Blog z wyprawy na Alaskę
Hits: 4353

O tym jak zdobywałam McKinleya -najwyższą górę Ameryki Północnej, ale też o Alasce "turystycznej"  - spotkaniach z łosiami i niedźwiedziami, jeżdżeniu po Alasce autostopem, poznanych tam ludziach i tym, co warto zobaczyć

  

27 maja, Anchorage (Alaska)
Lot i pierwsze chwile na Alasce



Ja i moi nowi kumple zaraz po przylocie do Anchorage. Z lewej strony, w gablocie - misiek polarny.No i rozpoczęła się moja alaskańska wyprawa.  Rozpoczęła się tym milej, że na przesiadce we Frankfurcie poznałam trzech przesympatycznych chłopaków-rodaków którzy jak się okazało też jadą wspinać się na McKinleya. Owa trójka to dwa Piotrki - z Krakowa i Bytomia oraz Jacek - brat Piotrka-Ślązaka, aktualnie mieszkający w Anglii. Szczerze mówiąc to moi nowi koledzy spadli mi niczym z nieba, bo właśnie głowiłam się jak tu wejść do samolotu z moim nieco przydużym bagażem zwanym podręcznym (pan przy odprawie stwierdził, że 12 kg to nieco przydużo dla limitu 6 kg), a szczerze mówiąc średnio uśmiechało mi się w tym upale zakładanie na siebie mojej mega grubej kurtki puchowej tudzież do kompletu – puchowych spodni, na co przy widmie płacenia ciężkich pieniędzy za zbyt duży bagaż, się zanosiło. W każdym razie chłopcy dżentelmeńsko zaproponowali że mogą mnie nieco odciążyć, za co nie powiem – jestem im bardzo wdzięczna.

Nasza ekipa dolatuje dopiero jutro  wieczorem (ja lecę inną, tańszą trasą), tak więc mam jeden dzień więcej na „aklimatyzację” w Anchorage, największym mieście Alaski.  Swoją drogą ciekawy sam w sobie jest układ tego mojego lotu, który trwa prawie 11 godzin, a czasowo jakby stoi się w miejscu. Wyleciałam z Frankfurtu o godzinie 14.10, do Anchorage przylatuję o 13.50, tego samego dnia, czzyli czasowo jakby się cofam.

Samolot niemieckich linii Condor, którym przyleciałam. Na zdjeciu - nieco pustawe lotniskow w Anchorage.A jak pierwsze chwile na Alasce? Tym razem trafiłam na wyjątkowo miłego urzędnika od odprawy paszportowej. Normalnie nie znoszę tych pytań a po co, do kogo się przyjeżdża, ile się ma kasy, no i wymyślanie na poczekaniu adresów gdzie będę spać (bo zwykle nie wiem gdzie będę nocować – wychodzi „w trakcie”) – okazało się, że facet sam interesuje się wspinaczką wysokogórską, tak więc na haslo „McKinley” rozmarzył się, że też by się ze mną wybrał.  Trochę zamieszania było natomiast przy celnikach, bo Jacek zapomniał że ma malutką torebeczkę z wieprzowymi skórkami – taką wysokokaloryczną przekąskę, ale wyczaili na rentgenie i musiał wypakować cały plecak (pech chciał że miał to na samym dnie). Ostatecznie powiedziano mu, że okej, tym razem mu wybaczą, ale następnym razem dostanie 300 dolców kary i wpiszą mu wykroczenie w system komputerowy. Pomyślałam sobie, że całe szczęście że odpuściłam z pomysłem zabrania ze sobą kabanosów, bo to dopiero byłaby „afera” :).

Niestety nie wyszło nam zamieszkanie razem w hostelu, bo tu gdzie ja mam spotkać się jutro ze swoją ekipą nie ma miejsc, ale ostatecznie chłopcy znaleźli miejscówkę jakieś 300 m dalej (też hostel). Pojechaliśmy z lotniska jak paniska – taksówką, bo okazało się że na to samo wychodzi co dojazd autobusami (autobus: 1,75 dolara za przejazd, ale trzeba zaliczyć przesiadkę, taksówka 16 dolarów na 4 osoby).  Z taksówką wyszło trochę zamieszania, bo kierowca na pytanie ile taki przejazd będzie kosztować, wybełkotał amerykańskim slangiem coś, co zinterpretowaliśmy jako „hundred twenty” (czyli 120). Skoro tak, to uznaliśmy, że baaardzo dużo, i już mieliśmy odpuścić, gdy okazało się, że gość ma na myśli „under twenty” (czyli: poniżej 20-tu, co znaczyło że lepiej niż się spodziewaliśmy). Małe niedogadanie i proszę – wychodzi zupełnie coś odwrotnego. :)

 

28 maja, Anchorage
Strzeż się niedźwiedzi

 

Pamiątka z alaski - torebka z niedźwiedzimi niby-odchodami, a tak naprawdę cukierki.Czekając na swoją ekipę (doleci wieczorem) zaliczyłam sympatyczne spotkanko z poznanymi wczoraj Jackiem i dwoma Piotrkami. Chłopcy mają odprawę u rangersów z parku narodowego na McKinleyu (bez tego nie da się wystartować na górę) dzień wcześniej niż my, ale na górze zamierzają spędzić więcej czasu od nas. Jak na razie w ramach integracji poszliśmy razem do Pizzy Hut, gdzie szamaliśmy sobie wielką pizzę, popijając alaskańskim piwem z niedźwiedziem na etykietce.

Co do niedźwiedzi to ponieważ poza miastami są one wszechobecne, dosłownie wszędzie się o nich ostrzega. W każdym niemal folderze turystycznym jest instrukcja obsługi jak postępować przy spotkaniach z tymi zwierzakami (podstawa: nie uciekać!), a w sklepach sprzedaje się dzwoneczki mające je rzekomo odstraszać, gaz w sprayu do obrony przed nimi, kontenery do przechowywania żywności, dzięki którym miśki nie wyczują zapachów i się ich nie zwabia, a do tego dziesiątki innych patentów związanych z „miśkowym biznesem”. Przemysł pamiątkarski też opiera się w dużej mierze na miśkach - z ich podobiznami są koszulki, kubki, magnesy etc., ale można też kupić ładnie zapakowane "odchody niedźwiedzie" które w rzeczywistości okazują się... cukierkami.

