalski zapychacz czyli frijoles (czyt. fricholes). Krótko mówiąc chodzi o fasolę, podawaną w najprzeróżniejszej postaci, w tym przypadku akurat jako czarną, mieloną papkę, wyglądającą niczym odchody Terriego (tutejszego psa). Koreanka nawet nie tknęła, Szwed się skrzywił i podziękował, a mnie z Sarą nawet smakowało. Temat dominujący przy stole to wczorajsze okradzenie Sary. Na szczęście straciła „tylko” IPoda.

W szkole przy systemie nauki 7 godzin dziennie, mam niezłą gimnastykę mózgu. Szczerze mówiąc już teraz łapię się, że myślę „po hiszpańsku” – nawet jak gadam po angielsku to wstawiam hiszpańskie słówka. Dziś z moją nauczycielką w ramach konwersacji oplotkowałyśmy tutejszych facetów. Rita narzeka że wciąż dominuje tu system  machismo, czyli krótko mówiąc – panów typu macho. Kobitki siedzą w domach, rodzą dzieci (przeciętna:4-5), ale są i takie, tak jak np. Rita, które mają dość wyzwolone podejście do życia.

gwat-aklasztorwww.jpgPo pierwszej części zajęć, w drodze do domu, wpadłam zwiedzić klasztor św. Klary. Właściwie to XVII-wieczne ruiny, ale bardzo malownicze. Ciekawe są różnice wstępów dla miejscowych i zagraniczniaków – pierwsi płacą 2 quetzale, drudzy – 30!!!

Po obiadku znowu szkółka, tyle że konwersacje (rano jest nacisk na gramatykę). Na popołudnie dostałam nowego nauczyciela – Jaime`a, który uczy aby zarobić na swoje zaoczne studia. Poczytaliśmy wspólnie gazetę (jak zwykle 3/4 treści jest o morderstwach), pogadaliśmy o życiu. Jak się okazuje tutaj młodzi ludzie wcale nie uciekają z domu rodziców do samodzielnego mieszkania. Nie chodzi o kasę – nawet ci którzy mają pieniędzy pod dostatkiem po prostu mają zakodowane, że dopóki nie założy się swojej rodziny, mieszka się z rodzicami. Przy okazji podpytałam też Jaime`a, jak z bezpieczeństwem w Salwadorze. To już druga osoba,  która mówi, że wcale nie jest gorzej niż w Gwatemali. Wszystko zmierza ku temu, że wyskoczę tam na kilka dni. Póki co jednak umawiam swoje sobotnie nurkowania. Chłopcy prowadzący bazę nurkową nad Lago di Atitlan (jezioro w kraterze wulkanu, dwie godziny drogi od Antiguy) napisali mi w mailu, że jak przyjadę w piątek, to mogę tam za darmo przenocować. Super, bo mieszkanie przy rodzinie mam właśnie do piątku. 

VII dzień - 27 marca, wtorek
Antigua – szkółka, lekcja salsy


gwat-dymwww.jpgAle fajny widok był rano! Zaczął dymić wznoszący się nad Antiguą wulkan Fuego (czyli „Ogień”). Do południa wydobywał się z niego ciemny dym, w nocy ponoć była erupcja. Ze względów bezpieczeństwa od kilku lat nie można na niego wchodzić – jest bardzo aktywny. Na jego zboczach wciąż żyją ludzie, których władze chcą przenieść, ale oni się nie zgadzają.

Bardzo lubię te otaczające Antiguę wulkany. Mój ulubiony to Aqua („Woda”), nieczynny, najbliższy miasta, klasyczny stożek. Wszystkie mają prawie po 4 tys. metrów wysokości. Dzięki nim już się nie gubię – mogę chodzić po Antigle bez mapy, patrząc jedynie na położenie wulkanów.

Dzionek był głównie lekcyjny. No bo najpierw lekcje hiszpańskiego, a potem salsy. W ramach gramatyki przerabiam aktualnie czas przyszły, uczę się też nowych słówek. Czasem trzeba uważać ze skojarzeniami – np. gdy mówimy po hiszpańsku „pies” to chodzi o stopy, a „leon” to nie żadne imię tylko lew. W ramach konwersacji poznałam też kilka przekleństw. Nie mam zamiaru ich używać, ale warto wiedzieć, co mówią inni. Do najpopularniejszych należy „Mierda!” (odpowiednik angielskiego „sheet”), ale mój nauczyciel, grzeczny i dobrze wychowany chłopiec w ramach gry słów mówi „Mier.... coles” (co znaczy „środa”). Popularne polskie słowo "k...." to tutaj „la gran puta” zamienione przez Jaime na „la gran fruta” („wielki owoc”).

Lekcje to niezła okazja, by dowiedzieć się coś więcej o życiu w Gwatemali. W kraju gdzie większość obywateli żyje na granicy ubóstwa, w sklepach jest dosłownie wszystko. Choćby napoje gazowane – są tu takie odmiany fanty o jakich w Polsce nie słyszeliśmy, a w telewizji (oglądamy przy kolacji) reklamują podpaski z... witaminami. Przeciętna pensja, to jak mówił Jaime jakieś 2700 quetzali, czyli ok. 300 dolców - wcale nie tak źle przy tutejszych kosztach życia. Co ciekawe, kodeks pracy zapewnia „13-tkę” i „14-tkę” (na Boże Narodzenie i w czerwcu), a na posadach rządowych jest nawet „16-tka”!

Z kolei podczas dopołudniowych zajęć z Ritą zgadało się o zwyczajach urodzinowych. Przyrządza się przy tej okazji specjalne dania – pepian lub horchata’ę – słodką potrawę z ryżu. Jest oczywiście tort, świeczki i odpowiednik naszego „Sto lat” śpiewany tu na melodię anglojęzycznego „Happy birthday to you”. Jednak bez dwóch zdań najważniejsza jest tzw. pińata. Dokładniej jest to papierowy worek (do kupienia na bazarze, w różnych kształtach, np. gwiazdy, kota etc.), w który rodzina dziecka lub jubilata (choć głównie dotyczy to uroczystości dzieci) ładuje słodycze, monety etc. Pińatę podwiesza się np. na rozwieszonej między drzewami lince, po czym zaproszeni goście (na ogół małolaty) walą kolejno kijem, aż rozwalą worek. Wysypaną zawartością dzielą się wszyscy uczestnicy zabawy. Fajne!
 
Po lekcjach wraz z kilkoma osobami ze szkoły, poszliśmy na lekcję do szkoły salsy. To w ramach dodatkowych, gratisowych zajęć z naszej szkółki. W końcu być w Ameryce Łacińskiej i nie spróbować tańczyć salsy to trochę wstyd. O dziwo – były nas tylko 3 dziewczyny i aż 7 facetów (dziwne dlatego, bo to zwykle dziewczyny chcą się uczyć tańczyć). W miarę szybko opanowaliśmy krok podstawowy plus jedną figurkę i obrót – najpierw „na sucho”, licząc kroki do 8 (taki jest układ), potem już z muzyką, zmieniając partnerów. Wśród tych 7 facetów było dwóch Gwatemaltecos – też się uczyli, ale tańcząc z nimi od razu się czuło, że mają rytm w genach.

Salsa to obok marengue najpopularniejszy z tutejszych tańców, choć ponoć hitem jest teraz muzyka i taniec w stylu regueton. Dokładniej to krzyżówka marengue i reggae. Słowa piosenek reguetonu dotyczą ponoć (bo jeszcze nie słyszałam) głównie seksu i taki jest też taniec – blisko siebie, seksem przepojony.

Wieczorem, już po 21-ej (jak zamknęli kafejkę internetową) poszłyśmy z Sarą no „Sinventury”, jak nazywa się jeden z najpopularniejszych klubów Antiguy. Chciałyśmy zobaczyć jak lokalesi tańczą salsę, ale chyba jednak byłyśmy za wcześnie bo było wyjątkowo pusto. W tej sytuacji odpuściłam imprezowanie, wróciłam do domu odrabiać pracę domową (bo mam codziennie coś zadane). Sara została – wróciła po 1-ej, choć mówiła że nie warto było.

VIII dzień – 28 marca, środa
Antigua – szkółka, odpust w kościele


Dziś zaaplikowałam sobie 8 godzin lekcji. Powinno być 7, ale godzinę odrabiam awansem z piątku, bo w piątek właśnie mam zamiar obejrzeć wyświetlany w szkole film „La Hija del Puma”  („Córka pumy”). Ponoć bardzo ciężki, o wojnie domowej w Gwatemali, ale skoro jestem w tym kraju, to powinnam wiedzieć, co się tu nie tak dawno w końcu działo. Na Zachodzie był to bardzo głośny film, ale polskiej wersji się nie doczekał. Tak w ogóle to projekcja będzie w wersji hiszpańskiej, nie wiem więc na ile zrozumiem, ale najwyżej potraktuję to jako kolejną okazję do osłuchiwania się z językiem. A tak poza tym to w piątek o 16-tej, czyli zaraz po filmie, wyjeżdżam z Antiguy nurkować w kraterze Lago de Atitlan (dokładniej – w wulkanicznym jeziorze).
 
Swoją drogą w dzisiejszej gazecie (w ramach zajęć mam przegląd  prasy) pisali o Nineth Montenegro - bohaterce wspomnianego wyżej filmu. Kobieta straciła na wojnie męża, uciekła z pacyfikowanej przez armię wioski, dostała się do Stanów, a gdy już sytuacja polityczna w Gwatemali ustabilizowała się – wróciła i teraz jest jedną z ważniejszych osób na tutejszej scenie politycznej. Pisali o niej, bo razem z Rigobertą Menchu, Gwatemalką która w 1992 roku dostała pokojową nagrodę Nobla, a teraz jest kandydatką na prezydenta, założyły partię nazwaną w skrócie EG („Encuentro por Gwatemala” czyli coś a’la „Szukanie nowej drogi, drogi prawdy dla Gwatemali”). Swoją drogą ciekawy duet tworzą – ta od filmu i Stanów jest bardzo elegancka, widać że światowa kobita, ta od Nobla – rodowita indichenos, czyli Indianka z krwi i kości, ubierająca się zawsze w tradycyjne stroje (to akurat dobrze), z okrągłą, pucołowatą twarzą typową dla tutejszych Indianek z maleńkich puebli. Ma się rozumieć to dobrze, że kobiety mają w tym kraju coraz więcej do powiedzenia. Jedna  jest aktualnie ministrem, a i w innych dziedzinach dziewczyny mają coraz więcej sukcesów. Choćby w sporcie.  Grają nawet,  i to powszechnie, w piłkę nożną. Gwatemalka jest też mistrzynią świata w taekwondo (chociaż to akurat wg mnie mało damski sport, podobnie jak i futbol).

Przy okazji polityki i historii pogadaliśmy też z moim nauczycielem (w końcu połowa lekcji to konwersacje) o Amerykanach. Starsi Guatemaltecos wciąż pamiętają amerykańską interwencję w 1960 roku i naloty z bombardowaniami, w trakcie których zginęło sporo ludzi. Amerykanów jest teraz w Gwatemali mnóstwo, ale nie są zbyt lubiani. Kiepsko tylko, że miejscowi ogólnie wszystkich białych biorą za Amerykanów – ja w każdym razie gdy krzyczą za mną „gringo” od razu pokazuję polską flagę przyszytą do plecaka i przypominam powszechnie tu znanego i wciąż cenionego Jana Pawła II. Na szczęście w mojej szkółce dominują Europejczycy (dużo jest np. Skandynawów). Jaime, mój nauczyciel, też za Amerykanami nie przepada. Twierdzi że to nieuki, a najbardziej go wkurza gdy Amerykanie będąc w Gwatemali nie wiedzą, że to niezależny kraj, uważając go za... stan Meksyku. Opowiadał mi też o niedawnej uczennicy rodem z USA, z którą ćwiczył zdania uzupełniane nazwami stolic. Dziewczyna nie wiedziała nawet jaka jest stolica Wielkiej Brytanii (o Europie Wschodniej nie wspominając). Jedyne co skojarzyła, to że stolicą Francji jest Paryż.

A wracając do tutejszych gazet... Niesamowicie wyglądają tutejsze nekrologi. Myślałam że to reklamy! Na ogół zajmują jedną stronę wielkiej gazetowej płachty, ale ponoć zdarzają się rodziny które wykupują za olbrzymie pieniądze nawet kilka stron gazety, żeby opisać zmarłego!
 
Ze szkoły wyszłam ledwo żywa... Po kolacji jak zwykle internet, a potem wybrałam się z Sarą na odpust do kościoła, który mamy niemal za płotem. Podobnie jak i w zeszłym tygodniu w San Bartolome, tutaj też był w kościele pięknie udekorowany ołtarz, co kilka minut podświetlany innym kolorem, no i oczywiście ogromny, kwiatowo-warzywny dywan. Akurat trafiłyśmy na procesję – w blasku świec niesiono platformę z wyrzeźbionym Chrystusem uginającym się pod krzyżem. Religia religią, ale dla miejscowych parafian równie ważne (albo i ważniejsze) jest to co na zewnątrz, czyli odpust, a więc spotkania towarzyskie, stragany z watą cukrową, tortillami, krojonym mango i... pizzą. Moi gospodarze (tzn. Sylwia z mężem, z którym się rozwiodła, a mimo to wciąż mieszka w jednym pokoju) właśnie się stroją i też idą oglądać ołtarz, a potem także przedkościelne stragany.

IX dzień - 29 marca, czwartek
Antigua – szkółka, szykowanie się do wyjazdu


Jutro wyjeżdżam na kilka dni. Ze względów finansowych muszę się wyprowadzić od moich gospodarzy – nie chcę płacić za dni kiedy mnie nie ma. Później będę z inną rodziną, a w międzyczasie będę musiała sobie coś wyszukać. Niestety okazało się, że realizacja moich planów nie jest wcale taka łatwa – w ciągu Semana Santa czyli Wielkiego Tygodnia, wszystko w Gwatemali postawione jest na głowie. Szkoły, urzędy, firmy, pracują tylko do środy do południa, potem są wielkie wakacje. Ceny dosłownei wszystkiego skaczą do góry, nie ma jak załatwić transportu, hotele pełne – koszmar!

Myślałam, że skoro jest jeszcze tydzień do świąt, to wszystko na luzie sobie poustawiam. Gdzie tam! Złaziłam się dziś po mieście jak głupia i  niewiele załatwiłam (no, poza praniem, bo za całe 1,5 dolara oddałam do prania torbę swoich brudnych ciuchów i kilka godzin później dostałam je ślicznie odprasowane).

Niestety Antigua jest słynna z uroczystości Wielkiego Tygodnia, więc przyjeżdża tu pół Gwatemali i Hondurasu, o takich osobach jak ja nie wspominając. Ogólnie – nie ma gdzie spać, mimo że ceny są wyższe o średnio 100, a nawet 200 proc. w stosunku do tego co jest normalnie. Co będzie, nie wiem – w jednym z hosteli jestem na liście oczekujących (nie na pokój nawet, tylko na łóżko w sali wieloosobowej). Niezależnie od tego sekretarka w szkole szuka mi jakiejś kwatery. Oj, chyba jednak źle zrobiłam że się wymeldowuję z domu Sylwii.

Co do transportu, to w Wielką Sobotę postanowiłam pojechać nad Pacyfik, do Monterico, znanego tutaj kurortu z czarnymi (wulkanicznymi) plażami. Potem już nie będzie czasu by tam wyskoczyć, a w sobotę świąteczną i tak się niewiele dzieje bo wszyscy odpoczywają po procesjach, jakie odbywają się w Wielki Czwartek i Piątek. Niestety jak się okazuje miejsca w autobusach dla turystów już dawno sprzedane. Zostaje mi jedynie kombinowanie chickenbusem albo stopem. Bogu dzięki udało mi się dostać bilet do Salwadoru (na poniedziałek) i zaklepać miejscówę na przespanie się z niedzieli na poniedziałek (wyro w całkiem przyjemnym dormitorium, czyli sali wieloosobowej za 3 dolce). A na ten weekend wyjeżdżam w góry, ponurkować w jeziorze w kraterze wulkanu... Właśnie się pakuję...

Co do szkółki to zaczęłam czas przeszły. Wreszcie będę umiała operować w pełni czasami i mówić dokładnie to co chcę. Fajnie, bo widzę, że z każdym dniem z moim hiszpańskim coraz lepiej. Dziś w czasie lekcji, Rita (moja nauczycielka) uświadomiła mnie, że quetzales to nie tylko gwatemalskie pieniądze, ale przede wszystkim ptak narodowy tego kraju. Coś w stylu bażanta, z długim ogonem, choć tylko u samców (u samic krótki). Ponoć to bardzo ładne ptaki – całe zielone, z czerwonym torsem. Może uda mi się je zobaczyć w Coban albo Patan, bo właśnie tam, czyli w dżungli, występują. Swoją drogą jak wyglądają quetzale-ptaki można zobaczyć na każdym quetzalu-banknocie.

Gwatemala ma też narodowe drzewo – nazywa się ceiba. Z opisu Rity wyglądało, że to drzewo o masywnym, grubym, ale niskim pniu, nad którym niczym parasol jest obfita w liście korona. Jest również narodowy kwiat – monja blanca, jak wynika z nazwy z białymi płatkami, ponoć do znalezienia w Coban. Aaa, jest jeszcze instrument narodowy, choć o tym już pisałam – chodzi o marimbę czyli coś w stylu cymbałów.

Dziś w ramach szkoły mieliśmy wspólny obiad. Raz w miesiącu zamiast jeść w domach, szkoła zaprasza wszystkich uczniów i nauczycieli na jakieś tradycyjne jedzonko ugotowane przez nauczycieli i personel szkoły. Tym razem upichcili pepian – coś w stylu gęstej zupy (bardziej przypomina sos – na bazie rosołu zagęszczonego zmiksowanymi różnymi warzywkami i przyprawami) z kurczakiem i ryżem. Średnie to było, no ale zawsze to coś miejscowego, innego niż np. McDonalns (który zresztą w Antigle jest) lub spaghetti które notorycznie gotuje Sylwia. Trzeba powiedzieć, że było bardzo miło przy tym obiedzie. Usiadł koło mnie Johan (Szwed), miałam więc miłe towarzystwo, potem dołączył się do rozmowy sympatyczny Angol, który nie omieszkał wspomnieć (ale z uznaniem), że w dzielnicy Londynu w której mieszka już sobie nie wyobrażają życia bez polskich robotników (w domyśle: nie dlatego ze Angole ich tak kochają – chodzi o pracę).

Po obiedzie odbył się spontanicznie zorganizowany mecz w piłkę nożną – uczniowie kontra nauczyciele (nauczyciele wygrali 1:0). Żałowałam, że nie mogłam iść – miałam jeszcze 3 godziny konwersacji, ale i tak przy kolacji kolega-Szwed zrelacjonował mi jak było.

O futbolu rozmawialiśmy też z Jaime na konwersacjach. Zaskoczył mnie, bo okazało się że zna nazwiska wielu polskich piłkarzy, także tych grających w obcych drużynach. A co do nazwisk to w Gwatemali imiona i nazwiska są strasznie długie. Składają się na to dwa imiona i dwa nazwiska – matki i ojca. Wychodzi z tego całkiem niezły tasiemiec.

Ooo, znowu mi coś hałasuje w pokoju. Mam wrażenie że mam sublokatorkę – najprawdopodobniej mysz. W sumie to mi nie przeszkadza, bo i tak w nocy śpię jak zabita i budzę się dopiero o 6-tej kiedy sąsiad zza ściany (już  w innym domu) zaczyna poranne ablucje. Zresztą co tam mysz przy występujących tutaj tarantulach o których mi opowiadał Jaine (i pokazywał zdjęcia). Ponoć ciągle wchodzą mu do pokoju z pobliskich zarośli...

Swoją drogą ambitny chłopak ten Jaine. Ucząc hiszpańskiego zarabia na studia (architektura), no i jest dowodem że pochodzenie z biednego puebla i z częściowo indiańskiej rodziny w niczym nie przeszkadza. Zresztą Rita też dojeżdża do szkoły z jakiejś wioski, wstając o 5 rano. Jej wioska nazywa się Jocotenango (czyt. chokotenango) – ładnie! Ponoć w języku Majów oznacza to „miejsce gdzie rosną mango” bo rzeczywiście dużo tam tych drzew.

O Boże – to co mam w pokoju to nie żadna mysz, ale również pająk!!! Właśnie wyszedł z jakiś zakamarków i jest dwa metry ode mnie! On chyba nie wie, że pająki to jedyne żyjątka, jakich nie lubię. Najgorsze jest to, że jest północ, więc nie mogę nikogo ściągnąć, by go usunął!!!

X dzień - 30 marca, piątek
Antigua - Panajachel


Wydarzeniem dnia był przyjazd do Antiguy hiszpańskiej pary królewskiej w towarzystwie prezydenta Gwatemali. Jego Królewskie Moście są w Gwatemali od 3 dni, a teraz odwiedzili Antiguę. Całe miasto było postawione na nogi - pełno wojska, latały helikoptery. Szkoda, że nie wiedziałam - dowiedziałam sie dopiero z przeglądu lokalnej prasy na popołudniowych zajęciach. Jaime mowił, że przypadkowo był na ulicy jak jechali - widział króla z bardzo bliska.

Miłym urozmaiceniem dzisiejszej szkółki była długa przerwa (mamy taką, od 10-tej przez pół godziny), w trakcie której był kiermasz przygotowanych przez nauczycieli potraw świątecznych (wielkanocnych). Fajny pomysł – myśmy (uczniowie) się najedli, próbując lokalne specjały, a nauczyciele coś tam zawsze zarobili. Ceny były zresztą symboliczne - od 1 do 4 quetzala za potrawę czyli między 40 gr a 2 zł. Najbardziej smakowały mi rellenitos - wyglądało to jak usmażony kotlet mielony, choć w rzeczywistości była to usmażona masa z platanos (rodzaj banana nie nadający się do spożycia na surowo), w środku wypelniona frijoles, czyli czarną fasolą przyrządzoną na słodko. Poza tym można było też kupić typowe dla Latynosów empajadas, czyli pierogi, ale zupełnie inne niż te, które znam z Chile, bo tutaj ze słodkim nadzieniem na bazie zagęszczonego mleka (coś w stylu budyniu). Do tego jeszcze molletes - słodkie ciastka w równie słodkiej zalewie i bastido - smaczny napoj z rożnych owocow, głównie ananasów, z dodatkiem cynamonu i imbiru.

To co dla mnie najważniejsze to: wreszcie mam wakacje!!! Oznacza to 10 dniową przerwę w szkółce - czas żeby gdzieś dalej się wybrać. Na dobry początek wyskoczyłam nad Lago di Atitlan, to jakieś 150 km od Antiguy. Przyjechałam turystycznym busikiem, który zabrał mnie spod drzwi szkoły. Wsiadłam w poważnym nastroju, bo zaczęłam ogladać na DVD film "Córka Pumy". To ten o wojnie domowej w Gwatemali w latach 70 i 80-tych. Mocne, a nawet BARDZO mocne! Nie dotrwałam nawet do połowy. Nie chodziło nawet o to, że miałam autobus, ale o drastyczną akcję. Już wiem, dlaczego tak wielu Gwatemalczyków mowiło, że nigdy nie widziało tego filmu i widzieć nie chce. Nawet filmy o Wietnamie nie dorównują brutalnością temu, co zobaczyłam tutaj. Rozstrzelania, tortury, gwałty, pacyfikacje wiosek indiańskich, w takiej dawce, że trudno to znieść. Swoją drogą potomkowie Mayów nie znoszą, jak się mówi o nich "Indianie", bo to nazwa nadana przez Kolumba i tych co Amerykę podbijali. Powinno się mowić "indichenios".

Ale wracając do mojej podróży... Wsiadłam do busa pełna refleksji, pod wrażeniem filmu, a tam - ekipa hippisów. Wyzwolona młodzież niemiecka i para Szwajcarów (ci to już hippisi do potęgi) z dzieckiem na oko lat 3. Bardzo lubię dzieci, ale takiego bachora to jeszcze nie spotkałam. Chyba nawet Superniania nie dałaby sobie z nim rady :). Najlepsi byli rodzice, którzy dzieckiem wcale się nie przejmowali. Nawet wtedy, kiedy dzieciak zaczął walić butelką po głowie leciwego już Kanadyjczyka, a potem wylał soczek na białą bluzkę nobliwej Fracuzki. Jak mu zwrociła uwagę, to jeszcze ją opluł. Szwajcarzy jakby tego nie widzieli, bo w tym czasie... zajęci byli sobą, tzn. obściskiwaniem się i całowaniem. W chwilach kiedy bachor nie rozrabiał, to się darł w niebogłosy. W takiej to miłej atmosferze minęły nam 3,5 godziny jazdy.

