W górach Ruwenzori
Hits: 5949

 UGANDA

Opis trekingu i wspinaczki w górach Ruwenzori, których najwyższy szczyt - Mt Margherita (5109 m n.p.m.) to trzeci co do wysokości szczyt Afryki, dużo trudniejszy od popularnego Kilimandżaro. Najciekawsza w Ruwenzori jest jednak roślinność - to właśnie był główny powód wpisania Parku Narodowego Ruwenzori na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

ruw - w drodze.jpgNiniejszy blog jest częścią składową blogu prowadzonego na wyjeździe do Afryki (Burundi, Rwandy i Ugandy) w listopadzie i grudniu 2009 roku (można go znaleźć tutaj ). Ze względu na specyfikę górską, odmienną od części ogólnopodróżniczej, postanowiłam go jednak oddzielić od reszty wyjazdu.

Zdjęcia z wyprawy w większym formacie można obejrzeć w "Galeriach" albo klikając tutaj


Na wstępie krótki słowniczek wyrazów pojawiających się w tekście:
- RMS – skrót od Rwenzori Mountaineering Services – biuro wydające zezwolenia na wspinaczkę i trekkingi, monopolista w organizowaniu wypraw w góry Ruwenzori
- permit – zezwolenie (np. na trekking czy wspinaczkę)
- trekking – wędrówka po górach, ale bez wspinaczki wymagającej specjalistycznego sprzętu
- porter – tragarz, bagażowy (w cenie permitu w Ruwenzori dostaje się jednego na osobę)
- ranger – strażnik parku narodowego
- camp – obóz, w tym przypadku miejsce noclegu, co oznacza chatki i miejsce na namioty
- liofilizaty – specjalne jedzenie będące bardziej zaawansowaną formą chińskich zupek. Dobre liofilizaty (my mieliśmy super dobre – firmy Travellunch, którą naprawdę szczerze polecam),  to niewiele ważące torebki, do których wlewa się wrzątek i po 10 minutach ma się naprawdę smaczne i pełnowartościowe dania obiadowe
- bluet, epigas - rodzaje turystycznych kuchenek gazowych
- wodery – gumowe spodniobuty używane normalnie przez wędkarzy, ale w górach Ruwenzori wręcz niezbędne do wędrówek
- mzungu, muzungu – w Afryce Wschodniej tak mówi się o białych turystach (obie formy są poprawne, a którą z nich się stosuje, zależy od regionu i dialektu)
- lokalesi - miejscowi
- różnice poziomów - chodzi o metry w pionie, różnicę między najwyższymi i najniższymi punktami do których dociera się danego dnia

Z myślą o tych, którzy będą chcieli skorzystać z naszych doświadczeń, podaję czasy przejść zakładane w oficjalnym informatorze parkowym, jak i osiągane przez nas. My akurat chodziliśmy dość szybko, ale robiliśmy sporo przerw fotograficznych.
Podane wysokości oparte są na jednym z folderów wziętym z biura RMS, choć materiały z innych źródeł (choćby inny folder RMS) podają minimalnie inne dane.

I dzień trekkingu

Z Nyakelengija (1615 m n.p.m.) do Nyabitaba Hut (2651 m)

Różnice poziomów: 1036 m
Czas przejścia wg przewodnika: 5 godzin
Rzeczywisty czas naszego przejścia: 3,5 godziny


Przejazd z Kasese do siedziby biura Parku Narodowego Ruwenzori


ruw-z daleka.jpgDziś po raz pierwszy, biorąc mój cały pobyt w Afryce, wyspałam się! Spaliśmy do 7.15. Po dobrym śniadanku (w cenie noclegu) zbieraliśmy się właśnie do odwiedzenia mieszczącego się przy głównej ulicy w Kasese biura RMS, gdy okazało się że czeka nas miła niespodzianka – przysłano po nas samochód. Mało tego, po załatwieniu wszelkich formalności i wpłaceniu pieniędzy, dowiedzieliśmy się, że nie musimy kombinować z szukaniem taniego transportu do miejsca startu na trekking, bo ów samochód parkowy zabierze nas za darmo. Miłe, chociaż później wyszło na to, że i tak samochód musi tam pojechać w związku z jakimiś sprawami służbowymi.

Dobrze, że tak nam się pofarciło, bo wcale nie łatwo byłoby dojechać do gór - trzeba odbić spory kawał (kilkanaście kilometrów) od głównej szosy. Potem jest już tylko pełna wybojów gruntówka - mija się plantacje bananów i kawy (to dla lokalesów gł. źródło dochodu), wioski złożone z byle jak skleconych domów krytych trawą. W każdym razie żegnaj cywilizacjo! Do normalnego (czyli tego cywilizowanego) świata wrócimy pewnie za tydzień!


Około 18-tej, już na noclegu


Zaczęło się od formalności. W siedzibie Parku Narodowego, będącą zarazem kolejnym biurem RMS, sprawdzono nam permity, przepytano, czy mamy wszystko z podanej listy sprzętu (lina, raki etc.), po czym omówiono dokładnie trasę i przedstawiono przewodnika – sympatycznie wyglądającego faceta o imieniu Johnson.

ruw-przy bramie.jpgZ „książki wyjść” wynikało, że jedyni ludzie, jakich mamy okazję spotkać po drodze, to Australijczyk i Angielka, którzy wyszli w góry na jeden dzień i po noclegu w pierwszym schronisku wracają. Za to zupełnie przypadkowo wpadliśmy na ekipę wyglądających na doświadczonych górsko Słoweńców, którzy dzień wcześniej wrócili z trekkingu. Na pytanie jak było odpowiedzieli zgodnie i konkretnie: „Mokro!”. Potem przyznali, że łatwo nie było, ale ogólnie – podobało im się.

Ok. 11 ruszyliśmy. Już tylko z małym bagażem, bo duże plecaki mają zabrać przydzieleni tragarze. Swoją drogą przykro patrzeć na lokalesów tłoczących się przy płocie wokół biura RMS – to ci, którzy liczą na zatrudnienie w roli tragarzy. Niestety, my ze względu na budżet musieliśmy przyjąć wersję oszczędnościową i poza portersami, którzy nam „z urzędu” przysługują (w ramach opłaty każdy ma jednego tragarza mogącego zabrać 25 kg), nie mogliśmy już inwestować w kolejnych.

Dojście do miejsca, w którym znajduje się oficjalne wejście do parku narodowego, zajmuje około 45 minut. Najpierw idzie się jeszcze normalną drogą, mijając wioski i pola, potem zaś  otoczenie stanowi wyższa od ludzi tzw. trawa słoniowa (używa się jej tutaj jako element konstrukcji domów). Przy okazji Johnson pokazywał też płożące się cierniste rośliny, które po usunięciu kolców wykorzystuje się do wyplatania koszy albo jako sznurki. Zresztą wystarczy spojrzeć na „plecaki” lokalesów – to zwykłe sizalowe worki odpowiednio przewiązane właśnie tymi pnączami.

Od tablicy informującej, że jesteśmy już w parku narodowym, droga zaczęła się piąć ostro do góry. Co jakiś czas trzeba było pokonać rzeczkę (czasem po kamieniach, ale były też i mostki), no i wszędzie pełno było wystających korzeni i śliskich kamieni (nie ruw-kameleon.jpgwiedzieliśmy, że będą one już przez cały czas, do ostatniego dnia). W międzyczasie Johnson zapytał, czy chcemy zobaczyć kameleona. Pewnie, że chcieliśmy – w Europie mamy wprawdzie jeden gatunek kameleonów, ale jakoś nigdy ich nie widziałam (w Europie, bo gdzie indziej zdarzało mi się). Zaraz potem Johnson wszedł w krzaki i minutę później mieliśmy w rękach ślicznego, zielonego kameleona. Sądząc po groźnie rozwartym pysku eksponującym gamę uzębienia, zwierzak chyba nie był chyba zbyt zadowolony z faktu pozowania do zdjęć, szybko więc wróciliśmy mu wolność. Zadziwiające, jak Johnson wypatrzył tego gada? Pewnie to jakiś „dyżurny”, stały bywalec konkretnych krzaków. Swoją drogą ciekawy jest rodowód nazwy „kameleon” – wywodzi się ona od greckiego chamailéon, czyli „lew na ziemi”. Co jak co ale ja podobieństwa do lwa nie widzę.

A co do innych zwierzaków... W tym jeszcze stosunkowo nisko położonym lesie równikowym występują też lamparty, różnorakie małpy, w tym szympansy (ale łatwiej je usłyszeć, niż zobaczyć), no i słynne górskie słonie. Są mniejsze od krewniaków z sawanny i równie niebezpieczne. W parkowej broszurze ostrzega się nawet, że ze względu na dawne doświadczenia z kłusownikami, słynące z dobrej pamięci zwierzaki nie żywią zbyt ciepłych uczuć w stosunku do ludzi.W Ruwenzori żyje kilkanaście sztuk słoni, chociaż ze względu na płochliwy charakter, największa szansa jest na zobaczenie ich odchodów.

Przy okazji zapytałam Johnsona jak jest z bezpieczeństwem jeśli chodzi o ukrywających się w tutejszych lasach rebeliantów z pobliskiej Demokratycznej Republiki Konga (do 1997 roku - Zair). Właśnie z tego powodu w 2000 roku park zamknięto dla turystów - otworzono go znowu w 2001 roku. Teraz podobno jest już bezpiecznie - zresztą jak byłam kilka miesięcy temu w Kongo, w tamtejszym parku narodowym Virunga (pojechałam tam oglądać goryle górskie), kongijscy rangersi potwierdzali, że się trochę w ich kraju uspokaja.

ruw-przez las.jpgW ogóle tutejszy las jest niezwykły – prawdziwa dżungla, tętniąca życiem, trudna do przebycia gęstwina. Na wysokości 2499 m n.p.m. (czekałam specjalnie aż mój wysokościomierz pokaże taki wynik) zrobiliśmy krótki postój. Powiedzieliśmy Johnsonowi, że to pułap Rysów, najwyższej góry naszego kraju, i że u nas na takiej wysokości są już tylko gołe skały. Nie mógł uwierzyć! Tu jest las i trawa po pas!

Teraz już jesteśmy w obozie. Siedzimy na tarasie schroniska i popijając herbatkę patrzymy na tonące w chmurach góry. Przed chwilą skończyliśmy nasz liofilizowany obiadek – na pierwszy rzut poszła paella. Zastanawiałam się jak hiszpańskie danie narodowe wyjdzie w takiej górskiej wersji, ale ku mojemu miłemu zaskoczeniu – bardzo dobrze! O dziwo, nawet krewetek się w tej paelli doszukałam!

Zupełnie w inny sposób radzą sobie z jedzeniem nasi tragarze. Oprócz worka mąki z manioku, zabrali trzy żywe kurczaki i właśnie teraz jednego zabili zamierzając upiec go na ognisku. Nie będzie to proste, bowiem zaczęło lać. Dobrze że dopiero teraz – cały dzień, podczas wędrówki, było ładnie.

ruw-mycie zebow.jpgCo do naszego lokum... Określenie „schronisko” jest mocno na wyrost – bardziej adekwatne wydaje się mówienie o „samoobsługowej chatce”, której wyposażenie stanowi kilka piętrowych pryczy i stojący na tarasie stół z ławami. Jesteśmy w tym "apartamencie" sami, bo dla tragarzy i przewodników jest inna chatka, stojąca kilkadziesiąt metrów dalej. Ponieważ jest tu dość liczna ekipa budowlana (mają rozbudowywać camp), zaproponowaliśmy Johnsonowi, aby nie gnieździł się już wśród tłumu swoich pobratymców, tylko spał z nami. Trochę się krygował, że nie wypada, bo jesteśmy klientami, na dodatek białymi mzungu, ale po tym jak powiedzieliśmy że dla nas kolor skóry nie ma żadnego znaczenia, a poza tym jest naszym przewodnikiem, więc musimy o niego dbać, przyniósł swój śpiwór i zajął jedną z pryczy.

ruw-rest.jpgWieczór spędziliśmy wspólnie, to znaczy z Johnsonem. W ramach zacieśniania więzi międzynarodowych, zaprosiliśmy go na budyń „słodka chwila”. Jak się okazało, mający 38 lat Johnson (zaskoczenie, bo byłam pewna, że jest starszy od nas!), na co dzień uprawia jakieś swoje poletka, ale działa też społecznie jako pastor jednego z licznych tu kościołów protestanckich. Dokładniej – chodzi o mający korzenie w USA kościół o nazwie Pentecostal Assembles of God Mission, kładący nacisk na wiarę w Ducha Świętego. Widać, że nasz przewodnik jest dość mocno zaangażowany w sprawy religijne – mimo wyraźnych ciągot odmówił spróbowania whisky, którą mamy ze sobą w ramach prezentu od jednego z kolegów.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała o kwestie etnograficzne (to moje zboczenie  :-) ). Johnson jest z klanu Omukira, co oznacza biało-czarnego ptaka (z opisu kojarzyło mi się z perliczką), którego w ramach tabu ludzie z tego klanu nie mogą jeść. Jeśli chodzi o plemię, jest to Bakonjo [czyt. Bakondżo]. Tak brzmi to w liczbie mnogiej, bo jeden, pojedynczy przedstawiciel Bakonjo, to poprawnie Omukonjo. Jak się okazuje, w ramach małżeństw przedstawiciele różnych klanów (jest ich w Ugandzie ponad 50) mogą się z sobą mieszać, przy czym żona zostaje przy swoim klanie, ale dzieci przyjmują klan ojca.

