Jak było, czyli andyjski dziennik
Hits: 3534

aco-ida.jpgACONCAGUA (6962 M N.P.M.)

Blog z wyprawy na najwyższy szczyt obydwu Ameryk dzień po dniu.



26 stycznia
Mendoza - Los Penitentes


Wreszcie w komplecie! Ja już podróżuję dłuższy czas po Argentynie, reszta przyleciała z Europy do Santiago, stolicy Chile, na miejsce spotkania ustalamy więc Mendozę. Tak czy owak, każdy kto ma zamiar wchodzić na Aconcaguę, musi do tego miasta trafić, bowiem tam właśnie załatwia się zezwolenia na wspinaczkę.

Jest nas w sumie 13-tka. Rozrzut wiekowy - sporawy: najmłodszy, Robert, ma 29 lat, najstarszy, Mundek - 68. Pochodzimy z różnych stron Polski - większość ze Śląska i Beskidów (np. koledzy GOPR-owcy), ale jest też dwóch poznaniaków, reprezentacja kaszubska, ja - warszawianka... Nie wiadomo jak zakwalifikować Marcina - niby z Sopotu, ale na stałe mieszka w Vancouver w Kanadzie.

Załatwiamy zezwolenia, robimy zakupy, w ramach obiadu zamawiamy wielkie pizze, z których jedna widnieje w menu jako "pizza polacca" (-Z dodatkiem kiełbasy... - wyjaśnia kelner), delektujemy się argentyńskim piwem podawanym w litrowych butlach. Chętnie byśmy jeszcze pobyli trochę w mieście, ale czas goni - tego dnia aconcagua-przygotowania.jpgmusimy dotrzeć do Los Penitentes (punkt wypadowy do Parku Narodowego Aconcagua, 170 od Mendozy) i przygotować się do wyjścia w góry.

Wieczór mija nam na pakowaniu betów, które do obozu bazowego mają zanieść muły. Wcale nie jest to takie proste. Cała zabawa polega na tym, że plecak albo wór musi mieć dokładnie albo 20 albo 30 kg - nie mniej, nie więcej (chodzi o odpowiednie zrównoważenie zwierząt). Prowizoryczna waga krąży z rąk do rąk, równie często jak butelka argentyńskiego wina, no bo być w rejonie Mendozy i nie spróbować lokalnych specjałów wręcz nie wypada  :).

Na kolację idziemy do pobliskiego hotelu - ciekawe za ile czasu znów zjemy taki posiłek na normalnych talerzach? Kiedy zalegam wreszcie na swoim piętrowym łóżku (mieszkamy w hotelu, w salach wieloosobowych) znowu myślę o tym, co nas czeka. Czy pogoda dopisze? Czy wejdziemy na szczyt? Czy wszystko się uda?


27 stycznia
Los Penitentes - Punta de Vacas (2325 m n.p.m.) - Las Leñas (2800 m n.p.m.)


aconcagua-wejscie na szlak.jpg Ze snu wyrywa mnie gromkie "Sto lat" w wykonaniu kolegów. Jak się okazuje Marek, jeden z GOPR-owców, który śpi po sąsiedzku, ma akurat urodziny.

Wyruszamy po śniadaniu. Najpierw jednak Wojtek, nasz wyprawowy lekarz, zresztą też GOPR-owiec, zgarnia nas na obowiązkowe badania. Jemu to potrzebne do jakiejś pracy, dla nas poniekąd ciekawe. Badanie to pomiar ciśnienia krwi oraz stopnia nasycenia tlenem (wskaźnik aklimatyzacji naszych organizmów). Wkładam palec do miernika i ja - na czytniku pojawia się liczba 96 (procent). Wynik świetny, ale w końcu jesteśmy raptem na jakiś 2500 metrów n.p.m.

Ale o to pojawia się nasz "amigo", czyli Antonio Mir, Argentyńczyk załatwiający muły i sprawy transportowe. Podjeżdżamy samochodem do wylotu doliny Rio Vacas, gdzie nasz bagaż pakowany jest na muły, a my, w miarę "na lekko", idziemy już na piechotę. Jak będą wyglądały najbliższe 3 dni można zorientować się po tablicy ustawionej u wejścia do doliny. Mamy dojść do Plaza Argentina, obozu bazowego na aconcagua- i dzien.jpgwysokości 4200 m n.p.m., co standardowo robi się w 3 dni, nocując w obozowiskach na 2800 m (Las Leñas) i 3200 m (Casa de Piedra).

Pierwszy odcinek nie stanowi żadnego problemu - liczy raptem 12 km, na jeszcze stosunkowo niskiej wysokości, czyli zwykle 4 godziny marszu. Co ważne, na tym etapie w potokach stanowiących dopływy głównej rzeki, można w razie czego zaczerpnąć wodę. W kwestii jej picia zdania mamy podzielone, ale w miarę opróżniania zapasów niesionej mineralki, coraz więcej z nas przestaje się przejmować tym, co być może potok zawiera.

Po drodze miłe spotkanie - trafiamy na dwójkę Polaków. Pytamy jak było, dowiadujemy się, że strasznie zimno. Niestety na szczyt nie weszli - musieli się wycofać właśnie ze względu na brak dobrych śpiworów, które pozwoliłyby im przetrwać w warunkach panujących w górze.