Do Panajachel (czyt. Panahaczel), albo w skrócie: Pana, bo tak tu wszyscy mówią, przyjechaliśmy z mocnym obsuwem, bo normalnie podróż powinna trwać jakieś dwie godzinki, a nam wyszło półtorej godziny dłużej. Inna sprawa, że warunki na drodze były kiepskie, bo i duży ruch, i lał deszcz. Nawet nie padał, tylko właśnie lał. O tej porze roku (zwanej tu "suchą") to trochę dziwne. Nawet dzisiaj rano, pakując sie, wyjęłam kurtkę, no bo wydawała mi się niepotrzebna, a buty trekingowe zamieniłam na sandały. Na szczęście teraz już jest normalnie - przyjemnie ciepło i sucho.

W pierwszej wersji miałam przenocować w bazie nurkowej w Santa Cruz la Laguna, ale to po drugiej stronie jeziora, a dostać sie tam można tylko łodzią. Niestety, gdy wreszcie tu przyjechałam, było już za późno na przeprawę. Znalazłam sobie jednak fajną miejscówę ("Villa Lupita") - wprawdzie aż za 5 dolców, ale za to mam prywatny, bardzo ładny pokoik, przy pełnym roślin ogrodzie, do tego jest darmowa kawka i herbata i bardzo miły personel. Aż szkoda, że jutro rano muszę opuścić to miejsce (ok. siódmej powinnam być już na przystani).

Hotelik jest praktycznie w centrum Panajachel, choć w jego cichej dzielnicy. Oczywiście pofatygowałam się, aby zobaczyć, jak wygląda osławione tutejsze życie nocne. Rzeczywiście są tłumy i jest dość głośno. Właściwie to nie czuję, że jestem w Gwatemali - raczej mam wrażenie, że w jakimś plażowym kurorcie włoskim czy hiszpańskim. Jest deptak, bary, sklepy (teraz dochodzi 22-ga i wszystko otwarte), no i co dla mnie ważne - kafeje internetowe. Co ciekawe - wcale nie ma tu większości białych turystów, bo przeważają najprawdziwsi Gwatemaltecos. Z barów dochodzi muzyka, w niektórych lokalach tańczą profesjonalne tancerki (sporo przefarbowanych na blond Gwatemalek - one normalnie mają czarne włosy).

Przed chwilą zakończyłam dobrą kolacyjkę - za dolara zjadłam tzw. pupusas - rodzaj placków z nadzieniem, na które wybrałam sobie ser ze szpinakiem. Do tego sos (nauczona doświadczeniem sprawdziłam najpierw czy nie ostry, jak przy ostatnich tacos, które musiałam wyrzucić) i z sałatką z kapusty kiszonej i marchewki.
Akurat siedziałam nad talerzem, gdy pojawila sie... procesja. W Wielkim Poście w każdy piątek są takie procesje. Wyszło z tego niesamowite zderzenie dwóch kultur - ten głośny, rozbawiony świat przybyszy z Europy i Stanów plus wyzwolonych, bogatych Gwatemalczyków i z drugiej strony prości, pobożni ludzie żyjący w zgodzie z tradycją przodków. Nade mną był ryczący hity głośnik, tuż za oknem bez szyb - tłum ludzi śpiewających religijne pieśni, a ja – pomiędzy jednym i drugim. 

A tak na marginesie to dzisiaj, jeszcze w Antigle, zmieniłam zakwaterowanie. Początkowo chciałam zostawić do przyszłego czwartku swój duży plecak w domu Sylwii, ale ku mojemu zaskoczeniu zażądała za to 10 dolców. Uważam, że trochę nie fair, skoro u niej mieszkałam i jeszcze zostawiłam jej torcik wedlowski, choć kusiło mnie wczoraj, by go zjeść :). Nie mając wyboru pewnie bym zapłacila, no ale w szkole powiedzieli mi, że mogę już się zgłosić do rodziny, u której bedę z kolei od czwartku, i od razu wziąć klucze. Oczywiście skorzystałam - przeniosłam wszystkie bety i pogadałam z nowymi gospodarzami. Pokój dostałam lepszy niż u Sylwii, a rodzinka okazała się bardzo miła (małżeństwo w moim wieku). Za to trochę mniej jest swobody niż u Sylwii, gdzie studenci mieszkają w przybudowkach stanowiących jakby samodzielne domki - teraz bedę mieszkać z gospodarzami naprawdę pod jednym dachem. Przy okazji poznałam już jednego ze współlokatorów - Kanadyjczyka. Właściwie to sam podszedł do mnie na ulicy, pytając, czego szukam, no i zaraz okazało się, że będziemy sąsiadami.

XI dzień - 31 marca, sobota
Lago de Atitlan – nurkowanie, wioska Mayów, San Pedro de Laguna


gwat-lagowww.jpgCo to za wakacje, jak i tak śpię tylko do 6-tej.  :( 

Najpóźniej o 8.30 miałam być w bazie nurkowej w Santa Cruz de Laguna (dotrzeć można tam tylko łodzią), postanowiłam więc załapać się na łódź przez jezioro o 7.30. Zresztą gdybym nawet nie była ograniczona czasem, to i tak nie miałabym szans pospać dłużej, bo przez szkołę już mi weszło w nawyk budzenie się o 6 rano.

W drodze na przystań zafundowałam sobie w ramach śniadania bananową babeczkę. Myślałam że ceny „u źródła”, czyli w piekarni, są niższe niż w sklepach, ale gdzie tam. Na dodatek znowu dałam się przerobić, tzn. nie zauważyłam, ze dostałam za mało reszty. Chodzi o małą sumę, ale wkurza mnie to, że oni tu na wszystkim chcą turystów orżnąć. „Biały” znaczy w ich mniemaniu „bogaty”. Oszukują na wszystkim, notorycznie źle wydając resztę, zawyżając ceny, stosując niewłaściwe przeliczniki, kombinując, jak za dosłownie każdą rzecz wyłudzić kasę. Rozumiem system cen dla obcych wyższych niż dla lokalesów, ale oni nawet przy tych drakońsko wyższych cennikach „turystycznych” i tak dodają swoją „górkę”. W takim Nepalu też mieszkają biedni ludzie, a mimo to są uczciwi i pod względem materialnym bardziej dumni.

Plusem tego, że wcześnie wstałam był piękny widok na jezioro. Wczoraj wieczorem nic nie widziałam, bo było ciemno, a tu dzisiaj zaskoczenie – błękitne niebo, tafla jeziora gładka jak stół, w dali wulkaniczne stożki.

Łodzi o 7.30 nie było – załapałam się dopiero o 8-mej. Po 20 minutach płynięcia z Panajachel, lancha, bo tak się tu nazywa łódź pełniąca funkcję promu, dobiła do Santa Cruz de Laguna. Trudno to nazwać choćby miasteczkiem – kilka domów na krzyż, w tym baza nurkowa prowadzona jak się okazało przez sympatyczne małżeństwo angielsko (ona) - amerykańskie (on).

gwat-nurywww.jpgNurkowaliśmy w trójkę: ja, średniego wieku Amerykanin wyglądający i zachowujący się jak dowódca oddziału komandosów z Wietnamu (władczy ton, zero uśmiechu) plus jako dive-master – Andy, przesympatyczny młody Anglik. Amerykanin zareklamował siebie jako super doświadczonego nurka – miał kilka licencji nurkowych, super sprzęt (własny! Że też mu się chciało to tachać!) i opowiadał niesamowite historie o swoich wcześniejszych nurach. Tymczasem już pierwszy nur gościa zweryfikował, ucząc pokory. W efekcie oboje z Andym byliśmy wściekli, bo przez tego bufona praktycznie straciliśmy nurkowanie. Facet  sobie kompletnie nie radził i już po 20 minutach zużył całe powietrze. Tzn. nie to, że wszystko było do kitu – bądź co bądź zeszliśmy na 16 metrów (ze względu na wysokość na jakiej położone jest jezioro, czyli 1600 m, to tak jak 19 metrów w morzu), widzieliśmy sporo krabów, mnóstwo ryb, fajne formacje skalne i podwodne drzewo. Chodzi o jak najbardziej prawdziwe drzewo, a raczej jego kikut zatopiony pod wodą. Od niego nazwa tego miejsca (czyli dive site’u) to „El Arbol” czyli „drzewo”.

W drodze do bazy (do tutejszych miejsc nurkowych płynie się łodzią) Andy pokazywał domy, które na brzegu jeziora pobudowali sobie Amerykanie i Europejczycy (Niemcy, Norweg, Angole...). Ziemia tu ponoć tania, tak więc coraz częściej osiedlają się tu zarówno cudzoziemcy jak i ladinos, jak mówi się tu o miksach białych z lokalesami.

W przerwie miedzy nurkowaniami zjadłam lunch`yk – zapiekankę z ryżu, sera i warzywek. Dobre, tylko jak na Gwatemalę drogie (23 quetzale, czyli jakieś 3 dolce). Zresztą i tak nie było wyboru, a głodna byłam strasznie.

Na drugiego nura popłynęliśmy do miejsca zwanego „Agua callente” czyli „gorąca woda” bo główną atrakcją było tam na jakichś 10 metrach wkładanie rąk w piach, który rzeczywiście był gorący (jakby nie było nurkowaliśmy w kraterze wulkanu). Ryby i kraby też były, a do  tego super wodorosty wyglądające jak włosy anielskie na choince, tyle że zielone. Na szczęście przed zejściem pod wodę Andy od razu Amerykaninowi a’la Rambo zapowiedział, że jak zużyje powietrze, to zostaniemy z nim na przystanku bezpieczeństwa (ze względu na dekompresję trzeba poczekać 3 minuty na 5 metrach), po czym facet ma wrócić na łódź, a my ponurkujemy dalej. Był to bardzo dobry pomysł, bo dzięki temu mieliśmy kolejne 25 minut nurkowania, czyli w sumie 55. Szkoda tylko, że teraz mam z głowy planowane na poranek następnego dnia atakowanie szczytu wulkanu (ponad 3 tys. metrów) – mój komputer nurkowy (ten sprzęcik akurat zabrałam z Polski) wskazuje, że po obu nurach czas uwalniania się azotu z mojego organizmu to 18 godzin. Krótko mówiąc taką przerwę muszę mieć teraz przed wspinaczką w wysokich górach czy  przed lotem samolotem. Ograniczeń przy nurkowaniu na wysokości jest zresztą więcej. Np. prędkość zanurzania – nie powinna przekroczyć 9 metrów na minutę (w morzu można schodzić pod wodę dużo szybciej).

gwat-iguanawww.jpgW sumie fajne miejsce ta baza („La iguana perdida”). Większość ludzi przyjeżdża do niej aby po prostu pobyczyć się w ładnym otoczeniu. Są fajne domki (ceny od 2 dol. od osoby za noc) i super atmosfera. W sobotnie wieczory organizowane są imprezki typu bale przebierańcow. Trochę mnie kusiło, żeby zostać, ale zaraz pomyślałam też, że nie po to przyjechałam do Gwatemali, by przebywać w gronie Angoli i Amerykanów, bo głównie oni okupują to miejsce.

Resztę popołudnia wykorzystałam na przejście się do położonej w górach wioski – jakieś 2 km od brzegu jeziora i bazy nurkowej. Odkryłam, że w wiosce są... dwa (!) samochody. O tyle to dziwne, że jedyna droga jaka jest, prowadzi od wioski do pomostu, do którego przybijają łodzie. Autka są jedynie po to, by przewieźć ciężkie towary. Żeby się dostać do jakiejkolwiek cywilizacji, trzeba płynąć łodzią.

Wioska była fajna, bo kompletnie nie turystyczna. Próbowałam zaprzyjaźnić się z dzieciakami grającymi w piłkę i już myślałam, że się udało, gdy przyszedł ich starszy kumpel (brat?) i powiedział, by żądali ode mnie po quetzalu za każdą fotkę. No cóż, miła atmosfera momentalnie prysła...

Zanim zaczęłam odwrót, za 1,5 quetzala kupiłam sobie jeszcze pyszne, świeżutkie mango i jocote (czyt. hokote) – owoc, którego w życiu wcześniej nie widziałam. Taka żółto-czerwona śliwka, rozmiarowo pomiędzy dużą czereśnią a śliwką węgierka. Bardzo dobra. A, zapomniałam! Jeszcze skusiłam się w małym, wiejskim sklepiku na chicharrones. Szczerze mówiąc myślałam, że to chipsy, ale niestety nie. Coś mi w smaku nie pasowało. W końcu przypomniałam sobie, że w Ameryce Południowej tak mówiło się o prażonej świńskiej skórze. Niestety okazało się, że to wlaśnie to...

Około 17-tej złapałam chyba już ostatnią łódź do San Pedro de Laguna – miasteczka położonego idealnie po drugiej stronie jeziora niż Panajatel. Tym razem podróż była bardzo mokra -  łódź zresztą sprawiała wrażenie, jakby tonęła (nazywała się nomen omen „Titanic”!). Raz, że była mocno przeciążona, bo poza tłumem ludzi był jeszcze bagaż (kobitka koło mnie trzymała na kolanach wystraszonego koguta), a dwa, że co chwila na pokład wchodziła fala. Na Lago de Atitlan normalne jest, że popołudniami robi się wietrznie i gładka o poranku tafla zamienia się we wzburzone niby „morze”. Na dodatek zrobiło się pochmurno i nawet wulkanów nie było już widać.

Po jakiejś pół godzinie dopłynęliśmy do San Pedro – ładnego, choć mocno turystycznego miasteczka. Tutaj też można uczyć się hiszpańskiego, przy czym ceny są o połowę niższe niż w Antigle! Szkoda, że nie wiedziałam wcześniej... Ale za to internet jest droższy (w Antigle 5, max 8 quetzali czyli ok. dolara za godzinę, tu wszędzie po 10 Q).

Ze znalezieniem miejscówki do spania nie było większych problemów. Wylądowałam w hoteliku za 20 Q (niecałe 3 dolce) za samodzielny pokój, i to nawet z łazienką, jeśli można tak nazwać kibel i prysznic w formie rury wystającej ze ściany (oczywiście z zimną wodą). Do tego przed pokojem wisi hamak, z którego pewnie nie skorzystam, bo nie ma kiedy. Widok mam na jezioro  - o ile otworzę drzwi, bo czegoś takiego jak okno nie ma.

Późnym wieczorem...


Okazało się, że „miasto” ma dwie części. Ta nad jeziorem jest dla turystów – hoteliki, knajpy, bary (przed jednym z nich leżący na chodniku biały, a koło niego niedopita flaszka miejscowej wódki). Druga część, wyżej, to ta „prawdziwa”. Turyści zaglądają tam rzadko, a już na pewno nie o tej porze (czyli po ciemku). Wszystko jest tam oczywiście dużo tańsze – także internet.

Włócząc się po tej części „lokaleskiej” poszłam na kolację. Wyboru nie było, zero normalnych restauracji, weszłam więc do czegoś co miało szyld „Centro de comida” („Centrum jedzenia”). Lokal wyglądał dość speluniasto, a składał się z sali z kilkoma stoikami przykrytymi ceratą i siedzącymi przy nich nad talerzami kilkoma Guatemaltecos. Pieczę nad biznesem dzierży gruba Seniora mieszająca w garnkach. Seniora okazała się bardzo miła – pogadałyśmy jak się tutaj żyje. Spytałam ja o sprawy religii, bo gdzie się tu nie pójdzie, to wszędzie napisy „Jezus żyje” etc., a w centrum „metropolii” stoi ogromna świątynia, której nie umiałam dopasować do żadnej ze znanych mi religii. No i do tego są też wszędzie napisy „Jehova” (nawet na moim hotelu, co sprawiło, że miałam ochotę się wycofać, jednak cena mnie skusiła...). Seniora z knajpki wyjaśniła mi, ze San Pedro jest głównie ewangelickie (miała też na myśli Świadków Jehowy, do których należy właśnie ta dziwna, wielka świątynia). Kościół katolicki jest tu tyko jeden, ewangelickich (w tym Jehovy) – osiemnaście! Dobrze, że się o tym w porę dowiedziałam, bo przecież przyjechałam tu głównie z myślą o obchodach Palmowej Niedzieli! W takim razie spadam jutro na procesje do jakiejś innej miejscowości.

A co do kolacji, to powiedziałam Seniorze, że chcę to samo co jadają miejscowi ludzie. No i dostałam talerz frijoles (czarnej fasoli tym razem ugotowanej w zwykły sposób), do tego talerz pysznej jajecznicy z cebulą i pomidorami oraz tortille. Był to najlepszy posiłek, jaki do tej pory jadłam w Gwatemali, w dodatku w takiej ilości, że ledwo się mogłam ruszyć. I wszystko za jedyne 12 quetzali, czyli jakieś 5 zł! (plus cola za 3 Q).

 
XII dzień - 1 marca, niedziela
Lago de Atitlan, powrót do Antiguy


Wyjątkowo intensywny dzień... Właściwie to nawet noc. Hotel za dwa dolce tym razem się nie sprawdził. Najpierw się wpieniłam, że mimo zapewnień szefowej nie było ciepłej wody. Przeżyję bez takich luksusów, ale chodzi o fakt - na szyldach pisali że jest. Prawdziwe atrakcje miałam jednak w nocy. Najpierw hałasujący sąsiedzi, ale ok, mam stopery do uszów. Potem jednak zaczęły mnie swędzieć ręce. Początkowo wcale się nie przejęłam, choć nie mogłam przez to spać. W końcu przypomniało mi się, że takie swędzenie już dwa razy przeżyłam - raz na Filipinach i drugi raz w Etiopii, a powodem były pluskwy. Zapaliłam światło i rzeczywiście, znalazłam dwie. Opite moja krwią!!! Zakatrupiłam od razu, no ale nie wiedziałam czy nie ma kolejnych. Finał był taki, że spałam w ubraniu (liczyłam, że przez polar się nie przebiją), ze skarpetkami wyciągniętymi na nogawki spodni i przy zapalonym świetle (uznałam, że pluskwy światła nie lubią).

Rano byłam nieprzytomna z niewyspania, więc jak zadzwonił ustawiony na 6.20 budzik, ledwo się zwlokłam z wyra. Zdziwiłam się, że tak ciemno, ale uznałam że po prostu jest pochmurno. Okazało się... że coś mi się przestawiło w budziku - była 5.20!!! Usnąć już mi się oczywiście nie udało. W tej sytuacji poszłam sobie na spacer nad jezioro. Ok. 6.20 przyszły z praniem kobiety - zrobiłam z daleka trochę zdjęć.

Śniadanko zjadłam, podobnie jak kolację, w znajomej już jadłodajni dla lokalesów. Jak zwykle - frijoles czyli fasola (oni to jedzą na okrągło) plus jajka - dla odmiany sadzone, a do tego sosik z ostrej papryki, tortille i kawa. Wszystko za jedyne 10 quetzali, czyli jakieś 4,5 zł. Do tego miałam bardzo miłe towarzystwo - rodzinkę z Ciudad de Gwatemala, czyli ze stolicy. Mieli palmy - w dniu dzisiejszym to znak rozpoznawczy katolików, tak więc pogadaliśmy o ewangelikach i Świadkach Jehowy opanowujących San Pedro. Zdaniem moich rozmówców to „działanie Ameryki chcącej rozbić społeczeństwo”.

Liczyłam, że skoro wstałam tak wcześnie, to załapię się na procesje z okazji Palmowej Niedzieli. Niestety, przeliczyłam się - procesja była już o 5.30!!! No ale skoro byłam już przy kościele, tp poczekałam do końca mszy, żeby porobić trochę fotek ludzi ubranych w tradycyjne stroje. Tu każde miasteczko ma inną kolorystykę ubiorów - bardzo mi się podoba, że tak utrzymują tradycje.

Ze zdjęciami jak zwykle ciągle problem - chciałam być dziś grzeczna i kilka razy podchodziłam do ludzi tłumacząc ze interesuję się etnografią, strojami etc. i chciałabym im zrobić zdjęcie. Za każdym razem słyszałam to samo: dasz dolara to zgoda, a raz nawet było i pięć dolarów. Nie pozostało mi nic innego jak korzystać z teleobiektywu.
 
Najłatwiej robi się zdjęcia na bazarach, bo ludzie zajęci są handlem i nie zwracają na obiektyw uwagi. Niedziela to w San Pedro akurat dzień targowy - swoją drogą ciekawe jak się to ma do fanatycznej pobożności tutejszych mieszkańców.

Na bazarze - wiadomo, pokręciłam się trochę wśród stoisk („stoiska” to często towar rozłożony na chodniku), a o 9.00 byłam juz na przystani, żeby złapać łódź do Santiago Atitlan - kolejnego miasteczka nad jeziorem. Po pół godzinie płynięcia wyłoniło się - domki na wzgórzu, na stoku wulkanu. Ładne miejsce. Też był bazar, ale najciekawsza okazała się wizyta w rytualnym miejscu obrzędów Majów. Miejscowym chodzenie do kościoła katolickiego zupełnie nie przeszkadza w sprawowaniu swoich odwiecznych rytuałów. Człowiek który za 5 quetzali (chciał na początku 25!) zaprowadził mnie do "kaplicy" tzw. Maximona albo inaczej "Rilaj Maam", przedstawił się jako szaman, ale nie do końca mu wierzę. Faktem jest jednak, że miejsce było niesamowite - dziwnie wyglądająca figura owego bożka Majów z... cygarem w ustach i flaszką wódki stojącej u nóg, obok kostucha, dalej Matka Boska ubrana w typowy strój indiański, Jan Chrzciciel i jakiś święty, którego nie rozpoznałam. Ponoć szamani wykorzystują to miejsce m.in. do uzdrawiania i wyganiania złych duchów. Za ekstra 10 quetzali mogłam łaskawie wyciągnąć aparat. Chwilę potem doszło do awantury, bo okazało się, że te 10 Q (prawie 5 zł!) to za jedną fotę, a ja zrobiłam kilka.

Niedługo potem byłam dla odmiany przy kościele katolickim. Bardzo chciałam go zobaczyć w środku, bo to przykład miksu religii katolickiej i pogańskich praktyk Majów, no ale niestety była msza, która trwała bite 2 godziny!!! Gdyby nie to, że ładnie śpiewali to chyba bym odpuściła. Warto jednak było czekać, bo raz - znowu mogłam zrobić zdjęcia ludzi w lokalnych strojach, dwa - kościół rzeczywiście jest wewnątrz niesamowity. Figury świętych ubrane są w regionalne stroje, uszyte i wyhaftowane przez miejscowe kobiety, ambona jest zdobiona symbolami typowymi dla Gwatemali (np. orła symbolizującego św. Jana -Ewangelistę tutaj zastępuje quetzal - ptak narodowy), czy symbolami Majów (wszędzie widać ważne w ich obrzędowości kolby kukurydzy). Z kolei trzy ołtarze symbolizują trzy okoliczne wulkany, a Jezus na krzyżu ma regionalny strój.

Rejs powrotny z Santiago do Pany odbył się z pewnymi przygodami, jako że na środku jeziora skończyło się paliwo. Ponieważ mocno bujało, nie wszyscy dobrze znieśli czekanie na dostawę ropy. Dla mnie akurat było miło, bo zakumpliłam się z grupką gwatemalskich studentów, co już na brzegu skończyło się długą sesją fotograficzną (każdy chciał mieć fotę z białą gringo).

Po przybiciu do Panajachel z zawodowego obowiązku odwiedziłam miejscowe muzeum (trochę info o wulkanach i ekspozycja ceramiki Majów wydobytej z dna jeziora), a potem zafundowałam sobie za 10 quetzali tutejszy odpowiednik tuk-tuka  (motorowa ryksza) i pojechałam za miasto do prywatnego rezerwatu. Spacer wyznaczoną ścieżką, po wiszących mostach był bez rewelacji, ale miałam sporo radochy z obserwowaniem tzw. monkey spider. Wcześniej, jak zobaczyłam tę nazwę w folderze, to juz nie wiedziałam czy to małpa (ang. monkey) zwana pająkiem (ang. spider), czy też pająk zwany małpą. Okazało się, że to pierwsze. W każdym razie tak byłam zajęta wpatrywaniem się w ich ewolucje na drzewach, że nie zobaczyłam jak pół metra ode mnie przechadza się ostronos - przesympatyczny zwierzak który może kojarzyć się trochę z krzyżówką skunsa (pasiaste futerko) i mrówkojada (ze względu na duży nos).