A tak w ogóle to pogoda pod psem. Ale to co jest w Anchorage to i tak nic w stosunku do jednego z miasteczek na południu Alaski, które w broszurce reklamowej opisane jest w formie takiego dialogu: -Czy u Was zawsze pada deszcz? –pyta turysta. I odpowiedź lokalna. – Nie, nie zawsze. Jak nie pada deszcz, to pada śnieg. Fajnie, prawda?

 

29 maja, Anchorage

 

Dzień minął pod znakiem Wielkich Przygotowań do wyjazdu w góry. Zrobiliśmy zakupy, no bo trzeba liczyć, że przez jakieś 2 tygodnie cywilizacji nie będzie, poza tym obeszliśmy sklepy sportowe nabywając spore ilości kartuszy z gazem i uzupełniając brakujący ekwipunek. Przy okazji większość grupy zdecydowała się jednak na wypożyczenie rakiet (chodzi o nakładki na buty ułatwiające chodzenie po śniegu). Ja akurat wzięłam je z Polski, reszta nie, ale informacje że na McKinleyu sypie śniegiem i sypie, sprawiły, że prawie wszyscy stwierdzili że rakiety się przydadzą.

Co do pogody w górach to informacje są póki co niekorzystne. Oprócz tego że sypie to jeszcze wieje, i to tak bardzo konkretnie, bo z silą prawie 200 km/h (wiatry o sile huraganu). Od kilku dni samolociki którymi wylatuje się na lodowiec nie latają, a jeśli nawet któremuś uda się wylecieć, to nikogo w górę nie zabiera – ściąga jedynie tych, co tam utknęli. Współczuję im – zimno, niektórym pewnie kończy się już gaz i jedzenie, no a jeśli ktoś ma w perspektywie stratę lotu do domu, to już w ogóle kanał.

Z fajnych rzeczy to spotkałam Olgę – moją koleżankę z wyprawy na Everest. Olga była wprawdzie w składzie innej ekipy, ale będąc w everestowej bazie często się odwiedzałyśmy. Niestety, nie udało jej się wejść na szczyt, choć pewnie będzie jeszcze próbować. Póki co wyjechała do Irlandii zarabiać na te swoje górskie eskapady (normalnie pochodzi z Lublińca, jest pielęgniarką, a więc z tymi wysokimi górami nie jest jej finansowo łatwo). Olga przyjechała tu rzecz jasna na McKinleya – coś mi się wydaje że będzie tam prawdziwy tłum Polaków.

 

29 maja, Anchorage-Talkeetna
Oto Ameryka!



Łoś w stylu meksykańskim.Z Anchorage do Talkeetny jest jakieś 180 km, co się przelicza na mniej więcej 3 godziny jazdy. Droga tutaj jeszcze jest dobra, szybka dwupasmówka (przynajmniej na razie, bo potem już taka nie będzie), a co jakiś czas „zdobią” ją znaki „Uwaga! Łosie!”. Na łosie się tu oczywiście poluje, a potem przerabia na wersję: steki, kiełbasy, pasztety etc. Osobliwym znakiem był znak pokazujący meksykańskiego :) łosia - na zdjęciu obok - tak naprawdę reklama przydrożnego barku. Co do widoków to ogólnie jest tu jeszcze dość lesisto, przy czym do pewnego momentu dominowały drzewa liściaste (m.in. brzozy), a teraz są głównie kikutowate choinki (do naszych rosłych sosen im daleko). Muszę się napatrzyć na te drzewa, bo jak zdecyduję się jechać po części górskiej bardziej na północ, w Arktykę, to tam drzew już nie będzie.

Ale tym razem nie o tym co widać chcę pisać, tylko o piwie, bo właśnie przed chwilą zatrzymaliśmy się na jego zakup. Na północy Alaski obowiązuje pełna prohibicja, dotycząca nie tylko mocniejszego alkoholu, bo nawet i piwa nie można kupić, tu jednak alkohol jeszcze jest, choć w wyłącznie wydzielonych punktach oznaczonych jako „Liquor Store” czy coś w tym stylu. Ogólnie - można zapomnieć o tym, że strzelimy sobie piwko na stacji benzynowej i potem w drodze, jako pasażerowie je wypijemy, bo to poważne złamanie prawa, podobnie jak picie piwa na ulicy czy w parku. 

No dobra, ale wracając do zakupów. No więc wczoraj, w Anchorage, postanowiliśmy sobie kupić zawierający 12 butelek karton piwa, ale pech chciał, że choć to ja wybierałam który karton, nie miałam wymaganego tutaj przy takich zakupach dokumentu. I się zaczęło. Że nie sprzedadzą. Pytam czy wyglądam na nastolatkę, ale okazuje się że tu nawet 90-letni staruszek przychodząc po alkohol musi udowodnić, że skończył 21 lat. Boże, co ca bzdura!

Do biura zapraszają bez pistoletów.Mimo wszystko nie widzieliśmy problemu – któryś z kolegów w tej sytuacji wyciągnął swój paszport. I okazało się, że on  też nie może kupić tego piwa, bo to ja je wybierałam. Żadne tłumaczenia, że przecież jesteśmy razem, że będziemy pili  je wspólnie, i że ja po prostu pokazywałam które, bo byłam wcześniej na Alasce, więc mam przetestowane, co dobre. Zaproponowałam że w takim razie ja wyjdę ze sklepu, a koledzy zaraz sfinalizują zakup beze mnie, no ale to też nie wchodziło w rachubę. Skoro tak to wyszliśmy ze sklepu już wszyscy, po czym po 5 minutach wróciłam z Karoliną, już do sklepu nie wchodząc, tylko z daleka, ruchem głowy wskazując jej, który karton ma kupić. No i znowu cyrk. Że Karolina też kupić piwa nie może, bo to ja na piwa patrzyłam, więc na pewno kupi je dla mnie. Mimo pertraktacji z kierownikiem sklepu, piwa nam nie sprzedano.

Dzisiaj się jednak udało. Nauczeni doświadczeniem nie popełniliśmy wczorajszych błędów typu ktoś inny na piwo patrzy, ktoś inny kupuje. Ale jeśli ktoś narzeka na bzdurność przepisów w Polsce, to od tej pory będę polecać mu przyjazd na Alaskę.

Z innych tutejszych codziennych ciekawostek to na wejściu do lokalnego urzędu była kartka ze znakiem informującym, że petenci są proszeni o nie wnoszenie rewolwerów! :) .  