Przy okazji poduczyliśmy się trochę mowy, jaką posługują się Bakonjo, czyli języka lukonjo. Oto kilka użytecznych słówek (wg zapisu fonetycznego):
- dzień dobry (rano)              łabuczire
- dzień dobry (po południu)    łasibire
- do widzenia                      łuczaje
- dziękuję                           łasindża
- proszę                             tunejo
- przepraszam                     łoroboro
- nie rozumiem                    singatajtelererja   (uff! trudne!)
- mam na imię…                  erinaljaje
- woda                               amajika
- daj mi…                           imba

Tak w ogóle to "Johnson" stanowi miano oficjalne, międzynarodowe, ale nasz opiekun ma jeszcze drugie, tradycyjne imię, czyli Sanyo (dokładnie tak jak słynna firma japońska  :-)  ). Niezależnie od imion stosuje się jeszcze dodatkowe określenia, na podstawie których ludzie z plemienia Bakonjo mogą rozeznać się kto jest którym dzieckiem w rodzinie. I tak:
- Baluku                   - pierwszy syn, pierworodne
- Bwambale              - drugi w kolejności syn
- Masereka               - trzeci syn
- Masika                   - pierwsza dziewczynka (córka)
- Biira                      - druga w kolejności dziewczynka
- Kabugho [kaburo]    - trzecia córa

Zgadało się też oczywiście o ślubach. Johnson nie ma żony i oczywiście, jak każdy w Ugandzie, narzeka, że ożenek to kosztowna sprawa. Ponieważ w plemieniu Bakonjo nie ma tradycji hodowania wielkich stad krów, za kobietę płaci się na ogół tylko 1-2 krowami (w innych plemionach, dla których krowy są ważne, cena żony wynosi 10 i więcej krów), albo po prostu kozami i gotówką. Poza tym rodzicom dziewczyny wypada dać jeszcze różne praktyczne upominki (ubrania czy coś do domu), no i przynieść spore ilości piwa bananowego zwanego tutaj obuabu, ewentualnie bimbru o nazwie waragi [czyt. łaradżi]. Po tym jak powiedzieliśmy Johnsonowi że w Polsce żony są za darmo, wyraźnie nabrał chęci, aby odwiedzić nasz kraj.

II dzień trekkingu 

Z Nyabitaba Hut (2651 m) do John Matte Hut (3505 m)

Różnice poziomów: ok. 1000 m (do różnicy obozów między obozami trzeba dodać ponad 100 m jakie robi się schodząc do wiszącego mostu)
Czas przejścia wg przewodnika: 7-8 godzin
Rzeczywisty czas naszego przejścia: 6,5 godziny

Rano


ruw-liofiliza.jpgSiedzimy na tarasie naszej chatki i jemy śniadanko. Poza kanapkami z topserkiem wsuwamy jeszcze liofilizat śniadaniowy- musli pomarańczowe. Całkiem dobre i nieźle zapychające.

Zrobiło się całkiem ładnie – naprzeciw widać wznoszące się ponad granicę zielonej dżungli szczyty masywu Portal (najwyższy - 4627 m), natomiast w gąszczu tuż koło nas hasają małpki. Według Johnsona to tzw. blue monkey, czyli wg angielskiej nazwy niebieskie (w rzeczywistości szare, ale w niektórych gatunkach oświetleniowych ich futerko może sprawiać wrażenie niebieskiego). Polska nazwa jest bardziej precyzyjna - naukowo to: koczkodan czarnosiwy, z rodziny makakowatych.


Wieczorem

Jesteśmy tylko 50 km od równika, a tymczasem siedzę w dwóch polarach i trzęsę się z zimna. Inna sprawa, że termometr w moim zegarku wskazuje 10 stopni, czyli może nie jest tak źle, a zimno mi trochę na własne życzenie, jako że zachciało nam się kąpać w górskiej rzece. Wczoraj wieczorem odpuściliśmy mycie (bo zimno), ruw-mycie.jpgdzisiaj rano też (powód ten sam), uznaliśmy więc że jedyny moment żebyśmy zadbali o higienę wypada wtedy, kiedy jesteśmy rozgrzani. Jak wymyśliliśmy, tak zrobiliśmy. Po dojściu do obozu zrzuciliśmy plecaki, wzięliśmy ręczniki i poszliśmy do pobliskiej rzeki. Woda w rzece zimna, aż wykręcało nogi, ale bohatersko się po całości wykąpaliśmy i jeszcze zrobiliśmy pranie! Pranie było konieczne, bo dziś już człapaliśmy w błocie. Niestety przewodnik nie zasugerował nam założenia woderów, tak więc jesteśmy ubłoceni po kolana, a nasze trekkingowe buty są kompletnie mokre. Teraz musimy dogadać się z portersami, aby wysuszyli nam wszystko przy ognisku.

Ogólnie - fajny dzień! W oficjalnym informatorze piszą, że to najtrudniejszy dzień na całym trekingu, ale szczerze mówiąc wcale nas nie zmęczył. Teoretycznie liczy się na niego 7-8 godzin, my zrobiliśmy go w 6,5, z licznymi postojami na zdjęcia i dość długi lunch. W ramach lunchu poczęstowaliśmy Johnsona polskimi kabanosami (bardzo mu smakowały). To w rewanżu za pyszne awokado, które on z kolei dał nam wczoraj.

ruw-most.jpgWyruszyliśmy na trasę o 8.45. W nocy było nawet ciepło, choć to może zasługa dobrego śpiwora. Na początku doszliśmy do połączenia szlaków (miejsce, do którego wrócimy za kilka dni zamykając pętlę dookoła gór), po czym droga zaczęła schodzić ostro w dół, prowadząc do wiszącego mostu przerzuconego przez rzekę Mubuku. W sumie trzeba było „spaść” około 100 metrów w pionie, a potem owe 100 metrów różnicy poziomów nadrobić. Z tym „spadaniem” to w moim przypadku wyszło dość dosłowne, bo rzeczywiście fatalnie się zwaliłam. Powodem była drabinka. Drewniana, więc w tym mokrym klimacie śliska jak cholera. Na chyba drugim stopniu rozjechały mi się nogi i poczułam, że lecę. Wyglądało to groźnie, bo poleciałam głową w dół, a na dole były kamienie. Zwykle w takich sytuacjach myślę o… swoim aparacie fotograficznym i tak było też i teraz. Kiedy przerażony Johnson zapytał, czy wszystko w porządku, zamiast mu odpowiedzieć, sprawdzałam, czy mój Canon działa. Również kiedy Adaś podszedł zobaczyć jak z moją głową i nogami, dla mnie ważniejsze było żeby poszukał filtra, który odpadł od obiektywu.

Głowa i nogi rzeczywiście mnie bolały, bo glebnęłam solidnie, przeszła mi więc nawet przez myśl, że to już koniec mojej przygody z Ruwenzori (drugiego dnia! - trochę głupio!). Na szczęście okazało się, że nie jest tak źle – po kilkunastu minutach doszłam do siebie i można było ruszyć dalej.

ruw-droga.jpgPo drodze nie mogliśmy się nadziwić się tutejszej roślinności. Najpierw zmieniliśmy strefę lasu równikowego na las bambusowy, potem zaś rozpoczął się tzw. las wrzoścowy, złożony z niesamowitych drzew, na których wiszą porosty nazywane „brodą starca”. Takiego lasu jeszcze w życiu nie widziałam!

Wędrówka nie jest prosta, bo ścieżka wprawdzie jest, ale pełno na niej powalonych drzew, leżących na ziemi żerdzi, o mokrych, a przez to śliskich kamieniach i błocie nie wspominając. Gdzieniegdzie niby są drabinki, ale po dzisiejszym upadku podchodzę do nich z dużą rezerwą, tym bardziej że wiele szczebelków jest spróchniałych i źle przybitych.

Co do dzisiejszej chatki to jest to stojąca na malowniczej polanie całkiem porządna konstrukcja z dwoma pomieszczeniami, w tym pokojem „stołowym” (bo stół rzeczywiście w nim stoi) i zastawioną pryczami „sypialnią”. Wprawdzie znowu jesteśmy tu sami, ale może tu przenocować kilkanaście osób.

Póki co to zjedliśmy sobie obiadek (liofilizowana wołowina po węgiersku – bardzo dobra) i siedząc w ciemnym wnętrzu rozświetlanym palnikiem naszego blueta czekamy aż zagotuje się woda na herbatę. Mamy towarzystwo – właśnie Adaś przegonił szczura. Nie myszę, tylko właśnie szczura.


Wieczorem

ruw-ii oboz.jpgO tzw. zachodzie słońca (gwoli ścisłości słońca widać nie było) staliśmy przez dłuższy czas z Adasiem na tarasie naszej chatki patrząc na nadciągające chmury. Rewelacyjnie to wyglądało – nadziągająca powoli biała „ściana” niby-waty, w której stopniowo tonęły kolejne góry, aż w końcu zginęło w tej mgle również i nasze najbliższe otoczenie.

Zaraz potem zaczęło lać. Bogu dzięki na dzisiejszej trasie deszcz nas oszczędził. Dwa razy wprawdzie zaczęło siąpić, ale podobnie jak i wczoraj, ledwo ubraliśmy peleryny – przestało. Za to teraz leje równo i z taką siłą, że wydaje się że przedziurawi dach. Ciekawe jak po takiej ulewie jutro będzie na bagnach?

A co do deszczu, to w końcu nie na darmo tutejsze góry mają opinię wyjątkowo deszczowych i wilgotnych - ponoć każdego roku na ten długi na 125 km i szeroki na 65 km masyw spada około 2500 cm opadów (deszczu, gradu, śniegu), przy czym bywa że jest to 375 mm miesięcznie! W tej sytuacji nie dziwi, że szczyty gór zasłonięte są przez chmury statystycznie przez 300 dni w roku.

ruw-leje.jpgZresztą sama nazwa: "Ruwenzori" w języku miejscowego plemienia oznaca "góry deszczowe", "góry tworzące deszcz". Inna popularna w różnych źródłach nazwa to z kolei "Góry Ksieżycowe", co z kolei jest zasługą Ptolomeusza, słynnego greckiego uczonego, mieszkającego w Aleksandrii, który już w II wieku n.e. pisał o niejakich Launa Montes mających być źródłami Nilu. Przyjmuje się, że starożytnemu naukowcowi chodziło właśnie o Ruwenzori. Co do źródeł Nilu to rzeczywiście w Ugandzie jak najbardziej reklamuje się, że to tutaj słynna rzeka bierze swój początek, ale byłam już przy tylu źródłach Nilu (także w Burundi, Rwandzie, Etiopii), że już nie wiem, które są te najwłaściwsze. W każdym razie prawdą jest, że ściekające stąd wody tworzą potoki i rzeczki które w dalszym biegu wpadają do jeziora Wiktorii, a stamtąd wypływają już jako Nil Wiktorii.