Do miasta wróciłam już na piechotkę, zjadłam tacos z kurczakiem po hawajsku (cena 10 quetzali), no i zaczęłam zastanawiać się, jak tu wrócić do Antiguy. Nie kupiłam zawczasu powrotnego biletu na busik turystyczny, bo nie wiedziałam, kiedy będę wracać. Tymczasem okazało się, że jak trasa Antigua-Pana kosztuje 5 dolców, to bilet na tę samą trasę kupowany w Panie - 12 dolców! Uznałam, że to trochę przesada, wróciłam wiec chicken busem (właściwie to czterema, bo po drodze miałam 3 przesiadki) za niecałe 3 dolce i możliwość konwersacji po hiszpańsku ze współpasażerami (chicken busami turyści rzadko jeżdżą, w związku z czym ludzie zawsze dopytują się, skąd jestem). Swoją drogą podróż trwała tyle samo, co jazda busem turystycznym, który jeszcze po drodze zatrzymuje się w knajpie.

W Antigle muszę przenocować jedną noc, ale hostel miałam już zaklepany wcześniej. Właściwie chodzi o wyro w dormitorium, które dzielę (dormitorium, nie wyro :) ) z jakimś Szwedem. Nawet go nie widziałam (Szweda), bo jak przyszłam o 20-tej, to już spał... Hostel (Los Amigos Dos) to ogólnie syf, zimna woda, brudna łazienka, choć tanio nie jest - aż 5 dolców. Żeby za długo w nim nie być, poszłam do Parco Central gdzie akurat trwała wieczorna procesja. Tłum ludzi, jak zwykle faceci w fioletowych tunikach, świece i niesiona przez 80 osób wielka platforma z Chrystusem uginającym się pod krzyżem. Ponoć największa z takich platform jest w mieście Gwatemala - nosi ją 170 rosłych facetów!

XIII dzień (wcale nie pechowy) -  2 marca, poniedziałek
El Salwador - Tazumal, Ruta de las Flores, Tacuba


Ale fajnie w tym Salwadorze! Zupełnie inaczej, niż w opowieściach Gwatemaltecos, którzy snuli mi wizje, że mnie tu okradną, pobiją, zabiją... Przy Gwatemali Salwador (właściwie to powinno się mówić "El Salvador") jest oazą spokoju. Przynajmniej w miejscach, gdzie dzisiaj byłam. W każdym razie po Gwatemali trudno mi uwierzyć że mogę chodzić z aparatem na wierzchu, a ludzie za foty nie chcą pieniędzy, wręcz przeciwnie - uśmiechają się życzliwie, że wszyscy chcą pomagać i póki co ani razu mnie nie oszukano z kasą... Teraz kiedy szłam na internet w przeciwieństwie do Antiguy nie bałam się, że ktoś mi da w łeb i zabierze portfel który chcąc nie chcąc mam przy sobie (profilaktycznie większą część forsy zdeponowałam w Antigle).

Dzień zaczęłam wcześnie, bo o 2.45. Miałam busa dopiero o 4-ej, ale w panice że zaśpię, zerwałam się myśląc, że zaraz zadzwoni ustawiony na 3.40 budzik. Gdy już byłam ubrana i umyta okazało się, że jest godzina wcześniej niż myślę, no ale uznając, że i tak juz nie ma co spać, poczytałam sobie o Salwadorze i zakończonej w nim dopiero w latach 90. wojnie domowej.

W umówionym busiku, który przyjechał po mnie o czwartej, było już full ludzi. Myślałam, że wszyscy do Salwadoru, ale spojrzeli się na mnie jak na wariatkę (wszyscy omijają Salwador szerokim łukiem) - okazało się, że busik jedzie jeszcze na lotnisko. Po drodze kierowca wysadził mnie na dworcu w Ciudad de Gwatemala gdzie miałam się przesiąść do normalnego autobusu (wersja economico za 20 dolców). Było jeszcze trochę czasu, chciałam więc coś zjeść, ale kierowca busa zanim odjechał jeszcze mnie uprzedził: -To czwarta zona! Bardzo niebezpieczna! No cóż, nie pozostało mi nic innego jak skorzystać ze straganu z bułami i kawą, stojącego tuż obok drzwi dworca. "Dworzec" to ładnie brzmi, bo chodzi o obleśną salę pilnowaną przez uzbrojonych ochroniarzy.

W autobusie nie było ani jednego turysty. Podróż prawie całą przespałam, tym bardziej że za oknem mogłam co najwyżej oglądać wymiociny faceta siedzącego przede mną i co chwila wychylającego się za okno, tak że wszystko leciało na moją szybę. Granica przebiegła bezproblemowo. Nawet nie musiałam płacić żadnych opłat za wyjazd z Gwatemali, ani za wjazd do Salwadoru, o czym uprzedza przewodnik serii Lonely Planet.

Wysiadłam na obrzeżach miasta Chalchuapa, jakąś godzinkę od granicy. Uznałam, że szkoda pchać się od razu do stolicy, lepiej zobaczyć coś po drodze. Konkretnie chodziło mi o piramidy Majów - najważniejsze stanowiska archeologiczne w Salwadorze, przy których pracują ponoć archeolodzy japońscy. Niestety, okazało się, że jest poniedziałek, a tu w przeciwieństwie do Gwatemali obiekty muzealne są w ten dzień nieczynne. W pierwszym z dwóch miejsc jakie chciałam zobaczyć, zwanym Casa Blanca, nic nie wskórałam - wystraszony ochroniarz ciągle tłumaczył, że nie może mnie wpuścić. W drugim, Tazumel, trafiłam na przesympatycznego gościa, który wpuścił mnie tylnym wejściem i obszedł ze mną cały teren. Nie powiem, podniosło to poziom mojej sympatii do Salwadorczykow. A piramida - imponująca!

W Chalchuapa zjadłam też super śniadanko (za pół dolca dwa pyszne pususas, czyli placki, z nadzieniem, a jakże - z frijoels, bo tutaj też fasola jest głównym daniem). Potem wsiadłam w autobus (tu wprawdzie nie mówią "chicken bus" ale chodzi o to samo - na maksa załadowany blaszany bus wycofany z dowożenia dzieci do szkol w Stanach) i pojechałam do dwóch miasteczek na tzw. Ruta de las Flores. Nazwa "Droga Kwiatów" jest trochę na wyrost, ale fakt że roślinność jest tu wyjątkowo bujna, bo typowo tropikalna. W stosunku do Antiguy klimat zmienił się radykalnie - jest gorąco i bardzo wilgotno.

Zatrzymałam się na kilka godzin w  Ataco i Juayua (czyt. chuajua - śmiesznie :)), w miasteczkach położonych pośród gór, z brukowanymi uliczkami i kolorowymi domami robiącymi wesołe wrażenie. W Juayua na bazarze w ramach lunchu kupiłam sobie torbę śliwkopodobnych jochotes (czyt. chochotes). Dopiero teraz zorientowałam się, jak mnie przerobiła babka w Gwatemali gdzie za dolara mogłam kupić 12 sztuk tych owoców. Tutaj cała duża torba kosztowała 0.25 dolca!!! A´propos, chyba ze 3 lata temu Salwador zrezygnował ze swojej dawnej waluty, czyli colonów, i przeszedł na dolary amerykańskie. Nie powiem, bardzo upraszcza to życie podróżnikom.

Teraz jestem w Tacuba - miasteczku w górach, bazie wypadowej do Parku Narodowego "El Imposible" ("Niemożliwe"). Nazwa nawiązuje do głównej tutejszej atrakcji - spektakularnego wąwozu, którego pokonywanie dawniej pochłonęło wiele ludzkich istnień. W końcu w 1968 roku wybudowano most, przy którym jest tablica "Juz dłużej nie jest to niemożliwe".

Zakwaterowałam się w polecanym przez Lonely Planet "Hostalu de Mama y Papa". "Mamę" i "tatę" juz poznałam - uroczy ludzie, a zaraz idę na spotkanie z ich synem o imieniu Manolo, który ma mi powiedzieć, gdzie warto jutro pójść. Z "tatą" leżąc w hamakach przegadaliśmy godzinę o tym, jak się żyje w Polsce, kraju "naszego" papieża (oni tu tak mówią - zawsze dodają przy imieniu Jana Pawła II "nasz" papież. W stosunku do Benedykta już nie...). W przerwach "tata" grał na gitarze - bardzo ładnie zresztą, śpiewając latynoskie piosenki, jak zwykle o miłości. Nie powiedziałam jeszcze, że pokój w hostelu będącym częścią domu "mamy i taty" choc nie najtańszy (6 dolców) jest najlepszą miejscową jaką w tej podróży miałam. Czysty, wielkie łóżko z milutką pościelą, czysta, duża łazienka i nawet woda w prysznicu w miarę ciepła! Poza tym otoczenie jest bardzo sympatyzne - ogród, wspomniane hamaki i dach będący punktem widokowym na góry.

Kończę, bo przestało lać (przeszła potężna burza z piorunami) i lecę na spotkanie z tajemniczym Manolo.

XIV dzień, 3 kwietnia - wtorek
Park Narodowy El Impossible


Dzień spędziłam głównie w górach. Poszłam na wycieczkę z dwójką spotkanych tu, bardzo miłych Amerykanów plus wynajętym przewodnikiem. Bez przewodnika nie dałoby rady, bo jesteśmy w części parku, gdzie nie ma wyznaczonych szlaków, trzeba znać teren, no a poza tym chodziło też i o to, by ktoś nam powiedział coś o roślinkach i zwierzątkach.

Najpierw podjechaliśmy 15 kilosów rozpadającym się truckiem, a potem pojawił się Cesar, czyli nasz przewodnik, miły chłopak z wielką maczetą (w tutejszych wioskach z maczetą chodzi niemal każdy, nawet gdy nie trzeba, bo to po prostu atrybut mężczyzny).

Widokowo było tak sobie. Ponoć przy dobrej widoczności widać nawet ocean, no ale nie przy takich chmurach jak dziś, trzeba było wierzyć na słowo. Za to Cesar spisywał się świetnie - co chwila wynajdywał jakieś drzewka, kwiatki i dzikie owoce, które co chwila konsumowaliśmy, tak że mieliśmy ekologiczny lunchyk. Kiepsko było natomiast ze zwierzakami, a jedynie w węże obrodziło. Największe wrażenie zrobił na mnie taki wielki, bez głowy - ponoć ptaki jak polują na węże to odrywają samą głowę. Na drugim miejscu w rankingu spotkanych płazów stawiam innego węża - długiego i cienkiego, tym razem żywego, który wisiał miedzy drzewami akurat w poprzek ścieżki którą szliśmy. Wyglądał jak zwykły patyk i gdyby nie Cesar, to bym przez niego przeszła (miałam go na wysokości głowy). Inna sprawa, że nie był jadowity.

Celem w sumie 8 godzinnej wycieczki był wodospad. Całkiem ładne miejsce, z jeziorkiem w którym można się było wykąpać. Potem była dwugodzinna wspinaczka pod górę, do drogi gdzie miał odebrać nas samochód. Kondycyjnie dostaliśmy trochę w kość, no ale co to za góry bez zmęczenia.

W drodze powrotnej zaczęło lać. Deszcz jak z cebra, po 3 minutach byliśmy totalnie przemoczeni (nie było gdzie się schować, bo jechaliśmy na pace trucka). Nikt nie wie co tu z tymi deszczami - o tej porze roku to zupełna anomalia.

Po powrocie do hostelu okazało się, że mam w dormitorium współspacza. Przyjechał Izraelczyk - jakiś wyjątkowo dziwny typ. Nie spodobał się nikomu - ani gospodarzom, ani Amerykanom, o mojej skromnej osobie nie wspominając. Wygląda jak narkoman, i ogólnie jest jakby nie z tej planety.

Po powrocie poszłam przejść się po miasteczku, ale daleko nie zaszłam, bo zgarnął mnie z ulicy Manolo - syn gospodarzy prowadzący biuro turystyczne. Zaproponował wyskok na gorące źródła. Zgodziłam się, bo ponoć to fajne miejsce - tak przynajmniej mówili Amerykanie, których Manolo skasował za przyjemność moczenia się w basenach po 20 dolców od łba. W moim przypadku od razu powiedział, że to kumpelskie, gratisowe zaproszenie, choć jak później się okazało, Manolo liczył na "zapłatę w naturze". Skończyło się awanturą, ale o tym pisać już nie będę (zapłaty nie dostał  :-)  ).

Po drodze znowu zaczęło lać, potem zaczął walić grad (w tropiku!!!), a mój "opiekun" grzał po tych salwadorskich drogach jak wariat bez sprawnych wycieraczek czyli w tych warunkach - na oślep. Kazałam mu w końcu stanąć, tym bardziej że takich wariatów jak on z naprzeciwka jechało wielu (wycieraczki to pal sześć, ale niektórzy jeszcze bez świateł).

Źródła fajne - własność prywatna, wiec zadbane. Czysto,  przyjemnie, 6 basenów o różnej temperaturze. I do tego mnóstwo żab – jak przechodziłam boso między basenami, to co chwila mi jakaś wskakiwała na stopy, a ja z kolei musiałam uważać, by nie rozdeptać jej koleżanek.

Teraz jest już wieczór... Na kolacyjkę moje ulubione salwadorskie pupusas (z fasolą jak zwykle). Super żarcie – razem z kawą za cełe 0,45 centów!!!

A póki co zamykają kafejkę internetową, więc kończę...

XV  dzień – 4 kwietnia, środa
El Salwador: Tacuba – ruiny Majów (San Andres i Joya de Ceren) – Suchitoto – San Salwador


Wyjątkowo intensywny dzionek. Już o 5-tej byłam w autobusie. Z przesiadką po drodze dotarłam do Santa Ana, metropolii, z której chciałam dostać się skrótem do ponoć wartego zobaczenia Suchitoto. Tylko, że to co na mapie widniało jako najzwyklejsza droga, którą jak sobie wymyśliłam – co i rusz miały jeździć autobusy, okazało się drogą terenową, po której jeśli już coś z rzadka jeździ, to najwyżej autka z napędem na cztery koła plus ciężarówy. O autobusie i skrócie musiałam w tej sytuacji zapomnieć, a na owe odkrycie straciłam godzinę. Dla poprawy nastroju poszłam sobie na śniadanko w postaci, a jakże, moich ulubionych pupusas. Tym razem zaryzykowałam jakieś nowe nadzienie – wyglądało niczym trawa, ale w smaku całkiem dobre.

Nie miałam wyboru – zamiast skrótu mającego ominąć stolicę, musiałam wsiąść w autobus do San Salwador. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo zorientowałam się, że będę przejeżdżać koło Joya de Ceren, tj. wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO ruin Majów. Mówi się o nich „Pompeje Centralnej Ameryki”, jako że rzeczywiście było to miasto zasypane popiołem wulkanu, który dawno temu wybuchł. Tyle że w przeciwieństwie do prawdziwych Pompejów (Pompeji???) tutejsi mieszkańcy zdążyli się w porę wynieść.

Miejsce okazało się takie sobie – może i ważne historycznie, ale kogoś kto nie jest pasjonatem wiekowych kamieni nie tworzących jakiejś fantastycznej widokowo kompozycji, na kolana nie powali. Dużo ciekawsze były nieznane mi drzewa, z których zwisały oryginalne w kształcie owoce wyglądające niczym czerwona papryka z ziarnem fasoli od góry. Dzień wcześniej  kupiłam sobie to dziwo na straganie ulicznym – lokalesi się tym zażerają, mnie wybitnie nie smakowało (zjadłam jeden owoc, resztę oddałam spotkanym dzieciakom).
 
W ramach nasycenia się architekturą Majów, podjechałam jeszcze do niedalekich, kolejnych ruin, na obrzeżach miasta San Andres. Tu z kolei bardzo mi się podobało. Teren zadbany, ciekawe muzeum, dobra informacja, a porosłe trawą piramidy Majów też robią wrażenie. Nawet bym posiedziała sobie przy tych piramidkach dłużej, gdyby nie to, że miałam na ten dzień jeszcze sporo planów.

Godzinę później byłam już w stolicy, czyli San Salwador i tłumaczyłam taksiarzom, że wcale nie chcę korzystać z ich usług. Miejskim autobusem podjechałam do Parque Cuscatlan – bardzo sympatycznej oazy zieleni, gdzie chodziło mi głównie o poświęcony ofiarom wojny Pomnik Pamięci i Prawdy. Na długim na 85 metrów murze, drobnym maczkiem wypisano nazwiska ponad 25 tys. ludzi którzy zginęli lub zaginęli w czasie wojny domowej trwającej od 1980 do 1992 roku. Swoją drogą zdrowo mieszali tu wówczas Amerykanie. Szwadrony śmierci będące wówczas częścią salwadorskiej armii, szkolone były w USA. To ich „dziełem” była choćby masakra w miasteczku El Mozote gdzie zabito w sumie ok. 800 osób (niemowlaki przebijano bagnetami, dzieciaki zamknięto w kościele i strzelano do nich przez okna z broni maszynowej). Trudno mi pojąć jak ludzie, którzy to przecież pamiętają, teraz tak bardzo są wpatrzeni w Stany - ich zdaniem synonim raju.
 
Centrum San Salwador w ciągu dnia przypomina jeden wielki bazar. Po ulicach trudno przejść, bo wszędzie stragany, wózki. Harmider straszny! Pilnując uważnie plecaka i kieszeni jakoś przedostałam się do katedry (w fasadzie ciekawy motyw miejscowych Indian). Naprzeciwko katedry stoi gmach Parlamentu (Palacio Nacional), bardzo przyzwoity. Najsympatyczniejszym placem wydał mi się Parque Libertad, koło którego wznosi się przedziwny, bo wyglądający niczym hala targowa albo niemiecki dworzec kościół św. Rozalii. Stąd już było tylko 200 m do mego hotelu. Za to – jakie 200 metrów! Uliczka pełna żuli, domy wyglądające jak po przejściu huraganu, na chodniku jeden wielki śmietnik.  Hotel jednak był – nazywał się dumnie „Nuevo Panamericano”. Pokoje po 5 dolców, czyli  jak na stolicę do przyjęcia, tyle że o jakości lepiej nie mówić. Wymieniałam pokój 3 razy, w końcu trafiłam na taki, gdzie był nawet telewizor (nie działający), łóżko z prześcieradłem ciut czystszym niż inne (mam wrażenie, że oni tych prześcieradeł w ogóle nie zmieniają!) i łazienka z wodą wyłącznie w kranach, bo pod prysznicem już nie (potem okazało się że zlew i tak zapchany).

Nie mam jednak co psioczyć, bo przecież nie przyjechałam siedzieć w hotelu. Zostawiłam w nim to, co niepotrzebne i pojechałam na dworzec autobusowy zwany „Wschodnim”, skąd miałam autobus do Suchitoto. Nie jestem pewna czy półtoragodzinna podróż warta była zachodu, bo opis miasteczka w przewodniku Lonely Planet jest mocno przesadzony. No ale fakt, że mające kolonialną architekturę Suchitoto to sympatyczna odskocznia od zatłoczonej i zanieczyszczonej spalinami stolicy. Najbardziej ucieszyłam się z wizyty w aptece – pokazałam swoje pogryzione przez pchły i pluskwy nogi (jest to tym bardziej nieprzyjemne, że mam alergię na te insekty), no i wyszłam z maścią, która jak się okazało doskonale uśmierza swędzenie. Poza tym zaprzyjaźniłam się z psem, a właściwie z karmiącą suczką, którą wcześniej miejscowe dzieciaki uderzyły piłką. Psina dostała ode mnie chlebek bananowy który kupiłam sobie na następny dzień na śniadanie.

Gdy wróciłam w okolice mego hotelu w stolicy, było już ciemno. Fundnęłam sobie ostatnie już salwadorskie pupusas, ale z łażenia i pójścia na internet z rozsądku zrezygnowałam – centrum San Salvador nie jest miejscem zbyt bezpiecznym, a poza tym w międzyczasie doczytałam w przewodniku, że biali przybysze, i tak nieliczni, jeśli już się gdzieś zatrzymują, to w hostelach poza centrum. Inna sprawa, że z ok. 3 tys. osób które co roku giną w tym kraju to ofiary porachunków mafijnych (działa tu jedna z najgroźniejszych mafii – Mara Salvatrucha albo inaczej MS-13).

Zanim położyłam się spać miałam jeszcze program rozrywkowy. Okazało się, że w przyhotelowej knajpie jest imprezka, a dokładniej dancing. Poszłam popatrzeć jak bawią się lokalesi, a przy okazji wypić salwadorskie piwko. Zabawa była fajna, głównie salsa, ale nie tylko. Chętnie zostałabym dłużej gdyby nie jakiś podpity typ, który koniecznie chciał ze mną zatańczyć. Profilaktycznie wolałam się zmyć.

XVI dzień – 5 kwietnia, Wielki Czwartek
San Salwador (Salwador) – Ciudad de Gwatemala, Antigua (Gwatemala)


Znowu pobudka o 4-tej… Boże, co to za wakacje!

O 5-tej miałam autobus do Gwatemali, a musiałam się jeszcze dostać na dworzec. Chodzenie w nocy po stolicy Salwadoru to samobójstwo, na szczęście nie było problemu ze złapaniem taksówki tuż przed drzwiami hotelu (prosiłam chłopaka z recepcji, by profilaktycznie filował czy wszystko ok). Taksiarz chciał 6 dolców, ale stanęło na dwóch, bo powiedziałam mu że wiem, że dworzec jest niedaleko. Grzaliśmy jak po torze Formuły I – kierowca wcale nie przejmował się czerwonymi światłami.

Podróż praktycznie przespałam. Obudziłam się na granicy na kontrolę paszportów, przy okazji wymieniając jeszcze dolce na quetzale, bo w najbliższych dniach banki będą nieczynne. Gwatemalscy cinkciarze oczywiście chcieli mnie naciąć (witamy w Gwatemali, w kraju, gdzie wszyscy prześcigają się jak orżnąć białych!), ale nie dałam się, bo przecież znałam kurs. Niepocieszeni musieli wymienić mi kasę po takim kursie, jaki im powiedziałam.

Po przyjeździe do stolicy Gwatemali na dzień dobry same problemy. Ponieważ w tym mieście jest ileś tzw. dworców (nie ma to nic wspólnego z dworcem w naszym pojęciu), a ulice nie mają tabliczek z nazwami, trudno się więc zorientować, gdzie się jest. Pytałam ileś osób – każdy mówił coś innego albo w ogóle nic nie mówił i traktował mnie jak widmo. Kiedy zmieniłam taktykę i zaczęłam pytać jak dojechać do katedry, wszyscy jak jeden mąż wskazywali na czekających niczym hieny taksówkarzy. A ci oczywiście już zwietrzyli szansę na interes dnia lub nawet tygodnia i rzucali kwoty takie, że gdyby nie zasypana śmieciami ulica, to chyba bym usiadła z wrażenia. W końcu przestałam pytać, przeszłam ze sto metrów i złapałam zwykły autobus pytając czy nie jedzie do katedry. Ku mojemu zaskoczeniu - jechał! Nie jak chcieli taksiarze za 10 dolców tylko za równowartość złotówki. Przy okazji zorientowałam się w topografii miasta i zobaczyłam nowoczesne centrum.

Katedra taka sobie (ładniejsza z zewnątrz niż wewnątrz), ale plac z parkiem tuż przed nią – fajny, bo tętniący życiem. Akurat rozpoczęła się wielkoczwartkowa procesja. Były dywany z kwiatów, tak jak i w Antigle – panowie z bractw kościelnych poubierani w fioletowe tuniki i czapki (tutaj akurat z pomponami), no a przede wszystkim był tłum ludzi (Gwatemalczyków; turystów nie widziałam). Procesja – kapitalna! Obserwowałam ją przez dwie godziny – wielkie platformy z figurami świętych, orkiestra, nastrojowa oprawa.

Procesja miała trwać cały dzień, uznałam jednak, że owe dwie godziny w zupełności mi wystarczyły na zdjęcia i na plusa u Pana Boga. Ponieważ od wczoraj nic nie jadłam, poszłam na śniadanio-obiad. Tym razem odpuściłam chęć próbowania tego co lokalne i postanowiłam odwiedzić Dominos Pizza. Małe urozmaicenie po pupusach i fasoli w różnych postaciach.

Wreszcie z pełnym żołądkiem przeszłam sobie przez centrum, aż w końcu postanowiłam, że czas najwyższy jechać do Antiguy. I tu znowu zaczęły się tzw. schody, bo nikt oczywiście nie wiedział skąd odjeżdżają autobusy do Antiguy. Postanowiłam  zapytać policjantów. Ci też nie wiedzieli, ale puścili pytanie w eter radiostacji i wkrótce podjechał policyjny radiowóz z trójką przystojnych policjantów, którzy obiecali, że mnie podwiozą. Błądzili, błądzili, ale w końcu wysadzili tam gdzie trzeba, a przy okazji ucięliśmy sobie miłą pogawędkę pod hasłem jak to w Gwatemali niebezpiecznie.