 

29 maja, wieczorem… Talkeetna
Jak na Krupówkach


Napis głosi: Witamy w pięknym centrum Talkeetny.Fajnie w tej Talkeetnie. Malutka miejscowość, praktycznie jedna ulica przy której na odcinku z pół kilometra jest trochę sklepów i knajp, do tego dookoła trochę hosteli i tzw. bunkhousów gdzie w zbiorowych salach śpi tłum ludzi (dla tych którzy nie załapali się na prycze, zostaje podłoga) i właściwie tyle. Nie sposób się zgubić i nie sposób przeoczyć znajomych, tak więc niemal od razu wpadliśmy na Piotrków i Jacka którzy do Talkeetny przyjechali kilka godzin przed nami, oraz grupę w której jest Olga. Ostatecznie wszyscy wylądowaliśmy wszyscy w jednej knajpce integrując się przy piwie Przedstawiciele trzech polskich ekip przy integracyjnym piwku.i rozmawiając o McKinleyu. Problem w tym, że faktycznie nic do góry nie lata. Mało tego, radio-Olga doniosło, że z danych od rangersów wynika że szczyt w tym sezonie zdobyło zaledwie 24% wspinaczy, czyli baaardzo mało. Jakby na potwierdzenie tego faktu spotkaliśmy przesympatyczną… Mongolkę (pierwszy raz w życiu natrafiłam w górach na kogoś z tego kraju). Dziewczę zdobywało górę już drugi raz – pierwszy raz jej się nie udało, niestety teraz też nie… Wyglądała na zaprawioną w bojach, ale na przeszkodzie stanęło ponoć zimno i zbyt silny wiatr.

Zamiast nagrobka... Grób jednego ze wspinaczy.Szczerze mówiąc to zamiast czekać na poprawę pogody marznąć w namiocie u góry, wolę w dole poznawać miasteczko. Byliśmy m.in. na cmentarzu na którym są groby tych, co zginęli na McKinleyu. Chociaż nie tylko, bo jest też symboliczny grób wspinacza, który McKinleya zdobył, ale jak mówi kamienna tablica, jego zwłoki spoczywają gdzieś na stokach Everestu. 

Ale cmentarz to chyba jedyne smutne miejsce w okolicy, bo ogólnie Talkeetna jest wesoła. Podoba mi się specyficzne alaskańskie poczucie humoru, co widać w umieszczanych w różnorakich miejscach  tabliczkach. Otóż zamiast powiedzieć: „zakaz parkowania” tutaj wiesza się tabliczkę: „Tylko przypadkiem nie pomyśl, że mógłbyś tu zaparkować”.Wpisywanie na flagę nazwisk

ps. Zapomniałam, a to ważna sprawa! Wszystkich którzy włączyli się w akcję "Pocztówka" i mieli obiecane, że znajdą się na fladze wnoszonej na szczyt, na flagę wpisałam. Dowód - na zdjęciu. Teraz pozostaje "tylko" (:) ) wnieść flagę na szczyt. 

  

 

30 maja, Talkeetna – North Pole (Alaska)
Biegun zdobyty!


Jak głosi tablica - dotarłam do Bieguna!Ale fajny dzień! Zakończony dotarciem do Bieguna! Nie żartuję! Tak się nazywa miejscowość w której dzisiaj nocuję! No ale po kolei…

Z racji tego, że i tak odprawę z rangersami (strażnikami parku narodowego Denali) mamy dopiero w poniedziałek (bez odprawy u nich nie uda się wlecieć na lodowiec), co oznacza dwa dni wolnego, postanowiłam zrobić sobie wypad do odległego o jakieś 500 km (to tak na oko) Fairbanks. Jest to miasto uważane „za bramę do Arktyki”, drugie co do wielkości na Alasce, ale mimo że spore (bo ja nie lubię dużych miast) – przesiąknięte atmosferą prawdziwego alaskańskiego życia.

Tym pojazdem akurat na stopa się nie załapałam :)Pojechałam oczywiście autostopem. Ku mojej radości na Alasce podróżuje się dużo łatwiej niż w Stanach „głównych”. Tam jeździ się naprawdę dość ciężko, a jeśli już ktoś pomaga, to są to przeważnie imigranci. Tutaj jest odwrotnie – turyści na własną rękę jeżdżą rzadko, imigrantów jak na lekarstw, za to miejscowi są akurat bardzo uczynni. Przykładem Ray, przesympatyczny facet, który podwiózł mnie naprawdę spory kawał drogi, a na koniec zaproponował, że jeśli nie mam jakichś lepszych pomysłów noclegowych, to może mi dać klucze do swojego apartamentu.  Pomysłów na spanie jak to u mnie, o 4-ej popołudniu, nie miałam jeszcze żadnych, poza tym że miałam z sobą cieniutką karimatkę i skromny mały śpiworek, tak więc Ray jakby mi spadł z nieba. Oczywiście skorzystałam, wysypiając się za wszystkie czasy na wygodnym łożu. 

Przeszedł śnieg, deszcz, pojawiły się ładne widoki.Szczerze mówiąc rano gdy wyjeżdżałam z Talkeetny perspektywa stopowania była dość kiepska – lało jak z cebra i gdyby nie to, że zatrzymał sie pierwszy samochód, na jaki machnęłam – nie wiem czy bym nie odpuściła :). Potem chwilowo lać przestało, już tylko kropiło, ale jak na złość przez bite 45 minut nic nie chciało się zatrzymać (inna sprawa że w międzyczasie przejechało raptem z 5 samochodów). Potem,  kiedy już wreszcie mknęłam w ciepłym wnętrzu pick-upa szalonego farmera o wyglądzie Chopina, zaczęło sypać śniegiem, za to po godzinie była już znowu pełnia słonecznej wiosny. To tak jak mi mówiono na Grenlandii: jeśli ci się nie podoba pogoda, to poczekaj 5 minut i się zmieni. W każdym razie tak właśnie jest w Arktyce.

Spotkanie przy szosie. Łoś we własnej osobie!Z rzeczy które widziałam po drodze, to numerem jeden był łoś, a raczej pani łosiowa (fachowo: klempa). Ogromna, pasąca się tuż przy szosie, w ogóle nie zwracająca uwagi na przejeżdżające samochody. Nasze łosie do tych tutaj się nie umywają. A właśnie – w angielskim na określenie łosia są dwa słowa – elk oraz moose. Tu są moose`y (większe), te nasze to wlaśnie „elk`i”. Jeden z dzisiejszych kierowców opowiadał mi, że jak pracował na kolei jeżdżąc pociągami, to co i rusz mieli problemy z włażącymi na tory łosiami. Było to plagą zwłaszcza zimą, kiedy zwierzaki miały problem by spod grubej warstwy śniegu wykopać sobie jedzonko, tak więc podchodziły do torów które były odśnieżane, więc łatwiej tam było o pożywienie. Tylko że przypłacały to życiem.