Obóz w Las Leñas - bardzo przyjemny. Miejsca na namioty już są otoczone kamiennymi murkami (ochrona od wiatru) - zabawę ze znoszeniem kamieni w ramach budowy murków zaczniemy dopiero od kolejnych biwaków. Duży entuzjazm naszej aco-gitara.jpggrupy wzbudza obozowy pub, a raczej - namiot obsługiwany przez Cecylię, dziewczynę z Mendozy, równie sympatyczną co i ładną. O dziwo, kolegom nawet nie przeszkadza, że nie ma piwa, a zaopatrzenie pubu ogranicza się jedynie do puszek coca-coli za 3 dolary (peso jest walutą drugorzędną).

Las Leñas to miejsce ważne ze względów formalnych - w tutejszej chatce strażników parku trzeba się zarejestrować (konieczny jest paszport i oryginał naszego permitu, czyli zezwolenia na wspinaczkę lub trekking), w zamian za co dostaje się oznaczony indywidualnym numerem worek na śmieci. Potem trzeba go zdać, oczywiście wypełniony. Jeśli się tego nie zrobi, zapłacimy karę 100 dolarów!

Wieczór mija nam w bardzo sympatycznej atmosferze nad garnkiem pełnym parówek. Mamy też wino i pożyczoną od obsługi campu gitarę.

28 stycznia
z Las Leñas (2800 m n.p.m.) do  Casa de Piedra (3200 m n.p.m.)


aconcagua-muly.jpg Rano heroicznie (ze względu na chłód) postanawiam skorzystać z tzw. prysznica. Dokładniej - mam na myśli wodę wyciekającą z rurki, w czymś na wzór kabiny z blachy i folii. To ostatni tego typu luksus na trasie.

Zwijamy namioty i wychodzimy z obozu. Dzień jest ciężki. Dystans niby nie wiele dłuższy niż wczoraj - 13,7 km, obliczony na 5-6 godzin marszu, ale już zaczyna się odczuwać wysokość. Poza tym jest strasznie gorąco, a nie ma źródełek z wodą nadającą się do picia. Ścieżka w kilku miejscach ginie, krajobraz staje się nieco monotonny - najgorsze są długie przejścia po żwirze wypełniającym koryto rzeki.

aconcagua-recznik.jpg Na jednym z postojów mamy show pod hasłem "Ablucje Krzysia Wielickiego". "Lider" robi negliż (no, nie do końca), po czym bohatersko zanurza się w lodowatej rzece, a po kąpieli - goli się z pomocą pożyczonego od Doktorka lusterka. Potem następuje prezentacja ręcznika Lidera - ręcznik jak ręcznik, ale najważniejsza jest narysowana na nim blondyna i jej tzw. "warunki"!

Nagrodą za trud żmudnego marszu jest widok jaki wyłania nam się tuż przed kolejnym obozem. W bocznej dolinie, w którą mamy następnego dnia wejść, po raz pierwszy widać Aconcaguę. Stajemy jak zahipnotyzowani, trzaskają migawki aparatów. Odcinający się od błękitnego nieba biały szczyt, z imponującym lodowcem Polaków, robi wrażenie. Inna sprawa, że aż słabo się robi na myśl, ile drogi jeszcze przed nami, by dotrzeć na wierzchołek.

aco - casa de piedra ja z wojtkiem.jpg Tymczasem wiatrzysko takie, że mamy problemy z rozbiciem namiotów. W jednym z nich zresztą łamią się maszty. Obkładamy namioty kamieniami, budujemy kamienne murki. Tym razem warunki biwakowe bardziej spartańskie. Żadnej obsługi, jeśli nie liczyć chłopców od mułów, jedyna cywilizacja to skromny kibelek na wzgórzu. Mycie - albo w rzece (jeśli komuś nie przeszkadza leżący przy niej zdechły muł), albo w strumyczku przy mułach żywych, skubiących trawę.

Poza mułami miejscową faunę reprezentuje przy nas również latający nad naszymi głowami kondor (to pewnie w związku z tym padłym mułem). My też omal nie padamy - z głodu, jako że mamy drobne problemy z ugotowaniem makaronu. Mimo wysiłków samego Lidera, makaron jakoś wybitnie długo nie chce dojść do pożądanego stanu.

W końcu cel zostaje osiągnięty - można szykować menażki. Kolacja i do namiotów - wraz z zachodem słońca robi się na tyle zimno, że nie ma to jak w śpiworze.

29 stycznia
z Casa de Piedra (3200 m n.p.m.) do Plaza Argentina (4200 m n.p.m.)


aco-oboz casa de piedra.jpg Nie dane jest mi długo pospać - śpimy z Robertem po sąsiedzku z namiotem szefostwa, czyli Krzyśka Wielickiego i Wojtka-Doktorka, co oznacza że jak oni wstają, to i my nie mamy wyboru. Przeklinając w duchu spoglądam na zegarek - jest 6 rano, pora nieco barbarzyńska. Kiedy zaczynamy szykować śniadanie, na dworze jeszcze półmrok.

Pierwszą atrakcją po zwinięciu biwaku jest przekraczanie rzeki. Na początek - rozlewiska rzeki głównej, co nie jest wprawdzie w żaden sposób trudne, ale wymaga zdjęcia butów i przejścia lodowatych potoczków w bród. Słowo "lodowatych" nie jest wcale przesadzone - w nocy temperatury były ujemne, więc tu i ówdzie widać cienkie warstewki lodu.