W Antigle załapałam się na kolejną procesję... Chyba wyrobię normę procesji na najbliższe kilka lat! W końcu jednak dotarłam do mojego nowego domu. Pokoik – super, łazienka praktycznie tylko do mojej dyspozycji, gospodarze to Weronika – babka około 40-tki i jej mąż oraz dwie córeczki. Z lokatorów tylko ja i Chinka z Tajwanu mieszkająca obecnie w Australii (ciekawe co się stało z Kanadyjczykiem poznanym tydzień temu?). Chinka wydaje się bardzo sympatyczna, choć jak to Azjaci – ma problemy językowe zarówno z angielskim, jak i hiszpańskim. Nauczyciele  w szkole nie lubią uczyć Azjatów, twierdząc że nie dość, że nie są zdolni językowo, to jeszcze nie mogą wymówić niektórych głosek.

W sumie fajny dzień, ale jestem ledwo żywa. I niewyspana.

XVII dzien - 6 kwietnia, piątek
Antigua – procesje Wielkiego Piątku


Wczoraj padłam ze zmęczenia. Trochę miałam już dość tego wstawania między 2 a 6 rano, więc po raz pierwszy w trakcie mego pobytu w Ameryce Centralnej spałam bite 9 godzin! Inna sprawa, że na dobry sen wpłynęło łóżko – wygodne, z czystą pościelą, prawie jak w domu... I nie pogryzły mnie ani pchły, ani pluskwy. Mam nadzieję, że to nie tylko z okazji Świąt...

Wstałam o 7 (mój rekord długiego spania na tym wyjeździe!!!) i pognałam oglądać kwiatowe dywany. Właściwie to cały dzień spędziłam w mieście – 14 godzin praktycznie non-stop na nogach. Myślałam, że już dobrze znam Antiguę, ale gdzie tam – dzisiaj przy okazji procesji, byłam w takich miejscach, o których wcześniej mi się nie śniło.

Rzeczywiście to co się dzieje tutaj w Wielki Piątek to rewelacja! Od świtu do 2-giej w nocy (albo jeszcze dłużej), już w Wielką Sobotę, ulicami Antiguy chodzą procesje. Na ich trasie ludzie robią słynne alfombras, czyli dywany niby-kwiatowe, choć kwiaty to tylko jeden z ich elementów ozdobnych. Zazwyczaj są to dzieła mieszkańców okolicznych domów, ew. rodzin właścicieli sklepów które są po drodze, ale widziałam też dywany układane przez białych  ze szkół hiszpańskiego. Dywany są różne – te najlepsze to całe konstrukcje w ramach z drewna, z podłożem z piasku, wysypywane kolorowymi trocinami (używa się do tego zwykle specjalnych szablonów). Takie wyłącznie z kwiatów też jednak są. Albo z owoców i warzyw. W ozdóbkach można się wykazać zresztą wszechstronną pomysłowością – widziałam nawet plastikowe nakrętki do butelek, różne kształty z ciasta, dziecięce rysunki... Ogólnie jest bardzo kolorowo i aż szkoda, że efekty tej często wielogodzinnej pracy, niszczone są w kilka chwil, tzn. w momencie przejścia procesji. Autorom to nie przeszkadza - ponieważ są ulice gdzie w ciągu dnia przechodzą np. dwie, trzy procesje, robi się zaraz nowe dywany.

Procesje mają pewien standard. Najpierw idą szpalery ubranych w specjalne stroje bractw kościelnych. Dziś do wczesnego popołudnia wszyscy mieli jeszcze tuniki fioletowe, czyli w kolorze Wielkiego Postu, na popołudnie i wieczór obowiązywały już czarne. Czasem są też np. grupy poprzebieranych dzieciaków (moimi ulubieńcami były dziś aniołki – 4-5 letnie dziewczynki w sukienkach ze skrzydełkami), często – rycerze rzymscy, była nawet procesja z legionistami na koniach i rydwanami. Są też panowie niosący chorągwie, postacie świętych i symbole drogi krzyżowej (na wieczornej procesji parafii Św. Filipa były podświetlane całe wozy ze scenami drogi krzyżowej), no a potem już czas na najważniejszą część – potężną platformę z Jezusem, niesioną przez kilkudziesięciu facetów rytmicznie kiwających się na obie strony. Panowie wymieniają się co kwadrę, czyli od przecznicy do przecznicy (Antigua jest zbudowana na siatce ulic przecinających się pod kątem prostym). Tak jak już pisałam, za przyjemność niesienia platformy, co jest sporym wysiłkiem, trzeba kościołowi zapłacić. Zbliżanie się platformy zwiastuje orkiestra dęta, walenie w bębny i gęsty dym. W dalszej kolejności idą kobiety (rano ubrane na biało, po południu na czarno), najpierw w szpalerach, a potem niosące swoją platformę, tyle że mniejszą od "męskiej" i z Matką Boską. Dopiero za nimi rusza tłum – wierni przemieszani z handlarzami baloników, cukierków, lodów etc. Procesja procesją ale „biznes is biznes”.

To jeszcze nie koniec, bo za tłumem jadą... śmieciarki i idą ekipy sprzątaczy. Zaraz po procesji nie ma po niej śladu...

Dzień minął mi pod znakiem biegania z procesji na procesję. W jakiejś knajpce po drodze zjadłam na szybko śniadanie (dziś w ”domach” posiłków nie ma) – za 2 dolce wchłonęłam jajecznicę ze zmieloną fasolą i kawę (salwadorskie śniadania za 40 centów były lepsze) i pognałam robić zdjęcia. Na obiad już czasu nie miałam – w biegu wtrząchnęłam tylko jedną empanadas, czyli wypełnionego ananasowym nadzieniem pieroga z ulicznego straganu, no ale w sumie zaliczyłam aż cztery procesje! Świętą i tak nie zostanę, ale swoją drogą te procesje to raczej wielki show niż modlitwa. Nawet ci którzy idą w procesji popijają sobie colę, piszą smsy, gadają przez komórki, żują gumę...

A co do publiki. Uznałam, że skoro mamy święto, to założyłam swoją najlepszą bluzkę, a tymczasem nie brak było ludzi wyglądających jakby zeszli z plaży (nie chcę być złośliwa względem Amerykanów, ale to typowy dla nich strój). Inna sprawa że wszystko to przypomina bardziej festyn niż uroczystość religijną. Jedyne miejsce z bardziej pobożną atmosferą to wnętrza kościołów (nie ma jednak żadnych „grobów Chrystusa” czy choćby zasłaniania jego figury) oraz krzyże przed katedrą. Figurka Jezusa jest tam w otoczeniu dwóch łotrów, no i tego jezusowego krzyża stojący w kolejce wierni dotykają, albo często też całują.

Patrząc na wszechobecnych facetów w strojach procesyjnych zastanawiałam się, jak w kraju o tak zakorzenionej wierze może być tyle rozbojów i morderstw? Pomyślałam sobie nawet, że ludzie przy Świętach stają się uczciwsi... Wkrótce potem, przy kolacji, zmieniłam zdanie. Z okazji Świąt i nie pogryzienia przez pchły, fundnęłam sobie naleśniki z truskawkami. To, że truskawki okazały się jedynie konfiturową polewą, a główny wypełniacz stanowiły lody, to już pal sześć (lodów nie chciałam, bo po wczorajszej jeździe autobusem z klimą w postaci otwartych okien boli mnie gardło). Ale wracając do tej świątecznej dobroci i uczciwości. No więc zapłaciłam, dostałam jakąś resztę. Miałam nie sprawdzać, no bo przecież kto oszukałby przy świętach, ale jednak coś mnie tknęło - zajrzałam. I co? Jak zwykle 5 quetzali, czyli prawie dolca brak. Nie znoszę jak mnie oszukują - piątaka odzyskałam, ale „przepraszam” nie usłyszałam.

Zapomniałam! Dziś po raz pierwszy spotkałam naszych rodaków, a właściwie to rodaczki, bo dwie Polki, które przyjechały na dwutygodniowe wakacje. Pogadałyśmy chwilę, doradziłam im co warto w okolicach Antiguy zobaczyć. Strasznie się ucieszyłam, że mogę pomówić po polsku.

XVIII dzień – 7 kwietnia, Wielka Sobota
Antigua - Monterico (Pacyfik!!!)


Super się spało! I długo, bo busik do Monterico miałam dopiero o 8-mej. Monterico to najsłynniejsze i najpopularniejsze wśród Gwatemalczyków miejsce plażowe nad Pacyfikiem. Nie jestem miłośniczką plaż i  opalania się, ale uznałam, że warto zobaczyć jak plażują lokalesi.

Nie zawiodłam się – było ciekawie. Żeby zaoszczędzić na czasie, kupiłam w jedną stronę bilet na busa turystycznego. Tym razem w busie, jakby nie było droższym  niż zwykły chicken bus, byli praktycznie sami Gwatemalczycy. Tyle że od razu widać było, że tacy bardziej kasowi (choć i tak nie ci z najwyższej półki, bo ci jeżdżą własnymi samochodami).

gwat- przeprawa.jpgZ Antiguy do Monterico jest jakieś 250 km – teoretycznie 3 godziny jazdy. Jak zwykle wyszło dłużej, bo  najpierw na coś czekaliśmy, potem ledwo ruszyliśmy to kierowca musiał zatankować, a zaraz potem stanął przy knajpie i powiedział, że to przerwa na toaletę. Wściekli się nawet Gwatemalczycy, bo nikt z toalety (poza kierowcą) korzystać nie chciał, a wszystkim śpieszyło się nad morze.

Nad morzem zaczęłam od wizyty w "Johny’s Place" – to polecany w przewodniku hostel prowadzony przez Nowozelandczyków, z tanimi miejscami w dormitorium. Miejsc tak jak się spodziewałam nie było, nawet w rozstawionych awaryjnie namiotach. Szybka wizja lokalna zaowocowała jednak tym, że upatrzyłam sobie na terenie należącym do tego kompleksu hamaczki – miało być to moje miejsce na awaryjny nocleg, bo wersja spania na plaży  w przypadku Monterico nie jest dobrym pomysłem (za dużo menelstwa). Problem noclegu na szczęście jednak szybko się rozwiązał – przy trzeciej próbie znalezienia miejscówy, spotkana kobitka przekonała mnie, że i tak nic nie znajdę (miała rację – ludzie koczowali w samochodach), ale jak chcę to mogę przenocować u niej w domu. Wiedząc że w Gwatemali nic za darmo nie ma, wolałam od razu domówić co i jak. Stanęło na 50 Q, czyli 6,5 dolca. Pokoik był całkiem przyzwoity, gorzej z łazienką bo syf straszny, no ale najważniejsze, że miałam jakiś pewny kąt i miejsce na zostawienie betów.

gwat-plazawww.jpgPlaża w wydaniu gwatemalskim okazała się dość śmieszna. Czarny, wulkaniczny piasek wcale mnie nie dziwił, ale ciekawy jest sposób, w jaki z niej się korzysta. Początkowo myślałam że na tej plaży trwa jakaś demonstracja – po prostu stoi przy brzegu tłum, dosłownie setki ludzi, czekających na nadchodzące fale. Stoją i stoją, niekiedy skacząc przez te fale, ale pływających prawie nie ma.

Na plaży, ale trochę dalej od brzegu, tzn. tam gdzie nie dochodzi woda, jest pas chroniących od słońca niby-namiotów (mają dach i często jeszcze ściankę chroniącą od wiatru). Ci, których nie stać na gotową konstrukcję, tworzą jakieś samoróbki składające się na ogół z żerdz,i na których rozwiesza się folię, prześcieradła – co kto chce. Pod takim „domkiem” zasiada liczna zwykle rodzina – młodzież szaleje w wodzie, a starsi się im przypatrują, mimo upału dzielnie siedząc w pełnym ubraniu. Jeszcze dalej, tzn. jakieś 30 metrów od wody, jest dach „publiczny”, pod którym może rozłożyć się każdy. Tam to już prawdziwe koczowisko – człowiek na człowieku, całe klany rodzinne, siedzące na przyniesionych krzesełkach i biesiadujące przy stołach. Większość osób ma także własnego grilla. Mam wrażenie, że ucztowanie na plaży jest nawet ważniejsze od samego morza. Zupełnie nie ma tradycji rozkładania się na ręcznikach, brak też parasoli, leżaków, sportów wodnych. Z atrakcji plażowych są jedynie przejażdżki konne oraz quady. Największy szpan wśród młodzieży to przejechać się takim quadem. Najczęściej widzi się albo wyzwolone laski dla których jest to skuteczna forma zwrócenia na siebie uwagi (nasza młodzież nazwałaby to „lansem”), ew. faceci z wyżelowanymi włosami, dla których największym szpanem przed kumplami jest przewiezienie jakieś wniebowziętej tym faktem piękności.

Co do pływania to dziwię się, że nikt tu nie pływa na desce surfingowej – fale są do tego wprost idealne. Większość osób sprawia zresztą wrażenie jakby nie umiała pływać. Inna sprawa, że jak sama sprawdziłam, nie jest to morze łatwe do pływania. Przybój jest tak silny, że po prostu powala i co tu kryć, może być niebezpieczny. Trzeba wziąć też poprawkę na pływy. Doświadczyłam tego opalając się (sukces, bo wytrzymałam bezczynnie na słońcu cały kwadrans!). Kiedy się kładłam, byłam kawałek od miejsca dokąd dochodziła woda, potem musiałam się szybko ewakuować, żeby nie zalało mi plecaczka z aparatem.

I jeszcze co do strojów... Mało przytomnie wystąpiłam w kostiumie kąpielowym, po czym okazało się, że takich osób jak ja praktycznie nie ma. W typowych kostiumach zdarzają się jedynie nowoczesne małolaty, jednak zdecydowana większość, nawet z tych małolat, kąpie się jednak w... ubraniu. Dominują krótkie spodenki, a jeśli majtki to mocno „zabudowane”, zaś od góry – T-shirty lub przynajmniej jakiś top. Indianki w ogóle wchodzą do wody w pełnym rynsztunku, jedynie podkasając  spódnice. Inna sprawa, że nie widziałam żadnej kobiety rzeczywiście pływającej – wszystkie albo leżały na brzegu obmywanym przez wodę, albo stały w wodzie lub tylko skakały jak przychodziła fala.

W takiej sytuacji szybko zrezygnowałam z paradowania w kostiumie. Na szczęście miałam swój wielofunkcyjny sarong (albo jak kto woli – pareo), czyli wielofunkcyjną chustę, która w tym przypadku posłużyła mi jako sukienka, a w nocy przydała się do przykrycia się (na tutejszych łóżkach zwykle nie ma żadnych kołder, kocy czy prześcieradeł).

Oczywiście to co napisałam, dotyczy plaży dla „plebsu”. Niezależnie od nich są też plaże przy hotelach, gdzie jest prawie pusto i tak bardziej po naszemu.

A tak na marginesie to radość z tego, że jestem nad oceanem popsuł mi gruby babsztyl, który podszedł do mnie i zażądał 20 quetzali (3 dolce) za zdjęcie. Co ciekawe – jej akurat zdjęć nie robiłam. Tym razem jednak nawet lokalesi, którzy słyszeli rozmowę, stwierdzili że babsko przesadziło. Schowałam jednak aparat i odechciało mi się fotografowania. Przypomniało mi się również, ze wcale nie tak dawno w jednej z wiosek zadźgano japońskiego turystę tylko dlatego, że zrobił zdjęcie jakiejś dziewczynie – Indiance z plemienia Majów i pewnie nie chciał zapłacić. Nawet jeśli uznać to za wyjątkowy przypadek, to jest to dowód na to, że miejscowi nie są wcale mile nastawieni do przybyszy z innych krajów.

gwat-krok z lwww.jpgZ plaży poszłam do Tortugario czyli inaczej mówiąc „żółwiarni”. Żółwie przynajmniej nie chcą pieniędzy za fotografowanie  :-). Z żółwi okolice Monterico słyną, chociaż niestety nie o tej porze, tylko od września do stycznia, kiedy to na pobliskich plażach wykluwają się małe żółwiki. Tortugario to placówka naukowa prowadząca program ochrony żółwi. Teraz  mogłam popatrzeć jedynie na kilka dyżurnych. Oprócz nich były też kajmany, choć niestety tylko młodziaki... Dorosłe, których nie było, osiągają ponad 5 m długości. Aaa, i jeszcze widziałam całkiem spore iguany. Tyle że po Galapagos trudno mnie już w kwestii takich zwierzaków czymś zaskoczyć.

gwat-kielbaski.jpgOdkryciem dnia stały się kiełbaski... Cracovia. Nigdy bym na to nie wpadła, gdyby nie sympatyczny Gwatemalczyk który zagadał do mnie, jak siedząc na plaży wpatrywałam się w zachodzące słońce. Kiedy się dowiedział że jestem z Polski zaprosił mnie na salchiche (czyt. salczicze). Co to jest, przekonałam się na pobliskim plażowym straganie, gdzie na ruszcie piekły się owe kiełbasy, podawane w wersji nadzianej na patyk. Smakowały rzeczywiście jak nasze, polskie. Pokazano mi etykietkę – rzeczywiście napisane: „Salchicha Cracovia”. Słynie z ich wyrobu fabryka w niedalekim Taxisco, a receptura ponoć rzeczywiście jest ściągnięta z Polski.

Kiełbaski krakowskie były tylko przekąską. Na prawdziwą kolację poszłam sobie do jednej z licznych knajp przy prowadzącym od plaży deptaku. Zaszalałam – z racji pobytu nad morzem zamówiłam rybę z sałatką z ogórków i pomidorów, z frytkami i z piwem. Piwo mają tu całkiem dobre – nazywa się Gallo czyli „kogut”. Ryba też była wyśmienita –  pargo,  wyławiana przez miejscowych rybaków.

A co do deptaku to nie mylmy tego z deptakiem np. w Sopocie. W Monterico jest to zwykła ulica, tyle że zastawiona straganami i oblepiona plakatami uczącymi, że trzeba myć ręce (co z tego jak większość punktów gastronomicznych nie ma wody). Ponieważ jest to kurort nie tyle dla turystów, co dla miejscowych, wszystko jest w gwatemalskim guście: kiczowate pamiątki z muszelek, koszulki z amerykańskimi napisami... Jest też karuzela, płatne piłkarzyki, czasem przebiegnie pies, a czasem... prosię. Przede wszystkim są jednak knajpy i uliczne garkuchnie. W niektórych knajpach można potańczyć – dominuje oczywiście salsa i marengue.


XIX dzień – 8 kwietnia, Wielka Niedziela
Monterico - Santa Lucia Cotzumalguapa - Antigua


gwat-lasy mangrove.jpgPobudka tradycyjnie o świcie, bo o 6-tej byłam już umówiona na wycieczkę łodzią po kanałach wśród lasów namorzynowych. Moim przewodnikiem, a zarazem kapitanem łodzi był 12-letni Juan, miły i ambitny chłopiec. Dogadaliśmy się wczoraj, przy żółwiach, kiedy próbowałam zaklepać miejsce w zbiorowej wycieczce organizowanej przez biuro rezerwatu. Okazało się, że poza mną nie ma chętnych na tak wczesną porę (dziwne, przecież świt to pora największej aktywności zwierząt), a oficjalny, dorosły przewodnik mógł mnie przewieźć w pojedynkę, ale za 20 dolców. Kiedy skrzywiłam się że drogo, jeden z pracowników zarekomendował mi stojącego obok dzieciaka. Miałam trochę wątpliwości, ale mały okazał się rewelacyjny. Nie dość że świetnie posługiwał się pychem (motoru nie było, trzeba było odpychać się wiosłem od dna), to jeszcze wiedział, gdzie są jakie ptaki. Umówiliśmy się, że za 1,5 godziny pływania dostanie 4 dolce, ale dałam mu jeszcze extra na colę plus kilka gadżetów.

Ptactwo szczerze mówiąc podobne jak w Polsce – czaple, żurawie, kaczki... Za to zarośla mangrowe – rewelacja. Jak mi tłumaczył Juan, są ich dwa rodzaje – tzw. białe (rzeczywiście o takiej barwie wyrastających z wody łodyg) i kolorowe. Poza tym ogólnie było jakoś tak niezwykle – wschód słońca, nikogo w okolicy i cisza, przerywana jedynie odgłosami ptaków. Rozczarował mnie jedynie brak kajmanów (są, ale w innych miejscach) i spora ilość zdechłych ryb. To ponoć wpływ zanieczyszczenia wody przez silniki łodzi pływających co chwila po głównym kanale. Przypomniałam sobie moją rybę, którą wieczór wcześniej skonsumowałam w ramach kolacji. Ciekawe, czy ona też pochodziła z tej brudnej, w dodatku bardzo mętnej wody?

O 8-mej miałam już łódź pełniącą funkcję promu z Monterico do La Avellana. Pół godziny płynięcia, tym razem już przy użyciu motoru. Monterico położone jest na wyspie – turystyczne busy korzystają z innego promu i innej drogi, ale ja zdecydowałam się na powrót do Antiguy taką drogą jaką wybierają zwykle lokalesi.

Z łodzi przesiadka do chicken busa i następny odcinek – tzw. camionietą, czyli inaczej mówiąc na pace trucka pełniącego rolę taksówki. I tak luźno było na tej pace –  jedynie13 osób, w tym rodzinka, która na odchodne wręczyła mi swój adres z zaproszeniem do swego domu. Potem miałam przesiadkę na kolejny chicken bus z wyjącymi głośnikami i kierowcą obwieszonym różańcami i obrazkami z Matką Boską z Gwadelupy po sąsiedzku z hasłami Świadków Jechowy.

W Santa Lucia Cotzumalguapa (kto tu wymyśla tak trudne nazwy?) postanowiłam sprawdzić jak wygląda jedzenie w sieci gwatemalskich fast foodów „Campero”. Swoją drogą tego typu knajp z ameryka nskimi McDonald’sami i Burger Kingami na czele, jest tu zatrzęsienie. O dziwo ceny są na poziomie światowym, czyli dla większości Gwatemaltecos raczej wysokie, a jednak w środku zawsze jest sporo chętnych. Nie znoszę takich knajp, tym bardziej że nie lubię przyczyniać się do wzrostu kapitału amerykańskiego, no ale nic innego w zasięgu wzroku i moich nóg nie było. Poza tym naszła mnie ochota na skorzystanie z łazienki, a w takich lokalach można liczyć na raczej czyste tego typu przybytki.

Łazienka była rzeczywiście ok, za to za szybkość obsługi tutejsza ekipa wyleciałaby w Stanach z pracy (czekałam 15 minut! Super FAST food! Raczej SLOW). Zafundowałam sobie promocyjne śniadanko czyli bułę z szynką, frijoles (mazię fasolową znaczy się) i sok pomarańczowy. Swoją drogą ciekawy zestaw jak na uroczyste świąteczne śniadanie :-). 

Naładowana energetycznie przystąpiłam do pertraktacji z miejscowymi taksiarzami. Chodziło o podwiezienie mnie kilka kilometrów za miasto, do miejsca ceremonii Majów. Negocjacje były twarde, dopiero gdy powiedziałam ,że idę na piechotę (w tym gwat-dziobywww.jpgupale średni pomysł, tym bardziej że nie wiedziałam nawet w którą stronę iść), ubiliśmy interes. Miejsce ceremonii okazało się niewielkim wzgórzem pośród pól (w życiu bym tam na własną rękę nie trafiła, tym bardziej że nawet nie było kogo się pytać), z dwoma niesamowitymi drzewami ceiba (to te ich narodowe drzewa). Najważniejsze były jednak dwa „magiczne” kamienie. Jeden z nich to wyrzeźbiona, na wpół zakopana głowa, na której leżały dwie kacze (prawdziwe!) głowy z dziobami, drugi kamień zdobi relief jakiegoś boga Majów. Niestety  nie było nikogo kto składał ofiary (zarzynanie drobiu, kwiaty, świece, papierosy, alkohol – podobnie jak w Chichi 2 tygodnie temu). Ponoć najwięcej ludzi przyjeżdża tu wcale nie w weekendy, jak piszą w przewodniku Lonely Planet, ale w środy i czwartki bo to są zwyczajowe dni ceremonialne Majów wierzących że właśnie wtedy miała miejsce kreacja świata. Mój kierowca, Oscar, też okazał się rodowitym Majem, i jak sam się przyznał - choć chodzi normalnie do kościoła katolickiego, ofiary ku pogańskim bóstwom również składa.

W drodze powrotnej do miasta zatrzymaliśmy się jeszcze przy ładnym wiejskim kościółku pomalowanym w aniołki oraz przy napisie „Curva peligrosa”, przy którym nie omieszkałam sobie zrobić zdjęcia. Mam już z tego wyjazdu dwa zdjęcia! Oba równie nie udane, bo miejscowi nie mogą pojąć jak posługiwać się moim aparatem. A co do wspomnianego napisu to po hiszpańsku oznacza on „Niebezpieczny zakręt”.