Zdjęcia niedźwiedzia nie mam. W zastępstwie - lokaleska z innym, przyjaźnie nastawionym zwierzęciem.Oczywiście zeszło też na niedźwiedzie. Są tu w sumie 4 ich gatunki: białe (polarne), ale to daleko na północy.  Tu gdzie jesteśmy i bardziej na południu są niedźwiedzie czarne i większe od nich – grizzly oraz brunatne (w dokładnym tłumaczeniu z angielskiego: brązowe). Mięso niedźwiedzia czarnego niektórzy lokalsi jedzą – zwłaszcza latem jest całkiem smaczne, bo wtedy miśki jedzą dużo jagód, co sprawia że ich mięso zabarwia się ponoć na jagodowy odcień i jak jagody smakuje. Późnym latem/wczesną jesienią z kolei, kiedy miśki robią sobie ucztę wyławianymi z rzeki łososiami, ich mięso ma z kolei posmak ryb.

\Uwaga! Przechodzące drogę miśki! :)Ponoć tych miśków to też tu na pęczki. W Talkeetnie właścicielka namiotu służącego jako sklep pokazywała mi ślady pazurów miśka, który chciał się do sklepu włamać. Ponoć co roku miśki tu kogoś zjadają. Ale zastrzelenie niedźwiedzia nawet w obronie własnej wiąże się z różnymi problemami. Kierowca farmer opowiadał mi że jego kumpel zastrzelił zmierzającego ku niemu niedźwiedzia, po czym policja zarzuciła mu, że zrobił to za wcześnie, spanikował, bo pewnie miś by sobie poszedł, a poza tym odkryli niezabezpieczone w gospodarstwie faceta śmieci, które być może zwierzę zwabiły. W rezultacie farmer dostał niezłą grzywnę. 

Przy okazji co do grzywny – ale już nie odnośnie niedźwiedzi. No więc tutejsi lokalni nie rozmawiają po drodze przez telefony komórkowe (chyba że w słuchawkach albo na głośnomówiącym), bo grozi za to kara 50 tys. dolarów!!! Wprowadzono ją po tym, jak jakiś kierowca gadając przez komórkę spowodował wypadek w którym zginęło 12 dzieci.

Amerykańska (właściwie to alaskańska) wersja Świętego Mikołaja.Dobra, teraz o North Pole, czyli Biegunie Północnym do którego dziś dotarłam :). Otóż tak nazywa się liczące ok. 2 tys. mieszkańców miasteczko na obrzeżach Fairbanks. Nie jest to żaden współczesny pomysł marketingowy – nazwa ta ma już ponad 60 lat. Wszystko obraca się tu wokół świętego Mikołaja, który ma tu swój „dom” zamieniony jak się można spodziewać, w ciąg sklepów, ale trzeba przyznać, że miejsce jest całkiem sympatyczne. Poza tym wszystko jest tu takie „świąteczne”. Jest ulica Santa Claus`a, a niezależnie od tego ulica St Nicholaus (czyli rozumiem że prawdziwego świętego, biskupa Mikołaja), jak też np. ulica Bałwana (Snowman St.). Z kolei latarnie są stylizowane na zawieszane w Stanach na choinkach kolorowe laski-cukierki.

Co do Domu Świętego Mikołaja to rzecz jasna urzęduje w nim na stałe Mikołaj, który wygląda tu typowo amerykańsko, tzn. zamiast czerwonego kubraka ma kolorową koszulę. Trochę mi dopiekł, bo kiedy poprosiłam jakiegoś gościa, aby zrobił nam zdjęcie (a co, nigdy nie miałam zdjęcia z Mikołajem, to na stare lata trzeba skorzystać z okazji :)  ), zaznaczając przy tym, by nie obciął nam nóg, Mikołaj powiedział z przekąsem: -Wy Europejczycy to jesteście jacyś dziwni. A co to szkodzi że będziecie bez nóg? Za to kiedy zapytałam co myśli o swoim najsłynniejszym koledze z Finlandii, 100 tys. dolarów od Świętego Mikołaja.stwierdził, że „jest ok. Nie przeszkadza mu” (na podobne pytanie fiński Mikołaj nie wykazał się tolerancją: odpowiedział że Mikołaj jest tylko jeden, znaczy się on…). Wśród ciekawych pamiątek były m.in. banknoty – 100 000 tys. dolarów z wizerunkiem głowy Mikołaja zamiast zwyczajowych głów amerykańskich prezydentów. A, i jeszcze były listy od dzieci. Z całego świata. Różne… Był wśród nich list od Oli Orłowskiej z Polski, która w 2012 roku pisała: „Drogi Mikołaju, życzę Ci dużo szczęścia, zdrowia i abyś mógł dotrzeć do wszystkich domów. Tę kartkę wykonałam dla Ciebie sama ….”. I tyle, żadnej listy życzeń, nic w zamian. Odmiennie niż inne, na ogół amerykańskie dzieci, które że nie miały zahamowań – nawet nie siliły się na żadne uprzejmości tylko wyliczały: Święty Mikołaju, chcę (nie „proszę”, „marzę o czymś”, tylko właśnie tak:  „chcę”) i tu była dłuuuga lista: laptopa, Ipada, Lego/Barbie – tu jakiś aktualnie modny model, rower/quad etc. Pytałam czy ktoś odpisuje na te dziecięce listy? Okazuje się, że na przynajmniej część tak – bierze to na siebie koło miejscowych seniorów, w czym pomagają im dzieciaki z miejscowej szkoły. Dobry sposób na międzypokoleniową integrację.

 

1 dzień, 2 czerwca 
Przelot na lodowiec, dojście do Obozu I

 

Obowiązkowa odprawa w biurze rangersów.Dzień rozpoczęliśmy od odprawy u rangersów (strażników parku narodowego). Po części biurokratycznej (różne druczki) była ok. 45-minutowa prezentacja co nas czeka i o czym trzeba  pamiętać (kwestie topografii góry, ekologii i bezpieczeństwa). Właściwie to wszystko sprowadza się do tego, że trzeba znieść wszystkie swoje śmieci a za przeproszeniem kupy robić do specjalnych kubełków które należy ze sobą nosić (jeden na kilka osób). Wspomniano też że w tzw. Basin Campie będzie punkt medyczny, ale od razu wyjaśniono, że skorzystanie z niego oznacza koniec ekspedycji, czyli w podtekście: lepiej z niego nie zawracajcie głowy :).Wylądowaliśmy w

Mając błogosławieństwo rangersów mogliśmy wylecieć. Są tu w sumie 2 czy 3 firmy lotnicze obsługujące wspinaczy - my skorzystaliśmy z K2.  Małe samolociki wyposażone w koła i płozy zabierają po kilka osób plus sprzęt, a lot trwa około pół godziny (trzeba pokonać ok. 100 km). Widoki po drodze - zapierające dech. Najpierw zielone lasy i rozlewiska rzeki nad którą położona jest Talkeetna, a potem zaczynają się już góry, koło których przelatuje się niemal na dotknięcie może nie tyle ręki co skrzydła. 