No ale skąd nazwa "Księżycowe"? Szczerze mówiąc większość pytanych przeze mnie znaców regionu... nie wiedziała! Gdzieś w internecie dokopałam się do wersji, że to dlatego, że najłatwiej szczyty dojrzeć w nocy, przy świetle księżyca (bo jest mniej chmur niż za dnia), ale to chyba nieco naciągane. Dużo lepsza jest według mnie wersja twierdząca, iż dawniej lokalesi nie umieli sobie wytłumaczyć, czym jest śnieg na szczytach gór i uważali że to ściągnięte przez góry światło księżyca. Johnson też się skłania ku właśnie tej interpretacji.

ruw-zielono mi.jpgA tak skoro wspomniałam o Ptolemeuszu, który już w starożytności niby wiedział o tym masywie, to ciekawe, jak długo potem była to "biała plama" w wiedzy o Afryce. Za pierwszego Europejczyka, który zobaczył Ruwenzori uważa się angielskiego podróżnika Henry Mortona Stanleya - stało się to dopiero w roku 1888. W rzeczywistości Stanley był w tych okolicach już 3 lata wcześniej, ale miał pecha, no bo jak to tutaj zwykle bywa - szczyty były zasłonięte przez chmury. Tyle że Stanley wcale się tu nie wspinał - na pierwsze wejścia na szczyty trzeba było poczekać do roku 1906, co stało się zasługą niezwykłego Włocha jakim był Książę Abruzji (albo: Książę Abruzzów), Luigi Amadeo di Savoia.

W rzeczywistości biali prawdopodobnie bywali tu już wcześniej, ale cóż, nie wszyscy znają się na marketingu, autopromocji, a czasem po prostu brakuje szczęścia, aby się wylansować  :-).  Są też tacy, którzy nie bywali, za to o górach tych słyszeli. Z kronik wiadomo, że już słynny grecki historyk - Herodot, kiedy w 457 roku p.n.e. przebywał w Egipcie, dowiedział się o jeziorze bez dna, które zasilane jest przez wody wypływające spomiędzy dwóch strzelistych szczytów (może chodziło o niedalelkie jezioro Alberta, z którego rzeczywiście czasem widać dwa wierzchołki). Potem z kolei, w I wieku n.e., ceniony geograf Marinus z Tyru, usłyszał się od jakiegoś kupca greckiego, że po 25 dniach podróży udało mu się jakoby dotrzeć do dwóch jezior (może chodziło o leżące po sąsiedzku jeziora Edwarda i Jerzego?), niedaleko których były ośnieżone góre uważane za źródła Nilu. Jeśli kupiec nie blefował to niezłe odkrycie - 17 wieków przed Stanleyem!

ruw-las 3.jpgI na koniec jeszcze kilka informacji o Ruwenzori:
- powierzchnia założonego w 1991 roku Parku Narodowego Gór Ruwenzori to 996 km kw, czyli ok. 99,600 ha
- 70 % powierzhni parku znajduje sie na wysokości ponad 2500 m n.p.m.
- aż 25 szczytów w górach Ruwenzori przekracza wysokość 4500 m
- czasem liczy się Mt Margherita (5109 m) i Mt Alexandra (5083 m) nie za dwie odrębne góry, tylko za dwa wierzchołki jednej - nazywanej w takim przypadku tak jak i cały masyw - Mt Stanley
- to w Ruwenzori znajduje się: trzecia co do wysokości góra Afryki (Mt Stanley z wierzchołkami Mt Margherita i Mt Alexandra), czwarta (Mt Speke - 4889 m) i piąta (Mt Baker - 4843 m)
- w przeciwieństwie do Kilimandżaro mającego wulkaniczne pochodzenie, Ruwenzori to góry zrębowe uformowane ok. 2 mln lat temu w wyniku wypiętrzenia tektonicznego
- szacuje się, że za dwie, maksimum trzy dekady, w szczytowych partiach Ruwenzori już nie będzie wiecznego śniegu i lodu


Przed snem


Wertując przewodnik (mam z sobą „Ugandę” z anglojęzycznej serii wydawnictwa Bradt) przeczytałam Adasiowi zamieszczony w rozdziale o Ruwenzori list jakiejś czytelniczki, która opisała swoje wejście na Mt Margherita. Ogólnie sprowadzało się to do narzekań na niekompetencję lokalnych przewodników – że nie znają drogi, nie znają języka, nie mają stosownego ekwipunku i absolutnie nie gwarantują bezpieczeństwa. Zobaczymy jak będzie w części ruw-plyty.jpgwspinaczkowej w naszym przypadku, ale trzeba przyznać, że jak na razie do Johnsona nie można mieć zarzutów. Angielski zna całkiem dobrze (zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jest samoukiem), tempo dopasowuje do nas, w trakcie drogi stale ogląda się czy wszystko z nami w porządku. Okazuje się, że aby zostać przewodnikiem, najpierw trzeba odsłużyć swoje jako tragarz. Warunki do uzyskania miana przewodnika nie są jednak zbyt trudne – podstawowe kryteria to jako taka znajomość angielskiego, świetna kondycja i uczciwość. Zapytałam jak z umiejętnościami wspinaczkowymi? Johnson pochwalił się, że on akurat należy do grupy przewodników, którzy zaliczyli szkolenie zrobione im na lodowcu przez Amerykanów.

Skoro mamy takiego dobrego przewodnika, to czemu by nie zrobić poza Margheritą jeszcze jednego szczytu? – podkusiło mnie. Po przejrzeniu mapy (dość schematycznej, bo dobrej nie sposób było dostać) i zajrzeniu w kalendarz, zaproponowałam, by do naszych planów dołożyć (oczywiście za dodatkową kasę, bo inaczej się tu nie da) np.  Mt. Albert (5101 m) albo Mt Alexandra (5083 m) - szczyty oddzielone od Mt Margherita (5109) lodowcami. Tu jednak pojawił się problem, bo Johnson stwierdził że to trudne wspinaczkowo góry, a poza tym ich nie zna. Dobrze że się przyznał, bo nie mamy odpowiedniego sprzętu, by ładować się w zupełnie dziewiczy teren z dużymi trudnościami (nie mówiąc o tym, że mamy tylko 20 m liny, co na Margheritę starczy, ale do ruw-przewieszka.jpgzrobienia dłuższych dróg, wielowyciągowych, już nie). W tej sytuacji pięciotysięczniki masywu Mt Stanley trzeba odpuścić, ale zapytałam o Mt Speke (4890 m). Tu już Johnson stwierdził, że pomysł jest realny, ale to długie i żmudne wejście, a góra raczej nas nie zadowoli, bo nie jest specjalnie ambitna, zaś widokowo będzie podobnie do Margherity. Zamiast Speke`a padła natomiast propozycja góry zupełnie w innej części Ruwenzori, a mianowicie Mt Baker (4843 m). Również i tam nie ma wprawdzie żadnej ambitnej wspinaczki, ale wejście jest ponoć fajne i trochę wysiłku jednak wymagające, a co najważniejsze – są ładne widoki na lodowcowy masyw Stanley`a.

Pomysł nam się spodobał! No ale że Baker wymaga całego jednego dnia, a nie za bardzo chcemy dopłacać dyrekcji parku za ten kolejny dzień (150 dolców od osoby). Ostatecznie domówiliśmy się, że Johnson na tym rzecz jasna skorzysta, natomiast żeby zyskać jeden dzień, jutro zrobimy od razu dwa etapy, czyli pójdziemy do Elena Hut bez planowanego wcześniej noclegu w Bujuku Hut. Krótko mówiąc zamiast według oficjalnej rozpiski pięciu godzin wędrówki, zapowiada się 8, choć Johnson twierdzi że z naszym tempem może uda się szybciej. 

Dzień III

Z John Matte Hut (3505 m) do Elena Hut (4541 m)

Różnice poziomów: 1036 m
Czas przejścia wg przewodnika: 8 godzin
Rzeczywisty czas naszego przejścia: 7,5 godziny (w tym czas na poszukiwania tragarki) 

ruw-las 2.jpgPrzebudzenie było całkiem miłe – w chatce było prawie 10 stopni, czyli jak na 3500 m n.p.m. całkiem przyzwoicie. Na dodatek po wyjściu na zewnątrz powitało nas przebijające się przez chmury słońce (nie przebiło się jednak, zresztą aż tak dużych oczekiwań w Ruwenzori nie mam).

Ogólnie mówiąc był to kolejny super dzień, choć długi i nie ma co kryć, że dość wyczerpujący. No ale to na własne życzenie, czyli po tych wczorajszych uzgodnieniach że robimy „dwa dni w jednym”, pomijając nocleg w Bujuku Hut (3962 m).

Wyruszyliśmy przed 9-tą, zaczynając od przejścia w bród wartko płynącej rzeki. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że tego dnia co chwila będziemy pokonywać mniejsze i większe rzeki i strumienie. Nie był to jednak problem, z racji tego, że tym razem od samego rana wystartowaliśmy w naszych woderach (wędkarskich kaloszo-spodniach)

, więc bez przeszkód mogliśmy brodzić po wodzie. Wbrew naszym wcześniejszym obawom okazało się, że całkiem dobrze się w takich mega-kaloszach idzie i wcale nie jest w nich gorąco i niewygodnie. Jedyny problem w moim przypadku stanowi to, że ponieważ nie do kupienia były rozmiary dopasowane do mojej stopy (nr 38), człapię w buciorach o trzy numery za dużych, nie za bardzo wierząc stabilności kroku na śliskich kamieniach.

ruw-ja na bagnach.jpgSzczególnie spodobało mi się dziś przejście bagien. Teoretycznie były dwa bagniska, przedzielone stromym podejściem, czyli tzw. Lower Bigo Bog i Upper Bigo Bog (w skrócie: Dolne i Górne Bagno). W rzeczywistości było jeszcze jedno, tyle że bez nazwy. Aż trudno uwierzyć, że na wysokości 4300 m mogą być takie tereny – w Europie na zaledwie 3000 są tylko skały i lodowce!

W każdym razie jeśli brać pod uwagę buddyjskie teorie, to w poprzednim wcieleniu byłam chyba żabą, bo jakoś dużo radości sprawiało mi człapanie bo błocie. Błoto było zwykle po łydki, ale ruw-skok.jpgzdarzało się i głębsze – dwa razy wciągnęło mnie po uda. Aby uniknąć błota można było skakać między kępami traw, co też czyniliśmy, ale po pewnym czasie stało się to dość męczące i ryzykowne (kępy są wysokie, przez co w razie poślizgnięcia się, albo zjechania z nich i tak lądowało się w błocie). Na niektórych odcinkach w błoto były rzucone bale – wtedy bardzo przydawały się kijki, pomagające w utrzymaniu równowagi, by z tych śliskich beli nie zwalić się do błotnistego bajora.

Zaskoczeniem był długi, całkiem solidny pomost, jaki władze parkowe ustawiły na jednym z bagnisk. Fakt, bardzo upraszcza on poruszanie się, ale szczerze mówiąc jeśli za kilka lat przez całe bagna będą takie pomosty, już nie będzie takiej frajdy. Ciekawe, jak będą góry Ruwenzori wyglądać za kilkanaście lat? Teraz są zupełnie dzikie, nieskomercjalizowane. Nas akurat cieszy świadomość, że poza nami na tym wielkim obszarze nie ma póki co żadnych innych turystów. Ale na pewno wkrótce zaczną tu ludzie przyjeżdżać – wystarczy trochę skutecznego marketingu. Spotkany w pierwszym obozie szef RMS opowiadał nam o ambitnych planach polepszenia tutejszej infrastruktury, rozbudowania campów, zrobienia nowych szlaków. Oby nie wyszło z tego drugie Kilimandżaro, które lubię, ale które dużo traci na tym że jest zadeptywane każdego dnia przez dziesiątki osób.

ruw-lobelia.jpgDzisiejszy dzień przyrodniczo znowu zaskoczył. Na początku wciąż jeszcze przemierzaliśmy ten niesamowity, tajemniczy las kojarzący się z filmami typu „Władca Pierścieni”. Potem zaczęły się coraz bardziej kamieniste tereny, gdzie zostało już niewiele roślinności, choć nawet na 4500 metrów można jeszcze trafić pojedyncze senecje. Jeśli ktoś zapyta mnie jakie rośliny kojarzą mi się z Ruwenzori, to bez wahania odpowiem że właśnie senecje, a trochę niżej – gigantyczne lobelie. Oczywiście nie takie, jakie niektórzy z nas mogą znać z przydomowych ogródków; chodzi o zupełnie inne, afrykańskie lobelie z gatunku Lobelia aberdarica, z pałąkami (to chyba kwiatostan?) dochodzącymi do 3 metrów wysokości (przykład jednej z nich – na zdjęciu obok). A z takich prozaicznych roślinek, niżej rosnących (w lesie zaraz po wyjściu z naszego obozowiska na 3500 m) to Johnson pokazywał dziką marchewkę (rzeczywiście ma takie liście i tak pachnie) i coś koniczynkopodobnego, co według mnie było tutejszą odmianą spotykanego w Beskidach szczawiku zajęczego (tutaj też owe listki mają charakterystyczny kwaskowaty posmak).

ruw-jezioro.jpgPrzerwę na tzw. lunch (czytaj: batony energetyczne) zrobiliśmy sobie przy jeziorku Bujuku. Sympatyczne miejsce, choć szkoda że ze względu na mgłę niewiele widzieliśmy. Po drugiej stronie było widać Bujuku Hut, czyli obóz gdzie pierwotnie mieliśmy nocować. Trochę tęskno tam zerkałam, tym bardziej że przed nami było długie i strome podejście, na dodatek w deszczu. W międzyczasie straciliśmy jeszcze sporo czasu na szukanie Night – naszej tragarki, która się gdzieś zgubiła, a w tych warunkach nie chcieliśmy dziewczyny zostawiać. Co do Night to bardzo ją polubiłam - ciche, ale niezwykle sympatyczne dziewczę. Żal mi jej, że musi pracować jako tragarka. Ma 20 lat i zbiera pieniądze na szkołę.