Na koniec pobytu w Santa Lucia (czyli w Świętej Łucji) poszłam jeszcze, już na piechotę, 1,5 km za miasto do Finca Las Ilusiones. Nazwa „Finca” oznacza tu (a także w Salwadorze) dużą (tzn. zwykle ogromną) posiadłość zajmującą się np. uprawą i produkcją kawy, choć w tym przypadku chodziło akurat o trzcinę cukrową. Oczywiście nie na trzcinie mi zależało, ile na muzeum które Finca Las Ilusiones posiada, z ekspozycją poświęconą tradycjom Majów. Jak zwykle miejscowi nie za bardzo wiedzieli, że jakieś muzeum na ich terenie istnieje, złaziłam się więc jak głupia, wchodząc przy okazji na teren lokalnej bazy wojskowej. W końcu jednak cel osiągnęłam. Tyle, że okazało się że choć brama wjazdowa jest otwarta, to w środku nie ma żywej duszy. Za to były super fotele, w których rozsiadłam się z zamiarem spożycia wielkiego mango jakie za przysłowiowe grosze kupiłam po drodze. Owoc był tak ogromny, że mimo, iż ubóstwiam mango, nie byłam go w stanie zmęćzyć i mam teraz chwilowy mangowstręt. W międzyczasie moja obecność na terenie posiadłości uruchomiła fotokomórkę w alarmie, no i zaczęło strasznie wyć. Nawet się ucieszyłam – uznałam że ktoś się w takim razie zaraz zjawi sprawdzić o co chodzi. Jadłam więc mango, czekałam 15 minut i... nic. Nikt się nie zjawił!

Obfotografowałam jeszcze jakieś kamienne bożki i poszłam na drogę wylotową. Tak sobie szłam, szłam zlana potem (to rejon gdzie jest bardzo gorąco; spokojnie ze 40 stopni), klęłam ile wlezie plecaczek obcierający moje poparzone wczorajszym słońcem ramiona, aż tu przyczepił się jakiś koleś. Gdy byłam już na przystanku zaryzykował pytanie „Quieres sexo?” (Czy chcesz seksu?). Jak na złość nie pamiętałam hiszpańskich brzydkich słów - powiedziałam mu tylko, że jest głupi. Odczepił się.

gwat-antigulalukwww.jpgDwie godziny podróży chicken busem i dotarłam do Antiguy. Zupełnie inne miasto niż dwa dni temu. Turyści wyjechali, wrócił spokój i normalne ceny (wiem, bo kupowałam wodę). Akurat spotkałam kolegę-Szweda, tak więc w ramach Świąt wybraliśmy się razem na lody. Potem Szwed pognał na film (w niektórych kafejach wyświetlają anglojęzyczne filmy), a ja poszłam w swój ulubiony zakątek miasta, koło tzw. Łuku Świętej Katarzyny. Posłuchałam trochę indiańskiej rodzinki zarabiającej śpiewaniem na ulicy (coś im tam nawet wrzuciłam), potem załapałam się jeszcze na bardzo fajny koncert dla młodzieży. Był pop, rock, rap – cała mieszanina i super atmosferka. Dopiero pod koniec zorientowałam się, że to pieśni religijne!  :-)

A w ogóle to tęskno mi do polskiego jedzonka. No bo co to za święta bez jajeczka, żurku, sałatek... Na pocieszenie zrobiłam sobie ogórkową „gorący kubek”. Na marginesie – grzałka tu jest kompletnie nie przydatna. To, że są tu inne kontakty (dwa płaskie bolce, chyba tak jak w USA) to pal sześć – kupiłam zestaw dwóch adapterów zaraz po przyjeździe do Gwatemali. Problemem jest jednak napięcie. Ładowarki działają, laptop też, ale grzałka potrzebuje więcej mocy. Wodę podgrzeje, ale nie zagotuje. Na szczęście poratowała mnie wrzątkiem gospodyni.

Ale dobra była ta ogórkowa! Dużo bym jednak dała, aby zjeść domową ogórkową roboty mojej Mamy, albo pomidorówkę Teściowej.

Wsuwając ogórkową przejrzałam przewodnik po Belize. Odpuszczam ten kraj – drogi i wyraźnie pod Amerykanów przyjeżdżających tam na wakacje. Wolę dokładniej zobaczyć Gwatemalę, z krótkim wyskokiem do Hondurasu (ruiny Coban).

XX dzień - 9 kwietnia, poniedziałek
Antigua – szkółka


Całkiem miło było rano wrócić do szkółki. Znowu na dzień dobry zobaczyłam znajomą już Indiankę od tortilli. Wyczytałam w przewodniku, że przeciętna kobieta mająca na utrzymaniu rodzinę składającą się z 8 osób (tutaj normalka), robi dziennie 170 tortilli! Inna sprawa, że w większości domów tortille się kupuje.

W szkole bardzo miło mnie przywitali. I nauczyciele, i Joli – szkolna sprzątaczka, i chłopak od internetu. Dostałam nową nauczycielkę, Aleksandrę – miłe dziewczę, i podobnie jak Rita (ta poprzednia) dobrze uczy. Coś się zgadało o moich pogryzionych nogach – ponoć pchły to tutaj rzeczywiście zmora. Jeśli chodzi o typowe choroby tropikalne, to wg Aleksandry nie ma w Gwatemali problemów z malarią (wg mnie jest, tyle że w dżungli). Występuje natomiast denga – gł. na wybrzeżu Pacyfiku (m.in. okolice Monterico), choć obecnie to już niewielki problem. Ponoć 3-4 razy do roku mieszkańcom zagrożonych terenów przysługuje prawo darmowego spryskania mieszkania chroniącego przed komarami roznoszącymi dengę.

Na zajęciach popołudniowych, w przerwach między czasownikami nieregularnymi (moja zmora) pogadałyśmy z Aleksandrą o gwatemalskim jedzeniu. To w związku z tym, że pochwaliłam swoją gospodynię, która na obiad zrobiła fantastyczne ejotes. Chodzi o coś w rodzaju kotlecików z drobno posiekanej fasolki szparagowej, obtoczonych w jajku, tartej bułce i usmażonych. Pycha. Koleżanka-Tajwanka z Australii mało je, tak więc oddała mi swoją porcję.

Aleksandra z miejscowych przysmaków poleciła mi także ceviche de camaron. Chodzi o odpowiednio przyrządzone krewetki, które tu wcale tanie nie są, ale Gwatemalczycy na ich punkcie szaleją. Przyrządza się to biorąc po jednej tutejszej jednostce wagi zwanej libra (odpowiednik funta, ale nie wiem ile to funt) wszystkich składników, czyli krewetek, pomidorów (mają być suche i twarde) oraz cebuli, a poza tym trzeba jeszcze 10 limonek. Krewetki mają być surowe – trzeba je oczyścić, umyć i zalać wrzątkiem. Potem miesza się to z sokiem z limonek, pokrojonymi pomidorami i cebulą, dodaje się sos sojowy (wychodzi z tego brunatna barwa) i miętę w ilości „za quetzala”. Trzeba będzie spróbować! Co do mięty, zwanej tu herbabuena (czyli dosłownie „piękna trawa”) to dodaje się ją tu dosłownie do wszystkiego. Np. wywar na niemal każdą zupę gotuje się z miętą! A kiedy kogoś boli gardło, bierze się miętę, rumianek, trochę miodu, zalewa się to zimną (!) wodą, i gotuje, i w końcu wypija taki napar.

Póki co to zaraz pójdę kupić sobie inny tutejszy przysmak, tj. moje ulubione awokado. Tutaj kosztuje ono 1-2 Q – tanio jak barszcz. Już pisałam, że mieszkańców Antiguy, jedzących bardzo dużo awokado, nazywa się w Gwatemali „tymi z zielonym żołądkiem” (Panza Verde). Nawet miejscowa drużyna futbolowa to po prostu „Zieloni”. Jak akurat nie ma awokado, bo nie sezon, wówczas sprowadza się awokado z Meksyku. Według Aleksandry to jednak już nie to – meksykańskie mają inny smak, są jakby „sztuczne”. Typowy wśród lokalesów sposób jedzenia awokado to tak jak i ja w Polsce jadam - z solą i sokiem z cytryny. Popularna jest też pasta, czy raczej sos na bazie awokado zwany guacamole.

Z innych spraw to robię generalne porządki w swoich betach. Oddałam rozwalające się sandały do szewca (rozkleiły się), a brudne ciuchy – do prania i prasowania. Poza tym co i rusz absorbuje mnie kasowanie smsów w swojej skrzynce. Przyszło bardzo dużo życzeń świątecznych od różnych osób (dzięki tym których to dotyczy!  :) ), choć z tymi smsami to trochę tu problem. Z niektórych numerów (rozpoczynających się na 501, 515 i 505) smsy przychodzą w wersji mocno zwielokrotnionej. Jak na razie do grona rekordzistów należy sms od Jacka W., kolegi-kapitana z rejsu wokół Przylądka Horn, który w rocznicę tego ważnego dla nas wydarzenia przysłał mi stosownego smsa odebranego przeze mnie 89 razy! Myślałam, że już go nikt nie przebije, a tymczasem Krzyś T., jakby nie było jeden z moich najlepszych Przyjaciół, uraczył mnie smsem, notabene bardzo miłym, który przyszedł 123 (!) razy i nadal przychodzi. A ja nic tylko kasuję, kasuję...

XXI dzień - 10 kwietnia, wtorek
Antigua – szkoła i tylko szkoła

Znowu zmieniłam miejsce zamieszkania. Ze względu na koszty (podliczyłam kasę i bilans wyszedł bardzo kiepsko), musiałam wynieść się z domu Weroniki. Nie powiem, z dużym żalem. Zdążyłyśmy się bardzo polubić i z nią, i z jej córkami.

Od dzisiejszego poranka mieszkam w... szkole. Mają tu kilka pokoi gościnnych, bardzo przyzwoitych, są łazienki, prysznic, no i nie trzeba się tak rano zrywać, bo tylko się otworzy drzwi i wychodzi się na patio gdzie odbywają się lekcje. No i mam ogromne okno! Trochę mi do tej pory brakowało możliwości spoglądania na świat, nie mówiąc o wietrzeniu pokoju, bo zamieszkiwałam w pokojach bez okien. Jedyny mankament mieszkana w szkole to fakt, że nie ma posiłków, no ale jedzenie w Antigle jest akurat tanie, no i poza tym można gotować samemu, bo w szkole jest w pełni wyposażona kuchnia. Co do pokoju to mój jest ogromny – chyba miał być klasą! Jest wielkie łoże, bujany fotel (!) i nawet telewizor, którego nie mam czasu włączyć.

gwat-targ w awww.jpgJeśli chodzi o jedzonko, to w przewie w zajęciach zrobiłam zapasy – poszłam na lokalny bazar i kupiłam pomidory, ogórki, cebulę i oczywiście awokado (aż się zdziwiłam – tutejsze awokado mają zupełnie inny kształt niż te, które znałam do tej pory – są okrągłe!). Stragany były też pełne mango, ale mój mangowstręt po niedzieli wciąż się utrzymuje... No ale że na owockach trudno wyżyć, odwiedziłam też „Super” (tak lokalesi mówią w skrócie o supermarkecie) i zakupiłam trochę bułek plus puszkę fasolowej mazi (czyli frijoles), którą bardzo lubię. Po drodze skusiłam się jeszcze na hot doga, nazywanego tu perro callente, czyli dosłownie „gorący pies”, a podawanego z dodatkiem gotowanej kapusty.

Co do zakupów na bazarze, to mam trochę problemów z tutejszymi jednostkami wagi, jako że hasło „libra” niewiele mi mówi. Kiedy sprzedawczynie widza moją zdezorientowaną minę, wyjaśniają jak ostatniemu matołowi, że to tyle samo co funt. A ja dalej nie wiem ile to. W Gwatemali jest totalny miks różnych miar i wag. Są kilometry i stopnie Celsjusza, ale np. benzynę sprzedaje się na galony (tak jak w Stanach).

W szkółce nic specjalnego. Ten czas przeszły i czasowniki nieregularne już mnie nudzą, ale nie powiem żebym była w nich biegła, więc wkuwam na okrągło. Aleksandra przyniosła gazetę w której pisali o świątecznych procesjach. Wyczytałam, że jest tu zwyczaj uwalniania w Wielki Piątek jakiegoś drobnego przestępcy. Zresztą to cały rytuał – gliniarze czekają z takim nieszczęśnikiem zakutym w kajdanki i jak przechodzi procesja, uroczyście go rozkuwają. W tym roku uwolniono kogoś kto siedział za przestępstwo drogowe.

Z innych zwyczajów przyjęło się, że w Wielki Piątek przykładny katolik powinien odwiedzić siedem kościołów. Aleksandra od razu dodała że jej to nie dotyczy, bo ona, choć katoliczka, zawsze na święta wyjeżdża z całą rodziną (siostry, rodzice, dziadkowie – cała wycieczka) na krótkie wczasy. Zresztą dużo tutejszych mieszkańców ucieka wówczas z zatłoczonej turystami Antiguy. W tym roku i tak ponoć było mało ludzi – zjechało się „tylko” 350 tys. osób, a bywały lata że było i ponad pół miliona. Dowiedziałam się też, że te  noszone w procesjach na ramionach ludzi platformy udekorowane scenami biblijnymi, z postaciami w przebogatych strojach (na porządku dziennym są stroje haftowane złotymi nićmi) są co roku inne, za każdym razem coraz lepsze i większe. Może jeszcze kiedyś będę w Antigle na święta to porównam.

XXII dzień - 11  kwietnia, środa
Antigua, Ciudad de Gwatemala – mecz gwatemalskiej ligi piłki nożnej


W szkole wiadomo - zakuwam w takim stopniu, jak nigdy mi się to nie zdarzało w latach mojej prawdziwej, polskiej szkoły. Poza kolejnymi regułami gramatycznymi dowiedziałam się co oznacza nazwa szkoły: Ixchel. To jeden z bogów w panteonie Majów.

gwat-meczwww.jpgWydarzeniem dnia był mecz. Tym razem taki prawdziwy, na poważnie, dwóch najlepszych gwatemalskich drużyn. Mecz odbywał się na najlepszych w tym kraju stadionie, w Ciudad de Guatemala, czyli kawał drogi od Antiguy. Pojechaliśmy w dziesięć osób szkolnym mikrobusem. Nigdy nie byłam fanką piłki nożnej, ale stwierdziłam, że warto zobaczyć jak się zachowują na stadionie gwatemalscy kibice.

Stadion – spory, na 30 tys. osób. Jakiś czas temu podczas jednego z meczów weszło na niego ponoć 45 tys. osób i w rezultacie 80 zginęło. Nie wiem czy to wpływ wypadku, czy tak jest w ogóle, ale widać tu całkiem dobrą organizację. Na wszelki wypadek sprawdza się torby (nie można wnieść nawet wody), wszędzie jest pełno policji przypominającej mi nasze zapamiętane ze stanu wojennego oddziały ZOMO (chodzi zwłaszcza o tarcze).

Byliśmy w sektorze z biletami za 30 Q (czyli jakieś 4 dolce), umiejscowionymi za bramką, czyli najtańszymi, ale za to z największą publiką. Wiadomo, że w kraju gdzie ludzie nie mają zbyt dużo kasy, lokalesi chętniej wybierają tańsze miejsca.  W sumie o to właśnie mi chodziło, by wczuć się w miejscowy klimat. Był to akurat koniec stadionu, gdzie zebrali się „biali”, w drugim końcu natomiast byli „czerwoni”. Kolory kibiców (koszulek, czapek, szalików, wymalowanych twarzy) odpowiadały drużynom. Grali bowiem „Comunicaciones” zwani popularnie „Crema” albo „Blanco” (bo ubrani na biało) i „Municipal”, inaczej „Rojos” czyli „Czerwoni”.

gwat-kibicewww.jpgSwoją drogą nie było dużo ludzi – Gwatemalczycy bardzo interesują się futbolem, ale wolą oglądać mecze w domowym telewizorze. Co ciekawe, często pasjonują się tą dyscypliną sportu kobiety. Wiele z nich gra zresztą „w nogę”. A na stadion przychodzą całe rodziny – faceci z żonami, a te z malutkimi dziećmi na ręku.

Mecz rozpoczął się o 20-tej, właściwie to nawet w miarę punktualnie, co w tym kraju jest co najmniej dziwne. Na dobry początek zaczęły wybuchać petardy i było tyle dymu, że przez dłuższą chwilę nic nie było widać, a i oddychać było ciężko. Wiedziałam już dlaczego niektórzy mają specjalne maski do oddychania.

Szczerze mówiąc dość późno zorientowałam się kto gra na którą bramkę  :-).  Bardziej interesowała mnie widownia – barwna, głośna i niezwykle emocjonalnie reagująca. Praktycznie non-stop z różnych zakątków stadionu słychać było bębny (trąbki też, ale mało), na okrągło były śpiewy, gwizdy, wymachiwania rękami, okrzyki, jęki, różnorakie gesty. Z okrzyków to tam gdzie byłam najczęściej rozlegało się gromkie „Rojos serote!”. To taka wymiana uprzejmości, znacząca ni mniej, ni więcej tylko „Czerwoni – sk...syny!”.

gwat-policja.jpgPoziom meczu moi koledzy ze szkoły określili jako mierny, natomiast moje oko „fachowca”  (:-)  ) odnotowało bardzo liczne faule. Raz nawet kogoś z boiska wynieśli na noszach.
W 25 minucie padł pierwszy gol. Strzelili Czerwoni. W drugiej połowie dobili drugiego gola. Kibice Białych wyraźnie zmarkotnieli. Na 10 minut przed końcem meczu zaczęli się rozchodzić, nie wierząc (słusznie), że coś się jeszcze w wyniku zmieni.

Jak to zwykle u Gwatemalczyków, nawet na stadionie nie może zabraknąć jedzenia. Co chwila pojawiali się sprzedawcy chipsów, tacos oraz tutejszego przysmaku – chocobananas (czyt. ciokobananas). Ogólnie jestem przeciwniczką jedzenia w tropikalnych krajach lodów z nieznanego źródła, no ale przez ciekawość zaryzykowałam. Bardzo dobre – nadziany na patyk zwykły banan w lodowej, czekoladowej otoczce, posypany orzeszkami ziemnymi. Pycha!

Wróciliśmy do Antiguy w pół do dwunastej. Odprowadził mnie do „domu” kolega-Szwed. Zaproponował wspólny wypad do Tikal. Nawet się przez moment wahałam, ale ostatecznie uznałam, że mam trochę inne plany – w niedzielę o czwartej rano jadę do Coban w Hondurasie.

XXIII dzień – 12 kwietnia, czwartek
Antigua – szkółka, nieudany wypad do San Antonio


Dzień bez rewelacji. W szkółce ciąg dalszy kolejnego czasu przeszłego – już mi się wszystko totalnie miesza. Miłym przerywnikiem w zajęciach (w czasie przerwy) było robienie tortilli. Kto chciał mógł się uczyć, a ja oczywiście chciałam. Okazało się, że wyklepywanie tych placków to cała sztuka. No ale jakbym robiła 150 tortilli dziennie to też by mi tak sprawnie szło jak Reinie, kobitce która nas uczyła. To co się zrobiło i upiekło, na koniec można było oczywiście zjeść. Jak zwykle wypełniaczem było frijoles czyli ta wszechobecna mazia fasolowa.

W ramach konwersacji pogadałam z Aleksandrą o wczorajszym meczu. Jej brat gra zawodowo w piłkę nożną, a ona też kiedyś trenowała. Sama przyznaje, że gwatemalski fubol nie jest na najwyższym poziomie, a dużo lepsi są np. Kostarykańczycy, co m.in. sprawia, że Gwatemalczycy nie lubią tego kraju. Ale ogólnie Kostaryki się tu nie lubi - za całokształt. Chyba przede wszystkim zazdrości się, że jest dużo lepiej rozwinięta i bogatsza. Inna sprawa, że wielu Gwatemalczyków w Kostaryce pracuje.

Po południowych zajęciach pojechałam do San Andres Itzapa zobaczyć świątynię Maximona (czyt. Maszimona) czyli jednego z indiańskich bóstw „od wszystkiego”. Mieszkańcy tego położonego w górach miasteczka słyną z adorowania Maximona (niezależnie od tego, że do kościoła katolickiego też chodzą), natomiast turyści rzadko tam zaglądają (na szczęście). Okazało się że to kawał drogi – przy najlepszym układzie 45 minut jazdy. Mówię „przy najlepszym”, gdyż chicken bus, w który wsiadłam najpierw 40 minut jechał przez Antiguę (z  prędkoscią 15 km/h, bo zbierał pasażerów), potem autobus przed nami miał stłuczkę, więc zatarasował nam drogę, no i w rezultacie dotarłam do celu o 17.30, przez co pocałowałam klamkę, jako że świątynia była czynna tylko do 17. Na dodatek okazało się, że nie ma już tego dnia autobusów powrotnych do Antiguy, musiałam się więc zdrowo nakombinować aby wrócić (stopem do głównej drogi, potem już ruch był większy).

Wróciłam akurat na imprezkę kolesi ze szkolnego personelu. Wypiłam z nimi jedno piwko, bo nie wypadało odmówić, poszłam na internet, wróciłam, a imprezka niestety wciąż trwała. „Niestety”, bo głównym jej pseudobohaterem był Amerykanin, którego po prostu nie znoszę. Facet w wieku jakiś 55 lat, zresztą jeden ze studentów, zachowujący się po prostu poniżej wszelkiej krytyki. Taki standardowy Amerykanin – zarozumiały, głośny, robiący wrażenie jakby zjadł wszystkie rozumy, choć w rzeczywistości mocno intelektualnie ograniczony. Gwatemalczycy nie kryli, że robią sobie z niego jaja, ale do niego to i tak nie docierało.

W międzyczasie okazało się, że mam amanta. Przyczepił się do mnie koleś lat 26, który zapewniał, że już wcześniej próbował zwrócić uwagę, ale go nie zauważałam. Ciągle  dopytywał się, ile mam lat, a kiedy w końcu mu powiedziałam, licząc że się odczepi, i tak nie uwierzył. Najgorsze w tym wszystkim, że zżarł mi żurek który sobie zrobiłam (mam kilka rezerwowych „gorących kubków”). Nie żałuję mu jedzenia, cieszę się że polskie jedzonko komuś smakuje, ale po pierwsze mógłby się przynajmniej spytać o zgodę, a po drugie – na żurku akurat mi zależało, bo już mocno tęsknię za polskimi smakami... No cóż, znowu musiałam zapchać się bułą z fasolą i awokado. A na deser ugotowałam sobie pyszną kolbę kukurydzy.

XXIV dzień – 12 kwietnia, piątek
Antigua – szkółka, urodziny Kanadyjki


W szkółce przerobiłam dziś kolejny czas przyszły. Na szczęście łatwiejszy niż te okropne przeszłe. Przy okazji konwersacji potwierdziłam swoje przypuszczenie, że to co wzięłam wczoraj za trzęsienie ziemi, rzeczywiście nim było. Takie malutkie... Tutejsi mieszkańcy w ogóle na te małe nie zwracają uwagi, twierdząc że tzw. temblores występują praktycznie codziennie. Co innego poważne trzęsienie nazywane terremoto – takie zdarza się raz na jakiś czas, ostatni raz jakieś 10 lat temu, więc można przypuszczać, że niebawem nastąpi kolejne.

Wydarzeniem dnia były urodziny Kanadyjki. To chyba najmłodsza z uczennic szkoły, 16-latka. Przyjechała uczyć się hiszpańskiego wraz z ojcem, bratem i koleżanką. Całkiem fajna imprezka z tego wyszła. Szefostwo szkoły urządziło ją zgodnie z tutejszymi zwyczajami, czyli było hiszpańskojęzyczne „Sto lat”, tort (a właściwie dwa; nie mylić z hiszpańskim wyrazem torta oznaczającym... kanapkę), no ale przede wszystkim była piniata, czyli zawieszona na lince kukła którą jubilat/ka i ew. goście  z zawiązanymi oczami rozwalają za pomocą kija. Żeby nie było zbyt łatwo, osobę taką wcześniej się obraca tak aby straciła orientację. Jest przy tym sporo śmiechu, bo oczywiście dba się o odpowiednie utrudnienie zadania. W środku są słodycze, czasem pieniądze (dzisiaj tylko to pierwsze   :-)  ). Chyba już zresztą o piniatach pisałam – na początku szkoły.