Lądowisko na lodowcu nosi dumną nazwę "International Airport" choć rzecz jasna nie ma tam żadnego asfaltu tylko śnieg, a zamiast  budynków są namioty. Obsługę naziemną stanowi ... - tak ma na imię dziewczyna, która już od 15 lat spędza tam sezon (czyli maj-czerwiec) i kieruje całym bałaganem  (czyli tym komu zamówić taką powietrzną taksówkę). 

Hurra! Znowu w górach! (tu jeszcze nieświadoma, co mnie w tych górach czeka :)  )Zanim się wyrusza w górę, trzeba wziąć sanki (zapewnia je w ramach ceny przelotu linia lotnicza), zostawia się też zwykle jakiś depozyt (czyli zakopuje w śniegu trochę jedzonka i rezerwową butlę z gazem - na wypadek gdyby okazało się że po zejściu jest kiepska pogoda i samolot nie może nas zabrać), po czym można ruszać. Od razu poznać kto z gór wraca, a kto dopiero w nie rusza. Ci pierwsi są spaleni słońcem, faceci - zarośnięci, ci drudzy - bladzi, jeszcze w czystych ciuchach, naładowani entuzjazmem. Miłe jest to, że ludzie z sobą rozmawiają. Zaczepił nas np. Ukrainiec, który słysząc polską mowę zaproponował że może dać nam jedzenie i gaz. Podziękowaliśmy, bo wszystko mamy, wzięliśmy tylko niepotrzebne mu już batony energetyczne. 

Niestety, mało kto z tych których dziś spotkaliśmy zdobył szczyt. Według statystyk jakie widzieliśmy dziś rano w biurze rangersów - zaledwie 19% wspinaczy  "szczytowało". Kiepsko, za co winna jest głównie pogoda.  Mało tego - wszyscy opowiadają o dziewczynie która spadła z Przełęczy Denali i niestety się zabiła. 

W sumie to dzisiaj całkiem sporo przeszliśmy. Małe nachylenie, ale sanki załadowane na maksa, tak że pod koniec droga już się mocno dłużyła. Po drodze minęliśmy namiot Piotrków i Jacka - zostałam nawet u nich trochę pogadać i wypalić sziszę, którą chłopcy z fantazją wzięli w góry (mowa o elektronicznej wersji fajki wodnej; tu od razu się zarzekam - papierosów nie pale, ale szisza to nie papieros). 

  

Godzinę później...

Na razie jeszcze obozy są stosunkowo nisko.Mieliśmy dawkę mocnych wrażeń!  No więc spalił się namiot Karoli i Krzyśka. To znaczy niezupełnie się spalił, ale dziura jest taka, że spać już się w nim nie da. Stało się tak przy tym, jak gotując w środku (okej, w środku namiotu gotować się nie powinno) przy odpalonej jednej kuchence chcieli uruchomić drugą. Odkręcili gaz, no i obłok gazu złapał płomień od  tej drugiej kuchenki powodując coś w stylu pochodni. Bogu dzięki żadnemu z nich nic poważnego się nie stało (choć drobne poparzenia mają).

W tym układzie zamiast spać w namiocie tylko ze Zbyszkiem, śpimy w trójkę -przygarnęliśmy "bezdomnego" w tym układzie Krzyśka (Karolą zaopiekowała się Aga z Maćkiem). Jutro trzeba będzie pomyśleć, jak załatwić dodatkowy namiot. 

 


Kolejne 3 tygodnie, część górska wyprawy, z udanym, ale dość dramatycznym atakiem szczytowym na Mt McKinley / Denali
Szczegółowy blog - czytaj tutaj




22 niedziela, Denali National Park, kemping przy Wonder Lake
W namiocie z widokiem na McKinleya


McKinley w pełnej krasie.Boże, ale tu pięknie! Albo inaczej – jestem szczęśliwa! To bez wątpienia jeden z najfajniejszych biwaków mojego życia – siedzę w namiocie i gapię się na McKinleya rozświetlonego promieniami zachodzącego/wschodzącego słońca (trudno wyczuć jaka to pora – zbliża się północ). Robi wrażenie bo to jednak kawał góry. Aż trudno mi samej uwierzyć, że przecież jeszcze kilka dni temu byłam na tych ośnieżonych zboczach, a na szczycie – dokładnie tydzień temu. Tylko że wtedy było mi zimno i ze względu na warunki pogodowe poniekąd walczyłam o życie – teraz jest w miarę cieplutko, no i jeśli nie liczyć niedźwiedzi – nie ma żadnego zagrożenia.Uwaga! Teren opanowany przez miśki!

Co do niedźwiedzi to jadąc tutaj przekonałam się że nie jest to żadna ściema – faktycznie są. Wyszedł na drogę taki jeden, zupełnie się nie przejmując że zatrzymał dwa samochody. A na kempingu wszędzie kartki by przypadkiem nie trzymać w namiotach żarcia czy kosmetyków. Wszystko wynosi się do specjalnego magazynku, nawet gotować koło namiotu nie można, tylko w wyznaczonych miejscach, żeby zapachami nie kusić zwierząt. 

A swoją drogą super kemping. Ponieważ jest to najbardziej od bram parku oddalone miejsce (5 godzin jazdy w jedną stronę), docierają tu tylko prawdziwi turyści, tacy którzy chcą. Mój namiocik, a z niego - widok na góry.Miejsca biwakowe są w takim gąszczu, że poza najbliższymi sąsiadami (para młodych Amerykanów), nikogo nie widzę. Jedyne co psuje atmosferę tego miejsca to komary. Są wielkie i wyjątkowo natarczywe. Jeśli ktoś narzeka na polskie komary to zapraszam na Alaskę – tu dopiero poczuje co to za wstrętni krwiopijcy. Nalepiłam sobie przywiezione z Polski plasterki jakoby odstraszające komary. Nie wiem, może na nasze to działa – te alaskańskie chyba tylko prowokuje. Na szczęście coś mnie tknęło i przywiozłam ze sobą siatkę na głowę. Widzę że tu wszyscy takie noszą – nie wyobrażam sobie jak bez takiej woalki tutaj przetrwać.A to dla odmiany karibu, czyli dziki renifer.