Wraz z wejściem w boczną dolinę, z rwącym, górskim strumieniem, skala trudności rośnie. Strumień trzeba sforsować w sumie trzy razy, najlepiej wykonując karkołomne skoki z wykorzystaniem kijków i wystających z wody głazów. Jakimś cudem nikt z nas nie wpada do wody (ja tam martwię się nie tyle o siebie, ile o niesiony w plecaku sprzęt fotograficzny). Tak naprawdę jedyna poważna strata, to piersiówka która wylatuje  z kieszeni Doktorkowi, akurat na moich oczach.

Tego dnia nabieramy już całkiem niezłej wysokości, bądź co bądź pokonujemy 1000 metrów przewyższenia. Po 10 km (ok. 6 godzin wędrówki) dochodzimy do obozu bazowego - na 4200 m n.p.m. Po drodze spotykamy między innymi Francuzów, którzy mimo kiblowania przez kilka dni, nie doczekali się dobrej pogody - rozżaleni musieli zrezygnować z atakowania szczytu. Z rosnącym niepokojem patrzę na pędzące po niebie chmury. Te okropne wiatrzysko wciąż wieje - kiedy wreszcie przestanie?

aconcagua-kwiatki.jpg Nasza grupa coraz bardziej się rozciąga - coraz więcej osób ma problemy z wysokością. Idziemy z Wojtkiem-Doktorkiem na końcu, zamykając pochód i fotografując coraz rzadziej już pojawiające się kwiatki.

Kiedy dochodzimy do bazy trwa walka z rozbijaniem namiotów. Nasz już stoi. -Półtorej godziny go rozbijałem - chwali się Robercik, mój współspacz. Chwilę później okazuje się że to i tak nie koniec akcji "namiot", bo wiatr zrywa kolejne odciągi, no i trzeba dobudować murek. Każda czynność wymaga więcej czasu i wysiłku niż tam w dole - brakuje oddechu, tętno jest przyśpieszone.

Niedostateczna jeszcze aklimatyzacja nie przeszkadza jednak w życiu towarzyskim. Tego dnia po kolacji gościmy z Robertem w naszym namiocie Krzyśka-Poznaniaka i Adasia, wieczór spędzając na grze w tysiąca. Karcianym mistrzem okazuje się Adaś.

30 stycznia
baza Plaza Argentina, aklimatyzacyjne wyjście do obozu I (z 4200 m na 5000 m i powrót na 4200 m n.p.m.)


aconcagua-saturacja.jpg Rano Krzysiek W. zabiera kilka osób i idzie z nimi do obozu pierwszego, przy okazji wynosząc część sprzętu. Pozostali także wychodzą na aklimatyzacyjne spacery do pobliskiej przełęczy (jakieś 4500 m n.p.m.). Zostaję w obozie tylko z Jolą - dostajemy od Lidera zadanie uporządkowania "kuchni" i ugotowania na zapas ryżu (w górze się już nie ugotuje - trzeba to zrobić w bazie, potem zaś będziemy zabierać ze sobą już ugotowane torebki z ryżem). Trochę się buntujemy tym, że mamy zostać w bazie, ale nie mamy wyjścia - robimy co Lider każe. Dopiero po południu, po wykonaniu zadania, my także wychodzimy w kierunku "jedynki". Po drodze spotykamy wracających już kolegów - jest wśród nich także Bogdan, mąż Joli, a więc Jola wraca, ja natomiast idę dalej. Po drodze zaprzyjaźniam się z Włochem, który objuczony ogromnym bagażem idzie do "jedynki" na nocleg.

Kiedy jesteśmy już na ostatnim odcinku, stromym podejściu przed samym obozem, i tak dość silny wiatr raptownie tężeje. Gdyby nie to że to już tak blisko, a na plecach niosę rzeczy, które chcę zostawić w "jedynce", pewnie bym zawróciła. Poza tym głupio mi się wycofać, bo obiecałam Włochowi, że pomogę mu rozbić namiot - sam w takich warunkach miałby z tym spore kłopoty. Podejście jest coraz trudniejsze, zarówno ze względu na coraz krótszy oddech (obóz jest na wysokości 5000 m n.p.m.), jak i wiatr - trzeba czekać na momenty ciszy, wtedy zrobić kilka kroków, po czym gdy znowu zawieje - odwracać się i uważać by nas nie zwiało.

aconcagua-choroba.jpg Już prawie wychodzimy na wypłaszczenie z obozem gdy nagle Włochowi spadają okulary. Schodzi ich szukać, znajduje, ale gdy już wraca na górę, dla odmiany spada mu... plecak. Biedny chłopak po zlodowaciałym stoku schodzi kolejne kilkadziesiąt metrów w dół, a ja nawet nie za bardzo mogę mu pomóc. Na dodatek jest okropnie zimno - najbardziej w ręce.
Pogoda psuje się z minuty na minutę, wiemy więc, i ja i kolega-Włoch, że skoro zamierzam wrócić do Plaza Argentina, to muszę jak najszybciej schodzić. Z namiotem sprawa rozwiązana - Italiańcowi pomoże biwakujący w pobliżu jego rodak.

Ja tymczasem zbiegam w dół - w żwirowisku pokrywającym zbocze zejście jest łatwe i szybkie, poza tym w dole mniej wieje. Przeklinam jednak ilość ścieżek - jest ich istny labirynt, tak więc w końcu przychodzi moment, że wybieram akurat tę najmniej właściwą i ląduję nad jakimś urwiskiem. Do bazy wracam ledwo żywa, dręczą mnie ataki kaszlu, mam dreszcze i nawet na grę w karty nie mam w tym dniu ochoty.