Przy okazji urodzinowej imprezki poznałam przesympatyczną, inną Kanadyjkę – babeczkę lat 63, która też postanowiła uczyć się hiszpańskiego. Ma narzeczonego – Salwadorczyka, a że on nic po angielsku, a ona nic po hiszpańsku, to w sumie nie miała wyboru.

W czasie długiej przerwy próbowałam odmienić swój bilet lotniczy. Jakoś tak wyszło, że mam dwa pełne dni i jedną noc na przesiadkę w Mexico City. Długo, a poza tym to jednak spory problem. No bo co zrobić z bagażem, gdzie znaleźć nocleg etc. Poza tym nie powiem żeby 20 milionowa stolica Meksyku była moim ulubionym miastem – już tam byłam i wcale nie odczuwam potrzeby utrwalania sobie tamtejszych klimatów. Niestety jak się okazuje nie ma wyboru. Zmiana w bilecie to 100 dolców plus 25 dol. opłaty manipulacyjnej dla biura, które się tym zajmuje i jeszcze jakiś lokalny podatek, a zresztą i tak w samolotach do Europy nie ma miejsc. Najlepsze jednak w tym wszystkim było to, że pan z owych kas lotniczych za udzielenie informacji chciał mnie skasować na 5 dolców! Za nic, tzn. tylko za informację, bo do żadnych zmian w bilecie przecież nie doszło! Zamurowało mnie – nie zapłaciłam, bo zresztą nie miałam przy sobie kasy, ale nie omieszkałam panu powiedzieć, że jest to pierwsze miejsce na świecie gdzie się z czymś takim spotykam.

Idę spać... Jutro ostatni dzień szkółki...

XXV dzień - 13 kwietnia, sobota
Antigua – koniec szkoły, wycieczka na wzgórze


No to zakończyłam edukację... Mam wakacje!!! Jutro, czyli o 3.45 mam busika do Copan w Hondurasie.

Dzień rozpoczęłam jak zwykle od pobudki o 6-tej i godzinnego zakuwania słówek. Po śniadanku (awokado etc.) zrobiłam dobry uczynek, tzn. sprezentowałam swoje ulubione klapki Reinie – szkolnej sprzątaczce. Już wcześniej mówiła, że bardzo jej się podobają, a teraz widać było, że się bardzo cieszy.

W szkółce rzutem na taśmę przerobiłam tryb przypuszczający, a potem miałam powtórkę ze wszystkiego. Taki mini-egzamin. Nie chwaląc się chyba w miarę przyzwoicie mi poszło.

W międzyczasie zagadałam też o gwatemalskie przesądy. Podobnie jak i my, co bardziej zabobonni Gwatemalczycy nie lubią czarnych kotów i nie przepadają za 13-tką, a zwłaszcza za 13-tym w piątek. Dużo przesądów dotyczy kobiet w ciąży. Np. w trakcie pełni księżyca ciężarne kobiety uważają że jest to zły czas dla nich i dziecka, i profilaktycznie noszą przy sobie figurkę Jezusa. Unikają też przechodzenia pod linami i np. nad położonym na ziemi wężem do podlewania – to tak w odniesieniu do pępowiny, aby nie zaplątała się wokół dziecka. Ciekawe zwyczaje mają na Nowy Rok. Podobnie jak i w Hiszpanii o północy jedzą 12 winogron (na szczęście), zakładają w tę noc czerwoną bieliznę, a jeśli chcą w nowym roku dużo podróżować, to przechodzą przez próg domu z walizkami w rękach (mogą być puste), i zaraz zresztą z nimi wracają. Co do podróży to pytałam dlaczego nie jeżdżą do Europy tylko wszystkich ciągnie tu do Stanów (choć Amerykanów i Ameryki ogólnie nie lubią). Oczywiście nie chodzi o typową turystykę a o pracę. Ci, którzy nie mogą dostać wizy (jest to dla nich bardzo duży problem), płacą 3 tys. dolców i próbują przekroczyć granicę nielegalnie, np. przez pustynię na granicy z Meksykiem. Wielu zresztą po drodze umiera z wycieńczenia albo jest wyłapywanych i deportowanych. W sumie i bezpieczniej, i taniej byłoby im z Europą. Jak się okazuje główny argument to to, że Europa jest daleko.

gwat-wzgorzeawww.jpgPo szkółce wybrałam się wreszcie na dawno planowaną wycieczkę „na wzgórze”. Chodzi o wzgórze widokowe nad Antiguą (jakieś 20 minut spacerkiem). Jak już pisałam, problem jest z tym, że to miejsce częstych rabunków, trzeba więc chodzić w obstawie policji. Policja turystyczna robi takie bezpłatne wycieczki z eskortą dwa razy dziennie – o 10 i o 15, ale zawsze ze względu na układ zajęć nie miałam szans się wybrać. Dzisiaj wreszcie się udało, choć widok był taki sobie, bo ostatnio jest parno i mgliście. Przy okazji miło pogadałam sobie z policjantami i dwójką Hiszpanów.

Po wzgórzu postanowiłam zobaczyć to czego jeszcze w Antigle nie widziałam. Poszłam m.in. do hotelu Santo Domingo. To bardzo „klimatyczne” miejsce, bo chodzi o hotel w zaadoptowanych specjalnie ruinach klasztoru. Ceny od 100 dolców w górę za noc, co biorąc pod uwagę klasę obiektu i tak brzmi przyzwoicie. Ze znanych osób spali w nim m. in. Harrison Ford, Ricky Martin, Mel Gibson, Hilary Clinton, a król Hiszpanii z małżonką ostatnio (tzn. jakiś tydzień temu) jadł tu obiad. Nie powiem, podobało mi się – ruiny w połączeniu z luksusem wyglądają niesamowicie, do tego dużo zieleni, kolorowe papugi (żywe).

gwat-fontannawww.jpgSkoro już wpadłam w taką „klasztorną” nutę, to poszłam jeszcze do kościoła św. Franciszka. Wcześniej, mieszkając z rodziną Sylwii, tuż obok był mój dom, no ale wtedy nie było czasu by tam zajrzeć. Kościół jest całkiem ciekawy (XVI wiek), ale to co w nim najważniejsze to grób gwatemalskiego świętego – zakonnika Hermana Pedro (dokładniej: Santo Hermano Pedro de San Jose de Betancurt), który żył w XVII wieku  i założył w Antigle szpital dla biednych. Kanonizował go w 2002 roku „nasz” Papież – wtedy właśnie odwiedził Gwatemalę, co zresztą upamiętnia wystawa zdjęć w kościele. Grób jest miejscem licznych pielgrzymek – ciągle modlą się tu jacyś ludzie, jest też specjalna księga, gdzie się opisuje różne cuda sprawione jakoby przez świętego zakonnika. A co do modlitw to bardzo mi się podobają tutejsze msze – jest dużo śpiewów, bardzo żywych, na ogół z gitarą. Kiepsko tylko, że te msze takie długie.

Teraz jest już po północy, a ja szykuję się do wyjazdu. Zrobiłam sobie przed chwilą michę mizerii, teraz z kolei zaczęłam akcję „pakowanie”.

Wieczorem poszłam z kolegami ze szkoły sprawdzić jak tam aktualne życie nocne Antiguy. Byliśmy w dwóch klubach. Najpierw w „Monoloco” pełnym Westmenów, potem w „Sin Venturze” gdzie było już zdecydowanie więcej lokalesów. W obu było bardzo duszno, głośno i ogólnie niezupełnie w moim stylu... W „Sin Venturze” dudnił głównie regeton –  wreszcie mogłam zobaczyć jak się to tańczy. Rzeczywiście bardzo „seksualny” to taniec.

A co do życia nocnego to Antigua z niego słynie. Nawet teraz, mimo późnej pory, w centrum na ulicach jest pełno ludzi. W weekendy przyjeżdżają bawić się tu mieszkańcy stolicy. Oczywiście ci bardziej kasowi, co widać zresztą po samochodach. Dominuje wyzwolona młodzież, zresztą tak jak i u nas.

XXVI dzień - 14 kwietnia, niedziela
Antgua (Gwatemala) - Copan Ruinas (Honduras)


Nie wiem jak to się stało, że w nocy w ogóle nie spałam, a mimo to i tak ledwo się wyrobiłam z pakowaniem. Duży plecak i torbę fotograficzną zostawiłam w szkole, wyjechałam tylko z małym plecaczkiem i zestawem surwiwalowym, który na pierwszym postoju jeszcze bardziej zredukowałam, wyrzucając do rowu mocno zużyte buty trekingowe. Nie będą mi tu już potrzebne -  zabierały tyle miejsca, a przecież sandały zupełnie wystarczą.

Tym razem jechałam busikiem turystycznym. Uznałam, że z chicken busami na tej trasie za dużo kombinowania, a cena busika była bardzo przystępna (10 dolców). Wyjechaliśmy z Antiguy o 4 rano, a już o 9 byliśmy w Copan Ruinas w Hondurasie (nazwa myląca, bo chodzi o miasteczko, a do ruin trzeba jeszcze dojść, ok. 1 km). Te 5 godzin jazdy to naprawdę dobry rezultat - bądź co bądź to kawał drogi, który w dużej mierze przespałam. Po drodze była jeszcze granica i niemiła niespodzianka - trzeba było zapłacić zarówno za wyjazd z Gwatemali (3 dolce albo 20 Q), jak i wjazd do Hondurasu (5 dolców).

Honduras - fajny. Tak jak i w Salwadorze jest spokojniej, bezpieczniej (można bez obaw chodzić z aparatem w ręku), ludzie mili, sami proszą się o zdjęcia. No, może tylko za dużo pijaków. Podejrzewam, że to tak przy niedzieli. Połowa facetów z miasteczka chodzi nawalona, ale na szczęście nie są kłopotliwi i natrętni.

Pierwotnie zakładałam, że jeszcze dziś wrócę do Gwatemali, ale okazało się, że do obejrzenia jest tu dużo więcej niż przypuszczałam. Poza tym nie chcę tak gonić - dzisiejszy dzień potraktowałam mimo wszystko relaksowo. No i do tego za równowartość 12 zł mam bardzo przyjemny pokój z czystą pościelą - w tej sytuacji nie śpieszy mi się do gwatemalskich pluskiew.

gwat-copanwww.jpgWiększą część dnia spędziłam  w ruinach Copan. To jedno z najważniejszych miejsc jeśli chodzi o ruiny Majów, notabene wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Przez kilka godzin łaziłam i oglądałam piramidy, stelle z hieroglifami i wizerunkami bogów, ołtarze ofiarne (na których zabijano również ludzi). Przeszłam sobie też chyba rzadko odwiedzany przez turystów "szlak tradycji Majów". W praktyce oznaczało to z pół godziny wędrówki przez podzwrotnikowy las, w którym co chwila cos piszczy, krzyczy, rusza się, ale co najważniejsze - były też tablice opisujące życie i obrzędy Majów. Dowiedziałam się np. że jak wojownik z plemienia Majów umierał lub ginął, to według indiańskich wierzeń jego dusza odżywała w formie motyla. Motyle wg tradycji indiańskiej maja zresztą ciekawe nazwy. Np. Długoskrzydła Zebra, Pomarańczowy Pies, Złoty Zachód Słońca etc.

gwat-ceibawww.jpgNiesamowite było też na szlaku drzewo z gatunku ceiba - dla Majów  święte, bo jak się uważa łączy wszystkie światy. Korzenie mają kontakt ze światem umarłych, pień to teraźniejszość, a korona - łącznik z niebem. Ceiba, która rosła po drodze, była ogromna. Miała tak niesamowity pnio-korzeń, że zadałam sobie trud aby ustawić aparat i samowyzwalaczem cyknąć kilka fotek. Tym sposobem mam pierwsze na tym wyjeździe w miare udane zdjęcie ze swoją osobą.
 
Dużo uciechy dały mi też papugi. To stałe mieszkanki ruin Coban. Wielkie, kolorowe ary siedzące na drzewach czy płocie i zupełnie nie speszone obecnością turystów. W pewnym momencie wpatrzona w siebie parka (cały czas mowa o papugach) zaczęła się całować. Dziobkiem o dziobek. Urocze.

Po powrocie z ruin znalazłam sobie wspomniany już nocleg, a potem poszłam do znajdującego się na obrzeżach miasta Ogrodu Motyli. Zresztą  nie tylko motyli, bo i ptaków, i kwiatów, w tym orchidei. Miłe dziewczę o imieniu Irma opowiedziało mi  trochę o właścicielu. To Amerykanin, w wieku ok. 40 lat, który kiedyś jako wolontariusz-naukowiec pracował w honduraskim parku narodowym a potem uruchamiał rządową farmę, która miała zajmować się wysyłką do Europy... kokonów (do głowy by mi nie przyszło, że można na czymś takim robić interesy!). Potem stwierdził, że może spróbuje z tego wyżyć - ożenił się z miejscową kobitką, no i ma taką całkiem sporą i ładną posiadłość, która stała się atrakcją turystyczną. Bardzo mi się tam podobało - zielono, cicho, piękna roślinność. No i te motyle! Niektóre wyglądają niczym ptaki albo nietoperze! Ogromne! Przy okazji przekonałam się jak śliczne mogą być gąsienice - też różnokolorowe. W sumie mają tam 30 gatunków motyli i 150 gat. orchidei (wszystkie pochodzą z Hondurasu).

Na koniec dnia zahaczyłam jeszcze o lokalny cmentarz - kolorowe groby, dużo kwiatów - sztucznych, i mnóstwo różnobarwnych, bibułkowych łańcuchów sprawiających w efekcie końcowym wrażenie jednego wielkiego śmietnika. Ponoć te łańcuchy to z okazji urodzin zmarłego.

Potem powłóczyłam się trochę po miasteczku. Życie towarzyskie koncentruje się wokół placo-parku, przy którym stoi kościół, oraz w okolicznych knajpach, z których dobiega latynoskie disco polo. Z rozrywek to są jeszcze bardzo liczne salony bilardowe, choć trudno nazywać "salonem" coś, co ma dach z folii. Tak czy owak bilardem miejscowi faceci bardzo się pasjonują. Stołów jest kilka - rozgrywki mogą odbywać się więc równolegle, a na murkach siedzi tłumek kibiców.

Teraz idę coś zjeść... Od rana jadę na torciku wedlowskim (!) - jednym z trzech, które przywiozłam w ramach prezentów. Z tym akurat nie wytrzymałam - łakomstwo zwyciężyło i dzisiaj od rana mam w ustach smak czekolady. Choć przepraszam! W ramach spaceru po mieście fundnęłam sobie ellotes czyli upieczoną kolbę kukurydzy, którą przed podaniem maże się margaryną (to akurat normalne) oraz - tu niespodzianka - pomarańczą!
 
Burczy mi w brzuchu, znak że czas na kolacje. Idę znaleźć jakąś knajpkę.

XXVII dzień  - 16 kwietnia, poniedziałek
Copan Ruinas (Honduras) - Quirigua, Puerto Barrios, Livingston (Gwatemala)


Już o 6-tej siedziałam w busiku do granicy. Żal mi było wyjeżdżać z Hondurasu. Krotko i miło tam było.

Wczoraj po wyjściu z kafejki internetowej poszłam coś zjeść. Po odliczeniu dolca na dojazd do granicy zostało mi 16 lempiras (ichniejszych pieniążków), czyli trochę mniej niż dolar. Oczywiście wybrałam knajpkę dla lokalesów, nie dla turystów. Wyłożyłam całą tę kasę na bar i zapytałam na co starczy. Starczyło na kawę i papusas z serem. Tutaj też się jada to narodowe danie Salwadoru. Różnica jest jedynie w surówce - tam była pyszna kapusta kiszona, tu podkiszane warzywka (marchewka, kalafior) w sosie buraczkowym i do tego doprawione na ostro tak, że musiałam sobie darować.

Wracając do mego hoteliku trafiłam na głównym placu na fajny koncert. Poklaskałam trochę z miejscowymi, posłuchałam latynoskich rytmów. Publikę stanowili ludzie z miasteczka - dużo młodzieży, faceci w tych swoich kapeluszach kojarzących się z kowbojami z Texasu, kobitki z niemowlakami noszonymi na plecach lub z przodu, w zawiązanych w specjalny sposób chustach. Odpuściłam dopiero jak się okazało, że imprezę firmuje któryś z licznych tutaj kościołów agitujących za nowymi wiernymi (po koncercie było przemówienie jakiegoś nawiedzonego gościa).

Dla równowagi religijnej coś mnie naszło i poszłam do kościoła. Zwykłego, tzn. katolickiego. Akurat był środek mszy i też fajnie grali (gitary, syntezator). Lubię takie msze pełne spontanu. Ludzie się modlą, dzieci biegają, w międzyczasie wchodzi bezdomny pies i łazi sobie po kościele...

Dzisiejszy poranek rozpoczęłam jak zwykle od wczesnej pobudki. Jak już napisałam, o 6-tej siedziałam w busiku do granicy. Na granicy zhaltowali mnie w okienku gwatemalskim, żebym zapłaciła 3 dolce za przekroczenie granicy. W okienku honduraskim nikogo nie było, profilaktycznie więc szybko je minęłam, nie napraszając się zbytnio do formalności i płacenia.

Po drugiej stronie granicy, czyli gwatemalskiej, stał już kolejny busik (taka zbiorowa taksówka). Dzisiaj postanowiłam jeździć tak jak lokalesi, bo busów turystycznych tam dokąd zmierzałam i tak nie było. Był jedynie do połowy mojej planowanej drogi, ale za 14 dolców!!! Potem się okazało, że zwykłym transportem można ten sam odcinek zrobić za 3 dolce! Tyle, że wymagało to sporo czasu, cierpliwości i nerwów.
 
"Nerwów", bo już na dzień dobry zostałam przerobiona. Czyli znowu gwatemalska codzienność. Jak zwykle nie chodzi o kasę, bo to w sumie groszowe sprawy, ile o fakt. No więc pytam, czy busik  jedzie do Rio Hondo (dystans ok. 100 km). Odpowiedz jest że tak. Płacę jak za owe 100 km po czym po przejechaniu 10 km busik się zatrzymuje, wszyscy wysiadają, a ja się dowiaduję, że mam się przesiąść do innego, bo tamten jakoby szybciej dojedzie. Ok, przesiadam się, ale chwilę potem wracam do mojego poprzedniego kierowcy z pytaniem co z kasą, no bo zapłaciłam za całość. Wiem dobrze, że kierowca zakładał, że dam sobie spokój, no ale miał pecha. Słyszę odpowiedź, że w następnym busie już nie muszę płacić, bo wszystko jest domówione. No dobra, ruszamy, następny bus przejeżdża 10 km i... staje! Kierowca oczywiście nic nie wie, że miał mnie zawieść do Rio Hondo bo rozkładowo jechał tylko te 10 km i koniec.

No cóż, z wściekłości zafundowałam sobie kawę i zaraz potem rozbolał mnie brzuch. Nie wiem czy to od kawy, ale oni tu mają duże problemy z wodą, więc oszczędzają ją m.in. na myciu naczyń. Oczywiście pisząc o zamówieniu kawy, nie mam na myśli żadnej kawiarni, tylko uliczny fast food w wersji takiej, że nasz Sanepid dawno by to zamknął.

Następny odcinek drogi pokonałam już normalnym, dużym autobusem. O tyle luksusowo, że na dwóch miejscach siedziały rzeczywiście dwie osoby (w chicken busach, czy w mikrobusach na dwóch siedzą cztery a na tzw. wolnej przestrzeni jeszcze niektórzy stoją, tak że nie ma mowy o zamknięciu drzwi). Moją sąsiadką była gruba kobitka wioząca na kolanach dwie kury. Żywe!

Swoją drogą podróż autobusami to zarazem gwarancja programu rozrywkowego. To dlatego, że do autobusu co chwila ktoś wsiada i coś reklamuje. Najwięcej jest obnośnych handlarzy z miednicami i koszami mango, chipsów, bananów etc. Wchodzą tacy i głośno krzyczą zachwalając swój towar. Konkurują z nimi żebracy-biedacy, którzy opowiadają mniej lub bardziej tragiczne historie, po czym przechodzą po autobusie licząc, że coś im się da. W kolejce (bo to są całe kolejki - jedni kończą, inni zaczynają) stoją w tym czasie np. strażacy, którzy przypominają, że mają niskie pensje, albo wcale ich nie mają, więc odpowiedzialne społeczeństwo musi ich wspierać. Z ciekawszych programów rozrywkowych była matka z córką przebrane za clownów i przedstawiające różne skecze (tym akurat sypnęłam grosza, bo przynajmniej było na co popatrzeć). Miejsce pierwsze w moim dzisiejszym rankingu zajęła jednak ładnie ubrana dziewczynka, lat ok.16, która jak nawiedzona, dosłownie niczym w transie, zaczęła nawijając o Jezusie Chrystusie, zbawieniu etc. Zamknęła oczy i gadała, gadała, deklamując i upajając się własnym głosem. Próbowałam zatkać uszy, ale nic to nie dało - dziewczę darło się akurat nad moja głową. Byłam nawet skłonna jej zapłacić, żeby tylko przestała. Widać było, że to przedstawicielka któregoś z licznych tutejszych kościołów, albo wręcz sekt. Nadawała tak z pół godziny!!! Koszmarne to było. Autobus oczywiście w tym czasie jechał, więc może to dla "artystów" sposób na bezpłatne podróżowanie?

gwat-quiriguawww.jpgZ miejsca startu czyli Copan Ruinas w Hondurasie do Quiriguy, do której zmierzałam, w linii prostej jest 50 km, zaś po drogach 250 km. Pierwotnie liczyłam na to 3 godziny, zajęło mi 6 ! Od głównej drogi do interesujących mnie ruin było jeszcze 4 km, wyboistą, nieutwardzoną drogą. Zaczęłam iść. Droga wiodła wśród plantacji bananowych, ale w końcu jechał jakiś pickup (też zbiorowa taksówka), więc podjechałam, zyskując na czasie.
 
Ruiny - super. W przeciwieństwie do np. Copan, tu było pusto, jeśli nie liczyć grupki francuskich turystów. Do tego zielono, teren bardzo ładnie utrzymany. W Quirigle nie ma imponujących piramid Majów, tzn. są ruiny akropolu, ale takie sobie, za to zachowały się niesamowite stelle z inskrypcjami, notabene wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

W drodze powrotnej do drogi głównej zabrali mnie na stopa Francuzi. Zdziwili się, że jeżdżę sama, lokalnym transportem. Fakt, że w Gwatemali jeszcze nie spotkałam w zwykłych busach turystów - wszyscy podróżują busami turystycznymi (tymi lepszymi i droższymi).
 
W drodze do Puerto Barrios miałam już tylko jeden wkurzający incydent, kiedy to kierowca tak bardzo chiał mnie zabrać i zarobić, że nawet nie raczył wysłuchać, dokąd jadę, tylko kazał mi wsiadać. Myślałam że wie, ale dopiero jak w ramach testu czy mnie nie naciągają, zapytałam współpasażerów ile kosztuje bilet do Puerto Barrios, okazało się, że jedziemy zupełnie gdzie indziej. Skończyło się awanturą - pieniędzy za przejazd nie dałam, wysiadłam, no ale kilka kilosów musiałam wracać. Na szczęście podwiozła mnie na stopa ciężarówa transportująca... krowy. Kierowca był na tyle miły, że zaczął opowiadać, jak to w Gwatemali jest niebezpiecznie. Powiedziałam, że wiem, ale on i tak nawijał cały czas o tym, kogo gdzie ostatnio zamordowali. Na szczęście dość szybko była krzyżówka, na której wysiadałam.

Puerto Barrios to port z którego można się dostać do Belize (to już przysłowiowy rzut beretem), gdzie zresztą miałam we wcześniejszej wersji jechać, ale odpuściłam sobie uznając że: 1) drogo tam;  2) to miejsce typowego wypoczynku Amerykanów;  3) poza plażami nie za wiele tam do oglądania;  4) mówią po angielsku, więc nie mam jak ćwiczyć angielskiego. Poza tym słyszałam od kogoś (choć nie wiem, czy to pewne), że jak się wyjeżdża z Belize i jedzie z powrotem do Gwatemali to trzeba zabulić 50 dolców.

Co do języka w Belize, to ciekawa sprawa. Bądź co bądź to kraj w Ameryce Łacińskiej, ludzie tam tacy jak w Gwatemali, a nie znają hiszpańskiego. Kiedyś zresztą było to terytorium Gwatemali - Gwatemala dopiero w 1992 roku uznała niepodległość Belize, ale spory trwały jeszcze do roku 2002. Finał jest taki, że teraz Latynosi z  Belize przyjeżdżają do Gwatemali uczyć się hiszpańskiego.

