Blog egipski
Hits: 5085

SAFAGA NAD MORZEM CZERWONYM

Tym razem nie będzie o zwiedzaniu zabytków i włóczeniu się z plecakiem. Pojechałam do Egiptu na tydzień ponurkować, pływać na windsurfingu i uczyć się kitesurfingu


25 października, niedziela


Osafaga-kajty.jpg, dzisiaj niedziela! Tutaj „niedzielą”, w znaczeniu dnia wolnego od pracy, przynajmniej w urzędach jest piątek, no bo to w końcu kraj muzułmański. Religię islamu deklaruje 80-90 % liczącego 80 mln społeczeństwa (te 80 mln to dane ze spisu w 2007 roku), ale trzeba pamiętać, że w Egipcie jest też 10-20 % koptów, czyli chrześcijan.

safaga-plaza.jpgJestem lekko padnięta, bo w hotelu zakwaterowaliśmy się o 3 rano, a już o 9 musieliśmy stawić  się na spotkaniu z rezydentką. Głupio się czuję jako pilot na wakacjach – aż mnie korci, by coś organizować, załatwiać, usprawniać, a tymczasem to koło mnie skaczą. Właściwie poszłam na to spotkanie głównie ze względów zawodowych – chciałam sprawdzić jak pracują rezydenci "Wezyra", czyli biura organizującego mój pobyt. Sprawdzian wypadł pozytywnie – nie jestem upierdliwą osobą, ale trochę różnych pytań do poniekąd sympatycznej rezydentki, Ani, miałam, a nie łatwo zbyć mnie byle czym.

Liczyłam, że odeśpię w samolocie zarwane z Warszawy noce, ale gdzie tam – trafiło mi się miejsce, koło pary młodych ludzi, z których dziewczyna była ok, za to chłopak – tragedia! Na każdy temat miał coś do powiedzenia, począwszy od budowy samolotu, na islamie skończywszy, przy czym na niczym nie znał się kompletnie, a że gada bzdury, do niego nie docierało. Gadał, tak i gadał, do mnie niestety też, przy czym nie przeszkadzało mu wcale, że próbuję spać – gadał jak nakręcony, prosto do mojego ucha. Na jego szczęście, właśnie gdy wyczerpała mi się cierpliwość, wylądowaliśmy w Hurghadzie.

Z lotniska do odległej o ok. 50 km Safagi przywiózł nas chłopak o imieniu Mohammed. Powiedział, że na te 80 mln mieszkańców Egiptu, jest ok. 15 mln Mohammedów! To najpopularniejsze egipskie imię.

safaga-pokoj.jpgHotelik o dumnej nazwie "Sol y Mar Paradise" okazał się bardzo w porządku. Niby cztery gwiazdki, ale jeśli chodzi o pokoje to według norm europejskich dałabym mu trzy (za ciasnotę w pokoju). Nadrabia otoczeniem i atmosferą, bo to właściwie wtopiony w zieleń kompleks bungalowów, przy czym my z naszego mamy do plaży jakieś 10 metrów. Ja co prawda na plażę chodzić nie zamierzam (przy moich planach nie będę miała czasu), za to mój Tato pewnie chętnie skorzysta.

Ci którzy mnie znają, pewnie się zdziwią, co robię na wczasach, i to z Tatą? No więc jakiś czas temu pomagałam jednemu z biur podróży robić katalog, no i zamiast pieniędzy umówiliśmy się na dwa miejsca na wyjazd do Egiptu. Myślałam o swoich rodzicach, no ale Mama ze względów zdrowotnych jechać nie mogła, więc przyjechałam z Tatą. Cieszę się, bo mam wyrzuty sumienia, że ciągle w Warszawie brakuje mi czasu na sprawy rodzinne, a tu można wreszcie na spokojnie pogadać.

Dzień minął mi głównie na załatwianiu spraw związanych z naszym pobytem. Załatwiłam Tacie wycieczkę do Luxoru (nie chcąc przepłacać w hotelu wykupiłam ją w biurze na ulicy - taniej a program ten sam), potem zaś ustaliłam sprawy związane z moim kursem kitesurfingowym, wypożyczeniem deski windsurfingowej i nurkowaniem, bo przecież coś trzeba tu robić. Myślałam, że jeszcze dzisiaj popływam sobie na desce, ale kiepsko wiało, uznałam więc że szkoda kasy, aby tak tylko bujać się po falach.
"Zaprzyjaźniłam się" za to z miejscowym wielbłądem, który stoi czekając na turystów (15 euro za godzinną przejażdżkę). Z sympatycznych zwierzaków jest tu (a właściwie w sąsiednim hotelu "Holiday Inn") osiołek o imieniu "Bonsai", który pracuje ciągnąc po molo wózki z butlami dla nurków.

Po południu wybrałam się do hotelowego fitness clubu aby poćwiczyć. Nie ukrywam, że nie znoszę biegania, no ale plany przyszłorocznej wspinaczki na Everest i tego, że nie mogę tam kondycyjnie nawalić, motywuje. No więc poszłam do owego „klubu” spodziewając się tam Bóg wie czego, a tymczasem okazało się, że w sali pilnowanej przez pięciu kolesi stoją raptem dwa urządzenia, z czego jedne zepsute. Na szczęście bieżnia działała! Tyle, że akurat miałam dziś jakiś kiepski dzień, a poza tym w sali ćwiczeń klimatyzacja ledwo zipie, więc biegało mi się fatalnie i już po pierwszych 3 km myślałam, że wyzionę ducha. Na dodatek przyszedł chłopak z obsługi i jakby nic zaczął mi opowiadać o swojej żonie, Polce, z którą właśnie się rozwodzi. Po prostu o niczym innym nie marzę, przydeptując sobie z wysiłku język, jak o zabieraniu głosu w dyskusji, jakie są Polki.

Najciekawsza w ciągu dzisiejszego dnia była jednak wyprawa do InterContinentalu, hotelu w którym mieszka ekipa polskich windsurferów, w tym dwie osoby, które znam (jedna z nich to Renatka – koleżanka z Wyborczej). W linii prostej między moim skromnym hotelem a super „wypasionym”, pięciogwiazdkowym InterContinentalem jest jakieś 8 km, jednak dotarcie tam to cała wyprawa. Problem w tym, że w ramach dbałości o bezpieczeństwo, hotele pogrupowane są w tzw. wioskach turystycznych, do których lokalne autobusy nie mają prawa wjazdu, a InterContinental położony jest na zupełnym odludziu, daleko od miasta i od głównej drogi. Kiedy zapytałam w recepcji swojego hotelu jak się tam dostać, oczywiście usłyszałam, że taksówką, za jedyne 12 euro. Ma się rozumieć miałam zupełnie inny pomysł na spożytkowanie takiej kasy, zapytałam więc o zwykły transport lokalny, na zasadzie, że najwyżej końcówkę pokonam na piechotę.  Odpowiedź była standardowa, czyli że to niemożliwe, niebezpieczne, i że jedyna opcja to właśnie taxi.