Wracając do trasy… Nie ukrywam, że nieco męczący był ostatni odcinek trasy. Byliśmy już zmęczeni, pogoda stała się dobijająca (mżawka, szarówka, coś w stylu polskiego listopada w najgorszej wersji), a na dodatek weszliśmy w bardzo nieprzyjemny i niebezpieczny teren śliskich płyt granitowych, co dla mnie, w tych za dużych woderach, było szczególnie stresujące. Szczerze mówiąc nie rozumiałam dlaczego Johnson nas tak dziwnie poprowadził, no ale w końcu to on jest przewodnikiem i on decyduje. Ja w każdym razie zamiast niebezpiecznego trawersu z ciągłym szukaniem przejść, nadłożyłabym lekko drogi dochodząc do żlebu gdzie była ścieżka i łatwiej było o skalne chwyty i punkty podparcia. W każdym razie wszyscy, włącznie z Johnsonem, odetchnęliśmy, kiedy wreszcie na skalnej półce pokazały się zielone chatki, oznaczające koniec rzeczywiście długiej, ale sprawiającej frajdę wędrówki.

ruw-spiwory.jpgJak na razie znowu ogłosiliśmy „dzień dziecka”, czyli zwolniliśmy się z obowiązku mycia. Tłumaczymy sobie, że tak jest zdrowiej, bo znowu - ziąb straszny! Trzęsiemy się z zimna, co nie dziwne, bo termometr w moim zegarku tym razem wskazuje 0,3 stopnia (i to w chatce). Myślałam, że się coś w tym mądrym urządzeniu zacięło, ale nie. I kto mi uwierzy, że tak marzłam w równikowej Afryce? (przypominam, że jesteśmy tylko 45 km od równika). Za to trochę energii dodał nam obiadek. Dzisiaj zaserwowaliśmy sobie spaghetti bolognese (tradycyjnie – liofilizat)  - bardzo dobre, choć dodaliśmy trochę za dużo wody i wyszła zupa.

Mimo sporej wysokości (4541 m) czujemy się dobrze; nawet głowa nas nie boli. Ja akurat swój organizm pod tym względem znam, ale dla Adasia jest to pierwszy raz na takiej wysokości. Trochę się bałam czy pominięcie noclegu w Bujuku Hut (3962 m), czyli chatki którą „przeskoczyliśmy”, ze względów aklimatyzacyjnych było dobrym pomysłem, ale widać że Adaś to nie tylko twarda sztuka, ale po prostu ma predyspozycje do chodzenia w tzw. górach wysokich. Za to drobne problemy mają nasi opiekunowie. Jednego tragarza już wczoraj trzeba było odesłać na dół – ponoć ma malarię, a ci którzy zostali, plus Johnson, przyszli po tabletki na ból głowy, co znaczy że daje im się we znaki wysokość.

ruw-elena.jpgElena Hut to najbardziej spartańska z chatek w Ruwenzori (przynajmniej z tych, które mieliśmy okazję poznać) – nawet łóżek w niej nie ma, tylko śpi się na materacach rozkładanych na podłodze. W ścianach pełno jest szpar, nic więc dziwnego że tak tu zimno, a na dodatek nie da się zamknąć drzwi, bo skobelek zrobiono tylko z zewnątrz (na szczęście Adaś wykombinował jakiś patent, którego głównym elementem jest jego pasek do spodni). Johnson tłumaczy, że mało kto tu nocuje. Elena to obóz położony sporo w bok od głównego szlaku, dojście jest tu trudne i trochę niebezpieczne (fakt, przejście po śliskich płytach skalnych nam też się średnio podobało), tak więc przychodzą tu jedynie ekipy atakujące Margheritę. Inni, czyli trekkingowcy robiący jedynie zwykły szlak zwany Central Circuit Trail, po dojściu do przełęczy od razu schodzą w dół, do położonej prawie 500 m niżej (mowa o 500 metrach w pionie) Kitandara Hut.

A my tymczasem martwimy się o jutrzejszy atak na Marhgeritę, bo zepsuła się pogoda. Popołudnie było śliczne – rozwiały się chmury i widać było różne szczyty masywu Stanleya (Margherity niestety nie, bo jest schowana z tyłu), a także Baker`a na którego chcemy wchodzić pojutrze. Niestety, wraz z zapadnięciem zmroku nasilił się wiatr, który teraz sprawia wrażenie jakby chciał roznieść w drzazgi naszą chatkę, a do tego pada śnieg, co wróży rano ślizganie się na skałach.

Dzień IV 

Z Elena Hut (4541 m) do Kitandara Hut (4023 m) z atakiem szczytowym na Mt Margherita (5109 m)

Różnice poziomów: w górę ok. 570 m, w dół ok. 1090 m
Czas przejść według rozpiski: 11 godzin (wejście na Margheritę – 5 godzin, zejście 3 godziny, zejście z Elena Hut do Kitandara Hut – 3 godziny).
Czas naszego przejścia: 10 godzin  (gdybyśmy się nie zgubili we mgle na Marghericie byłoby 8,5).

ruw-atak.jpgHurra! Udało się zdobyć Margheritę!
Powiem szczerze – w warunkach na które trafilismy, łatwo nie było. Wstaliśmy o 5.30, ale zanim się zebraliśmy, zjedliśmy śniadanie, wskoczyliśmy w uprzęże etc., była siódma. 

Już pierwszy odcinek dał nam się trochę we znaki, bo zgodnie z naszymi przypuszczeniami, po nocnym opadzie śniegu było strasznie ślisko, a tu trzeba było wdrapywać się na pionowe prawie skały, z mało przyjemną, robiącą wrażenie ekspozycją. W jednym miejscu jest wprawdzie lina, co bardzo pomaga (zwłaszcza przy schodzeniu), ale gdzie indziej trzeba już liczyć tylko na swoje ręce i nogi.

Podejście do linii śniegu, czyli pokonanie skalnego kuluaru i zdobywanie wysokości po mniej lub bardziej emocjonujących ruw-szczelina.jpggranitowych występach, zajęło nam półtorej godziny. Po założeniu raków, wyjęciu czekanów i powiązaniu się liną, zaczęła się część lodowcowa – najpierw ostre podejście, potem łatwy, praktycznie płaski trawers tzw. Plateau Stanley`a, potem znowu trochę zabawy na skałach (wisi tam na stałe zamontowana lina i jedna drabinka) i w końcu przejście głównego, dość konkretnie nachylonego lodowca. Szczelin za dużo nie widzieliśmy – właściwie to oprócz szczeliny brzeżnej wyłoniła się tylko jedna, no i gdzieniegdzie było słychać płynące pod spodem rzeki lodowcowe.


ruw-na drabince.jpgCała droga do szczytu liczona jest na 5 godzin i tyle nam wyszło, bo dobre 45 minut zajęło nam szukanie właściwej drogi na lodowcu, z racji tego, że była mgła i Johnson nie wiedział gdzie jest. Oczywiście nie miał kompasu, o GPSie też tu się nikomu nie śniło (z perspektywy czasu za błąd uważam, że myśmy nie mieli GPSa). Dokładnie taka sytuacja, o jakiej czytaliśmy w przewodniku o Ugandzie (-> wpis sprzed dwóch dni). Szukanie drogi wyglądało tak, że po prostu staliśmy. Na środku lodowca, na zimnie, próbowaliśmy przebić się wzrokiem przez otaczającą nas mgłę. Staliśmy i staliśmy, a mgła wcale nie zamierzała się rozwiać. Ponieważ wcześniej się rozbierałam z ciuchów (na wyjściu ze schroniska ubrałam się ciut za ciepło), po pół godzinie stania było mi zimno, aż w końcu zaczęłam się trząść, więc zapytałam Johnsona co ma zamiar zrobić. Po tym pytaniu Johnson zdobył się wreszcie na radykalny krok odczepienia się z liny, którą byliśmy związani i poszedł zrobić wizję lokalną. Wrócił po kwadransie ze szczęśliwą miną oznajmiając, że już wie gdzie jesteśmy – skały po których wchodzi się na szczyt były zaledwie 5 minut dalej.

ruw-szczyt.jpgPokonanie ostatniego, skalnego odcinka, zajęło nam jakieś pół godziny. Na części drogi jest założona stała poręczówka, natomiast trochę wysiłku wymagało, by się do niej dostać (trudności które mieliśmy, oceniam wg skali Kurtyki na czwórkowe, choć potem wyczaiłam, że była też prostsza droga, trójkowa). Na szczycie trochę posiedzieliśmy, bo łudziliśmy się, że rozwieją się chmury i cokolwiek zobaczymy, ale gdzie tam. W każdym razie wierzymy Johnsonowi, że widok stąd jest super, można popatrzeć na Kongo (tzn. Demokratyczną Republikę Konga), a niemal na wyciągnięcie ręki jest drugi co do wielkości szczyt masywu Stanleya, czyli Alexandra (5083 m). Nie ma jednak co narzekać, bo i tak dobrze, że w tej mgle było widać tablicę potwierdzającą, że jesteśmy na Marghericie  :-) .

ruw-mgla.jpgDrogę powrotną, tzn. zejście ze szczytu do schroniska ogólnie szacuje się na 3 godziny, więc liczyliśmy, że w dwie, max dwie i pół się wyrobimy. Wszystko było dobrze, do momentu gdy na Plateau Stanley`a, pewni, że już jesteśmy już przy znajomych skałach, Johnson stanął i oznajmił, że… nie wie którędy dalej. Powtórzyła się sytuacja z lodowca pod Margheritą, z tą różnicą że tym razem mniej zmarzliśmy, choć Johnson dłużej szukał drogi. Wrócił rozpromieniony, mówiąc że dobrze że znalazł, bo w lipcu była grupa, która też tutaj zabłądziła we mgle, ale niestety musieli biwakować, czekając do następnego dnia aż się poprawi widoczność.

W każdym razie do Elena Hut dotarliśmy kompletnie przemoczeni, bo kuluar który rano był zamarznięty, teraz przeistoczył się w rodzaj wodospadu, a nasiąknięte wodą liny, którymi asekurowaliśmy się przy schodzeniu po stromych skałach, sprawiały, że woda wlewała nam się przez rękawy mocząc nasze ubrania od środka.

ruw-obiadek.jpgPo krótkiej przerwie na spakowanie się i ugotowaniu obiadku (tym razem Travellunch w wersji spaghetti carbonara) wyruszyliśmy w drogę do następnego schroniska, czyli Kitandara Hut. Nie było sensu zostawać na drugą noc w Elenie, no bo szkoda czasu, a poza tym zawsze lepiej „spadać” niżej, gdzie jest i cieplej, i powietrze ma więcej tlenu, więc lepiej się organizm regeneruje (wg tabelki dorwanej w Himalajach, na wysokości 5000 m n.p.m. w powietrzu jest już o połowę mniej tlenu niż na poziomie morza). Z zejściem trzeba się było mocno spieszyć, żeby spróbować zdążyć przed zmrokiem, zapadającym w tym rejonie około 19-tej, a była 17-ta. Teoretycznie jest to odcinek liczony na 3 godziny drogi, przy czym nie jest to łatwe zejście, zwłaszcza jeśli już się jest trochę zmęczonym. Zresztą i tak droga nie prowadzi cały czas w dół, są też dwa odcinki pod górę.

ruw-przelecz.jpgPoza jednym dłuższym postojem na przełęczy Scott Elliot Pass (4372 m), która jest najwyższym punktem osiąganym przez trekingowców idących głównym szlakiem, cały czas praktycznie gnaliśmy. Wyszła z tego prawdziwa ścieżka zdrowia – najpierw mokre skalne płyty, potem gołoborza z wielkimi głazami, no i znowu zdradzieckie korzenie i powalone drzewa, a na koniec jeszcze przeprawa po kamieniach przez rzeczkę (tym razem nie mogliśmy brodzić w wodzie, bo na nogach mieliśmy zwykłe buty trekkingowe). No ale udało się – cel osiągnęliśmy przed zmrokiem, nie po trzech, ale po dwóch godzinach marszobiegu.