W Puerto Barrios znowu chcieli mnie naciąć. Tym razem na przystani. Do Livingston - miasteczka, które było moim celem, nie da się inaczej dotrzeć, jak łodzią. Kiedy przyszłam, ludzie z przystani z  miłym uśmiechem poinformowali mnie, że poza mną nie ma żadnych chętnych, więc mogę sobie opłacić prywatny rejsik. Wolałam nawet nie pytać, ile za tę przyjemność, i odpowiedziałam, że ja jednak poczekam na kogoś, kto podzieli ze mną koszty. Zaledwie dwie minuty później dowiedziałam się od tej samej obsługi, że dwóch chętnych już się znalazło (w rzeczywistości czekali już jak się zjawiłam), jeśli wiec zapłacę 50 Q to zaraz płyniemy. Chętnymi okazało się dwóch Murzynów z Belize. Spytałam ich ile płacą - okazało się, że 30 Q. No to wyjaśniłam panom od łódek, że ja tez zapłacę 30 i ani quetzala więcej, a z tym 20 quetzalowym narzutem to przeholowali. Minęło kolejne 20 minut i pojawiła się jakaś rodzinka, a że rodziny tu liczne (ta miała w sumie 8 osób), popłynęliśmy za te 30 Q.

W międzyczasie nastąpiło wydarzenie dnia, sprawiające że uwierzyłam, że są w tym kraju jeszcze normalni, uczciwi ludzie. Tyle że nie Gwatemalczycy... Ale po kolei. No więc czekając na łódź, poszłam do baru reklamującego się jako "Comida rrapida" (czyli "jedzenie na szybko") i zapytałam co maja rzeczywiście szybko do jedzenia. Chwilę później stał przede mną talerz ryżu z warzywami, cieplutkie tortille i doskonale przyrządzony pepin - gwatemalskie danie narodowe (przypominająca sos zupa z wkładką mięsną). A na deser - fantastyczny koktajl z nieznanych mi owoców, rosnących ponoć w Salwadorze. Wszystko za 2 dolce! Dużo i naprawdę świetnie przyrządzone. Ledwo zdążyłam zjeść, gdy z przystani krzyknęli, że łódź jest gotowa do wypłynięcia. W biegu wyjęłam kasę, zostawiłam dwa banknoty plus kilka quetzali napiwku i pobiegłam do łodzi. Moment później przybiegła kobieta z baru mówiąc, że jeden z tych banknotów to nie 10 quetzali jak myślałam, tylko 100 (czyli zamiast 1,5 dolca - 15!). Zamurowało mnie, bo tu w Gwatemali nagle taka  uczciwość?! Przecież tu każdy, dosłownie co chwila chce mnie naciąć! Tyle, że jak się okazało kobiety pracujące w barze nie są wcale z Gwatemali, tylko z  Salwadoru. Wzruszyło mnie to jeszcze bardziej, no bo przecież skoro przyjeżdżają tu do roboty to znaczy, że do bogatych nie należą. Dla nich 100 Q to naprawdę dużo. Dałam im  20 Q za uczciwość i powiedziałam im dużo miłych słów. I przez całą drogę myślałam, że na szczęście nie wszyscy na tym świecie są omamieni rządzą robienia kasy... A teraz jeszcze bardziej lubię Salwador i jego mieszkańców!
 
Po dość długim płynięciu, dobiliśmy. Livingston okazał się bardzo sympatycznym miasteczkiem z typowo karaibską atmosferą. To taka zupełnie inna Gwatemala. Zarówno pod względem klimatu (typowy tropik), związanej z tym roślinności, no i ludzi. Majowie też tu są, ale nieliczni i nie noszą swoich tradycyjnych strojów (zresztą nie wytrzymaliby w nich w tym upale). Dominują tzw. Garifunas - czarnoskórzy, typowi Murzyni, potomkowie niewolników sprowadzanych dawniej z Afryki. Faceci z Europy dostają tu oczopląsu, bo w przeciwieństwie do krępych, krągłych Gwatemalek z interioru, dziewczyny Garifunas to zgrabne, smukłe "czekoladki"  na które aż miło popatrzeć (i to nawet mówię ja, jako kobieta). Garifunas żyją głównie z rybołówstwa (teraz też z turystyki), mają swój własny język, zwyczaje i wierzenia będące miksem różnych wierzeń afrykańskich. Szczerze mówiąc to początkowo wpadłam w przerażenie - wsłuchałam się w rozmowę dwóch Garifunas i nie zrozumiałam ani słowa! No tak - pomyślałam sobie - dwa i pół tygodnia w szkole na marne! Spytałam kobiety ze sklepu, czy tu jest jakiś inny hiszpański. Dopiero ona uświadomiła mnie, że to żaden hiszpański tylko zupełnie odmienny język.

Od razu jak się zjawiłam w Livingston, przyczepił się do mnie miejscowy cwaniaczek - młody, obrotny koleś, typowy Kreol, szpanujący włosami spiętymi w długą kitkę. -Jestem Aleksander, ale mów mi Fizzy... - przedstawił się. Chciałam go spławić, ale okazało się, że koleś jest całkiem przydatny. Przede wszystkim znalazł mi tani i całkiem przyzwoity hotelik za 25 Q za pokój, a potem zaprowadził w kilka ciekawych miejsc. Poszliśmy m.in. na punkt widokowy oraz do najdroższego w mieście hotelu, gdzie jest taras z fajnym widokiem. Potem jeszcze Aleksander vel Fizzy pokazał mi krokodyle. Biedne zwierzęta trzymane są w ciasnych basenikach, ale tak w ogóle to w tym rejonie, a dokładniej w ujściu Rio Dulce (dosłownie: Słodka Rzeka) rzeczywiście te groźne bydlaki żyją. Największe mają po kilka metrów i jak są głodne, nie gardzą ludzkim mięsem.

Tego dnia zaliczyłam jeszcze miejscowe muzeum (zaskakująco ciekawa ekspozycja;  np. bębenki ze skorup żółwia i inne przedmioty wykorzystywane przez Garifunas),  popatrzyłam jak miejscowi grają w kosza, przeszłam się główną ulicą pełną sklepów z pamiątkami i barów, a na koniec wylądowałam na internecie.  Zaraz pójdę jeszcze nad Ocean. Tam daleko, po drugiej stronie Atlantyku jest Europa... Oj, tęskno mi za domem...

XXVIII dzien - 17 kwietnia, wtorek
Livingston - Rio Dulce - Flores


Znaczną część podróży po Gwatemali stanowi czekanie. Dziś szczególnie to odczułam...

Zaczęło się całkiem dobrze. O 9.30 miałam zarezerwowane miejsce w łodzi płynącej po Rio Dulce (Słodkiej Rzece) do miasta o tej samej nazwie. Tak jak pisałam wczoraj, do położonego w otoczeniu dżungli i bagnisk Livingston nie można się dostać inaczej jak łodzią (dróg żadnych nie ma, lotniska też nie).

Wstałam wcześnie, by pochodzić jeszcze po miasteczku. Zajrzałam m.in. do miejscowej szkoły gdzie akurat była przerwa i mogłam porobić trochę zdjęć dzieciaków, pogadałam z kobitką sprzedającą ryby, odwiedziłam znajome z poprzedniego dnia krokodyle.

gwat-rio dulcewww.jpgDwu i pół godzinny rejs rzeka okazał się naprawdę rewelacyjny! Okolica (czyli dżungla) jest tu bardzo malownicza, a poza tym łódź zatrzymuje się w kilku ciekawych miejscach. Jest np. przystanek przy gorących źródłach (można się szybko przekąpać), przy tzw. Ptasiej Wyspie pełnej kormoranów, następnie w miejscu gdzie rosną tysiące lilii, a na końcu wpływa się na Lago de Izabal (jezioro) i podpływa do ładnego zameczku z XVII wieku.

Tzw. "schody" zaczęły się w mieście Rio Dulce, gdzie z łodzi przesiadałam się na autobus do Flores. Kupiłam bilet na II klasę (wersja ekonomiczna) na godz. 13 i nawet mnie nie zdziwiło, ze autobus przyjechał dopiero o 14.45. W tym kraju nic nie odbywa się punktualnie, no poza ligowym meczem piłki nożnej na stadionie w stolicy (przynajmniej kiedy na nim byłam).
Ale wracając do autobusu. No wiec przyjechał z tym 2 godzinnym obsuwem niestety pełny. Kierowca nawet nie otworzył drzwi. Swoją drogą wcale nie uśmiechało mi się stać w tym ścisku 5 godzin, bo tyle trwa podróż z Rio Dulce do Flores. Sama już wolałam poczekać na następny. Tyle że następny, i jeszcze następny też przyjechały wypełnione po brzegi, bez zatrzymywania się. Najciekawsze było to, że pan w kasie biletowej widząc to... wciąż sprzedawał bilety na konkretne busy, choć było wiadomo że przecież jest jeszcze full pasażerów niezabranych z poprzednich rejsów. Mało tego - nikt z ludzi mających bilet i nie mogących się zabrać, nie powiedział ani słowa! Wszyscy grzecznie czekali jakby to było zupełnie normalne, że bilet do niczego nie uprawnia.

Przypomniało mi się przy tj okazji, jak mój nauczyciel w szkole w Antigle opowiadał jak to niedawno (chyba w styczniu i lutym) przez prawie 2 miesiące nie było w Antigle prądu. Nie było światła, nie działały komputery, wiele ludzi musiało zamknąć biura i różne biznesy. I co? Nikomu nie przyszło do głowy, by głośno psioczyć, robić jakieś afery, demonstracje, spróbować napuścić na to media... Tutaj wychodzi się z założenia, że przecież każdy problem kiedyś się rozwiąże!

Ja na rozwiązanie problemu z autobusem w końcu dłużej liczyć nie chciałam. Postanowiłam dopłacić i pojechać klasą pierwszą, zwaną tu Maya de Oro. Jak przystało na I klasę autobus przyjechał zaledwie z pół godzinnym opóźnieniem. W środku - luksusik. Kierowca w białej koszuli, stewardesa roznosząca kocyki, klimatyzacja, video i jakiś amerykański film... Myślałam że w tym biednym w sumie kraju autobus za 15 dolców będzie raczej pusty, ale gdzie tam. I wcale nie turyści nim jechali, tylko zwykli lokalesi!

O to, byśmy się w tym luksusie za bardzo się nie zasiedzieli, zadbała policja, zatrzymując nas aż trzy razy na kontrole antynarkotykowe. Dwa razy odbywało się to w szczerym polu - wszyscy musieli wyjść na zewnątrz, wybrańcom rewidowano bagaże.

Do Flores dotarłam już po zmroku. Właściwie to autobus do samego Flores wjechać nie może - miasto położone jest na wyspie, a choć wprawdzie jest grobla dojazdowa, to uliczki są zbyt wąskie. W Santa Elena gdzie zaczyna się grobla, trzeba się przesiąść w mikrobus (już wliczony w cenę biletu na "duży" bus).

Ze znalezieniem noclegu nie miałam problemu - weszłam do pierwszego lepszego hostelu i okazało się, że mają łóżka w dormitorium za 25 Q. Na dzień dobry, a właściwie na dobry wieczór trafiłam na... Izraelczyka poznanego w Salwadorze. Tym razem chłopak wyglądał juz normalnie, a  przywitał mnie wręcz entuzjastycznie. Szybko poinstruował mnie, co gdzie jest najtaniej, pochwalił się, że może zdradzić mi sekret jak w Tikal obejść miejsca kontroli biletów (powiedziałam mu, że na 8 dolców które trzeba tam zapłacić jednak mnie stać - nie będę Polakom robić wstydu), a kiedy oznajmiłam, że idę na internet, to przeciągnął mnie przez pół miasta, by pokazać gdzie jest najtaniej. Może powinnam być milsza, ale nie omieszkałam mu powiedzieć, że dla oszczędności 1 Q czyli 50 groszy, szkoda było tak dalekiego łażenia. Poważne problemy zaczęły się z kolega w nocy, bo na nieszczęście okazało się, że poza nami nikt na tej wielkiej, kilkunastoosobowej sali nie spał. Kolega postanowił to wykorzystać, czyli bezceremonialnie wpakował mi się do łóżka, zupełnie nie przejmując się tym, że nie jestem zainteresowana umacnianiem bliskich stosunków izraelsko-polskich. Skończyło się awanturą, ale odczepił się dopiero jak powiedziałam, że wezwać personel hostelu.


XXIX  dzień  - 18 kwietnia, środa
Flores - Tikal - Yaxca – Tikal


Chciałam jechać do Tikal, czyli antycznego miasta Majów, na wschód słońca, ale to dość droga przyjemność, bo możliwa do realizacji tylko w ramach specjalnych wycieczek za 40 dolców. Wybrałam wariant tańszy, czyli wyjazd za 3 dolary busem o 5 rano. Tak wcześnie, bo Tikal to ogromny kompleks, a łażenie w tutejszym upale to jednak średnia przyjemność.

gwat-tikal1.jpgMuszę przyznać, że Tikal robi wrażenie. Ogromne piramidy Majów, na które zresztą na ogół można wejść, w otoczeniu gęstej dżungli wyglądają niesamowicie. Narobiłam mnóstwo zdjęć, pokonałam setki schodów i około południa miałam już dość. Korciło mnie, by wrócić do Flores i uwalić się w hostelu na wyro, no ale po wypiciu butelki coli zmobilizowałam się i zdecydowałam, że pojadę jeszcze do innych ruinek - dawnego miasta Majów o nazwie Yaxha, miejsca położonego jakieś 50 km za Tikal, niedaleko granicy z Belize.

Podjechanie 40 km główną szosa było o tyle proste, że co chwila jeżdżą nią mikrobusy wożące lokalesów. Problem stanowiło pokonanie bocznej drogi do ruin Yaxha, czyli 11 km. Nie za bardzo mi się chciało w tym upale iść taki kawał, usiadłam więc na płocie i czekałam na stopa. Po półtorej godziny nadjechał w końcu jakiś samochód z żołnierzami mającymi w okolicy bazę wojskową. Podrzucili mnie jakieś 9 km, do szlabanu strażników ruin. Kolejne 2 kilosy chciałam już nawet przejść, ale zabrali mnie z kolei Gwatemalczycy jadący na swoja daczę. Szczęście mi dopisywało, bo ledwo, już przy ruinach, wysiadłam i trafiłam na Alexa - fajnego kolesia, przewodnika gwatemalskiego, który przyjechał do Yaxha z klientami i od razu zaproponował, że mnie zabiorą wieczorem z powrotem do Flores. Nie powiem, byłam mu niezmiernie wdzięczna, bo perspektywa tych 11 km do głównej drogi, nie była miła, tym bardziej że zapewne musiałabym iść już po zmroku.
 
gwat-tikal2.jpgAlex miał akurat trochę wolnego czasu, poszedł wiec ze mną pokazać mi ruiny. Wreszcie jakiś normalny, ludzki gest w kraju gdzie nie ma nic za darmo! Ruinki ładne, bo bez tłumów takich jak w Tikal, poza tym ślicznie położone, miedzy dwoma jeziorami. Na zachód słońca wdrapaliśmy się na największą z piramid - tam właśnie poznałam klientów Alexa, którymi okazali się trzej faceci w moim wieku, przesymapatyczni Francuzo-Włosi (matka z Francji, ojciec Włoch), bracia zresztą,  teraz prowadzący knajpę włoską w Mexico City. Posiedzieliśmy gapiąc się na czerwone od zachodzącego słońca niebo, wypiliśmy po zimnym piwku, które chłopcy przywieźli w turystycznej lodówce. Było bardzo miło, no i w dodatku te otoczenie -  w dole jak okiem sięgnąć mieliśmy rozległą dżunglę, z której dochodziły najprzeróżniejsze odgłosy ptaków i małp.

Po zachodzie słońca chłopcy popłynęli jeszcze na jezioro oglądać krokodyle. Ja zrezygnowałam, bo już się krokodyli naoglądałam choćby w dżungli amazońskiej, a wolałam zaoszczędzić 10 dolców, które za tę przyjemność się tu bierze. Poza tym i tak był problem z miejscem w łodzi.

Czekając aż chłopcy wrócą, szukaliśmy z Alexem krokodyli na brzegu. O tyle to proste, że kierując snop światła latarki na zarośla, widzi się świecące na czerwono krokodyle oczy. Znaleźliśmy gada dość szybko - kilka metrów od nas, wielkie bydlę. Jak się okazało Francuzo-Włosi pływając przez dwie godziny tez znaleźli tylko jednego! (my pewnie znaleźlibyśmy więcej, ale już więcej nie szukaliśmy). Poza krokodylami były też ogromne ropuchy. Naprawdę ogromne - nasze, polskie to przy nich liliputy. Podobno owe ropuchy indiańscy szamani wykorzystywali dawniej do przyrządzania trucizny... Alex zresztą ostrzegł mnie, bym ich nie dotykała, bo substancje jakie wydzielają, mogą ponoć doprowadzić do utraty wzroku.

Wróciliśmy do Flores o 11 w nocy. Ledwo żywa ze zmęczenia doczłapałam się do mego hostelu. Niestety kolega Izraelczyk (patrz opis dzień wcześniej) nie wyciągnął żadnych wniosków. Sytuacja się powtórzyła. Tym razem koleś wpakował mi się do łóżka trzy razy, nie zrażając się, że za każdym razem mówię, że jest chamem i ma się wynieść. Za trzecim zrobiłam już aferę na całego, dodatkowo wypominając jeszcze, że reprezentuje kraj, który otoczył Palestynę dziewięciometrowym murem, czego zaakceptować nie umiem. Argument polityczny okazał się najskuteczniejszy. Izraelczyk uniósł się honorem i bie miałam już z nim więcej problemów.

XXX dzień - 19 kwietnia, czwartek
Flores - El Mirador kolo San Miguel - Arcas (centrum opieki nad odzyskanymi z przemytu zwierzętami)

Dzięki wpisom na blogu przynajmniej wiem, który dzisiaj jest. Bez tego juz dawno straciłabym orientację w kalendarzu.

Ale dobrą kolacyjkę przed chwilą zjadłam - burritos (wpływy niedalekiego Meksyku), czyli naleśniki z farszem z kurczaka, sera, warzyw, ryżu i awokado. Najadłam się jak bąk, popiłam gwatemalskim piwem. Pewnie to, co już straciłam jeśli chodzi o sadełko na biodrach, dzisiaj z nawiązką nadrobiłam.  :-)

Dziś  postanowiłam zrobić sobie dzień relaksu. Z wczorajszej wycieczki wróciłam tak wykończona, że stwierdziłam, iż przy takim tempie podróżowania i wstawaniu codziennie między 3 a 6 rano, należy mi się dzień luzu. Po raz pierwszy od miesiąca nie nastawiłam budzika, stwierdzając, że wstanę, jak się obudzę. Udało mi się pospać do 7.30!!! Zrobiłam pranie, zamówiłam sobie w hostelowej kuchni dobre śniadanie (czyli jajka z fasolą :) ), do tego sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy, trochę poczytałam, i dopiero o 11 wybrałam się realizować tzw. program turystyczny.

gwat-prom we floreswww.jpgNa dobry początek wymyśliłam sobie, że przeprawię się do San Miguel, osady po drugiej stronie jeziora. Na szczęście to trasa, którą pływa sporo lokalesów, z łódką nie było więc problemu. W wiosce zaprzyjaźniłam się z miejscowymi dzieciakami (pomogły różne gadżety, które zabrałam ze sobą: długopisy, smycze do telefonów etc), dzięki czemu miałam przewodników do punktu widokowego zwanego El Mirrador, gdzie jest wieża z ładnym widokiem na jezioro i położone na wyspie Flores. Szkoda tylko, że widoczność była taka kiepska - dzisiejszy dzień był bardzo parny, upał trudny do zniesienia nawet dla lokalesów, no i w efekcie o niebieskim niebie można było zapomnieć.

Z San Miguel podreptałam na piechotkę do Arcas (jakieś 40 min. wyboistą drogą, którą nic nie jeździ), gdzie jest ośrodek opieki nad dzikimi zwierzętami odzyskanymi z przemytu za granicę. Ośrodek nazywa się Asociacion de Rescate y Conservacion de Vida Silvestre i muszę przyznać, że bardzo ciekawe to miejsce. Mają tam głównie małpy i ptaki typu papugi, tukany etc. , bo głównie te gatunki wywozi się z myślą o nabywcach w innych krajach, choć wśród "pensjonariuszy" jest też jeden jaguar, moje ulubione ostronosy, trochę krokodyli... Największe wrażenia robią zdjęcia pokazujące, w jakich warunkach handlarze przewożą taki żywy towar. Np. do skrzynki akumulatora (pustej) wchodzi 15 papużek loro. Wykorzystuje się też np... opony samochodowe. Oczywiście wiele zwierzaków nie wytrzymuje podróży w takich warunkach i ginie.

gwat-osrodekwww.jpgNiestety, na teren tzw. kwarantanny nie wpuszczono mnie, ze względu na różne higieniczne standardy (mogą wejść tam tylko pracownicy i to w specjalnym obuwiu, po umyciu rąk etc.). Zadaniem ośrodka jest wykurowanie zwierzaków i przygotowanie ich do powrotu do natury. Poza Gwatemalczykami pracuje przy tym spora grupa wolontariuszy z różnych krajów (obecnie jest 12 osób, głównie Niemcy, Australijczyk, trochę Angoli, dziewczyny ze Skandynawii). Żeby nie było wątpliwości - wolontariusze płacą za pobyt w ośrodku i to nawet niemało - 100 dolców tygodniowo, w zamian za co maja skromne zakwaterowanie, wyżywienie i możliwość pracy 7 dni w tygodniu (bez wynagrodzenia. W pracy chodzi o karmienie zwierząt, czyszczenie klatek etc.).

Rozmawiałam z dziewczyną z Norwegii - jest w ośrodku 2 tygodnie i mówi, że to jej przygoda życia. Ma opłacone 5 tygodni pobytu, ale już teraz chce to za dopłatą przedłużyć. Oczywiście mówiąc o opiece nad zwierzętami nie ma mowy, by takie zwierzaki głaskać, przytulać, bawić się z nimi - nie można wytwarzać zbyt bliskich relacji, jako że przecież mają one wrócić do życia w dżungli. Norweżka mówiła, że to niesamowite uczucie kiedy zwierzę jest zwracane naturze. Pytałam, czy im nie smutno, gdy pupil odzyskuje wolność i wiadomo, że się go już nigdy nie zobaczy. Odpwoedź była szczera i słuszna: w końcu najważniejsze jest dobro zwierzaków.

Ciekawa była też rozmowa z Elmerem - Gwatemalczykiem, który kiedyś pracował jako strażnik parku narodowego El Mirador (teren trudno dostępnej dżungli przy granicy z Meksykiem), równocześnie pracując w ośrodku opieki nad zwierzakami. Opowiadał, jak kiedyś szedł przez dżunglę, aż tu nagle usłyszał głos "Hola!" (czyt. ola!), czyli hiszpańskie "cześć!". Myślał, że to jakiś człowiek, chociaż było to miejsce raczej bez szans na spotkanie ludzi. Rozejrzał się dokoła... Okazało się, że to papuga która była kiedyś "pensjonariuszką" ośrodka i tam właśnie nauczyła się mówić. Prawdopodobnie go  poznała!

Elmer wytłumaczył mi też, jak wygląda system opieki nad zwierzakami. No więc najpierw trafiają one na kwarantanę, gdzie są badane i ewentualnie leczone. Problem jest zwłaszcza ze zwierzakami, które jako tzw. mascoty (hiszpańskie określenie zwierząt domowych) były już w jakichś domach. Jak się okazuje łatwo takie zwierzę zarazić ludzkimi chorobami, choćby anginą i różnymi wirusami, które dla nas niezbyt groźne, dla dzikiego zwierzęcia mogą być wręcz śmiertelne. Dużo chorób dzikie zwierzaki łapią po kontakcie z psami. Zresztą człowiek głaszczący najpierw psa, a potem dzikiego ptaka czy np. małpę, też może je zarazić.

Większość zwierząt z ośrodka wraca do natury, jest jednak pewna grupa, dla której dobra lepiej jest pozostać w niewoli. Na ogół są to zwierzaki wykorzystywane potem w ramach programów reprodukcyjnych. Nie jest im wcale tak źle. Należy do nich np. para małpek, która dopiero w niewoli znalazła partnerów swojego życia - teraz mają młode i tworzą całkiem sympatyczne stadko. Problem dotyczy też wspomnianego jaguara, który nie móże wrócić do dżungli, bo wiadmo, że już nie będzie mu się chciało polować. Korzystając z łatwych do zdobycia owiec i zwierząt trzymanych na tzw. fincach (prywatne gospodarstwa zajmujące zwykle ogromne tereny), wcześniej czy później, zostałby zabity przez wkurzonych natrętem ludzi. Póki co jeszcze nie ma pomysłu, co z nim zrobić.