No cóż, jak mi ktoś mówi że coś jest niemożliwe, to tylko bardziej się nakręcam, bo nie ma rzeczy niemożliwych, a co jak co, ale jakieś doświadczenie w samodzielnym jeżdżeniu po krajach arabskich mam. Zaraz po kolacji poszłam na drogę za hotelem i złapałam busika służącego za środek transportu dla lokalesów. Podjechałam nim do stacji autobusowej w Safadze, o ile można tak nazwać miejsce, gdzie na chodniku koczują obstawieni tobołkami ludzie. Przy okazji przeżyłam szok, bo kierowca busa nie mając reszty, nie wziął ode mnie zapłaty! Arabowie ogólnie są uczciwi, ale w miejscach turystycznych takie gesty to jednak rzadkość.

Następny etap drogi miałam pokonać w bijou czyli w wysłużonym Peugocie pełniącycm funkcję zbiorowej taksówki, w tym przypadku wożącej pasażerów na trasie Safada – Hurghada. W samochodzie było już kilku pasażerów (znowu – sami faceci), dzięki czemu w miarę szybko ruszyliśmy (samochód rusza się, jak się zapełni). Siedziałam na przedzie razem z kierowcą i jeszcze jakimś gościem, tak więc miałam pod pełną kontrolą to, co się dzieje przed maską. A działo się wiele, bo na dobry początek omal nie przypakowaliśmy w wyładowaną owocami furgonetkę. Potem poziom adrenaliny utrzymywała mi kosmiczna prędkość jaką gnaliśmy - jaka, nie wiem, bo oczywiście prędkościomierz nie działał. Tak w ogóle to kierowca tylko od czasu do czasu (raczej rzadko) włączał światła, ale to w Egipcie normalne. 

W sumie to jechaliśmy tak przez pustynie kawał drogi i już się nawet zaczęłam zastanawiać, czy oby na pewno kierowca myśli o tym samym InterContinentalu co ja (w końcu w odległej o 60 km Hurghadzie też może być hotel o takiej nazwie), kiedy samochód z piskiem opon stanął przy jakiejś odbijającej w bok drodze. Chwilę potem stałam sama na tym tonącym, w tym przypadku dosłownie w egipskich ciemnościach, pustynnym pustkowiu z dźwięczącą mi w mózgu piosenką Kuby Sienkiewicza ze słowami: "co ja tutaj robię?". InterContinental nawet już było widać – mniej więcej 3 km z przodu majaczył jego neon. No cóż, skoro obiecałam Renatce, że wpadnę, nie było wyboru, ostro ruszyłam „z buta”. Przeszłam z kilometr, gdy dotarłam do posterunku z opuszczonym szlabanem i umundurowanymi chłopakami z kałaszami, którzy powiedzieli, żebym poczekała, bo na pewno coś zaraz przyjedzie i oni mi załatwią stopa.  Czekałam sobie tak z kwadrans, siedząc na wyniesionym przez wojaków fotelu i obserwując z hasające dwa metry ode mnie szczury (potem okazało się że przy sąsiednim  w stosunku do mojego  hotelu Holiday Inn, są jeszcze większe szczury, bardziej spasione), kiedy wreszcie coś nadjechało. Nie ważne że z przeciwnej strony, czyli od hotelu. Był to samochód odwożący personel, ale kierowca za 5 funtów (jakieś 3 zł), zgodził się zawrócić i mnie podrzucić. Mało tego – powiedział, że za 15 funciaków zabierze mnie o umówionej godzinie z powrotem do mojego hotelu. Allah nade mną czuwa, bo gdyby nie ta propozycja, pewnie do rana bym z tego pustkowia się nie wydostała! Zawsze niby pozostawała taksówka, ale myślę że w nocy, spokojnie musiałabym liczyć za nią 30 eurasów.

Z wejściem do InterConinentala jak się okazuje nie jest wcale łatwo. Normalnie, za dnia, kiedy ktoś chce skorzystać z tamtejszej plaży czy bazy windsurfingowej, płaci się za to 15 euro! Na szczęście teraz już był wieczór, no i Renatka po mnie wyszła, weszłam więc jako jej gość. Mimo to i tak trzeba było najpierw zaliczyć bramkę "antybombową"  (dziwne, bo piszczało strasznie, a i tak nikt nie ruszył się, by sprawdzić co tam mam w plecaczku), potem zaś zarejestrować się w recepcji.

Szczerze mówiąc trochę mi było głupio, bo weszłam na te ekskluzywne, marmurowe salony, z ludźmi odstawionymi jak na przyjęcie u królowej, w koszulce, spodniach-bojówkach i sandałach trekingowych. Jakoś nie przypuszczałam, że będzie aż tak elegancko. W sumie to nie chciałabym spędzać wakacji w takim hotelu – wolę ten nasz, dużo skromniejszy, ale jakiś taki bardziej swojski i normalny.

Spotkanie z rodakami  było bardzo miłe. Przy piwku i Johnie Walker`ze pogadaliśmy  na różne tematy, wcale nie tylko windsurfingowe i szczerze mówiąc gdyby nie ten umówiony samochód, chętnie bym została dłużej (tym bardziej, że Renatka wspomniała o możliwości przewaletowania do rana).

Po powrocie w okolice mojego hotelu, zrobiłam jeszcze obchód okolicznych sklepików. Ceny nawet o połowę niższe niż w hotelu. Choćby taka pocztówka sprzedawana razem ze znaczkiem – w hotelu 10 funtów (2 dolce!), w sklepiku na zewnątrz 5, plus jeszcze jedna w prezencie.