31 stycznia
dzień leniucha w bazie, czyli na Plaza Argentina (4200 m n.p.m.)


aconcagua-z garem.jpg Rano budzimy się zasypani śniegiem. Nie ma go wprawdzie dużo, ale okolica jest biała.

Wyprawa po wodę okazuje się wyzwaniem - nie dość że to kawał drogi, to jeszcze trzeba się wkuć w lód, bo rurka z której normalnie wycieka woda, zamarzła. Pogoda delikatnie mówiąc nie najlepsza, tak więc Lider-Krzyś ogłasza, że nigdzie tego dnia nie wychodzimy - zostajemy w bazie.

Baza swoją drogą też jest ciekawa - wielkie obozowisko na kamiennym, ponad lodowcowym wypłaszczeniu zwanym Plaza Argentina. Oprócz namiotów stoją też hangary w których jest m.in. dyżurka strażników parku (trzeba się u nich formalnie zameldować), knajpka (dobre omlety czy stek z frytkami, a także piwo i cola po 5 dolców), no i namiot lekarski (bezpłatne porady i możliwość zmierzenia sobie poziom nasycenia tlenem). Sprawdzam tę tzw. saturację (nasycenie tlenem) - wynik 83 proc. bardzo mnie cieszy, bo to znak że dobrze się aklimatyzuję (poniżej 60 proc. kategorycznie odradza się wychodzenia wyżej). A do tego w bazie jest nawet buda, aco-zycie towarzyskie.jpgz której można zadzwonić z telefonu satelitarnego np. do Polski (10 dol./minutę). Z tej ostatniej dogodności korzystam i chwilę potem przynoszę kolegom wiadomość, że Małysz dwa razy wygrał!

W południe chmury rozwiewają się, śnieg topnieje, robi się na tyle przyjemnie, że wszyscy wychodzą z namiotów i zaczyna kwitnąć życie towarzyskie. W końcu nadchodzi nawet moment kiedy rozkładamy się w kilka osób na karimatce i opalamy się, o ile można tak nazwać wystawianie się do słońca w polarach i puchówkach. Zaczynają się dyskusje na temat "co byśmy zjedli". Wygrywa wersja "flaki", Wojtek przebąkuje coś o golonce, ja tworzę frakcję naleśnikową.

1 lutego
wyjście do obozu I-wszego (ok. 5000 m n.p.m.)


Tego dnia większość z nas przenosi się do obozu "pierwszego", albo jak kto woli - "jedynki".. Oczywiście już przy pierwszym odpoczynku zastanawiamy się, dlaczego nasze plecaki są takie ciężkie. Ktoś wspomina, że przecież w bazie proponowali nam swoje usługi tragarze (wniesienie 20 kg do obozu I - 150 dolarów, do II - 250 dolarów, do Refugio Independencia traktowanej jako obóz III - 350 dol.). Ekipa aco - baza.jpgholenderska skorzystała z tej pomocy! No ale my jesteśmy Polacy - i z kasą gorzej, no i ambicja nie pozwala!

Po drodze patrzę na ustawione kamienne kopczyki. Dwa dni temu, podczas aklimatyzacyjnego spaceru do "jedynki", swój kopczyk ustawiłam i ja, z wypowiedzianym w myślach życzeniem zdobycia szczytu. Teraz sprawdzam - mój kopczyk, mimo wiatrów, ciągle stoi. Dobry znak!

W "jedynce" są już nasi dobrzy znajomi - Amerykanie, z którymi ciągle spotykamy się na trasie. Mojego kolegi-Włocha już nie ma, ale zostawił sympatyczny list z podziękowaniami za wspólną drogę. Miło…

Rozbijamy namioty, po czym raczymy się kolejną wersją zupek typu "gorący kubek". Jest ładne, słoneczne popołudnie, tak więc z Heniem idziemy po wodę (cała wyprawa - trzeba wkuwać się w lód czekanem) i przy okazji porobić zdjęcia penitentów - oryginalnych form lodowych, z których słyną Andy.


2 lutego
wyjście z obozu I-ego (ok. 5000 m) do obozu II-ego (ok. 6000 m n.p.m.)


Dzielimy się na coraz mniejsze grupki. Część ekipy jest jeszcze w obozie bazowym i tego dnia dopiero wyrusza do "jedynki", część tych którzy już są w "jedynce" - robi sobie dzień odpoczynku. Jeszcze inni - wychodzą do "dwójki" na aklimatyzacyjny spacer i wracają na noc do "jedynki". Czwórka z nas, w tym i ja, wchodzimy do dwójki i tam nocujemy.

aconcagua-ja w penitentach.jpg Gdy patrzymy z dołu, z obozu pierwszego, droga do góry wydaje się prosta. W sumie technicznych problemów nie ma, ale szybko przekonujemy się, że jest bardziej stromo niż myśleliśmy. Nie ma siły - na tych wysokościach nie da się iść szybko - wleczemy się noga za nogą, bardzo często odpoczywając. Dla większości z nas dojście do "dwójki" to już prawie pobicie własnych rekordów wysokości - wysokość obozu wynosi mniej więcej tyle, co Kilimandżaro na którym prawie wszyscy byliśmy. U góry przygarnia mnie do swojego namiotu Marcin-Kanadyjczyk (mój dotychczasowy współspacz - Robercik, został w bazie). Ma to dużo plusów, bo Marcin to świetny kumpel, a poza tym bezinteresownie uczynny. Zimno mi w nogi? - Marcin oddaje swoje skarpety...Wciąż męczy mnie kaszel? - ze swego plecaka, w którym jest chyba wszystko, Marcin wyciąga jakieś super specyfiki.