Teraz jest już prawie 21... Ze zmęczenia nawet jeść mi się odechciało. Zadowoliłam się kisielkiem i kubkiem herbaty malinowej. W tej chatce przynajmniej jest cieplej niż w Elenie – termometr wskazuje 7,8 stopnia C. Po prostu upał! :-)  Gorzej, bo wszystko mamy dokumentnie mokre – ciuchy, buty. Jeśli tragarze nam nie wysuszą tego przy ognisku, rano będziemy mieli problem, no bo w planach jest zdobywanie Mt Baker`a.

A tak na marginesie to super położony jest ten camp - nad jeziorem, przy wypływającym z niego strumieniu. Z rejonu skalnej pustyni znowu wróciliśmy do strefy bujnej roślinności, tak więc zewsząd dobiega śpiew ptaków. W broszurze parkowej wyczytałam, że na terenie Ruwenzori występuje 241 gatunków ptasiej braci, z czego 19 gatunków to endemity.


Uzupełnienie po powrocie do Polski…


ruw-szczyty.jpgPonieważ Johnson nie umiał mi odpowiedzieć na pytanie skąd nazwa szczytu „Margherita”, zrobiłam małe śledztwo w tej sprawie. No więc chodzi o panującą w latach 1878-1900 królową Włoch, Małgorzatę Sabaudzką (org. Margherita Maria Teresa Giovanna di Savoir), której kuzyn czy też siostrzeniec, niejaki Luigi Amedeo, Książę Abruzji, dokonał w 1906 roku pierwszego wejścia na najwyższy szczyt masywu Ruwenzori, nazwając ów szczyt imieniem królowej-cioci (bo to chyba ciotka była?). Tak na marginesie, to ta sama Królowa Małgosia, została upamiętniona w nazwie słynnej pizzy – Margherita, ale to już inna, zresztą dość ciekawa historia.

Po nitce do kłębka – wypadało dowiedzieć się też coś bliżej na temat tego Luigi Amadeo. Kurcze, to dopiero był facet! Niesamowity gościu! W oryginale to: Luigi Amedeo Giuseppe Maria Ferdinando Francesco di Savoia (uff! co za tasiemiec!), w polskiej wersji na szczęście skrócony do wersji: Ludwik Amadeusz Sabaudzki, książę Abruzji. Żył w latach 1873-1933 i przez ten czas podróżniczo ogromnie dużo dokonał. W 1899-1900 dowodził np. arktyczną ekspedycją która dotarła już bardzo blisko bieguna północnego (dopłynęli do Ziemi Franciszka Józefa i po przezimowaniu na wyspie Rudolfa ruszyli na saniach na północ. Książę przypłacił to stratą dwóch odmrożonych palców u rąk). Przede wszystkim był jednak wspinaczem – zarówno w Alpach (wejścia na Mt Blanc, Matterhorn i inne), jak i w odległych zakątkach świata. To on i jego wyprawa, w 1909 r. podjęli pierwszą próbę zdobycia K2 w Karakorum (doszli do 8000 m, co było wówczas rekordem wysokości), a jeśli chodzi o Ruwenzori, to w czasie wyprawy w 1906 Książę jako pierwszy zrobił wejścia na 16 tutejszych szczytów, w tym 6 najwyższych.
 
ruw-mt x.jpgPrzy okazji doszukałam się, dlaczego sąsiedni do Margherity szczyt (5083 m) nazwa się Alexandra. No więc książę wykazał się dyplomatycznym taktem – postanowił uwiecznić dwie królewskie damy, z dwóch różnych krajów, no i dla równowagi w stosunku do włoskiej królowej, pojawiła się też ówczesna królowa brytyjska – Aleksandra (żona Edwarda VII).

Sami Luigi Amadeo też ma w Ruwenzori swój szczyt – Mt Luigi di Savoia (4627 m), który można zdobyć startując z Kitandara Hut. Facet musiał być jednak skromny, bo to wcale nie on nadał taką nazwę – górę o której mowa nazwał Mt Thomson, ku czci Anglika udzielającego się w tamtych czasach na terenie Nigerii. No ale po powrocie do Europy Angielskie Towarzystwo Geograficzne uznało, że musi być w Ruwenzori również jakaś góra imienia tak zasłużonego w tym masywie Włocha, no i wymusiła na Księciu Abruzji zamianę nazw (Thomson pozostał w nazwie jednego z lodowców). A tak swoją drogą to w 2006 roku, w setną rocznicę wyprawy Księcia-podróżnika, w Ruwenzori była wielka „impreza”, na którą zjechało mnóstwo wspinaczy. Pozostałością po tym międzynarodowym wydarzeniu jest m.in. tablica okolicznościowa umieszczona na Mt. Margherita.

Dzień V

Z Kitandara Hut (4023 m) próba wejścia na Mt Baker (4843 m), powrót do Kitandara Hut (4023 m)

Różnice poziomów: ok. 820 m
Czas przejścia wg przewodnika: 8 godzin

ruw-kitandara.jpgBaker nas pokonał!  Nie udało się! Za przegranych jednak się nie uważamy, bo czasem więcej odwagi wymaga podjęcie o wycofaniu się, niż ambicjonalne, ale nierozsądne robienie czegoś na siłę.

Zaczęło się bardzo dobrze. Wstaliśmy w świetnych nastrojach, spakowaliśmy do plecaka linę (-Raków nie musicie brać – stwierdził Johnson) i po dobrym śniadanku (pieczywo chrupkie z paprykarzem), ruszyliśmy w kierunku przełęczy Freshfield Pass (4282 m). Od schroniska do szczytu mieliśmy trochę ponad 800 m przewyższenia, ale wyglądało że to żaden problem, bo na lekko, a w formie byliśmy dobrej. Początkowo nawet pogoda była przyzwoita, dzięki czemu zrobiliśmy przerwę fotograficzną, aby uwiecznić widok na dwa jeziorka i położony nad jednym z nich nasz camp. Liczyłam w duchu, że może widoczność się utrzyma i uda nam się wreszcie zobaczyć Margheritę, bo to trochę głupio nie widzieć w ogóle góry, na którą się wspinaliśmy. Szczyty Bakera i Margherity oddalone są od siebie w linii prostej o zaledwie 2,2 km, no ale jak to w górach – dzieli je potężna dolina. [Co do widoku Margherity – niestety do samego końca nie udało nam się tej góry zobaczyć. Wiemy jak wygląda dzięki… pocztówkom].
 
ruw-snieg na przel.jpgNiestety ładna pogoda w Ruwenzori to rzadkość, tak więc wkrótce zaczęło padać, a kiedy dotarliśmy do przełęczy, już na dobre sypało mokrym śniegiem. Żeby nie było za łatwo, od tego momentu trzeba było odbić z głównego szlaku trekkingowego i zacząć piąć się po stromych skałach, a kiepska widoczność sprawiała, że nie łatwo było zorientować się w terenie. Poza tym wspinanie się w woderach samo w sobie nie jest dobrym pomysłem, ale że wchodziło się do góry praktycznie po potokach, nie było sensu zakładać niesionych w plecaku butów górskich.

To były naprawdę trudne warunki. Jakieś 250 m od szczytu Johnson oznajmił, że najbardziej zdradziecki odcinek jest wciąż przed nami, i że on jako przewodnik nie jest nam w stanie zagwarantować bezpieczeństwa. Zasugerował odwrót. Szczerze mówiąc nawet nie musiał nas przekonywać– sami dojrzeliśmy do tej decyzji. Uznając że nie ma co bez sensu ryzykować, poddaliśmy się.

ruw-kuluar.jpgNie lubię przegrywać, a w górach, jeśli do szczytu jest już tak blisko, szczególnie ciężko mi podjąć decyzję o wycofaniu się. Tym razem jednak sama czułam, że ambicja musi zostać pokonana przez rozsądek. Po prostu góra przytarła nam nosa. Zlekceważyliśmy ją, uznając że skoro jest tak łatwa i stosunkowo niska, zdobycie szczytu to tylko formalność. Tymczasem potwierdziło się, że nie ma gór łatwych, i tylko od ich łaskawości zależy, czy wspinacz na nie wejdzie.

Zejście wcale nie było prostsze niż wejście. Już w drodze do góry byłam przemoczona (niestety moja dość już stara kurtka przestała być wodoodporna), co wpłynęło na szybkie wychładzanie organizmu. Schodzenia po przysypanych mokrym śniegiem skałach nie ułatwiały za duże wodery, nie mówiąc o tym że przy pokonywaniu kuluaru zamienionego w wodospad, w sięgające ud nogawki wlała mi się woda (Adasiowe spodnio-buty lepiej się sprawdzały, bo woda nie miała jak się wlewać). Ogólnie było zimno i nieprzyjemnie, a jedyne o czym marzyliśmy, to by jak najszybciej znaleźć się w naszej chatce nad jeziorem i zrobić sobie kubek gorącej herbaty.

Niestety, tak szybko marzenie się nie spełniło. W połowie zejścia, już na głównym szlaku, była drabinka. Żeby do niej sięgnąć i postawić na niej nogę złapałam się wystającego korzenia, co okazało się zgubne. Rozległ się trzask, po czym poczułam że lecę – wraz ze złamanym korzeniem, a potem był już tylko ostry ból i świadomość że coś nie tak z moim kolanem. Właściwie to powinnam dziękować Bogu, że zahaczyłam się nogą o szczebel drabinki, bo inaczej bym spadła jeszcze ze trzy metry niżej, zapewne głową lub kręgosłupem przywalając o skały (coś mam pecha z tymi drabinkami – na początku naszej wyprawy, drugiego dnia, też zwaliłam się z drabinki).

ruw-drabina.jpgCo do nogi, to bolała i puchła, w związku z czym opcja dalszego samodzielnego schodzenia raczej nie wchodziła w grę. W tej sytuacji Johnson pobiegł po tragarzy, a ja siedząc w potoku (nie było gdzie się przenieść, a zresztą było mi wszystko jedno, bo i tak byłam dokumentnie mokra), dygocąc i szczękając z zimna zębami, ale na szczęście pod troskliwą opieką Adasia, czekałam. Próbowałam wprawdzie usztywnić nogę kijkami, ale niewiele to pomagało.

Zanim pojawili się tragarze, trochę trwało. Gorzej, bo chłopcy nie mieli zupełnie pomysłu jak mnie znieść. Najpierw jeden z nich wziął mnie na barana, ale chwilę później poślizgnął się i wyrżnął – razem ze mną oczywiście. W tej sytuacji wolałam już w tych najtrudniejszych miejscach zsuwać się o własnych siłach. Ostatecznie wypracowałam sobie system tzw. dupozjazdów z użyciem tylko jednej nogi. Na „barana” wsiadałam jedynie na nielicznych, w miarę równych odcinkach.

Przy schronisku czekała już mocno zaniepokojona Night oraz Adaś, który pognał wcześniej, aby zagotować gorącej herbaty. Fajnie mieć takiego kumpla! Po zdjęciu mokrych ciuchów, wylaniu wody z woderów (i oddaniu ich do suszenia) oraz założeniu opaski usztywniającej na kolano, wczołgałam się do śpiwora i tak już zostałam na całe popołudnie. Byłam tak wyziębiona, że przez następne dwie godziny, próbowałam dojść do siebie, a przynajmniej opanować dygotanie. W końcu się udało, w dużej mierze dzięki gorącym zupkom przygotowywanym przez Adasia.

ruw-portersi.jpgWieczorem przyszli w gości tragarze, których zaprosiliśmy na kisiel. Pogadaliśmy trochę o codziennym życiu, ale chcąc nie chcąc zeszło w końcu na problem mojej dalszej wędrówki. Johnson stwierdził wprost, że nie widzi szans, bym przez następne dwa dni liczone na 5 i 8 godzin łażenia, dała radę zejść, tym bardziej, że szlak prowadzi bardzo stromo w dół. Moje wątpliwości, że trochę głupio robić zamieszanie z akcją ratunkową, Johnson szybko rozwiał. Bez ogródek powiedział, że miejscowi którzy po mnie przyjdą, to się nawet ucieszą – zarobią na tym trochę kasy, co mnie kosztować nic nie będzie, bo w zezwoleniu na trekking jest wliczony ewentualny koszt akcji ratunkowej. Poza tym „pocieszył” mnie, że takie akcje są tu bardzo często. Po prostu normalka (spytałam przy okazji o wypadki śmiertelne – Johnson nie krył że tak, zdarzają się i to sądząc po jego tonie, chyba nic to tutaj nadzwyczajnego).