Nie powiedziałam jeszcze jak z dzisiejszymi stopami (nie nogi mam na myśli, tylko autostop). No więc wstałam o 4-ej rano, chwilę pogadałam z Piotrkiem i ruszyłam na drogę. Pierwszy samochód pojawił się po 2 godzinach, ale nie mogę mieć pretensji, bo mogłam wpaść na to, że w niedzielny poranek może nic nie jeździć. Na dodatek padało i było strasznie zimno, tak więc zaczęło mnie kusić, aby wrócić na kwaterę, choć honor już nie pozwalał. Po 3 godzinach wreszcie znalazła się jakaś para dobroczyńców, którzy odstawili mnie na tzw. Alaska Highway, gdzie ruch był już ciut większy. Niestety tylko ciut, poza tym mnóstwo ludzi jeździ z rodzinami, czyli z założenia nie bierze. W odruchu desperacji i aby się trochę ogrzać poczłapałam na pobliską stację benzynową gdzie w ramach śniadania fundnęłam sobie hot-doga  (całe 2 dolce, czyli tak jak u nas), co znacznie poprawiło moje samopoczucie. Chwilę potem zatrzymał się śliczny czerwony samochodzik, z Johnem za kierownicą jadący dokładnie tam gdzie ja, czyli do parku narodowego Denali. Trzy godziny jazdy wypełniły nam rozmowy, po części na temat portali randkowych (w tej kwestii to właściwie wypowiadał się głównie John, który aktywnie poszukuje kandydatki na  żonę). Profilaktycznie po dotarciu na miejsce udałam że nie słyszę nieśmiałej propozycji, że nie muszę spać w namiocie, bo John ma zamiar wynająć „cabin” – grzecznie podziękowałam i pognałam na pokaz psów używanych w zaprzęgach do sań, a potem wsiadłam w busa do kempingu. Poza tym wspomnianym niedźwiadkiem widzieliśmy po drodze jeszcze sporo karibu oraz białe dzikie kozy. No i do tego te widoki na góry – po tym porannym deszczu zrobiła się taka pogoda, jakiej do tej pory na Alasce jeszcze nie spotkałam. Mam nadzieję że jutro też będzie podobny dzień :).

 

25 czerwca, wieczorem, wciąż w Anchorage
Deszcz, Eskimosi  i pogaduchy z rodakami


W centrum Anchorage (tu akurat nie w deszczu).Miałam być w Seward, 250 km na południe, a wciąż jestem w Anchorage. Ale tak to już jest w podróżach – nie zawsze wszystko wychodzi tak jak sobie zaplanowaliśmy.
Zaczęło się od tego że od rana lało, tak więc wcale się nie spieszyłam z opuszczeniem swojego hostelu, licząc że może lać przestanie. Próżne nadzieje – nie dość że nie przestało, to jeszcze zaczęło padać mocniej. Jak już w końcu sama siebie przekonałam że z cukru nie jestem, a hostel i tak opuścić muszę, bo właściciel wprost mi powiedział, bym spadała, bo nie ma miejsc (swoją drogą tak niemiłej obsługi nie widziałam w żadnym hostelu), postanowiłam zrobić sobie skrót drogi do centrum, no i przez ten skrót w sumie zamiast pół godziny, szłam półtorej. Klęłam przy tym co niemiara, bo już pal sześć długość trasy i ten cholerny deszcz, ale przy wielu amerykańskich ulicach nie robi się chodników, bo przecież zakłada się że każdy ma samochód i nikt piechotą nie chodzi. Poza tym raz też na dobre się zgubiłam, a kiedy chciałam zapytać którędy do centrum, na 5 zapytanych kierowców tylko jeden raczył odpowiedzieć, a reszta nawet szyby nie otworzyła traktując mnie jak jakiegoś żula (tylko że przecież typowy żul plecaka nie nosi). 

Tańce alaskańskich Eskimosów (jeden z pokazów Native Heritage Center).Część popołudnia spędziłam w tzw. Native Heritage Center – centrum kultury alaskańskich plemion. Taki niby skansen połączony z muzeum i sceną na której można pooglądać lokalne tańce. Z ciekawych rzeczy to upewniłam się że alaskańscy Eskimosi nigdy nie budowali igloo (zanim zaczęli stawiać normalne domy mieli coś w rodzaju ziemianek),  zobaczyłam jak Atabaskowie noszą dzieci (nosidełka zrobione z kory brzozowej) i poznałam trochę fajnych historii. 

Potem już teoretycznie miałam z miasta wyjeżdżać, ale uznałam, że przed nocą już do celu nie zdążę (bo tu, na południu Alaski, przez kilka godzin w nocy jest ciemno), a trochę nie za bardzo uśmiechało mi się koczowanie w mokrym namiocie gdzieś w jakimś lesie gdzie w każdej chwili może mnie skopać łoś (na Alasce więcej ludzi jest poszkodowanych przez łosie niż niedźwiedzie). W tej sytuacji zdecydowałam się jednak na zostanie w Anchorage, w innym niż dotychczas hostelu, wykupując sobie łóżeczko w 6-osobowym pokoju. A że przy okazji procedur zameldowania spotkałam Polaków z Nowego Jorku, wieczór spędziliśmy na przyjemnych pogaduchach przy kolejnych kubkach herbaty i pysznej alaskańskiej nalewce. I do tego świeżutkie pieczywo z serem i miodem. Niebo w gębie… 
Świat jest mały – wszędzie "nasi". 

 

26 środa, Anchorage, na wylocie do Seward (południe Alaski)
Znowu w drodze


Miśki na drogach Denali NP mają pierszeństwo.Tyle się tu dzieje, że nawet nie ma kiedy pisać, ani wrzucić zdjęć. Czuję że będę pisać w samolocie w drodze powrotnej (to już w sobotę), a foty powrzucam na przesiadce we Frankfurcie (niedziela).

W skrócie to:
- II dzień w Denali National Park też był super! Widziałam niedźwiedzia z odległości może z 15 metrów! Szedł sobie środkiem drogi, podszedł do jakiegoś auta  z turystami, spojrzał na nich zblazowanym wzrokiem i znów sobie luzacko kroczył tą drogą, tak z pół kilometra, powodując spory korek ustępujących mu samochodów.Kolacja z moim dobroczyńcami.