Następnego dnia Marcin postanawia atakować szczyt. To doświadczony wspinacz, do tego bardzo wysportowany, jestem więc przekonana, że mu się uda. W każdym razie szczerze mu tego życzę...

3 lutego
Znowu w obozie I-wszym (5000 m n.p.m.)


aco-zachod.jpg A jednak Marcinowi nie udaje się dojść do szczytu. W nocy, mimo wysokości (6000 m) śpię jak zabita, nie słyszę więc jak około piątej Marcin wychodzi z namiotu i wyrusza z obozu. Spotykamy się wczesnym popołudniem w obozie pierwszym, do którego wszyscy biwakujący u góry schodzimy dla zregenerowania sił organizmu. Marcin przychodzi z odmrożonymi rękami - to właśnie powód dla którego postanowił zawrócić, mimo iż do szczytu zostało mu w sumie niewiele. Mówi, że ponoć u góry było -45 stopni, zresztą nie tyle sam mróz jest tu istotny, ile wiejący na dodatek wiatr. Kąpiele dłoni w letniej wodzie na szczęście Marcinowi pomagają, ale biedny chłopak martwi się, że nie będzie miał już dość siły, by utrzymać czekan i wejść na Aconcaguę Lodowcem Polaków.

Tymczasem Lider (Krzychu Wielicki) wraz z Doktorem zeszli do bazy, czyli do Plaza Argentina. Nam którzy są w "jedynce" czas upływa głównie na gotowaniu kolejnych herbat, tudzież wykwintnych dań typu sos (z torebki) do zalewania ugotowanego jeszcze w bazie ryżu.

4 lutego
Znowu obóz II-gi (6000 m n.p.m.)


aco-panorama.jpg Rano zwijamy część namiotów i ruszamy częścią ekipy ponownie do obozu drugiego. Większość z nas jest nastawiona, że teraz idziemy tam już tylko w jednym celu - startować stamtąd na szczyt. Wychodzę z Jolą i Bogdanem - bardzo dobrze mi się idzie ich tempem. Wreszcie zrobiła się ładna pogoda - super widoki, nie ma już takiego silnego wiatru.

Postanawiamy wraz z Heniem, Krzyśkiem-Poznaniakiem i Mundkiem przyatakować szczyt następnego dnia. Przed snem - wielkie przygotowania: gotuję herbatę do termosu, sprawdzam dopasowanie raków, pakuję plecak, biorę dwie aspiryny (ciągle walczę z coraz bardziej dotkliwym przeziębieniem, ale aspiryna działa też dobrze na rozrzedzenie krwi, co na takich wysokościach jest akurat przydatne).

5 lutego
Próba (nieudana) ataku na szczyt, nocleg w obozie II-gim (6000 m n.p.m.)


aconcagua-independencia.jpg Jeszcze jest ciemno kiedy się budzimy i wypełzamy z namiotów. Mamy jednak obsuw czasowy - zamiast o 7-mej wyruszamy z obozu o 8-mej. Po drodze, na pierwszym trawersie śniegowego pola, gdzie trzeba przypiąć raki, wycofuje się Krzysiek-Poznaniak - decyduje, że nie jest jeszcze dostatecznie zaaklimatyzowany i wraca do obozu. Nam z Heniem i Mundkiem idzie się całkiem fajnie, pogoda jest super, ale zbijają nas z tropu dwa spotkania. Pierwsze - kiedy po połączeniu ze ścieżką idącą z Plaza de Mulas (standardowa, najprostsza droga idąca z drugiej strony góry) spotykamy schodzącego z góry Czecha. Chłopak zachowuje się dziwnie - z tego co nam pokazuje, stracił głos. Nie wiemy, czy to wpływ wysokości i czy dobrze go zrozumieliśmy, ale robi nam się nieco nieswojo. Wkrótce potem schodzi grupa, zdaje się holenderska. Przewodniczka słysząc, że idziemy na szczyt stwierdza, że nie mamy szans, bo już za późno. Zakładamy, że jest przewodniczką, więc wie co mówi, ale może mówi tak, bo swojej grupie tak wmówiła (też zawrócili). Efekt - przy Independenci (6546 m n.p.m.) postanawiamy odpuścić. Boimy się, że faktycznie nie zdążymy przed nocą, a do biwakowania na tej wysokości nie jesteśmy przygotowani.

aco -ja.jpg Podchodzimy jeszcze kawałek i wracamy. A potem? Chyba tego żałujemy... Sama byłam za powrotem, ale szczerze mówiąc z perspektywy czasu mam wrażenie, że byliśmy wszyscy w na tyle dobrej formie, że szczyt byśmy zdobyli w miarę dobrym czasie. Następnego dnia, kiedy ponawialiśmy atak, mnie przynajmniej było już dużo, dużo trudniej...

Po powrocie do obozu okazuje się, że jest w nim dość tłoczno - doszli z dołu kolejni chętni do ataku na szczyt. Dotarł też Krzysiek Wielicki z Doktorkiem i Robertem, potwierdzając, że ci którzy chcą, rano startują. Niestety psuje się pogoda. Nadchodzą ciężkie, ciemne chmury, znowu zaczyna wiać ten okropny wiatr.

6 lutego
Kolejna (udana) próba ataku na szczyt (6960 m), nocleg w obozie II-gim (5900 m n.p.m.)