Już miałam iść spać, ale na koniec spotkałam jeszcze, i to w naszym hotelu, ekipę chłopaków z Krakowa, którzy przyjechali na nurkowanie.  Pokazywali mi zdjęcia z nurów na wraku "Salem Express", na który ja się wybieram w czwartek. To taki prom niegdyś kursujący na trasie Safaga-Arabia Saudyjska, który w sztormową noc w grudniu 1991 roku wpłynął na rafę i w ciągu zaledwie 20 minut zatonął. Oficjalnie mówi się o 470 ofiarach, ale pewnie było ich więcej, bo statek był mocno przeładowany. Uratowało się 180 osób - część z nich wyłowiły jednostki, które wypłynęły na ratunek, innym udało się dopłynąć do całkiem odległego brzegu. Mimo wszystko to makabryczne, że miejsce będące podwodnym cmentarzem (bo wielu ciał nie udało się wydobyć), to teraz rodzaj "atrakcji". No ale mnie też wrak ciągnie...  Krakowiacy mówili, że na wraku jest super widzialność. Im się pofarciło szczególnie, bo spotkali pod wodą delfiny – zrobili im nawet niesamowite zdjęcia! Mam nadzieję, że mnie też się uda zobaczyć te fantastyczne zwierzaki.

26 października, poniedziałek


Dzisiaj miałam rozpocząć swoje szkolenie kite surfingowe (dla niewtajemniczonych – chodzi o pływanie na desce, przy czym za napęd służy przypominający małą paralotnię latawiec, jaki kajciarz trzyma w rękach).
 
safaga-ryba1.jpgW sumie to szkolenie nawet rozpoczęłam, ale z czterech planowanych godzin kursu wyszły tylko dwie, bo za słabo wiało. Coś mam pecha – to już moje trzecie podejście do kite`ów, a poprzednie, jeszcze w Polsce, nie wypalały właśnie ze względu na wiatr. W końcu po dwóch razach w Zatoce Puckiej obiecałam sobie że szkoda czasu – jadę tam gdzie wiatr jest stuprocentowo pewny. Wybrałam Safagę, bo to miejsce słynące z dobrych warunków wiatrowych - z tego względu rozgrywano tutaj windsurfingowe Mistrzostwa Świata. Statystyki mówią, że średnio w roku 70 proc. dni ma wiatr o sile między 4 a 7 stopnie w skali Beauforta, przy czym najlepszy okres na kitesurfing lub windsurfing to okres od października do grudnia (czyli teraz), kiedy przeciętna siła wiatru wynosi 5-5,5 B. To teoria, bo nikt nie wie co się stało - w efekcie anomalii pogodowych od 2 tygodni  nie wieje prawie wcale, a prognozy zupełnie się nie sprawdzają.
  
Dziś może nie było tak tragicznie, bo wiało ze 3 Beauforty, ale jak na kite`a to i tak za słabo. Zresztą rano nikt nie przypuszczał, że tak będzie. O umówionej 8.30 zjawiłam się w bazie kite`owej, potem zeszła się reszta ekipy, i po zapakowaniu się  na stateczek  – popłynęliśmy w siną dal. Ekipa to dwie sympatyczne Austriaczki-lesbijki, trzy pary francuskie, łysy Angol i Rosjanin, wyraźnie ucieszony, że przynajmniej ze mną może sobie pogadać,  bo nikt inny na łodzi rosyjskiego nie panimajet.

Naszym celem była wyspa Tobia – biała plama oblana niesamowicie błękitną wodą. Wyspa jest zupełnie bezdrzewna – jest tam tylko bardzo  jasny, drobny piasek i nic więcej. Ponoć to jeden z najlepszych tutaj spotów kite`owych, no ale jak wspominałam - nie dane mi było tego doświadczyć.

safaga-z maska.jpgPonieważ do południa z wiatrem było zupełnie beznadziejnie, zakotwiczyliśm przy rafie i kto chciał, mógł sobie posnorklować,  czyli popływać z płetwami, z fajką i maską.  O dziwo, nikt poza mną nie chciał, ale kapitan łodzi stwierdził, że no problem – mamy czas, więc on popłynie ze mną. Siedzieliśmy w wodzie bite dwie godziny i było re-we-la-cyjnie (może poza tym, że mi maska ciekła i co chwila musiałam wylewać z niej wodę). Rybek było mnóstwo – kolorowe papugoryby (nazwa pochodzi nie od kolorów, a od zakrzywionego dzioba którym łamią twarde korale), angelfish`e (dosł. „ryby-anioły”), clown-fish i mnóstwo innych, których nie znam. Poza tym trafił się też wąż morski. Same korale też są obłędne z tymi przeróżnymi barwami i formami. Jedne przypominają zwoje mózgowe, inne kapustę albo kwiat róży. Poza tym niesamowita jest woda – błękitna, przejrzysta, no i ciepła – 28 stopni!  Szkoda, że Bałtyk taki nie jest. Szczerze mówiąc nurkowanie na rafie było najciekawszym punktem dzisiejszego dnia.

Po obiedzie (na łodzi był kucharz), zapadła decyzja, że zamiast na wyspie, do której dopłynęliśmy, ćwiczyć będziemy jednak przy normalnym brzegu, bo tam wieje mocniej. Popłynęliśmy więc na spot koło już mi znanego InterContinentala. Dokładniej – chodzi o ciągnącą się przez 2 km plażę zwaną Creasi Beach, gdzie  nawet 800 m od brzegu woda potrafi być po pas, co zwłaszcza dla uczących się ma znaczenie.

safaga-start kajta.jpgFaktycznie nieco się rozwiało, tak więc aż roiło się już tam od latawców! Przez pierwszą godzinę chodząc w wodzie po pas uczyłam się manewrować kitem. Na początek dostałam takiego małego, normalnie służącego do jeżdżenia za nim na… desce snowboardowej (taki kite-board na śniegu), a potem, jak się okazało że jakoś mi idzie, nadmuchaliśmy normalny latawiec i bawiłam się nim. Jak na razie nie jest to trudne – manewruje się tzw. barem, czyli drążkiem za pomocą kolorowych oznaczeń podpowiadającym jak go trzymać (czerwona część z lewej, zielona z prawej). Zobaczymy jak będzie jutro - mam ćwiczyć manewrowanie latawcem na głębokiej wodzie.

Po powrocie poszłam sobie jeszcze na fitness. Podobnie jak i wczoraj zmachałam się strasznie, bo w tym upale czułam się jak w saunie, poza tym bieżnia sprawia wrażenie, że lada chwila się rozsypie, no ale jakoś te 40 minut biegu przerobiłam. Mam już nawet swoich kibiców – chłopców od robienia masaży, którzy mnie ostro dopingują. Po skończonym bieganiu powiedziałam im, że kiepsko mi się biega, bo jest bardzo gorąco. I co usłyszałam? Że gorąco jest, bo nie włączona była klimatyzacja! Kiedy spytałam, dlaczego nie włączyli, widząc że spływam potem, stwierdzili, że przecież nie prosiłam. Ręce i nogi opadają...