- Na autostopowym powrocie z Denali (ok. 500 km) zabrała mnie swoimi wielkim kamperem przeurocza ekipa imigrantów z Indii i Sri Lanki. Fantastyczni ludzie! Skończyło się na noclegu w owym kamperze, kolacji i śniadaniu, o ciekawych rozmowach nie wspominając. A, jeszcze dostałam dwa słoiki z łososiami w domowej roboty zalewie. Nie ma to jak azjatycka gościnność w alaskańskich warunkach. Poza tym w tym towarzystwie nie musiałam lawirować w tematach związanych ze sprawami matrymonialnymi. Co drugi kierowca który mnie zabiera opowiada że szuka żony. Widzę że wyjątkowo popularne są tu portale randkowe, a jeśli chodzi o stronę kobiecą, to jak wynika z opowiadań facetów - udzielają się na nich głównie dziewczyny z Ukrainy i Rosji.

- Dziś zaszalałam i zrobiłam sobie prawdziwe domowe śniadanie. Kupiłam to czego byłam spragniona w górach i usmażyłam jajecznicę z cebulą, do tego bułki z białym serkiem i ogórkiem, no i jogurt. Właściwie to jako taki smak miał tylko jogurt i cebula – reszta to amerykański „plastik”, no ale wreszcie coś innego niż Nie było łosia,ale był w zoo wół piżmowy!proszkowana żywność.

- Wczoraj byłam w miejscowym zoo, które jest o tyle ciekawe, że skupia się na gatunkach arktycznych. Główną atrakcją są tam teraz małe wilczki  uratowane  z pożaru  jaki niedawno strawił tu gdzieś niedaleko wielkie obszary leśne. Niestety łoś, na którym mi zależało aby zrobić mu sesję foto – spał. W ramach rekompensaty kierowca dowożącego do zoo busa pokazał mi zrobiony komórką filmik jak to ogromny łoś zimą wparował mu do ogrodu i bydlak objadł co lepsze krzewy. Podobno na terenie Anchorage-miasta żyje około 1500 łosi. Bardzo się ich tu nie lubi.

A tak w ogóle to zaraz wychodzę na stopa na południe Alaski. Pogoda do kitu – leje (i jutro też ma lać), ale nie mam wyboru – w Anchorage nie ma żadnych hosteli z wolnymi miejscami, a jak już mam spać pod namiotem to wolę gdzieś poza dużym miastem. Tylko z tym autostopem trochę kiepsko – nie mam pojęcia jak się wydostać z tego miasta na drogę wylotową. No ale nie ma sytuacji bez wyjścia. W drogę!

 

 26 czerwca, około 19, w Seward
Z widokiem na fiord


Welcam to Seward, czyli witamy w Seward.Bardzo udany dzień! 
Siedzę sobie teraz w jakiejś budzie która jest zdaje się miejscem piknikowym, mam ładny widok na fiord z którego wyrastają ośnieżone na szczytach, zaś w dolnej partii zielone góry, a w międzyczasie na mojej turystycznej kuchence gotuje się woda na pozostały po górach liofilizat (ryż z wieprzowiną w sosie słodko-kwaśnym) i ogólnie jest mi fajnie. Poza tym co ważne – nie pada i to już ileś godzin (od południa), normalne więc że świat wydaje się piękniejszy.

Szczerze mówiąc to siedząc tu zabijam czas do rozbicia namiotu. Upatrzyłam sobie ładne miejsce, pośród krzaków, nad fiordem, z toaletą w pobliżu, ale nie jestem pewna czy nie podlega to pod park miejski, więc wolę trochę odczekać. Druga kwestia to miejscowi żule – w Seward nie ma ich wprawdzie dużo, ale wolę żeby nie widzieli, kto mieszka w trudnym do ukrycia, jaskrawo-pomarańczowym namiociku.

Tak wyglądają tablice rejestracyjne alaskańskich samochodów.W przeciwieństwie do wczorajszego dnia, dzisiaj wyrobiłam 300% normy. Wstałam tak jak zakładałam o 6 rano, ale tym razem nie przeklinałam porannej pobudki, bo choć ostatni hostel był moim najdroższym lokum (30 dolców), wyspać się i tak nie dało. Raz że pogryzły mnie pluskwy (tak, tak… w Ameryce też są), dwa że dokwaterowano do dormitorium dwóch dziwnych facetów którzy chrapali tak, że aż się ściany trzęsły. Oczywiście jak mam stopery do uszu to nikt nie chrapie, no ale teraz wyjątkowo nie miałam. 

Poranek w Anchorage był oczywiście deszczowy. W ramach porannej rozgrzewki miałam 20 minutowy sprint z plecakiem na terminal autobusowy (tu autobusy miejskie są raz na godzinę, więc lepiej być na czas), a potem jechałam i jechałam, bo chciałam wyjechać jak najdalej na peryferie miasta, na wylot autostrady. Ostatecznie miejsce do którego dotarłam okazało się beznadziejne i szczerze mówiąc pomyślałam że w życiu się z niego nie wydostanę, aż tu nagle z piskiem opon zahamował Chevrolet z dwoma czarnoskórymi chłopakami w środku, którzy jechali na ryby, a byli na tyle uczynni że nadłożyli drogi by mnie podwieźć w sumie z 200 km. Następny stop, ostatnie 20 km, był prawie natychmiast – zabrał mnie dla odmiany kapitan jednego z miejscowych kutrów. 

Jedni spacerują z psami, inni z reniferami :)Steward, cel mojego wypadu, to niewielkie miasteczko nad fiordem. Przewodniki opisują go jako „perłę Alaski” co mówiąc szczerze jest mocnym nadużyciem (nasze nadmorskie kurorty to przy Seward perły do potęgi). Inna sprawa że kilka rzeczy do zobaczenia tu jest. Przede wszystkim jest to brama wypadowa do Kenai National Park, słynącego ze schodzących do morza lodowców, no ale to zostawiam sobie na jutro. Dzisiaj pochodziłam trochę po porcie, zobaczyłam lokalne muzeum oraz Akwarium skupione na gatunkach z Alaski (wreszcie widziałam z bliska maskonury) i pobratałam się trochę z lokalsami. Spotkałam np. gościa z reniferem. Jedni wychodzą na spacer z psami, a on ze swoim rogaczem, który ma ładną fioletową obrożę, ale problem w tym że wcale się swojego pana nie słucha.