Cóż, w tej sytuacji praktycznie nie miałam wyboru. Zaproponowałam wprawdzie, że może  poczekajmy do rana, bo a nóż-widelec mi przejdzie, ale że raczej nie przejdzie przekonałam się już chwilę później, kiedy wybrałam się za potrzebą i źle postawiłam nogę, przez co już w ogóle nie mogłam chodzić. W każdym razie po naradzie z Adasiem uzgodniliśmy, że ok, przyjmujemy wariant „akcja ratunkowa”.

ruw-j w sniegu.jpgA jeszcze co do problemów medycznych… Dzisiaj w nocy, gdzieś koło pierwszej, zostaliśmy z Adasiem zbudzeni pełnym przerażenia głosem Johnsona. Biedny chłopak krzyczał, że bolą go oczy i nic nie widzi. Ewidentny objaw ślepoty śnieżnej, będącej efektem przebywania na lodowcu bez okularów (chodzi o lodowiec na Marghericie). Przyznam, że to że ja założyłam okulary, było czystym przypadkiem – sypało śniegiem, a że nie miałam gogli, to uznałam że okulary są lepsze niż nic. Na szczęście miałam pod ręką moje bajeranckie Brendy (tzn. firmy Brenda), takie z jasnożółtymi, rozjaśniającymi szkłami, co okazało się idealnym patentem na mglistą pogodę, bo nie tylko że chroniły oczy przed śniegiem, ale też sprawiały, że lepiej w nich było widać i w ogóle świat  stał się ładniejszy (bo pozornie słoneczny). Oczywiście o tym, że na lodowcach trzeba nosić okulary, niby każdy z naszej trójki doskonale wiedział, no ale przy tej pogodzie jaką mieliśmy przy zdobywaniu Margherity wydawało się, że okulary potrzebne nie są, bo przecież jest pochmurno. Nie przyszło nam do głowy, jak zdradzieckie są odbicia od śniegu.

A teraz kontynuacja rozpoczętego już tematu nazw... Skoro przy dniu wczorajszym wyjaśniłam, skąd się wzięły nazwy szczytów – Margherita i Alexandra, to teraz krótko o naszym dzisiejszym pogromcy, czyli Mt Baker. Tym razem chodzi o Brytyjczyka, Sir Samuela Baker`a, XIX-wiecznego podróżnika, który eksplorował ten zakątek Afryki i był pierwszym Europejczykiem, który dotarł do Jeziora Alberta (rzut beretem od Ruwenzori). Baker nigdy na „swój” szczyt się nie wspinał, a to żeby nazwać górę jego imieniem, to oczywiście pomysł Księcia Abruzji, o którym mowa przy poprzednim dniu (ten, który w 1906 roku zrobił pierwsze wejścia na większość szczytów w Ruwenzori).

ruw-baker.jpgTen cały Baker, to kolejny facet z grona podróżników, który krótko mówiąc „miał jaja”. Bardzo mi się w jego biografii spodobał sposób w jaki zdobył żonę, z którą zresztą potem po Afryce podróżował. No więc wypatrzył ją na targu niewolnic na terenie dzisiejszej Bułgarii i zakochany w pięknej dziewczynie (ok, czy pięknej nie wiem, ale jemu się podobała), postanowił ją kupić. Niestety dziewczyna była przeznaczona do haremu jakiegoś Paszy, który przebił cenę zaproponowaną przez Bakera. Brytyjczyk się nie poddał – po łapówce danej strażnikom, porwał białą niewolnicę i w 1865 roku, mając 44 lata, wziął z nią ślub. Nie musiał jej wcale zmuszać – ona też się w nim zakochała. Nieprawdaż że romantyczne?

No i na koniec jeszcze skąd sie wzięła nazwa głównego masywu Ruwenzori, jakim są Góry Stanleya (Mt Baker do niego nie należy, bo dzieli go do masywu Stanleya wspomniana już wcześniej dolina). W niektórych źródłach podaje się też, że najwyższy szczyt Ruwenzori to właśnie Mt Stanley, nie precyzując, że właściwie pod tą nazwą kryje się Mt Margherita.

Sir Henry Morton Stanley - Walijczyk, który przeniósł się do Stanów gdzie zaczął pracować m.in. jako dziennikarz, to jeden z najważniejszych w historii Afryki podróżników. Urodzony w 1841 roku jako nieślubne dziecko 19-wiecznej panny i alkoholika, a potem wychowywany w sierocińcu, przeszedł niezłą szkołę życia. To właśnie Stanleya uważa się za odkrywcę Ruwenzori –  jego karawana  chroniona przez oddział zbrojny liczący ponad 2000 ludzi (!), zobaczyła wyłaniające się z chmur wielkie góry w 1875 roku. Trochę mu zazdroszczę – to dopiero musiało być wrażenie, świadomość że żaden mzungu przed nim tu nie był!

Dzień VI

Ja: kiblowanie w Kitandara Hut (4023 m)

Adaś: zejście z Kitandara Hut (4023 m) przez Freshfield Pass (4282 m) do Guy Yeoman Hut (3505 m)

Różnice poziomów: ok. 260 m do góry, o. 770 w dół
Czas przejścia wg przewodnika: 5 godzin
Rzeczywisty czas przejścia Adasia: 3 godziny

ruw-mnich.jpgRozdzieliliśmy się. Wczoraj co prawda uzgodniliśmy, że razem czekamy na ekipę ratunkową, ale po nocnych przemyśleniach przekonałam Adasia, że jednak powinien zacząć schodzić. Ekipa ratunkowa z tego co mówi Johnson powinna dotrzeć dzisiaj w nocy, po czym od razu, mimo ciemności, ma wystartować ze mną w dół, idąc do celu non-stop, choćby i dwie doby bez przerwy. Skoro tak, to bez sensu by Adaś się katował nieprzerwanym marszem, zwłaszcza że po nocy ominęłyby go widoki, jakie w tych górach są naprawdę niepowtarzalne. Stanęło na tym, że Adaś ruszył pod opieką jednego z portersów, a ja z Johnsonem zostałam.

Jeszcze wcześniej, tzn. dzisiaj o świcie, wyruszył na dół też inny, maksymalnie odciążony tragarz, którego zadaniem jest wezwanie pomocy. Gdzieś w okolicach następnego campu jest ponoć szansa na złapanie zasięgu komórkowego – jeśli się uda, około południa w biurze parku powinni już organizować ekipę ratunkową. Trochę się tej organizacji obawiam – w końcu to Afryka, więc nikt się za bardzo nie spieszy, a my za trzy dni mamy wylot do Polski!

Tak w ogóle to jeszcze rano liczyłam, że spróbuję zejść o własnych siłach, ale faktycznie nie ma to sensu. Aby dotrzeć do następnego schroniska, najpierw trzeba zrobić kawał (260 m) podejścia w górę, a od przełęczy jest prawie 800 metrów w dół. Normalnie liczy się to na 5 godzin drogi, ale przy moim kuśtykaniu nawet w dwa razy dłuższym czasie nie mam szans się wyrobić. Na dodatek znowu leje, co oznacza, że szlak jest nadal śliski i błotnisty.

ruw-guy.jpgPrzy tej pogodzie nawet nie mam co żałować, że nigdzie nie mogę iść – znowu jest mgła i nic nie widać. Dla poprawy samopoczucia postanowiłam się „uczłowieczyć”, to znaczy doprowadzić do porządku moją osobę. Przebywanie w zimnie nie sprzyja utrzymywaniu higieny – przez ostatnie dni mieliśmy permanentny „dzień dziecka”, w związku z czym zaczęłam wyglądać jak ostatnie nieszczęście. Ponieważ gazu mamy nadmiar i nie musimy go oszczędzać, zaczęłam od nagrzania sobie menażki wody i umycia moich wymagających już tego zabiegu włosów. Potem wykąpałam się po całości – od razu mi lepiej!

Szczerze mówiąc to smutno mi się zrobiło po wyjściu Adasia – bardzo dobry z niego kompan podróży i jakoś tak dziwnie, gdy nie ma z kim pogadać. Trochę się martwię czy tragarz da mu wrzątek, by zalał sobie liofilizat (maszynka do gotowania została u mnie)

Ogólnie dzień mija nam z Johnsonem na leniuchowaniu. Johnson śpi, ja - czytam. Jedyną lekturę którą posiadam, stanowi przewodnik po Ugandzie – przerobiłam już w szczegółach historię Ugandy, a teraz wgłębiam się w opisy miejsc, w których byłam. W ramach przerywników obserwuję upartą myszkę, która usiłuje mi wejść do buta.  :-).


Późnym popołudniem…

ruw-senecje.jpgZaprosiłam Johnsona, żeby spróbował naszych liofilizatów – bardzo mu się podoba patent obiadu "samo-robiącego się" w 10 minut. Przy okazji podpytałam go o kolejne kilka szczegółów związanych z tym rejonem. Dowiedziałam się np., że przez długie lata uważano iż Ruwenzori to góry, po których kobiety nie mogą chodzić, bo grozi im to bezpłodnością. Dopiero niedawno wierzenie zostało obalone. Pierwszą miejscową kobietą na szlakach w Ruwenzori była 5 lat temu niejaka Malwina, która podobnie jak nasza Night, też była najpierw tragarką, aż w końcu uparcie dążąc do celu, została przewodniczką i obecnie chodzi z kobiecymi wyprawami. W ruw-liscie.jpgmiędzyczasie Malwina urodziła dwójkę dzieci, potwierdzając tym samym, że żadnej klątwy nie ma.

Z przesądami i wierzeniami to w plemienu Bakonjo (czyli tym, z którego pochodzi Johnson i nasi tragarze) sprawa jest jak najbardziej poważna. Według ich mitologii góry Ruwenzori są siedzibą licznych bogów, z których najważniejszym jest niejaki Kitasamba. Imię to znaczy: „bóg który się nigdy nie wspina”, a nie wspina się, bo żyje na samych ośnieżonych wierzchołkach. Kitasamba daje facetom Bakonjo  spermę i potencję, podczas gdy jego siostra, Nyabibuya, odpowiada za zajście kobiet w ciążę i ogólnie jest opiekunką kobiet i dzieci. Do bardzo ważnych postaci w panteonie bóstw należy też jedyna żona Kitasamby, Mbulanene, której imię oznacza „Silny, mocny deszcz”. Czyli to przez nią tak ciągle leje? :-)

Wracając do Kitasamby – uważa się, że jest on źródłem prokreacyjnej mocy ludu Bakonjo i tak długo będzie tę moc dawał, dopóki sam nie dopuści się stosunku z kobietą. Dlatego też jego odbicie widzi się w facetach prawiczkach, a każdy dorosły Bakonjo który ma przekroczyć linię śniegu w Ruwenzori, żeby być w porządku w stosunku do Kitasamby, przez pewien czas musi żyć w seksualnej abstynencji. Trochę było mi głupio zapytać Johnsona, czy on też się do tego stosuje?

ruw-kwiatek.jpgWierzenia Bakonjo wpływają na ich życie codzienne. Ci wychowani w tradycji nie uprawiają seksu przedmałżeńskiego (dawniej dziewczyny, które zaszły w ciążę bez ślubu czekała egzekucja), praktykują monogamię i raczej unikają rozwodów. Co ważne, do tej pory mieszkającym w górach bóstwom składa się ofiary. Johnson nie chciał początkowo o tym mówić, twierdząc, że teraz to cywilizowany naród chodzi do kościoła, ale kiedy podałam mu przykład Indian z Ameryki Łacińskiej, którzy w niedzielę najpierw idą na mszę, a zaraz potem składają ofiary swoim bogom, potwierdził, że tutaj też tak się zdarza. Na ogół służą do tego zbudowane z bambusa i trawy kapliczki przypominające małe chatki (do metra wysokości), w których zostawia się zabite kurczaki, kozy, matoke (banany), czasem alkohol. Pytałam czy mamy szansę taką kapliczkę zobaczyć – niestety nie, bo stawia się je raczej z dala od miejsc, gdzie są turyści.