Po kolacji pojechaliśmy z Tatą do Safagi. Kierowca busa chciał nas skasować na 40 funtów, ale nie daliśmy się wrobić - powiedziałam, że wiem jaka jest lokalna cena przejazdu, czyli 1 funt! Chcieliśmy do centrum, jednak okazuje się, że na słowo „centrum” kierowcy nie reagują, bo trzeba mówić „downtown” . Po prostu jak w Nowym Jorku, albo Los Angeles. „Downtown” okazało się raptem jedną ulicą z oświetlonym na zielono meczetem, podłym hotelikiem nazwanym, a jakże, "Hilton" (!) i kilkunastoma sklepikami dla lokalesów, bo turyści wolą nie wychodzić ze swojego hotelowego getta. Mnie najbardziej spodobały się kafejki wypełnione facetami grającymi w domino lub oglądającymi to, co akurat leciało na wystawionych telewizorach. Do jednej z takich kafejek, takiej z typu tych najbardziej obskurnych, oblężonych przez Egipcjan w długich galabijach i turbanach, zaprosiłam Tatę na kawę. Oczywiście jak to bywa, od razu wywołaliśmy sensację, no bo Europejczycy takie miejsca omijają. Zamówiliśmy herbatkę i kawę (w czystość szklanek nie wnikaliśmy), za co zapłaciliśmy w sumie równowartość 2 zł! Kawa była rewelacyjna – bardzo mocna, z dużą ilością fusów, z dodatkiem kardamonu, tyle że podobnie jak i herbata, od razu odgórnie, jak to tutaj  w zwyczaju, hojnie posłodzona. Na koniec zrobiliśmy sobie jeszcze zdjęcia z szefem lokalu i wyjątkowo chętną do fotografowania męską młodzieżą.

A teraz jeszcze scenki hotelowe...
Połowa  turystów naszego hotelu to Rosjanie. Tylko połowa, bo to przeciętny hotel - w takich pięciogwiazdkowych Rosjanie stanowią zdecydowaną większość. Druga dominująca nacja to Niemcy. Swoją drogą ciekawe zjawisko – 60 lat temu obydwa narody były zaciekłymi wrogami, a teraz wspólnie popijają drinki i na plaży zajmują sąsiednie leżaki. Inna sprawa, że jedni i drudzy raczej się nie mieszają, choć to akurat może ze względów językowych.

A oto przed chwilą zaobserwowane dwie scenki z udziałem braci zza Buga:
1)    Przychodzi facet do baru. Zamawia Cuba libre (rum z kolą), ale kiedy barman robi mu drinka, żąda wzmocnionej porcji alkoholu. Barman pyta: -Russia? Facet potakuje, a barman dolewa mu rumu. Kiedy Rosjanin odchodzi, barman wyjaśnia (też stoję po Cuba libre, choć w wersji "standard"), że jak się Rosjanom nie naleje podwójnej dawki, to potrafią się awanturować.

2)    Przychodzi dziewczyna do sklepu. Za ladą stoi przystojny Egipcjanin, który widać, że już wcześniej wpadł jej w oko. Dziewczę  z języków zna tylko rosyjski, chłopak rosyjskiego ni w ząb. No ale Rosjanka się nie zniechęca. –Moja padruga gdie to paszła. Zachadi – mówi, pisząc przy tym numer pokoju. Chłopak przez moment się waha (powiedzmy sobie szczerze, dziewczyna nie jest specjalnie atrakcyjna), ale widać stwierdza, że skoro łup sam mu się pcha w ręce, to szkoda nie skorzystać. Kiwa głową. Dziewczyna wychodzi, zaraz potem chłopak zamyka sklep i też idzie – jej śladem.

27 września, wtorek


Dziś Tato pojechał do Luksoru – wycieczka ruszała o 4.45, więc za bardzo sobie nie pospał. Za to ja wyspałam się za wszystkie czasy, choć trochę się we śnie zmachałam, bo śniło mi się… pływanie na kajcie.

safaga-kajciarz.jpgBogu (Allahowi?) dzięki, że trochę lepiej od rana wiało. Z tego też powodu chętnych na kite`y było więcej niż wczoraj. Doszli jeszcze m.in. Włosi i Niemcy, tak więc zupełny międzynarodowy mix. Inna sprawa, że i tak gadam głównie z Aleksiejem (przy okazji ćwiczę rosyjski) i z koleżankami lesbijkami z Austrii, bo dziewczyny dużo podróżują, więc mamy sporo wspólnych tematów. Aleksiejowi opowiedziałam o wczorajszym wypadzie do Safagi - jemu jakoś w ogóle nie przyszło do głowy, że jest tu w pobliżu jakieś miasto, do którego można się wybrać. Jest tu już drugi raz, a nie wychodził jeszcze poza hotel!

Dzisiaj już nie płynęliśmy na żadną wyspę, tylko od razu na spot koło InterContinentala. Niestety, dziś nie za bardzo mi szło. Z przygotowaniem latawca do żeglowania (trzeba go nadmuchać, podwiązać odpowiednio linki i wreszcie przymocować linki do uprzęży, którą ma się na sobie) problemów nie mam, ale niestety, mój „nietoperz” (bo tak mi się mój kite kojarzył – cały czarny) ciągle lądował w wodzie. Na dodatek okazało się, że mam fatalny przy tym sporcie odruch ściągania linek do siebie, więc przy każdym lądowaniu latawiec ciągnął mnie jeszcze po wodzie, robiąc ze mnie namiastkę żywej torpedy. Nie jest to zbyt miłe, zwłaszcza przy dnie na którym są kawałki rafy, więc mimo że wchodziłam do wody w butach windsurfingowych, i tak jestem ździebko pokancerowana. Poza tym opiłam się przy takich okazjach ogromnych ilości wody morskiej, bo ciągnięty przez wiatr latawiec naprawdę potarfi mocno sponiewierać. Raz miałam ślizg twarzą po wodzie przez kilkanaście metrów! Inna sprawa, że od dzisiaj już jestem bardzo „bojowo” ubrana na zajęcia – w piance (woda ma 27 stopni, ale jak się tak w niej postoi na wietrze, to nie jest za ciepło), kamizelce ratunkowej, w trapezie (taka uprząż z hakiem do wczepiania się do latawca) i w kasku.
 
safaga-johann.jpgAle wracając do samego latawca – wiadomo, że jak się położy, to trzeba go postawić, no i tu się zaczyna główny problem, bo z tym to już u mnie w ogóle klęska. Żadne to pocieszenie, że Johann (instruktor) uspokaja mnie, że to przez ten słaby wiatr (wiała czwóreczka – na windsurfingu bym się cieszyła, a tu „słabo”) - nie lubię jak mi coś nie wychodzi. Inna sprawa, że ja po prostu Johanna często nie rozumiem, tym bardziej że to Francuz, więc francuskojęzyczne wstawki, wcale mi nie pomagają, a z jego angielskim też nie jest najlepiej. Łudziłam się, że może po obiedzie będzie lepiej, ale jak na złość, ledwo weszliśmy z powrotem do wody, wiatr osłabł i zapadła decyzja że się zwijamy i wracamy.