Pewnie byśmy gadali jeszcze długo, gdyby nie to, że tego dnia wolontariusze mieli wolne popołudnie i już czekała na nich lancha, czyli łódź, podwożąca ich do Flores na krótki kontakt z cywilizacją (większość z nich siedziała potem w kafejce internetowej). Postanowiłam zabrać się z nimi, bo niezbyt uśmiechało mi się wracanie piechotą znowu te kilka kilosów do San Miguel.

Po powrocie do Flores miałam wreszcie czas, aby obejrzeć sobie miasteczko. W sumie to wszystko tu jest pod turystów. Jeśli nie liczyć kościoła na wzgórzu w środku wyspy i boiska do piłki nożnej (obok kościoła) to całą wyspę tworzą sklepy, knajpy i hotele. Lokalesi sami mówią, że dla nich tu za drogo i zostają w Santa Elena, czyli w sąsiednim miasteczku na brzegu jeziora, skąd zaczyna się przejezdna dla samochodów grobla łącząca wyspę (Flores) ze stałym lądem.

Przy okazji spacerku spotkałam znajomych z wczoraj Włocho-Francuzów. Bardzo miło mnie przywitali, wycałowaliśmy się, umówiliśmy na późnowieczorne piwko. Zaraz gonię!

XXXI dzien - 20 kwietnia, piątek
Flores - Ceibal - Sayaxche - Coban

Ale się dzisiaj dowartościowałam! Podczas wycieczki do Ceibal i tamtejszych ruin kolejnego miasta Majów okazało się, że nasz przewodnik ni w ząb nie mówi po angielsku. Ponieważ Holendrzy z którymi byłam z kolei ni w ząb nie znali hiszpańskiego, poprosili mnie o tłumaczenie. No i okazało się, że w miarę wszystko zrozumiałam - dwa razy tylko poprosiłam, by przewodnik mówił wolniej. Czyli jednak szkółka się przydała.

W stosunku do Holendrów musiałam być mila, bo w sumie byli moimi sponsorami (o czym oczywiście nie wiedzieli). Problem w tym, że Ceibal jest dość mało uczęszczanym miejscem (nie wiedzieć czemu, bo bardzo ciekawe), a żeby się tam dostać trzeba z Flores najpierw godzinę przejechać busem i potem jeszcze godzinę wynajętą łodzią. Nic więc dziwnego, że wycieczki do Ceibal są dość drogie - Holendrzy zapłacili po 60 dolców na głowę! Na szczęście wczoraj poznałam bardzo miłego właściciela firmy turystycznej, który widząc moją determinację (te 60 zielonych to przy moim budżecie dla mnie kosmiczna kwota), zgodził się na układ, że ja zapłacę tylko 15 dolarków i nic Holendrom o tym nie powiem.

Wyjechaliśmy o szóstej wsuwając w ramach śniadania kupione po drodze herbatniki. Rejs łodzią nie był wprawdzie tak malowniczy jak kilka dni temu po Rio Dulce, ale i tak było przyjemnie. Holendrzy bardzo żałowali, że nie mieliśmy szczęścia w wypatrywaniu krokodyli, za to było sporo żółwi wodnych. Z dodatkowych atrakcji to w połowie wodnej podróży zepsuł się silnik. Oczywiście nasz kapitan nie miał żadnych wioseł, dryfowaliśmy więc z powolnym nurtem wiedząc, że wyskoczyć za burtę i tak nie możemy (z racji owych krokodyli). Na szczęście było to w miejscu gdzie jeszcze był zasięg telefonu komórkowego, tak więc technika nas uratowała - przypłynęła inna łódź.

Co do Ceibal to rzeczywiście niesamowite miejsce. W przeciwieństwie do ładnie odrestaurowanego Tikal tutaj wszystko jest porośnięte dżunglą. Odsłonięto jedynie mały fragment ruin,  zaś przysypane ziemią pozostałe świątynie przypominają górki z roślinnością tak gęstą, że trudno przejść. Nazwa miejsca (Ceibal), nadana przez pierwszych białych odkrywców, którzy dotarli tu w XIX wieku, nawiązuje do drzew ceiba, czyli wspominanych już w opisie innych dni narodowych drzew Gwatemali. Rzeczywiście sporo ich tu rośnie - smukłe, wysokie, z ciekawym pniem. Młode ceiby, bardzo cienkie w pniu, mają dla ochrony zanikające z wiekiem kolce - takie jak u róży. Po ceibach Majowie rozpoznawali, że gdzieś niedaleko jest woda.
 
Miejscowi Indianie zamiast nazywania ruin Ceibal wolą mówić: Santankiki, czyli "biały ptak" (występuje tu jakiś taki gatunek). Ptaka nie widzieliśmy, za to słyszeliśmy (bo też nie widzieliśmy) małpy z gatunku, który wydaje charakterystyczne buczenie. To ich sposób komunikacji, ale jak mówił przewodnik buczą więcej, gdy zbiera sie na deszcz. Najwięcej było jednak komarów - je akurat widzieliśmy, słyszeliśmy i czuliśmy. Wypsikaliśmy się różnymi repelentami, ale przewodnik i tak stwierdził, że to na nic (miał rację), bo jedyne co działa to mleczko czegoś w rodzaju miniaturki kokosa (taki niby orzech zwany przez lokalesów corosos).

Teraz o ruinkach. Obejrzeliśmy m.in. obserwatorium astronomiczne z IX wieku, świątynie i liczne stelle z inskrypcjami (jedną niedawno ukradziono. Handlarze zabytków to spory problem dla Gwatemali). Na jednej ze stelli był wizerunek gracza w grę zwana pelota. To rytualna gra dawnych Majów w trakcie której trzyosobowe zespoły odbijały piłkę, starając się, by ta nie upadła na ziemię. Żeby nie było za łatwo, nie można było używać ani rąk, ani stop, jedynie resztę ciała plus głowę. Zwycięzców... zabijano w ofierze bogom. No cóż, "miłe". Ciekawe jak było z naborem do takich drużyn?

Z ciekawszych rzeczy widzieliśmy też ołtarze ofiarne. Zarówno te sprzed wieków, jak i współczesne, bo Majowie nadal przychodzą tu czcić swoich bogów, choć ludzi już nie zarzynają.

Po powrocie do cywilizacji Holendrzy wrócili do Flores, a ja chciałam dojechać do Lanquin. Chłopak od łodzi przerzucił mnie jeszcze na drugi brzeg rzeki do miasta Sayaxche (mostu tam nie ma, samochody przeprawiają się promami). Zaczęłam od obiadku czyli tacos z kurczakiem i zimnego piwa, bo to najlepsze na upał jaki dzisiaj był. Podróż mikrobusem (właściwie to dwoma, bo miałam przesiadkę) upłynęła mi dość komfortowo, bo tym razem kierowcy sadzali mnie z przodu, gdzie nie ma takiego ścisku jak z tyłu. Współpasażerami byli ludzie z okolicznych wiosek - faceci w kaloszach i z maczetami, kobity jadące na targ... Po drodze minęliśmy jeden wypadek - fatalnie wyglądający mikrobus po dachowaniu (ciekawe co z pasażerami?).

Dziś idę wcześniej spać. Jutro znowu muszę wstać o świcie, bo jedyne połączenie zbiorową taksówką jakie jest do Semuc Champey (jadę zobaczyć tam fajne wodospady) to mikrobus o 6 rano. Na szczęście znalazłam fajny hotelik - nazywa się "La Paz", czyli "Pokój", i pewnie dlatego że nie ma w nim turystów, to za jedyne 30 Q mam własny, duży i czysty pokój. Jedyny minus to łazienka na korytarzu, ale i tak jestem sama na piętrze.

XXXII dzien - 21 kwietnia, sobota
Coban - Lanquin - Semuc Champey. Dzień wody!

 Fantastyczny dzień! Chyba najfajniejszy w całej mojej podróży po Gwatemali, choć nie ma co kryć, że typowo "turystyczny" (w znaczeniu, że z innymi turystami).

Zwlokłam się z wyra jak zwykle około piątej, bo o szóstej miałam jechać lokalnym busem do Lanquin. Po drodze mieliśmy stłuczkę - cud, że nikomu się nic nie stało! Nawet nie wiem, który kierowca zawinił - oni tu wszyscy jeżdżą z dużą fantazją, nie przejmując się złym stanem dróg i górskimi przepaściami. Zauważyłam, że wielu lokalesów (pasażerów) na początku podróży robi znak krzyża - nie bez powodu...

Z Coban do Lanquin jest niecałe 50 km, ale ich przejechanie zajęło nam 2 godziny. Myślałam że pośpię, ale gdzie tam - zakręty były takie, że co chwila wraz z innymi pasażerami rzucało mnie to w jedna stronę, to w drugą. Na dodatek kierowca otworzył okno, miałam wiec taki przeciąg, że musiałam się zakrywać, by nie okupić tego zaraz bólem gardła czy zapaleniem ucha.

Lanquin to położona w dolinie pośród gór wioska, czy raczej niewielkie miasteczko, baza wypadowa do Semuc Champey, miejsca uznawanego przez wielu turystów za najładniejsze w Gwatemali. Ja zresztą też dołączyłam do grona jego fanów. Ale o tym za chwilę...

Problemem jest dostanie się do Semuc Champey - regularnych połączeń nie ma, a na piechotkę z Lanquin (to najbliższa miejscowość) jest jakieś 10-15 km (zależy wg jakich źródeł), w dużej mierze pod górę. Zakładałam wariant autostopu, no ale ledwo wysiadłam z busika z Coban, przybiegł jakiś człowiek mówiąc, że jakby co, to on wkrótce jedzie do Semuc Champey i za 2 dolce może mnie wziąć. No to super! Ponieważ okazało się, że czeka na grupę turystów, którzy są na śniadaniu, postanowiłam również coś z nimi zjeść. Ledwo pojawiłam się w drzwiach, a tam okrzyk radości, bo okazało się, że kilka osób z ekipy to moi znajomi ze szkoły w Antigle. Zaprosili mnie do swojego stołu, pogadaliśmy, zjedliśmy śniadanko (ja jak zwykle - wersja gwatemalska czyli jaja z czarną fasolą). Przy okazji zakumpliłam sie też z ich przewodnikiem, który zaproponował, bym do nich dołączyła. Program wycieczki zapowiadał się fajnie, poza tym pasuje mi, że oni jutro, czyli w niedzielę wracają do Antiguy po drodze jeszcze to i owo oglądając, długo się wiec nie namyślałam. Profilaktycznie uzgodniłam jeszcze cenę tej przyjemności, bo tu zaproszenie od gwatemalskiego przewodnika oznacza, że i tak przyjdzie moment rozliczenia. Stanęło na 10 dolcach czyli tyle, ile pewnie bym zapłaciła za chickenbusy (z przesiadkami) na liczącej ok. 9 godzin trasie do Antiguy.

Podłączenie się do grupki okazało się strzałem w dziesiątkę. Tak jak nie znoszę zorganizowanych wycieczek, ta okazała się rewelacyjna! Co tu kryć, na własną rękę bym rzeczy, które pokazał nam przewodnik, nie zobaczyła. Poza tym była super ekipa - Dunka, dwie Norweżki, Niemka z którą już w szkole bardzo się lubiłyśmy, dwóch Angoli, przesympatyczny Szwed oraz Szwajcar z którym mam dużo wspólnych tematów, bo on też jest żeglarzem i nurkiem.

gwat-semucwww.jpgZaczęło się od dojazdu do Semuc Champey. To droga bez asfaltu, mikrobus ma na nią zbyt niskie zawieszenie, tak więc trzeba było przesiąść się na pick up´a, co oczywiście dostarczyło nam sporo radości. Po dojeździe do celu, na dobry początek mieliśmy sprawdzian kondycyjny w postaci wejścia na znajdujący się na wzgórzu punkt widokowy. Warto było, bo widok jest rewelacyjny - góry, w dole rzeka,  na tej rzece skalny most i mające niesamowity kolor naturalne baseny oddzielone kolejnymi wodospadami. Nazwa Semuc Champey nie ma oczywiście nic wspólnego z żadnym szampanem, jak można wnioskować z wymowy. W języku miejscowych Indian (w Gwatemali są 23 różne dialekty indiańskie) oznacza "wodę przepływającą przez dziurę". Dokładniej chodzi o naturalny skalny most, pod którym rzeka rzeczywiście płynie, żłobiąc, jak to w przypadku skal wapiennych, niesamowite kształty.

A, bo zapomnę! Na punkcie widokowym spotkałam... Izraelczyka. Tego z Salwadoru, a potem od awantur we Flores... Usłyszałam od niego, że wiedząc, iż przyjadę w to miejsce, kibluje tu juz drugi dzień! Rety, kiedy ja mu się wygadałam ze swoimi planami? Totalny błąd! Co gorsze - przez przypadek okazało się, że nocujemy... w tym samym hotelu. Aż mi się słabo zrobiło z wrażenia! Na dodatek, żebym nie mogła za łatwo umnkąć - teraz kolega siedzi przy sąsiednim komputerze (jesteśmy w kafejce internetowej), ziewa, i zdaje się czeka... A co do Izraelczyków to sporo jest tu różnych obiektów (hoteli, knajp) mających w nazwie "Rabin...". Myślałam, że może istnieje tu jakaś żydowska komuna. Okazało się, że w języku Majów "rabin" to inaczej... "córka".

Wracając do malowniczych basenów... Po zejściu z punktu widokowego poszliśmy wykąpać się w tej niebiesko-seledynowej wodzie. W tym upalnym klimacie najchętniej bym w ogóle z niej nie wychodziła, no ale przewodnik zapytał, kto idzie na wyprawę z dawką adrenaliny. Lina, którą miał ze sobą, rzeczywiście wróżyła specjalne atrakcje. Okazało się, że chodzi o to, aby pokonując kolejne wodospady i uskoki, zejść docelowo do koryta głównej rzeki, wchodząc pod ten skalny most. Taki niby kanioning. Nie jest to typowo turystyczna, ogólnodostępna atrakcja bo: 1) mogą to zrobić jedynie osoby umiejące pływać;  2) w kilku miejscach trzeba wykonać kilkumetrowe skoki do wody, gdzieniegdzie zanurkować (chodzi o wpłynięcie do mini jaskiń mających zalany wodą otwór wejściowy), a na końcu spuścić się na linie. Zabawa kapitalna - adrenalina momentami rzeczywiście niezła, ale to co się widzi, zwłaszcza ten skalny most wyglądający niczym jaskinia przez która płynie wartka rzeka, warte jest odrobiny strachu. Tak na marginesie, jeśli chodzi o Gwatemalczyków, to podobnie jak na plaży w Monterico tutaj też większość z nich siedzi tylko na brzegu mocząc nogi albo brodząc (większość z nich nie umie pływać). I podobnie jak nad oceanem, kobitki nawet jeśli wchodzą do wody, to w bluzkach.

Po przerwie na jedzonko (w tym upale nie chce się jeść; poprzestałam na mango) poszliśmy oglądać jedną z miejscowych jaskiń. Dziwne, bo w przewodnikach piszą o zupełnie innej, takiej do zobaczenia suchą nogą, a o tej ani słowa. Wiele jaskiń w życiu widziałam, ale ta w moim rankingu znalazła się wśród najlepszych, zarówno ze względu na formacje skalne jak i sposób zwiedzania. No więc wchodzi się w kostiumach kąpielowych i w butach, ze... świecami. Korytarze zalane są wodą - czasem po kolana, czasem po pas lub szyję, a czasem głęboką na tyle, że trzeba płynąć (ze świeczką w dłoni). Wygląda to niesamowicie - ciemność rozświetlana świecami, czasem przeleci jakiś nietoperz, czasem wrzaśnie jakiś turysta, który płynąc przywalił kolanem o podwodną skałę. Co jakiś czas są drabinki i liny, nie jest to więc zabawa dla każdego. I dobrze, bo dzięki temu że jest praktycznie pusto, jest też ciekawiej.

Swoją drogą trochę się w tej jaskini wymarzliśmy. Byliśmy tam 1,5 godziny, praktycznie cały czas w wodzie. Z przyjemnością wyszło się na światło słoneczne i ciepełko. Jednak okazało się, że to jeszcze nie koniec wodnych zabaw - wręczono nam opony samochodowe i spływaliśmy na nich po rzece. Nie pytałam czy są krokodyle - założyłam, że chyba wiedzą, co robią, a poza tym taki krokodyl i tak w pierwszej kolejności wolałby chyba mającą więcej sadełka Norweżkę!

Wymoczyłam się w wodzie za wszystkie czasy. Niestety z przykrością zauważyłam, że moja opalenizna nieco po tym dniu zbladła. No chyba, że to nie była opalenizna  :) .

Dziś mam szansę wreszcie się wyspać. Po raz pierwszy nie muszę zrywać się bladym świtem, bo autobus z tą zaprzyjaźnioną grupką przyjedzie do mojego hotelu dopiero o 7.30 (oni nocują gdzie indziej, w droższym miejscu dla cudzoziemców). Fajnie jest poznawać miejscowe zwyczaje i podróżować z lokalesami, ale nie powiem żeby mi było źle z tym, ze przynajmniej na koniec pojadę jak "biały turysta". Ok, kończę, bo zaraz idziemy ze Szwedem i Szwajcarem na kolację.


XXXIII - 22 kwietnia, niedziela
Semuc Champey-Coban-Antigua

Zamknęłam pętlę wokół Gwatemali. Tak jak pisałam wczoraj, na dojazd do Antiguy zdecydowałam się ze spotkaną przypadkowo ekipą, no bo miało być i szybciej (nie było!), a finansowo tak samo jak chickenbusem (tak było). W sumie to nawet fajnie było, choć doszłam do wniosku, że  kompletnie nie nadaję się na zorganizowane wycieczki. Za bardzo wkurza mnie, że ciągle się na coś lub kogoś czeka. Do Antiguy dojechaliśmy prawie o północy, no bo albo ktoś musiał skorzystać z toalety, albo się przebrać (czyli najpierw wypakować załadowany na dach bagaż), a to zadzwonić, albo umalować rzęsy (to Brytyjka)... No i ciągle były przerwy na jedzenie. Śniadanie, obiad, w międzyczasie zakupy w kilku sklepach. A, jeszcze był postój na wymianę opony, choć to już tzw. siła wyższa.

Oczywiście o szkoleniu hiszpańskiego można było zapomnieć, bo gadaliśmy po angielsku. Nawet piosenki puszczane przez kierowcę były hitami anglojęzycznymi. Trochę nawet zatęskniłam za latynoskim disco polo, ściskiem i folklorem chickenbusów.
Był jednak jeden duży plus dołączenia się do wycieczki, a mianowicie to, że zaliczyliśmy największy w Ameryce Centralnej wodospad. Na własną rękę byłoby to raczej niemożliwe, bo to dystans 12 km w bok od drogi głównej, po wertepiastej drodze którą raczej nic nie jeździ. To i tak jeszcze nie koniec, bo potem, od parkingu, są jeszcze 3 km na piechotę. Warto się jednak pofatygować, gdyż wodospad jest rzeczywiście imponujący (150 m spadku wody). Do Niagary, czy mojego ulubionego Iguacu na granicy Argentyny i Brazylii jest mu wprawdzie daleko, ale wrażenie i tak robi. Ładne jest też otoczenie. Las, przez który się jedzie wspomniane 12 kilosów, przypomina nasze Beskidy - tego typu górki, sosenki. Przy wodospadzie roślinność jest bujniejsza - są np. drzewiaste, kilkumetrowe paprocie i gąszcz roślin przypominający bardziej dżunglę. Wzdłuż szlaku ku mojemu zaskoczeniu były nawet... jeżyny!

W trakcie tego trzykilometrowego marszu miałam bardzo miłe towarzystwo - trzech chłopców w wieku od 8 do 12 lat, z czego jeden z wielką maczetą mniej więcej połowy swojego wzrostu. Dałam im resztki mojego "funduszu podarunkowego" w postaci różnych gadżetów reklamowych, długopisów, znaczków etc. Bardzo się cieszyli... Niewiele już jednak tego miałam, bo wcześniej, rankiem tego dnia, obdarowałam Jose – 14-latka (wyglądającego na 10 lat), pracującego w hostelu, w którym spalam. Jose pracuje naprawdę ciężko - sprząta, wszystkiego dogląda. Żal mi było tego chłopaka strasznie.

A tak jeszcze wracając do wczorajszego noclegu... Pozbyłam się towarzystwa kolegi-Izraelczyka w dość nietypowy sposób. No więc kolega zadeklarował się, że poczeka na mnie przed kafeją internetową, ale na chwilę wszedł do sklepu. Właśnie wtedy zgasło światło – w całym miasteczku na bite pół godziny. Oczywiście zrobiłam wszystko, byśmy się nie znaleźli. Rano wpadliśmy na siebie przy umywalce w łazience, no i oczywiście usłyszałam że kolega liczył na wspólny wieczór. Już mi się nawet nie chciało wyzywać go od palantów, szczotkując zęby wysepleniłam tylko że rozglądałam się za nim, ale przecież go nie było.
 
Do Antiguy dojechaliśmy nieźle wykończeni, bo jakby nie było, jechaliśmy tego dnia przez bite 14 godzin. Na szczęście wiedziałam, gdzie będę spać - wcześniej już namierzyłam sobie hotelik za jedyne 25 Q za noc. Śpią tam sami lokalesi, w żadnym z przewodników o tej miejscówce nie piszą, więc dlatego tak tanio (w Antigle ceny są zwykle wyższe niż gdzie indziej).

Teraz jestem na internecie przy knajpie-dyskotece „Monoloco” (niezła nazwa - oznacza dosłownie "głupią małpę", choć w tym przypadku bardziej pasuje określenie "zwariowana małpa"). Trafiłam akurat tu, bo to najdłużej czynna kafeja internetowa w całej Antigle (do 10-tej). Ryczy muzyka, tłum ludzi... Szczerze mówiąc wcale nie stęskniłam się za taką cywilizacji. Tam, w dżungli, było przyjemniej...

XXXIV dzien - 23 kwietnia, poniedzialek
Antigua - San Andres - Jocotelango - Antigua


Bardzo wytężony dzień miałam... Jak zwykle wstalam o 6-tej, poszlam do swojej szkółki na dobre się już pożegnać i zabrać zostawiony tam moj wielki plecak (cały czas jeździłam z małym), potem wybrałam się na bazar w Antigle (w celach fotograficznych), a potem pojechalam chicken busem do oddalonego mniej więcej o godzinę jazdy San Andres de Itzapa. Moim celem była świątynia Maximona, pogańskiego bóstwa czczonego przez Majów, a rzecz jasna nie akceptowanego przez kościół katolicki. Już kiedyś robiłam podejście, by to zobaczyć to miejsce - wtedy się nie udało, bo dotarłam tam zbyt późno, teraz więc byłam już mądrzejsza i pojechałam z rańca.

Świątynia Maximona okazała się niesamowitym miejscem. Na okrągło jest w niej ruch - Indianie przychodzą z ofiarami, palą świece, szamani odprawiają różne egzorcyzmy. Przez dwie godziny siedziałam sobie w ciemnym kącie i patrzyłam z zapartym tchem na to, co się tam działo. Jeśli chodzi o te zapalane przez ludzi świece, to kazdy kolor jest na co innego. Np. zielony - na zdrowie, czerwony na miłość, różowy na pieniądze i powodzenie w biznesie, zaś czarny - uwaga! - ma sprowadzić na kogoś śmierć! (oficjalnie - unieszkodliwić wroga). O dziwo - czarnych świec paliło się całkiem sporo! Nie ma to jak ludzka życzliwość i miłość bliźniego  :-). 

Na tym skończył się niestety mój blog... Kilka dni później opuściłam Gwatemalę, ostatnich dni już nie opisując...

Informacje praktyczne (2008 r.):

Waluta: W Gwatemali quetzale, w Hondurasie lempiras, w Salwadorze - dolary amerykańskie (wcześniejsze colones wycofano kilka lat temu).


Zwiedzanie:
W Salvadorze należy unikać zwiedzania w poniedziałki, kiedy większość obiektów jest pozamykana. W Gwatemali nie ma to znaczenia.


Elektryczność: gniazdka z dwoma bolcami innymi niż u nas (na miejscu można kupić adapter). Większym problemem jest napięcie , pozwalające na naładowanie komórki czy baterii do aparatu, ale uniemożliwiające korzystanie z grzałki.


Przekraczanie granic: Na granicy między Gwatemalą i Salwadorem - żadnych opłat, wiza do Salwadoru niepotrzebna. Przy przejeżdżaniu między Gwatemalą i Hondurasem w każdą ze stron - po stronie gwatemalskiej opłata wynosząca 3 dolce albo 20 Q,  po stronie honduraskiej 5 dolców.






Back to top