Tym razem wyruszamy jeszcze po ciemku, przed siódmą. Pierwszy wychodzi Krzysiek Wielicki z Robertem, dogonił ich jeszcze Marcin - nim się zdążyliśmy z całą resztą zorientować, zobaczyliśmy na stoku tylko światła ich czołówek. Druga grupa to reszta chętnych, czyli Jola z Bogdanem i ja z Mundkiem. Pozostali odpuścili, tym bardziej, że poranna pogoda wcale nie zachęcała do wspinaczki.

aconcagua-kundel.jpg Przy Independenci spotykamy psa - zarośnięty, śmieszny kundel o sympatycznym pysku dostaje ode mnie kabanosa. Potem psinę spotykamy jeszcze kilkakrotnie - także prawie pod szczytem. Jak ten pies sobie tu radzi? Ma wprawdzie grubą sierść, ale i tak się trzęsie. Ja zresztą też. Na szczęście pogoda nie jest aż tak zła, jak się obawialiśmy, choć i tak ziąb jest straszny. Jestem wdzięczna jednemu z kolegów którzy zrezygnowali ze wspinaczki, za pożyczenie mi swoich puchowych rękawic - nie wiem czy bez nich bym wytrzymała. Inna sprawa, że moja ochrona rąk jest dużo bardziej złożona - na rękach mam najpierw rękawice wełniane, w nich jeszcze ogrzewacz do rąk (torebka, która po otworzeniu grzeje przez 8 godzin) i dopiero na to - pożyczone rękawice.

Idzie mi się tego dnia fatalnie. Cóż, nie jest dobrym pomysłem atakować szczyt dzień po dniu, ale wyszło jak wyszło. Na chorobę wysokościową nie narzekam - większych problemów nie mam, ale jak na złość rozbolał mnie brzuch, a gnębiące aconcagua-szczyt.jpgmnie coraz bardziej przeziębienie sięgnęło chyba zenitu (najgorsze są ataki kaszlu). No i zaczyna mi o sobie przypominać kolano... -Każdemu na tej wysokości ciężko… - pocieszam się, wlokąc się noga za nogą. Mam chwile zwątpienia, ale zaraz znajduję sobie jakieś  powody, by się zmotywować do dalszego wysiłku. Przed najbardziej stromym, ostatnim podejściem rozdzielam się z towarzyszącym mi wiernie Mundkiem - niech on idzie szybciej swoim tempem, ja jakoś dojdę. Dochodzę, choć kiedy staję przy oznaczającym szczyt krzyżu jest już 16.30, czyli dość późno. Naszych już nie ma (zresztą w ogóle nikogo nie ma), robię więc szybko zdjęcia i - w dół.

Wiem, że muszę zdążyć zejść do obozu przed zmrokiem - nie mam ze sobą sprzętu biwakowego. Na dodatek góry zasnuwają się mgłą, nadciągają chmury i zaczynają wiać te nieprzyjemne wiatry. Na szczęśćie wiem, że z daleka obserwują mnie Niemcy z którymi mijałam się po drodze - to dla mnie ważne, bo nie lubię być w górach zupełnie sama (zwłaszcza w tak wysokich górach), a tak to przynajmniej wiem że ktoś kontroluje, jak sobie radzę.

W sumie to nawet nie mam czasu cieszyć się ze zdobycia szczytu... Tuż nad Lodowcem Polaków wyjmuję z plecaka zabrany specjalnie znicz - ku pamięci Marka aco-znicz.jpgWarlikowskiego, 30-latka, który zginął na Lodowcu Polaków dwa lata temu. Obiecałam to jego żonie, mojej koleżance... Obok znicza wtykam w śnieg biało-czerwoną flagę - miałam ją zostawić na szczycie, ale zapomniałam.

Najgorszy odcinek to końcówka. Co z tego, że wiem, że kolorowe punkciki w dole to nasze namioty, kiedy kolano coraz bardziej boli, jak to przy zejściach, opaski nie mam jak założyć (jak w takim zimnie zdjąć spodnie?). Jeszcze ten cholerny śniegowy trawers - znowu trzeba przypinać raki... Jakby w nagrodę mam piękny zachód słońca, po prostu cudowny. Tyle że akurat film w aparacie mi się skończył...

Chyba dopiero włażąc do śpiwora dociera do mnie, że byłam na szczycie najwyższej góry obu Ameryk, zresztą w ogóle najwyższej na świecie góry poza Azją. Hurra!

7 lutego
Powrót do bazy, czyli z 5900 m na 4200 m n.p.m.


aco - zejscie2.jpg Ten Marcin to naprawdę super kumpel. Jak mu jestem wdzięczna za kubek gorącej czekolady do picia, jaką zrobił mi z samego rana, kiedy ledwo co wychyliłam głowę ze śpiwora! Przy takim zimnie to nawet mój pies rodem z Kamczatki nie chce wychodzić na spacer. Czekolada stawia mnie na nogi - od razu czuję przypływ sił tak potrzebnych, bo i biwak trzeba zwinąć, no i zejść kawał drogi - do bazy. Oczywiście perspektywa pokonania prawie 2 tys. metrów w pionie moim kolanom zapewne niezbyt się podoba, tym bardziej że tym razem trzeba zejść ze sporym obciążeniem. No ale skoro nie ma windy...  :)

W obozie pierwszym postanawiam poczekać na Jolę i Bogdana, którzy zostali gdzieś za mną. Czekanie jest tym sympatyczniejsze, że spotykam Polaków, z którymi jak się okazuje mamy wielu wspólnych znajomych. Siedzę u nich w namiocie przez godzinę, goszczona przysłowiowym "czym chata bogata", czyli w tym przypadku napojem z wody ze strumienia, żółtym serem...

aco-kolacja.jpg W końcu dochodzą Jola i Bogdan - dalszą drogę pokonujemy już wspólnie. Po drodze marzymy głośno o piwie. Nie trzeba długo czekać - zaraz po zejściu do bazy Bogdan biegnie do knajpy w hangarze i obdarowuje każdego puszeczką argentyńskiej "cervezy".