Po powrocie poszłam wyładować resztkę swojej energii na bieżni. Dziś już byłam mądrzejsza, tzn. poprosiłam chłopców z obsługi o włączenie kilimy, więc od razu lepiej mi się biegało.   Niestety na szóstym kilometrze (chciałam dobiec do 10) dano mi do zrozumienia, że obsługa chce iść do domu. Niby pół godziny przed oficjalnym zamknięciem, ale stwierdziłam że nie chcę uchodzić za jakąś jędzę, więc odpuściłam.

Dziś idę wcześniej spać. Aleksiej zaprosił mnie na kawę do Holidaya, ale wymówiłam się właśnie niedospaniem.                                                              


Późnym wieczorem


safaga-luksor.jpgTato wrócił z wycieczki ok. 22, więc jeszcze poszliśmy na drinka. Wycieczkę nawet chwalił. Wszystko poszło sprawnie, ale w konwoju jednak jechali. Dziwne, bo wcześniej mówiono, że już od pół roku autokary turystyczne jeżdżące na wycieczki do Luxoru lub Kairu nie muszą jeździć w strzeżonych przez samochody policyjne konwojach. Jakby nie było to właśnie w Luksorze, dokładniej - w świątyni Hatszepsut w listopadzie 1997 roku terroryści  zamordowali 58 turystów (i 4 Egipcjan). Oczywiście nie znaczy to że Egipcjanie to terroryści - wręcz przeciwnie, bo przecież duża ich część żyje z turystów, a każde takie zdarzenie to podcinanie gałęzi na której siedzą.

Wracając do wycieczki Taty. Przyjechali po niego punktualnie, potem przesadzili do busa z innymi Polakami i mówiącym po polsku Egipcjaninem-przewodnikiem, no i wszystko co trzeba zobaczyli (świątynia w Karnaku, Dolina Królów, itp.). Z wiedzą merytoryczną przewodnika co prawda nie było najlepiej, za to jak to zwykle w krajach arabskich przewodnik wykazywał dużą aktywność w różnych swoich biznesach - naciągnął grupę na dodatkowo płatny rejsik po Nilu (10 dolców - jeszcze nie tak źle, ale chodzi o fakt), no i nie obyło się bez zaliczenia kilku sklepów – z papirusami i alabastrem. W papirusach Tato dał się naciągnąć na  zakupy - potem, w sklepie niedaleko hotelu, okazało się, że "promocyjne" ceny z "wytwórni", tutaj są o połowę tańsze.

28 października, środa


Odpuściłam kite`a. Raz, że znowu wiatr siadł, więc mój instruktor sam mi zasugerował, że niczego się nie nauczę, a dwa, że doszłam do wniosku, że nauka na migi nie ma sensu - trzeba będzie umówić się z jakimś polskojęzycznym instruktorem.

safaga-lezaki.jpgChodząc na śniadania o 8 rano, nie mogę się nadziwić, ile osób jest już o tej porze na plaży! Kompletnie nie mogę pojąć, jak można tak całymi dniami smażyć się na słońcu! Większość tych ludzi i tak jest już spieczona na maksa i żeby nie wiem co, więcej się już nie opali, a takie leżenie w największym skwarze to przecież straszna mordęga. I to tak dzień w dzień, od rana do zachodu słońca, w 35 stopniach lub nawet więcej! Kto o ósmej jeszcze nie rozkłada swojego ciała na materacu, to przynajmniej zajmuje leżak – jak wracam ze śniadania o 8.20, już właściwie nie ma wolnych miejsc!

Poranek spędziłam w bazie kite`owo-windsurfingowej. Aleksiej chce kupić kite`a, tak więc Felix, szef bazy, pokazywał nam różne ich modele i patenty na konserwację. Pośrednicząc w rozmowach jako tłumacz rosyjsko-angielski, staję się powoli specem od kite`ów typu „Bandit” (produkcja francuska).

safaga-deska.jpgOkoło południa, zgodnie z prognozami, zaczęło wiać. Nie za wiele, ale zawsze – regularna „czwóreczka” (4 w skali Beuaforta). W tym układzie wzięłam deskę i mimo, że nie były to warunki ślizgowe, całkiem fajnie sobie popływałam. Szczerze mówiąc nigdy wcześniej nie żeglowałam na desce na takiej fali – zawsze to coś nowego. Poza tym dobry był układ wiatru – wiało równolegle do brzegu, można więc było  śmigać połówką (półwiatrem), to w jedną, to w drugą stronę.

Niestety, po obiedzie wiatr siadł i z dalszego pływania były nici. W tej sytuacji pogadałam sobie z Mario z bazy nurkowej. Humor poprawiła mi lektura treści naklejek sprzedawanych w Diving Center – takie nurkowe złote myśli. Na przykład: „Nawet najgorszy dzień na nurach jest lepszy od najlepszego dnia w pracy”. Albo: „Mój mąż mówi że mam do wyboru:  albo przestać  nurkować, albo mnie zostawi. Będę za nim tęsknić!”. 

Wieczorem umówiłam się z Renatą i resztą ekipy windsurfingowej z InterConinentala na wypad do Safagi. Przyjechali po mnie wynajętym mikrobusem i pojechaliśmy do znanego już mi „downtown”. Znajomy sklepikarz wcisnął mi dwie kolejne koszulki ze znakiem "Uwaga, rekiny!", wypiliśmy kawę, popatrzyliśmy na stłuczkę samochodów wiozących weselników, trochę połaziliśmy i trzeba było wracać. W sumie miły wieczór, no bo to fajna ekipa. Chętnie bym się kiedyś wybrała z nimi na deskę, choć może niekoniecznie do InterContinentala.