Z ciekawych rzeczy to w Seward, mieszkał chłopiec, który mając 13 lat wygrał konkurs na projekt alaskańskiej flagi (lata 20. XX wieku). Chłopak był sierotą, a w nagrodę za swój pomysł dostał zegarek. 

Alaskański maskonur.Z innych ciekawostek to Seward słynie na Alasce z dwóch imprez: z odbywającego się w połowie stycznia tzw. "Polar Bear Jump-Off Festival", kiedy to śmiałkowie skaczą do zimnego fiordu zbierając w ten sposób kasę na leczenie nowotworów, a druga impreza to organizowany 4 Lipca (święto narodowe USA) Bieg na Mt. Marathon, kiedy z kolei przyjeżdżający z całych Stanów biegacze ścigają się wbiegając na wznoszącą się nad fiordem górę. To już za kilka dni, szkoda więc że nie mogę zostać, bo podobno zabawa jest na całego (party po biegu). A, jeszcze z interesujących rzeczy powinnam dodać, że wszędzie przy fiordzie są znaki wskazujące drogę ewakuacyjną na wypadek tsunami. Jakby nie było to teren dość aktywny sejsmicznie (najsłynniejsze z trzęsień ziemi które dotknęło Seward, a w którym zginęło kilkanaście osób, miało miejsce w 1964 roku).

Wersja bardziej luksusowa od mojego namiotu - campery, opisywane w USA jako RV.Dobra, makaron się ugotował, trzeba coś zjeść. Tak na marginesie odnośnie diety, to się dowartościowałam, bo w jednym ze sklepów z ciuchami coś tam mierzyłam i okazało się, że choć ułomkiem raczej chyba nie jestem, to wg standardów amerykańskich  mam rozmiary praktycznie dziecięce.  Wszystko jest tu na mnie za duże, wisi niczym worek. A swoją drogą co oni tu robią, że osiągają tak monstrualne rozmiary?




27 czerwca, Kenai National Park, a potem z Seward do Anchorage
Na spotkanie wielorybów


Tym razem zamieniłam jacht na wycieczkowy statek motorowy.Rejs statkiem po fiordach wchodzących w skład parku narodowego Kenai to jedna z największych atrakcji Alaski, a skoro już dotarłam do Seward („brama” wspomnianego parku), to szkoda byłoby tej atrakcji nie zaliczyć.  

Ciężko było wstać, bo mój ostatni na tej wyprawie nocleg pod namiotem okazał się rewelacyjny – spałam jak zabita. Może to zmęczenie, a może to powietrze znad fiordu? No ale nie było zmiłuj się – punkt 6.30 zadzwonił budzik, chwilę potem zwijałam już swój barłóg, szybko wsunęłam jakąś niedobrą papkę z płatków owsianych i punkt 8-ma zameldowałam się w biurze Kenaj Fjords Tours.Skaczący wieloryb (dokładniej to humbak).

A na statku zaskoczenie – znowu spotkałam Polaków! Zawsze to miło móc pogadać w rodzimym języku.

Co do rejsu to nie powiem – w ciągu 9-godzinnego pływania mieliśmy co oglądać. Najpierw było spotkanie z orkami – krążyła wokół nas cała ich rodzinka, oraz z delfinami. Potem pojawiły się wieloryby. Puszczały fontanny pary, wynurzały się i zanurzały, potem nawet skakały. Z ptaków były lokalne albatrosy i gnieżdżące się na skałach maskonury, choć te akurat na tyle daleko, że tak naprawdę to ich nie widziałam. Odwiedziliśmy też kolonię słoni morskich w których potężne samce mają haremy samic. Podpływamy do lodowca.Zwykłe foki też zresztą były, choć te zazwyczaj w postaci samotnych osobników „opalających się” na krach. Kry stanowiły odłamy z lodowych bloków oddzielających się z lodowca. Bo lodowce oprócz zwierzaków to kolejny powód aby wybrać się na taki rejs. Wyglądają niesamowicie, bo schodzą do samego morza, niemal sąsiadując z zielonymi lasami i bujnymi łąkami. W ogóle ten rejs uświadamiał, jak zróżnicowana jest Alaska. Po tych lodowcach były też miejsca na których miało się wrażenie, że jest się gdzieś w tropikach – mam na myśli malownicze wysepki wyrastające z lazurowej wody.

Kolonia słoni morskich, czyli pan lew i jego haremik.Jedyne co mnie tego dnia stresowało, to jak ja wrócę do Anchorage? Wprawdzie kapitan statku na koniec rejsu ogłosił że jest wśród pasażerów autostopowiczka, ale kilka osób które podeszło do mnie po tym komunikacie proponowało transport dopiero na kolejny dzień (czekać nie mogłam, bo następnego dnia miałam przecież samolot). A tymczasem… Ledwo wyszłam na drogę, a tu zatrzymuje się zagracony truck z młodym chłopakiem który jak się okazało jest przewodnikiem na McKinleyu! Podwiózł mnie wprawdzie tylko 10 km, ale zawsze to do przodu. Dwie minuty później kolejny stop – tym razem już docelowo do Anchorage (pod same drzwi hostelu). Tym razem Lodowiec zwanym Niedźwiedzim (Bear Glacier).kierowcą okazał się John – z zawodu bush pilot (czyli pilot małych samolotów mogących lądować niemal gdziekolwiek, wynajmowanych np. przez myśliwych), a z zamiłowania żeglarz. Teraz John postanowił rzucić pracę i zająć się właśnie żeglowaniem, no i zaproponował aby pomóc mu przeprowadzić jacht do San Francisco. Nie powiem, propozycja kusząca, no ale jednak nie tym razem – czas wracać do Polski.

 

 

28 czerwca, Anchorage, wylot do Polski
Żegnaj Alasko!


Mt McKinley z okien samolotu do Europy.Skończyła się moja alaskańska przygoda. Po żmudnych próbach spakowania swoich licznych gratów tak aby nie płacić nadbagażu, jestem już w samolocie do Europy. Z ciekawostek – na lotnisko dotarłam już nie autostopem (za dużo bagażu), tylko taksówką, której kierowcą był Mustafa z Dżibuti! Jak mu powiedziałam że byłam w jego kraju i na dodatek bardzo miło to wspominam (szczerze, bo rzeczywiście spędziłam w Dżibuti bardzo sympatyczne chwile), Mustafa wziął ode mnie tylko połowę z tego co wskazał taksometr. 

Na pożegnanie Alaska zrobiła mi super prezent – widok z okna samolotu na McKinleya! Jaki – zobaczcie na zdjęciu obok.

 

Back to top