Ciekawa jest też sprawa walki plemiena Bakonjo o suwerenność. Problem zaczął się już na początku XX wieku, kiedy Bakonjo (można też mówić Konjo) plus mieszkający trochę bardziej na północ (w okolicach jeziora Alberta) lud Amba, zostali włączeni w granicę Królestwa Toro (bo Uganda to do tej pory zlepek różnych królestw). Był to sprytny manewr polityczny Brytyjczyków, ówcesnych kolonizatorów, którzy w ten sposób chcieli wzmocnić probrytyjskie sympatie Toro. Bakonjo nie byli z tego zadowoleni, w 1919 roku doprowadzili nawet do zbrojnego powstania, ale po egzekucji przywódców rebelii musieli na pewien czas odpuścić. Do kolejnego zrywu doszło dobre 40 lat później, doładniej w 1961 roku (czyli na krótko przed uzyskaniem przez Ugandę niepodległości), kiedy coraz ostrzej zaczęto domagać się odseparowania od zwierzchnictwa nielubianych Toro. Przełom nastąpił w 1963 roku, kiedy aktywnie już działający ruch partyzancki ogłosił powstanie niezależnego Królestwa Rwenzururu (dosł. Ziemia Śniegu), którego władcą był, a jakże – król, czy jak się tutaj mówi: omusinga. Jak można się spodziewać, królestwo nie zostało oficjalnie uznane, a na dodatek w tym samym i następnym roku doszło do krwawych masakr ludności Bakonjo przez żołnierzy Toro.

ruw-adas schodzi.jpgSytuacja była napięta - przez kolejne ponad 40 lat Bakonjo nie odpuścili w swoich staraniach i przez cały czas Rwenzururu miało swojego króla. Ten, który zasiadł na tronie w 1963 porządził w sumie 3 lata, po czym zmarł, więc królewski tytuł przeszedł na jego syna, mającego wówczas 13 lat Charles`a Wesley`a Mumbere`a (z faktycznym objęciem rządów musiał on jednak poczekać do 18-tki). Jak twierdzi Johnson, król żył w ukryciu w polowym pałacu w górach Ruwenzori, głęboko w leśnych ostępach, przy czym zaopatrzenie dawała mu miejscowa ludność.

Niestety, los dla Bakonjo nie był łaskawy. W sierpniu 1982 roku król Rwenzururu został przez rząd Ugandy zmuszony do abdykacji i unieważnienia podpisanej w 1963 roku deklaracji niepodległości królestwa, co oznaczało ponowne przejście pod władzę króla Toro. Na mocy zawartego układu 30-letni wówczas król miał wyjechać z kraju - obiecano mu sponsorowaną edukację w USA. Rzeczywiście, Mumbere wyjechał za Ocean i zaczął się uczyć w szkole biznesowej, ale wkrótce zabrano mu stypendium, więc musiał pomyśleć o pracy i zarabianiu pieniędzy (skończył kurs pielęgniarski i pracował w domu opieki). Przez 25 lat pobytu w Stanach Mukarine nie zdradził ponoć swojego „królewskiego” pochodzenia – wspomniał o tym dopiero w wywiadzie dla jednej z gazet w lipcu 2009 roku.

ruw-przez wode.jpgW październiku tego roku (2009) król wrócił do Ugandy – 19 października odbyła się jego uroczysta koronacja i tym samym - uznanie suwerenności królestwa Rwenzururu. Johnson opowiadał, że było to rzeczywiście wielkie wydarzenie na którym zjawił się prezydent Ugandy, zaś wśród zagranicznych gości był m.in. Tom Stacey – brytyjski dziennikarz od lat zajmujący się tematyką Bakonjo (wcześnie Stacey przyjaźnił się z poprzednim królem, czyli ojcem obecnego). Władza króla Bakonjo jest oczywiście bardziej tytularna niż faktyczna - ogranicza się do kwestii społecznych i kulturalnych, no ale zawsze co król to król! Szkoda, że będąc w Kasese nie udało nam się zobaczyć pałacu, czy też bardziej – rezydencji królewskiej, ale następnym razem jak tu będę, zrobię wszystko aby z królem chwilę pogadać (jako pobożny protestant zjawia się na niedzielnych mszach).

Z innej paki – tragarze przynieśli z suszenia moje rzeczy. Niestety spalili moje w sumie nowe, a już ulubione rękawiczki!!! Straty zawsze jakieś muszą być, ale o te rękawiczki to akurat jestem trochę zła!

 

Dzień VII 

Ja: akcja ratunkowa, czyli ściągnięcie mnie z Kitandara Hut (4023 m) przez Freshfield Pass (4282 m) do Nyakalengija (1615 m)

Adaś: zejście z Guy Yeoman Hut (3505 m) do Nyakalengija (1615 m)


Różnice poziomów:

- u mnie: ok. 260 m do góry, 2670 m w dół, u Adasia: ok. 1900 m

To był koszmar! – mowa o akcji ratunkowej. Gdybym wiedziała, że tak to będzie wyglądać, albo bym cudownie ozdrowiała, albo zagryzłabym zęby i sama z tych gór zeszła.  :-)

ruw-akcja.jpgPierwsi „ratownicy” zjawili się w Kitandara Hut już ok. 21-tej. Byliśmy z Johnsonem mile zaskoczeni, bo spodziewaliśmy się ich raczej bliżej poranka. Właśnie kładliśmy się spać, ale w tej sytuacji Johnson stwierdził, że trzeba się zbierać, bo szkoda czasu i zaraz wyruszamy. "Zaraz: to niby już, natychmiast, ale ledwo spakowałam wszystko, okazało się, że nie już, tylko za jakieś dwie godziny, czyli mogę plecak rozpakować, wyjąć maszynkę i ugotować kolację, bo następny posiłek nie wiadomo kiedy.

Oczywiście po dwóch godzinach stałam zwarta, gotowa i z ponownie zapakowanym plecakiem, ale znowu dowiedziałam się, że nic z tego, tzn. mogę się rozpakować, wyciągnąć śpiwór i pospać do 3-ej, bo wtedy właśnie wyruszymy. O 2.30 zadzwonił budzik, jednak słysząc chrapanie Johnsona przewróciłam sie tylko na drugi bok i słusznie, bo dopiero przed 6-tą przyszedł jakiś chłopak, z wieścią, że „zaraz” wychodzimy. Tym razem słowo „zaraz” nie zrobiło już na mnie wrażenia – zdążyłam na spokojnie zjeść solidne śniadanko, równie spokojnie się spakować, no i dopiero wtedy pojawiła się ekipa z „noszami”.

ruw-znowu bagna.jpgNo właśnie, bałam się, żeby nie przyszło im do głowy znowu znosić mnie „na barana”, tym bardziej że noga mi w międzyczasie spuchła, zesztywniała i wciąż mocno bolała. Liczyłam na nosze, choć to co przyniesiono, mocno się różniło od moich wyobrażeń. Cały i jedyny sprzęt stanowił cienki kawał plastiku, do którego musiałam się władować zawinięta w śpiwór, po czym zasznurowano mnie tak, że o jakimkolwiek ruchu nie było absolutnie mowy. Całość przypominała tobogan używany przez naszych Goprowców, z tą różnicą, że w Ruwenzori nie ciągnięto mnie po miękkim śniegu, tylko po kamieniach i wystających korzeniach. W każdym razie szybko zapomniałam o bolącej nodze, bo dużo gorszy stał się z czasem ból kręgosłupa i obitej kości ogonowej. Na dodatek plastik miał dziury, a że teren był jak tutaj wszędzie błotnisto-bagnisty, wlewająca się w „nosze” woda sprawiła, że dość szybko mój śpiwór zaczął nasiąkać niczym gąbka. Zawinięcie się na postoju w folię NRC niewiele dało, bo i tak po dotarciu na dół wszystko w czym leżałam wyglądało (i śmierdziało) niczym wyjęte z bagna.

Co do ekipy ratowników to w sumie było z 30 osób! Zupełnie nie mogę pojąć, po co aż tyle! Rozumiem, że jeden zespół nie da rady zrobić różnicy wysokości 2700 metrów z takim klocem jak ja, ale ponieważ było ich tylu, w końcu nie było wiadomo, kto ma mnie nieść (oczywiście nikt nie chciał  :-) ). Miałam wrażenie, że wysiłek większości „ratowników” skupiony był na tym, jak tu zarobić (no bo dostają za to kasę), a się nie narobić. Stałym punktem programu były kłótnie i strajki, polegające na tym, że ruw-mostek.jpgekipa mnie niosąca zaczynała coraz bardziej zawzięte dyskusje, po czym kładła mnie gdzie bądź i szła sobie w siną dal, chcąc w ten sposób zmusić następną ekipę do przejęcia ładunku z moją osobą. Ma się rozumieć, następna ekipa wcale się do męczącego zajęcia nie kwapiła, udawała więc że nie wie o co chodzi i krzyczała na tych pierwszych, że są niepoważni. A ja leżałam obolała, ze zdrętwiałymi kończynami, nie mogąc nawet wyplątać się z więzów które mnie omotywały i po prostu miałam dość.

Oczywiście nikt z „ratowników” nie miał nawet apteczki, nikt też nie zapytał co mi właściwie jest, czy brałam jakieś leki i jak się miewam. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie, jak wygląda ratowanie kogoś po poważniejszym wypadku, np. z urazem głowy czy kręgosłupa, albo z krwotokiem. Taki sposób noszenia jaki miałam okazję doświadczyć, to dość skuteczna metoda dobicia nieszczęśnika po drodze.

Ogólnie – długi i męczący był to dzień, a właściwie dzień i noc, bo na dole byliśmy ok. 5 rano, czyli po 22 godzinach. Momentami bywało nawet wesoło – to wtedy kiedy niosła mnie ekipa młodych chłopaków, którzy na okrągło śpiewali, zbiorowo gwizdali, albo robili sobie ze mną zdjęcia. Zdjęcia pstrykał Johnson, bo dałam mu aparat i jak widziałam – bardzo się wczuł w rolę fotoreportera. W pewnym momencie zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie zabrać mu tego aparatu, bo zamiast trzymać jakieś przyzwoite tempo, chłopcy nic tylko ciągle pozowali do fotografii.

ruw-akcja2.jpgWidokowo było jak zwykle w tym rejonie - przepięknie. Po skalnej scenerii przy przełęczy ścieżka zaczęła schodzić ostro w dół i znowu wróciły lasy senecji, potem bagniska, był też przepiękny wodospad. W obozie Guy Yeoman (3505 m) zrobiliśmy sobie dłuższy postój – ponieważ „ratownicy” coś tam sobie w ramach lunchu pichcili, wymusiłam aby mnie rozwiązali, wyciągnęłam kuchenkę i też sobie ugotowałam obiadek. Potem był jeszcze jeden dłuższy postój, kolacyjny, w obozie Nyabitaba (2651 m), czyli tam gdzie nocowaliśmy pierwszej nocy. To ważne, bo tam wreszcie spotkałam pierwszych od tygodnia mzungu! Było to dwóch Szwajcarów, którzy jak się okazało wyruszyli na szlak dzień po nas, z zamiarem zdobycia Margherity, ale ze względu na trudne warunki pogodowe odpuścili i skrócili pętle. Chyba byli źli, że nam się udało...

Najgorzej było w nocy. Wszyscy już byli zmęczeni, widać było że nadszedł kryzys, a droga była wyjątkowa ciężka (co chwila rzeczki do przekraczania w bród, strome zejścia po kamieniach i śliskich korzeniach). Na dodatek coś mnie zaczęło gryźć, a nie mogłam się podrapać czy choćby zatłuc tego świństwa. W pewnym momencie rzucono mnie na ziemię i towarzystwo się gdzieś w panice rozbiegło. Z tego co zrozumiałam chyba powodem był słoń, bo miało to miejsce w lesie dżunglowym gdzie te słynne, uważane za złośliwie niebezpieczne zwierzaki żyją. Dość ciekawe to uczucie kiedy człowiek leży na ścieżce, wszyscy zwiali, no i czeka się myśląc: Przyjdzie – nie przyjdzie? Nadepnie czy ominie?

ruw-ratownicy.jpgNastępny moment niepewności co do swojego losu miałam w miejscu, gdzie sądząc po szumie wody przekraczaliśmy kolejną rzeczkę, tyle że tym razem z wodospadem. Ponieważ słychać było że „ratownicy” mają już szczerze dość, no i znowu zaczynają się kłócić, przyszło mi w jakichś sennych majakach do głowy,  czy mnie w cholerę z tego wodospadu nie zrzucą. W końcu żadna to strata – jeden mzungu więcej, czy mniej. Szybko jednak doszłam do wniosku, że chyba jednak im się to nie opłaca, bo prawdopodobnie płaci się za doniesienie mzungu żywego.