29 października, czwartek


Boże, właśnie zobaczyłam w lustrze jak jestem opalona.  To że mam widoczne rękawki  i nogawki od krótkiej pianki, a i jeszcze paski od sandałów na stopach, to pal sześć , bo to u mnie standard jak chodzę w T-shirtach i krótkich spodenkach. Najgorszy jest jednak brzuch! Dzisiaj, korzystając z tego, że i tak jestem na łodzi i nie ma dokąd pójść, masochistycznie przeleżałam na słońcu dwie godziny, wystawiając do słońca przednią część ciała, na maksa odkrytą. Sama nie wiem jak to się stało, chyba cień od burty statku sprawił, że mam teraz opalone pół brzucha, a żeby było ciekawiej – po przekątnej. Wygląda to nawet nie tyle obciachowo, co po prostu śmiesznie.
 
safaga-gotowi.jpgNa łodzi byłam, bo popłynęłam na nurkowanie organizowane przez przyhotelową bazę nurkową „Paradise Divers”.  Było super, bo i stateczek w porządku (nazwany dumnie „Prince Ali”), ekipa fajna (m.in. Katherina i Willy – Szwajcarzy poznani wcześniej na kajtach), no i udane nury.

Pierwsze nurkowanie było na wspominanym już wraku „Salem Express”, czyli tego promu, który w 1991 roku zatonął wioząc wracających z Mekki pielgrzymów. Ponoć jego uratowany kapitan, ukarany wyrokiem więzienia za uchybienia w obowiązkach, popełnił samobójstwo. To chyba rzeczywiście trudne - żyć z psychicznym obciążeniem, że doprowadziło się do śmierci ok. 500 ludzi!

safaga-wrak.jpgStatek leży przewrócony na bok całkiem płytko – widać go już spod powierzchni, pierwsze elementy pokładu są na głębokości 10 metrów, a w najgłębszym miejscu są 32 metry. W otwartej ładowni (to właśnie przez nią wpłynęła woda tak szybko zatapiąc jednostkę) widać samochody, z boku na piasku leżą dwie nieodwiązane szalupy, dalej jakieś krzesła które wypadły z restauracji. Do środka nie wpływaliśmy, bo wcześniej była prośba, aby tego nie robić ze względu na szacunek dla zmarłych. Nie wiadomo, ile ludzi spoczęło we wnętrzach kadłuba na zawsze - do tej pory są tam walające się walizki i różne rzeczy osobiste.

Podwodnej fauny za dużo nie było, ale widzieliśmy niesamowitą rybę – żabnicę olbrzymią, która kamufluje się tak, że w życiu nie powiedziałabym że to ryba. Ponieważ wygląda jak koral i nie ucieka, więc spokojnie na jej obleśnym cielsku można nieopatrznie położyć rękę (choć ogólnie jest zasada, że niczego pod wodą się nie dotyka). Poza tym było też mnóstwo igliczni – to z kolei takie ryby wyglądające jak cienki, kilkunastocentymetrowy ołówek, oraz mające jakieś 80 cm długości rybisko określone w moim zakupionym wczoraj mini-atlasie ryb (za 30 funtów egipskich można kupić taką pomoc naukową w języku polskim) jako „pieperka piękna” (nazwę łacińską sobie daruję).

safaga-nury.jpgNa drugiego nura już nie wszyscy popłynęli, bo podczas briefingu (odprawy) nastraszono nas silnym prądem. Rzeczywiście prąd był, ale bez przesady. Kiedyś, w Sharm El Sheikh przeżyłam prąd przypominający ssanie wodnego odkurzacza, przy którym nic nie można było zrobić, natomiast to co było tutaj, było wręcz przyjemne. Chyba największą trudność, psychologiczną, dla większości ekipy stanowiło to, że trzeba szybko wyskoczyć z płynącego statku, od razu się zanurzając, a potem dopłynąć pod wodą do miejsca gdzie ma kotwiczyć. Ponieważ nie miałam pary (Szwajcarzy odpuścili), przygarnęli mnie Niemcy - doświadczeni i super wyekwipowani nurkowie, z którymi zresztą bardzo fajnie się pod wodą zgrałam. Bałam się jedynie, żeby nie dać plamy, z koniecznością wcześniejszego niż oni wychodzenia, ale okazało się, że kiedy mój buddy, czyli patner musiał się wynurzać mając w butli już tylko 40 barów, ja miałam jeszcze 80! Inna sprawa, że dzisiaj wzięłam sobie nitrox, specjalną mieszankę, która zwykle kosztuje drożej, ale tutaj w ramach promocji była akurat w cenie zwykłej butli z powietrzem. Na używanie nitroxu  potrzebny jest specjalny kurs potwierdzony licencją – ja zrobiłam te uprawnienia dwa lata temu, ale dopiero po raz pierwszy udało mi się z nich skorzystać. W każdym razie faktem jest, że mając nitrox dłużej można siedzieć pod wodą, a poza tym po nurkowaniach nie boli głowa.

No ale wracając do tego co było na tym drugim nurkowaniu. Zaczęliśmy od wraku statku „El Khafain”, który zatonął w 2005 roku. W czasie wejścia na rafę była na nim tylko załoga, a ponieważ po wypadku kadłub jeszcze długo unosił się na wodzie, było dużo czasu, aby załogę uratować. Niemniej kapitan poszedł na dno wraz ze statkiem – nie wiem w końcu dlaczego tak wyszło, czy może tak chciał? W stosunku do wraku „Salem Express” tu akurat nie było za wiele do oglądania – dużo ciekawsza była rafa pocięta labiryntem korytarzy i kanionów. Podwodny prąd okazał się fajny, bo aby płynąć nie trzeba było nawet machać płetwami - właściwie to czułam się jak na wycieczce, na której nic nie robię, tylko leżę z założonymi rękami i patrzę na zmieniające się widoki.
Rybki były raczej małe – najwięcej wdzięcznych, żółtych ustników (tak się nazywają) i pomarańczowych wiewiórczaków, a do tego pełno różnych rodzajów korali. Po drodze był jeszcze jeden „wrak”, to jest przypominający kupę desek jakiś rozbity niby-żaglowiec, czy raczej szalupa, w każdym razie nic szczególnego.

Później, po wynurzeniu i zdjęciu sprzętu (jacketu z butlą), poszłam ponurkować już tylko z maską i fajką. Wcześniej nie mogłam robić zdjęć, bo coś mi się stało z moją obudową do aparatu pozwalającą na fotografowanie do głębokości 40 metrów, no ale bez obudowy mój aparacik można wziąć do 10 metrów, więc na snorkling jest ok. Właściwie to czatowałam na dwie rybki – jedna z nich to nieduży, bo około 20 cm, ale ładny, lśniący różnymi kolorami wargacz Kluzingera, a druga to już sporo większa rogatnica Picassa – śliczna rybka, dość bojowa w zachowaniu, taki morski rozbójnik przeganiający inne ryby, które wejdą na jej terytorium (jedna chciała przegonić nawet mnie!).