Tego dnia nie gotujemy kolacji - wszyscy idziemy na steka do bazowego hangaru-knajpy. Znowu normalne jedzenie, na talerzach, przy stole... Tylko my wyglądamy jak trolle - panowie z wielodniowym zarostem, wszyscy, co tu dużo mówić - nie umyci, rozczochrani (ja z powodu swoich włosów profilaktycznie nie ściągam czapki). Nikomu to już jednak nie przeszkadza. Zresztą po argentyńskim winie, które oczywiście zamawiamy, i tak świat staje się piękniejszy.

8 lutego
Powrót w doliny - Plaza Argentina - Los Penitentes


Tego dnia część z nas wyrusza w drogę powrotną do cywilizacji, czyli naszego hostelu w Los Penitentes. Tym razem nie dzielimy jednak trasy na 3 dni - całość robimy w jeden. Kawał drogi - ok. 40 km (niektórzy twierdzą, że 60!) po górach, z przeprawami przez rzekę. Co nam niepotrzebne, zostawiamy do wzięcia na muły, idziemy więc na prawie "lekko". Przed wyjściem rozliczamy się jeszcze z worków na śmieci - to jakaś paranoja i wielka fikcja, bo nikt tak naprawdę nie kolekcjonuje po drodze swoich śmieci, tylko napycha worki na 10 minut przed oddaniem ich strażnikom parku.

aco - mulki.jpg Wychodzimy kiedy kto chce. Umawiam się z Mundkiem, że zaraz go dogonię, co nie jest jednak takie proste, bo po drodze co i rusz spotykam ludzi z podchodzącej do Plaza Argentina ekipy Ryśka Pawłowskiego. Z każdym chwilę gadam, robimy sobie wspólne foty, potem trochę czasu zajmuje mi przeprawa przez rwący potok (tym razem woda jest dużo bardziej wzburzona, no i ja mam też dużo bardziej ciężki plecak niż na podejściu). W rezultacie doganiam Mundka dopiero przy obozie w Casa de Piedra, czyli po jakiś 10 km. Mundek już jest po drugiej stronie rzeki - akurat zakłada buty po przeprawie, ja dopiero je zdejmuję.

Z Mundkiem zawsze idzie mi się bardzo dobrze, teraz też, choć wraz z zejściem na niższe wysokości znowu we znaki daje nam się upał. Zaczyna nam się droga dłużyć - wydaje nam się że obóz Las Leñas i przejście przez zwiastujący go most jest tuż, tuż, a tu jedno wzgórze, drugie, trzecie i końca nie widać. Na dodatek skończył nam się zapas wody do picia (tej z rzeki nie ryzykujemy), no i z czasem też nie jest za dobrze. Mimo, że tempo mamy niezłe (to właściwie marszobieg), boimy się, że nie dojdziemy do szosy, czyli końca doliny przed zmrokiem. W tej sytuacji rezygnujemy z przerw stanowiących ideę fix Mundka (system: godzina marszu, kwadrans odpoczynku). Niestety, kiedy wreszcie wyłania się tak długo oczekiwany most, gubimy prowadzącą do niego ścieżkę i tracimy cenny czas na przedzieranie się przez jakieś chaszcze. Ścieżkę gubimy również po drugiej stronie rzeki - złorzeczymy na Argentyńczyków, że mogliby jednak jakoś oznakować szlak.

aco - las penas -.jpg W obozie w Las Leñas od razu wpadamy na naszą znajomą Cecylię. Tłumaczę jej, że tym razem sobie nie pogadamy, bo musimy gnać jak najszybciej do szosy. Cecylia uprzedza: -To jeszcze daleko, z dwie godziny marszu. Stojący obok strażnik parku poprawia -Trzy. Za dnia, a wy przed nocą nie zdążycie... W obozie nocować nie chcemy - nawet nie chodzi o koszty  (15 dolarów za spanie pod stołem w namiotowym pubie), ale po prostu chcemy dojść do celu. Zakładamy też, że jak nie dojdziemy, to koledzy którzy są przed nami, mogą się o nas martwić.

Oczywiście wiemy, że im więcej drogi zrobimy za widoku, tym lepiej dla nas. Po krótkim odpoczynku i uzupełnieniu zapasów wody, idziemy dalej. Zmrok łapie nas gdzieś w połowie ostatniego odcinka, ale póki mamy wyraźną ścieżkę, idziemy nią przy blasku gwiazd. -Już ciemniej chyba nie może być - stwierdzam, ale jak się okazuje - może, bo wkrótce niebo zasnuwają chmury i mamy przysłowiowe egipskie ciemności. No cóż, czas wyjąć czołówkę, tym bardziej że ścieżka gdzieś się rozmyła, natomiast hucząca w dole rzeka nie wróży nic dobrego gdyby się do niej wpadło. I tak, mimo czołówki jest taki moment kiedy Mundek się przewraca i cudem nie zwala się w przepaść, natomiast przypłaca to solidnym potłuczeniem (zastanawiamy się nawet czy nie ma połamanych żeber). Nawet z latarką tempo naszego marszu jest teraz bardzo kiepskie, jako że teren jest w nocy trudny (kamienie i ta wciąż ginąca ścieżka), a moja czołówka (Mundek swojej nie ma) świeci już resztkami baterii. Wreszcie w mroku przebłyskują światełka - to już budynki przy szosie. Końcówka jest najgorsza - jesteśmy niby u celu, a nie możemy do niego dojść, bo pakujemy się po kolana w jakieś błotniste bajoro.