A tak na marginesie – pod wodą wszystko wydaje się jakieś 30 % większe, tak więc nawet malutka rybka wygląda na nieco większą. Pytałam naszego divemastera jak tam z rekinami, bo występują w tym rejonie określane jako niebezpieczne żarłacze, a także rekin młot. W odpowiedzi usłyszałam, że owszem są, ale wypadków nie ma. Szkoda, że nie udało nam się spotkać rekinów! Inna sprawa, że widziałam kiedyś żarłacza na Polinezji i wcale takie sympatyczny nie był.

30 października, piątek


safaga-ja na desce.jpgDziś w planach miałam dzień windsurfingowy, ale znowu prognozy wzięły w łeb i zamiast zapowiadanych 5 stopni w skali Bauforta wiała jedynie słaba trójeczka. Wzięłam deskę jedynie na godzinę, głównie w celach ćwiczebnych, bo specjalnie poprosiłam o taką o małej wyporności, czyli mało stabilną, nie wybaczającą błędów, zwłaszcza przy zwrotach. Poza tym doszłam też do wniosku, że pływanie w samym kostiumie, bez trapezu, którego na takie warunki nie muszę zakładać, to świetna okazja żeby wyrównać moją nieco pasiastą opaleniznę. Finał jest taki, że już nie mam brzucha opalonego na ukos, za to zaczęła złazić mi skóra.

Odkryciem dnia była mini-rafa przy starym molo, ze 30 metrów od plazy. Jedyną pozostałością po tej budowli są wystające z morza słupy, na które dzisiaj przypadkowo trafiłam, z nudów snorklując w masce i z fajką. Porośnięte fajnymi koralami, przyciągają masę ryb i muszę przyznać, że robią wrażenie wcale nie gorsze niż odległe rafy, na które trzeba płynąć statkami. W sumie to wpadłam na te niesamowite słupy przez przypadek, bo poszłam szukać wielkiego morskiego żółwia, o którym się tu ciągle opowiada, a który przypływa w okolice starego mola codziennie rano. Ja też przyszłam go zobaczyć, ale niestety, okazało się, że już za późno, bo kolega-żółw odpłynął (normalnie pojawia się około 9-tej, a dochodziła  10). Szkoda - jutro spróbuję wcześniej.
 
Tato dla odmiany miał dzień wypoczynkowy po wycieczce do Kairu. Mordercza to wycieczka – wyjazd był o 22.45, wrócili ok. 1-ej w nocy, czyli po 26 godzinach w drodze. Już się nawet zaczęłam denerwować, bo w końcu co i rusz słyszy się o wypadkach egipskich autokarów. Jak się okazało powodów obsuwu było kilka, m.in. zepsuty autobus. Co do samej wycieczki to w programie było Muzeum Egipskie, piramidy i sfinks, no ale jak to zwykle w Egipcie bywa, przewodnik nie przepuścił okazji, by zawieźć grupę do kolejnej wytwórni papirusów, za słoną dopłatą - wsadzić kogo się da na wielbłądy, a potem (też za ekstra kasę – 10 dolców od osoby) zabrać ekipę na panoramiczny rejs statkiem po Nilu. Przy okazji  też niecnie Tatę oszukano – facet od wielbłądów uparł się, żeby rozmienić mu na drobne 100 funtów. Dla świętego spokoju Tato się zgodził, a dopiero w hotelu okazało się, że sprytny Egipcjanin wydał kasę po części nie w funtach lecz w piastrach (odpowiednik naszych groszy, które w Egipcie są w przypadku nominałów 25 i 50 piastrów - papierowe). Problem polega na tym że 50 piastrów to banknot, który spokojnie można pomylić z 50 funtami. Sama miałam taki przypadek na łodzi nurkowej, kiedy chcąc zapłacić za obiad i dodać jeszcze napiwek, wyciągnęłam wielkopańsko pięćdziesiątkę, no i czekałam na resztę. Tymczasem chłopak z obsługi też czekał, patrząc na mnie jakbym z księżyca spadła. Okazało się, że to co myślałam że jest 50 funtami, było właśnie 50 piastrami. Na szczęście obok siedzieli zaprzyjaźnieni Szwajcarzy, którzy poratowali mnie z kasą. Zwróciłam im wieczorem, w ramach procentu dając jeszcze polskie piwo (przywieźliśmy z sobą, bo nie wiedzieliśmy czy na miejscu będzie jakiś alkohol).

O tych oszustwach z pieniędzmi powiedziałam zaprzyjaźnionemu sprzedawcy ze sklepu z przyprawami. Siedzieliśmy sobie popijając karkade, czyli tradycyjną herbatkę z hibiskusa, a potem z granatów (zresztą zaraz potem ją kupiliśmy), no i mówiliśmy o naszych wrażeniach z Egiptu. Jak doszliśmy do opowieści o funtach i piastrach, poczciwy Abdullah zaczął przepraszać, mówiąc że nie wszyscy Egipcjanie są tacy. Powiedziałam mu, że dobrze o tym wiem, zresztą nadal uważam za Arabów za ogólnie bardzo uczciwych ludzi, no ale niezależnie od kraju - tam gdzie są turyści zawsze znajdą się też tacy, którzy szukają szybkiego i łatwego zarobku.

31 października, sobota
W samolocie


Według planu już od 7 godzin powinniśmy być w Polsce. No ale nie jesteśmy, bo zmieniono nam loty. Wczoraj po południu dostałam smsa, że zamiast samolotem o 4.30 lecimy o 15.30. W sumie w niczym nam to nie przeszkadzało, choć uważam, że o takich niespodziankach organizator powinien informować jednak wcześniej (ja często mam poukładane wszystko na styk i dzień w plecy oznacza wiele komplikacji w moim kalendarzu). Pomyślałam sobie, że jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo mając extra jeden poranek, przynajmniej zobaczę żółwia. Chodzi o tego żółwia, który codziennie przypływa na plażę koło starego mola, ale jakoś jak na razie nie dane mi było go zobaczyć.

Pełna zapału wstałam z łóżka skoro świt, spakowałam się i o 8.30 zakładałam płetwy, żeby tym razem nie spóźnić się na randkę z żółwiem. Nadeszła  9, czyli godzina kiedy żółw normalnie przypływa, a tu nic. Chętnych do zobaczenia żółwiska było zresztą wielu, wymienialiśmy więc sobie wzajemnie informacje, czy już się pojawił.  0 9.15 nadal żółwia nie było, za to ja  w ferworze podwodnych poszukiwań rozharatałam sobie nogę. Bynajmniej nie w ramach harakiri z rozpaczy że nie ma gada, ale po prostu zawadzając nogą o pordzewiałe gwoździe pomostu. Piekło mnie strasznie, bo to przecież mocno słona woda, ale pal sześć, co tam noga – ważniejszy żółw. O 9.30 wyszłam z wody, zawiedziona brakiem żółwia, za to z nogą całą we krwi. Po prostu pech.  Żółwia nie zobaczyłam, noga boli, a rana wygląda tak, że nie wiem czy nie przybędą mi nowe dwie blizny, bo nie wygląda to najlepiej.

Ponieważ nieszczęścia chodzą nie parami, a stadami, kiedy wyjeżdżaliśmy, pojawił się WIATR. Wiatr na który czekałam przez cały tydzień! Byłam wściekła, bo wsiadając do autobusu na lotnisko, widziałam surfujące deski i kajty. Na pocieszenie poznani w samolocie chłopcy, którzy przyjechali na kite`y do innej, słynnej wśród kajciarzy miejscowości El Gouna, też mówili że nie pływali bo nie było wiatru.  Nie to, żebym się cieszyła, że innym coś się nie udało, ale stara to prawda, że „nic tak nie cieszy jak nieszczęście przyjaciela”.

A co do samolotu. Nie wiem kto tak fajnie wymyślił, ale transfer na lotnisko dano nam z takim wyprzedzeniem, że zanosiło się na cztero i pół godzinne czekanie w mało ciekawym terminalu lotniska w Hurghadzie. Na szczęście Mohammed – mówiący po polsku Egipcjanin który nas pilotował, zgodził się na zatrzymanie w nowo otwartym centrum handlowym na obrzeżach Hurghady. Nie to, żebyśmy się nastawiali na jakieś specjalne zakupy (choć kupiliśmy trochę egzotycznych owoców – kakę, gujawy, granaty, daktyle i herbatkę z hibiskusa), ale ciekawie było zobaczyć jak wyglądają takie centra handlowe w wersji egipskiej.  Szczerze mówiąc nie różnią się od naszych, ceny też podobne, oczywiście poza lokalnymi owocami, które są dużo tańsze niż u nas.

Po zakupach zebrało się nam z Mohammedem na ploty na tematy męsko-damskie. W Egipcie, jak to w krajach, gdzie rządzi szariat, czyli islamskie prawo religijne, mężczyźni mogą mieć do czterech żon, oczywiście o ile poprzednie się zgodzą, a faceta stać na ich utrzymanie (oddzielne mieszkania, taki sam poziom życia materialnego dla wszystkich etc.). W praktyce oznacza to, że tylko nieliczni pozwalają sobie na wielożeństwo (wg Mohammeda ok. 1 proc. Egipcjan) i to raczej w wyjątkowych wypadkach. Na przykład jeśli pierwsza żona nie może mieć dzieci, a że kulturowo posiadanie potomka (najlepiej syna) jest bardzo ważne, bezpłodna kobieta jak najbardziej akceptuje układ spróbowania z drugą. Swoją drogą coraz więcej jest w Egipcie małżeństw mieszanych. Oczywiście chodzi o układ Egipcjanin z cudzoziemką, bo Egipcjanka z cudzoziemcem raczej nie, co narzucają względy religijne, dla miejscowych wciąż istotne (facet-muzułmanin może ożenić się z kobietą innej wiary, ale kobieta-muzułmanka już tylko z facetem-muzułmaninem).

Przy okazji zeszło też na to, jak są postrzegane turystyki, zwłaszcza te dość skąpo się ubierająjące czy opalające się topless. Mohammed potwierdził to co i tak wiedziałam, czyli że biała kobieta postrzegana jest jako „łatwa” i często szukająca „wrażeń”, a faceci cóż, tacy są, że z okazji korzystają. Zdaniem Mohammeda aż 70-80 % Rosjanek przyjeżdża do Egipty z nastawieniem na seksualne przygody. Ile Polek nie pytałam, ale jednoznacznie wynikało, że też nie jest to rzadkość. To zresztą żadna nowość, bo jeszcze w dawnych czasach, kiedy pilotowałam wycieczki do Turcji, też w każdej grupie miałam panie, które nie stroniły od bliskich kontaktów z lokalesami, przy czym wcale nie było to tylko młode dziewczyny i wcale nie tylko stanu tzw. wolnego. Nie będę roztrząsała tego tematu, bo daleka jestem od jakichkolwiek ocen, ale nie da się ukryć że taka damska sex-turystyka to zjawisko coraz bardziej widoczne i częste. Inna sprawa że na pewno w przypadku Polek nie jest to tak masowe, jak w odniesieniu do koleżanek ze Wschodu, a poza tym Polki są jednak subtelniejsze w swoim zachowaniu (przynajmniej nie ubierają się i nie malują tak prowokująco). W każdym razie zanim zaczniemy krytykować Arabów za ich przyjazdy do Polski „na dziewczynki”, weźmy pod uwagę, że w drugą stronę to też działa.

A tymczasem dolatujemy już do Warszawy… Z przygodami, bo po przyjeździe na lotnisko okazało się, że samolot ma odlecieć… pół godziny wcześniej niż widniało na bilecie, a jak przyszło co do czego, to przetrzymano nas prawie godzinę w samolocie gotowym do startu, więc w rezultacie i tak mamy obsuw. Poza tym wyszło jeszcze zamieszanie z bagażem. Okazuje się, że we wspaniałych liniach egipskich Air Memphis można mieć tylko 15 kilogramów bagażu (dowiedziałam się o tym dopiero na lotnisku), a ja miałam jednak sporo więcej (płetwy, trapez windsurfingowy, pianka etc. trochę ważą). Ponieważ praktycznie wszyscy mieli nadbagaż, więc przy stanowisku stał sprytny Egipcjanin, który ładując walizy na wagę dyskretnie szeptał do ucha ile mu dać do ręki. Ze mną jednak mu nie wyszło, bo powiedziałam, że idę się na bok przepakować i wtedy okazało się, że... jest ok, waga już nie jest isotna. Co jak co, ale obsługa lotniska po mistrzowsku umie wyciągać pieniądze. Na przykład w toalecie – pod tabliczką z napisem, że toaleta jest gratis stoi pan i domaga się pieniędzy. Pewnie bym mu dała, no ale czytać umiem, a zasady są zasadami.

Koniec pisania, bo lądujemy. Pilot zapowiedział właśnie, że w Warszawie mamy 3 stopnie C. Drobna różnica w stosunku do 37 stopni, które były dzisiaj w Safadze! 



Back to top