aco-los penitentes.jpg Dojście do szosy to jednak jeszcze nie koniec. Jest północ, a trzeba się dostać do hostelu, który jest kilkanaście kilometrów dalej. Najpierw idziemy do lokalnej spelunki napić się, tudzież co nieco przegryźć, potem dopiero wychodzimy na drogę i próbujemy złapać tzw. stopa. W środku nocy dwie ubłocone postacie z plecakami nie budzą zaufania kierowców, nie mówiąc o tym że samochodów wcale nie jest tak dużo. Zrezygnowani idziemy do szlabanu przy posterunku żandarmerii, wychodząc z założenia, że w tym miejscu każdy musi się zatrzymać (wjazd w strefę nadgraniczną). Pomaga nam autorytet żołnierza, bo to on prosi kierowców, by nas podrzucili. Chyba za trzecim podejściem się udaje - zabiera nas ciężarówka z robotnikami. Kiedy docieramy do naszego hostelu i wchodzimy do pokoju, w którym śpią koledzy (tego dnia z Plaza Argentina zeszły na dół jeszcze 4 osoby z naszej 13-osobwej ekipy) zegarek wskazuje wpół do trzeciej.

9 lutego
Dzień leniucha w Los Penitentes, powrót reszty


Jak dobrze jest się wyspać w prawdziwej pościeli! Kiedy już zwlekam się z wyra, przez godzinę stoję pod prysznicem - po 2 tygodniach bez łazienki trzeba jakoś doprowadzić się do porządku. Koledzy po wyjściu z łazienki też jacyś tacy już aco razem.jpgnie-górscy, żeby nie powiedzieć - eleganccy. Wyglądający niczym Rumcajs Mundek wprawdzie zapowiada, że nie będzie się golił aż do powrotu do Polski, ale ulega w końcu presji reszty i pozbywa się brody.

Czekamy na resztę. Wczesnym popołudniem docierają Jola i Bogdan. Wyszli wczoraj razem z nami, ale od razu założyli, że nie robią tej trasy w jeden dzień, więc wzięli z sobą namiot i przebiwakowali gdzieś przed Las Le?as. Wieczorem samochodem który wyjechał po bagaże przywiezione przez muły, dociera Krzysiek Wielicki, Marek i Krzysiek-Poznaniak. Brakuje nam jeszcze Agenora i Adasia - oni też postanowili przenocować po drodze (docierają następnego, kolejnego dnia).

Wieczór spędzamy nad pizzami, degustując coraz to nowe gatunki wina :) .

10 lutego
Los Penitentes, wycieczka do Puente del Inca


Rano wsiadamy w autobus i jedziemy do Puente del Inca.

aconcagua puernte del inca.jpg Miejscowość słynie z gorących źródeł w których można pomoczyć nogi (jak ktoś bardzo chce to jest basenik gdzie można się zanurzyć po całości) - całkiem sympatyczne miejsce. Lokalny bazarek to niezła okazja do zakupu różnych pamiątek. Kilometr przed wioską (jadąc od Mendozy) warto zobaczyć jeszcze cmentarz andynistów (kogoś kto wspina się w Andach trudno przecież nazywać alpinistą czy himalaistą). Cmentarz robi na mnie piorunujące wrażenie - wiele tam całkiem nowych grobów i tabliczek. Przy niektórych wiszą buty, leżą łyżki czy śruby lodowcowe. Może i dobrze że nie trafiłam tu przed rozpoczęciem wspinaczki…

aco - cmentarz.jpg Wieczorem znowu wszyscy w komplecie siadamy do wspólnej kolacji. Pożegnalnej, bo następnego dnia wyjeżdżamy z Los Penitentes. Kolacja to typowy argentyński grill czyli mięso na ileś sposobów - można  umrzeć z przejedzenia. W ramach uroczystych przemów Marcin wygłasza werdykt jednoosobowego jury w swojej osobie i niektórym z nas przyznaje efektowne karabinki a`la Mc Giver (bo karabinek ma też scyzoryki i nożyczki). W kategorii największych głodomorów nagrodzony jest Robert, w kategorii największych makserów sprzętowych - Mundek (całą wyprawę przespał nie na karimacie, ale na zwykłej zwijanej... gąbce), ja dostaję karabinek w konkurencji kasłania (cóż, kaszel męczył mnie do samego końca) i zawziętości we wspinaczce na szczyt... Tak naprawdę nagrodę powinien dostać przede wszystkim Marcin - za koleżeńskość.

11 lutego - wyjazd z Los Penitentes


Po śniadaniu robimy ostatnie zdjęcia, a potem już nadchodzi czas pożegnań. Ja muszę dotrzeć do Buenos Aires, ale jeszcze po drodze chcę zobaczyć kilka miejsc, Marcin jedzie na razie ze mną do Mendozy, reszta odjeżdża w przeciwną stronę, bo ma samolot z Santiago de Chile. Wszystko się kiedyś kończy, czas wracać do kraju...

Back to top