Im bliżej końca, tym „ratownicy” częściej się kłócili, aż w końcu wypracowali sobie harmonogram: 20 minut niesienia, kwadrans kłótni i strajkowania. Kiedy byliśmy już całkiem blisko celu, jedna ekipa po kolejnej awanturze postanowiła sobie zupełnie pójść - do domu. Na szczęście zanim odeszli wymusiłam żeby mnie rozplątali i powiedziałam, że mam w nosie ich humory i jakoś sobie poradzę. Podziałało – unieśli się honorem i donieśli mnie do końca.

ruw-ranger.jpgW miejscu gdzie szlak dochodził do drogi czekał samochód RMSu. Miłe zaskoczenie, bo znaczyło to, że na ostatnie 2-3 km już nie muszę być zdana na łaskę i niełaskę „ratowników”, tylko szybko i wygodnie dojadę autkiem. Było coś koło godziny 5-tej – kierowca mówił że czekał od… 9-tej. Dziwne jak oni się tu komunikują, bo tym razem do ekipy ratunkowej dołączono rangersa z krótkofalówką (i z kałaszem), więc można było precyzyjnie ustalić, o której będziemy. Ale to może tylko mnie się tak wydaje, bo przecież nie wiadomo czy ta krótkofalówka działała?

Kierowca podrzucił mnie do lodge`u (hoteliku) RMSu, gdzie podobno zakwaterował się Adam. Byłam zdziwiona, bo to camp mający opinię drogiego, poza naszym budżetem, ale rzeczywiście Adaś tam był. Okazało się, że fakt, teoretycznie jest 100 dolców za dwójkę (tylko że ta cena obejmuje pełne wyżywienie), ale mój dzielny towarzysz wynegocjował bardzo dobrą zniżkę i wyszło 30 tys. szylingów (jakieś 18 dolców) na nas dwoje, ze śniadaniem i obietnicą gorącej wody do porannej kąpieli (to już ja wymusiłam).

Boże, ale fajnie było uwalić się w normalnym łóżku z czystą pościelą!

Dzień VIII 

powrót do Kasese i przejazd do Kampali


ruw-majaki.jpgNie powiem żebym była wyspana po zaledwie dwóch godzinach drzemki. Rano mimo zapewnień szefa campu, że skoro to najdroższy nasz nocleg, to będzie ciepła woda, w kranie leciała tylko zimna. Nie było wyboru – po przeżyciach dnia poprzedniego wykąpać się musiałam, więc bohatersko wlazłam pod zimny prysznic. Ledwo spod niego wyszłam, rozległo się pukanie do drzwi, po którym szef campu osobiście wparował do pokoju wnosząc wiadro z wrzątkiem. Czyli jednak z obietnicy się wywiązał! W końcu nie mówił w jakiej formie będzie ciepła woda.  :-)

Kąpiel to jedno, ale brak czystych rzeczy to drugie. Po suszeniu ciuchów przy ognisku wszystko mieliśmy przesiąknięte dymem! Czyste (i nie śmierdzące) ciuchy czekały na nas w depozycie zostawionym w Kampali, ale jeszcze trzeba było do stolicy dojechać. Kiepsko, bo nie wiem co będzie z polarem który muszę zabrać do samolotu, a już nie zdążę go wyprać. Czuć go w promieniu stu metrów!

Po śniadaniu zapakowaliśmy się do samochodu podstawionego przez RMS. Nie zamawialiśmy go, bo to w końcu 50 dolców, ale uznaliśmy że to transport w ramach akcji ratunkowej i wraz z towarzyszącym nam Johnsonem pojechaliśmy do Kasese. Po ruw-odjezdzamy.jpgdrodze zahaczyliśmy jeszcze o miejscowy ośrodek zdrowia, gdzie chciałam aby wystawiono mi zaświadczenie do firmy ubezpieczeniowej, ale okazało się, że wypisanie takiego dokumentu przekracza możliwości ospałej lekarki. Ciekawa była sama przychodnia. Nawet wody bieżącej w niej nie ma, a do osłuchiwania płuc pacjentów służy mocno zabytkowa niby-trąbka.

Wpadliśmy też pożegnać się w biurze RMS. Przy okazji zostawiliśmy tam naszą ledwo rozpoczętą butlę gazową do blueta. Nam się już nie przyda, bo do samolotu jej i tak nie pozwolą zabrać, więc chcieliśmy ją zostawić innym potrzebującym. Tymczasem w biurze RMSu zapytano… ile jest ona warta. Coś czuję że zamiast ją komuś dać, za darmo rzecz jasna, pójdzie do sprzedaży z niezłą przebitką.

Miło, że Johnson pojechał z nami do Kasese, zamiast odpoczywać w domu. Fakt, daliśmy mu napiwek (40 dolców) plus trochę różnych rzeczy (okulary, pelerynę Adasia, sporo jedzenia), ale mam nadzieję że nie tylko dla rewanżu za rzeczy materialne z nami został. Może trochę nas polubił? My w każdym razie jego - bardzo. Porządne chłopisko i jako przewodnika możemy go rzeczywiście szczerze polecać. W każdym razie w Kasese bardzo się przydał, bo przed złapaniem autobusu do Kampali jeszcze udało się zrobić rentgen mojej nogi (na szczęście złamana nie jest, więc to chyba tylko coś ze ścięgnami).

ruw-kura2.jpgTym razem podróż do Kampali odbyła się bez żadnych przygód, jeśli nie liczyć adrenaliny, jaką zapewniał nam kierowca autobusu. Facetowi chyba marzy się kariera rajdowca, albo ma tendencje samobójcze. Poza tym mieliśmy niezły folklor ze strony współpasażerów. Co ciekawe, prawie wszyscy wieźli ze sobą kurczaki. Żywe! Najpierw wkładano te biedne kury do luku bagażowego, potem jednak nie było już miejsca, wiec jechały w środku, zazwyczaj przyciśnięte butem właściciela. Kto wsiadał bez kury, miał okazję zakupić ją jeszcze po drodze, przez okno, od obnośnych sprzedawców zachęcająco machających ptakami (mowa o kurach) kiedy tylko autobus się zatrzymywał. Również nam usiłowano kury sprzedać, ale za zdecydowanie lepszą inwestycję uznaliśmy pieczone matoke (zielone banany) i awokado. Co do awokado to myśleliśmy że za 1000 szylingów kupujemy jedną sztukę, a tymczasem szczęka nam opadła ze zdziwienia, bo okazało się że dostaliśmy ich chyba z 10 i to tak wielkich, o jakich w Polsce nigdy nam się nie śniło!

u-stolica.jpgW Kampali byliśmy po 7 godzinach jazdy, ok. 21. Niestety, w naszym guest housie, gdzie zdeponowaliśmy niepotrzebne w górach rzeczy, miejsc nie było, ale na szczęście to okolica bazaru z mnóstwem tanich hotelików dla handlujących Ugandyjczyków, więc szybko znaleźliśmy nowe lokum. Podczas negocjacji cenowych z oglądającym pornosa recepcjonistą, znowu dałam się wkopać z gorącą wodą. Zapytałam jedynie, czy jest? Odpowiedź była, że jest! Owszem, była, ale tylko w kranie, który zresztą nie miał żadnej rury odpływowej (woda ściekała do wiadra). Prysznic był, ale bez wody :-).

Na kolację poszliśmy do lokalnej knajpki, oczywiście wywołując zdziwienie, że jako mzungu kręcimy się po takiej okolicy. Okolica wg mnie jest ok, nie tyle niebezpieczna, co po prostu nie odwiedzana przez turystów. Wieczorem, po zamknięciu bazaru, robi się z niej dzielnica rozrywki – z mnóstwem barów, tanich knajp (zjedliśmy super kolację za jedyne 5000 szylingów) i burdeli. Mnie tam się podoba – przynajmniej możemy poobserwować prawdziwą Kampalę by night.

 
Dzień IX (dodając część I wyprawy - właściwie dzień XXIII) 

Kampala, wylot

ruw-boda boda.jpgDobrze się ułożyło, że zostało nam jeszcze trochę czasu na zwiedzenie Kampali. Nie jest to najpiękniejsze miasto świata, ale kilka miejsc wartych zobaczenia można tutaj znaleźć.

Chcąc jak najlepiej wykorzystać czas, wyszliśmy z naszego hotelu już o godzinie 8-mej i na dobry początek zaczęliśmy szukać boda-boda (motocykla służącego jako taksówka). Ze znalezieniem boda-boda w Kampali nie ma problemów, ale chodziło o to, by znaleźć takich kierowców, którzy nie będą chcieli nas przerobić na kasie. Oczywiście wcześniej sprawdziłam, jakie są stawki za dojazdy, dodałam do tego margines za to że jesteśmy mzungu, no ale nie zamierzałam płacić ceny kilkakrotnie wyższej od tej, jaką mają lokalesi.

Na dobry początek pojechaliśmy do Muzeum Narodowego, które przewodnik Lonely Planet zalicza do najlepszych w tym regionie Afryki, choć nas akurat mocno rozczarowało. Dla mnie najciekawsze były przedmioty wykorzystywane przez szamanów, ale ogólnie nie ma co spodziewać się zbyt wiele po tej ekspozycji.

Potem znowu wskoczyliśmy na boda-boda, tym razem już jedno (czyli na jednym motorze jechaliśmy w trzy osoby) i przemierzając peryferia stolicy (czytaj: slumsy) wybraliśmy się do świątyni ruw-bahaizm.jpgbahaistycznej. Ta dość mało znana, aczkolwiek bardzo pokojowa religia, mająca  korzenie w Iranie, ma w świecie stosunkowo niewiele świątyń, a ta w Kampali jest pierwszą, jaka powstała w Afryce. W stosunku do okazałych świątyń np. w Delhi czy w Tel Awiwie, tutejsza jest bardzo skromna, za to jak przy innych świątyniach tej wiary, otacza ją ładny, zadbany park z widokiem na Kampalę.

Następnym punktem programu był dla odmiany największy w Ugandzie meczet, ukończony w 2007 roku po 25 latach (!) budowy, dzięki pieniądzom podarowanym przez Kadafiego. Nie było to przypadkowe - Kadafi był dobrym kumplem rządzącego w latach 70. prezydenta Idiego Amina - dość dziwnej i niechlubnej postaci w historii Ugandy. Zresztą kiedy w 1979 r. Amina obalono, uciekł właśnie do Libii.

Meczet robi wrażenie. Wejście na minaret z powodu kiepskiej widoczności i problemów z moją nogą sobie odpuściliśmy, ale wnętrze świątyni zobaczyliśmy dokładnie. Tak w ogóle to dość śmiesznie musiałam wyglądać, bo jako kobieta nie mogłam wejść w spodniach, ani z odsłoniętą głową. Skończyło się na założeniu kurtki i naciągnięciu kaptura oraz owinięciu nóg pożyczoną od strażnika chustą (cena za wypożyczenie wyniosła więcej, niż kupno dwóch nowych chust).

ruw- w sierocincu2.jpgZ meczetu już dosłownie rzut beretem mieliśmy do Parlamentu Bugandy (bo mowa o królestwie-prowincji Buganda), ale jakaś stojąca tam nadambitna i pyskata dziewczyna stwierdziła, że skoro nie chcemy zapłacić za wycieczkę z przewodnikiem po wnętrzu, to nie możemy nawet popatrzeć na budynek (nie chodziło o zdjęcia - zakaz dotyczył samego patrzenia!). Wyszło na dobre, bo dzięki temu mieliśmy więcej czasu na Sanyu Babies Home, czyli sierociniec, do którego trafiają maluchy mające od 1 dnia do 5 lat, porzucone na śmietnikach, w latrynach, na ulicach. W pierwszej wersji, kiedy jeszcze nie wiedziałam jak z lotem powrotnym, ruw-w sierocincu1.jpgliczyłam że uda nam się po górach poudzielać gdzieś w roli wolontariuszy. Początkowo brałam pod uwagę prowadzony przez polskich Salezjanów ośrodek dla bezdomnych chłopców, niedaleko od Kampali. Niestety, strona internetowa ośrodka była zawieszona, a w polskim biurze misyjnym przez który próbowałam złapać kontakt, delikatnie mówiąc mnie „olano”. W tej sytuacji namierzyłam adres wspomnianego sierocińca, no ale ostatecznie wyszło na to, że czasu nam brakuje. Mimo to zależało mi, aby wpaść do Sanyu Babies Home – raz że chciałam zrobić kilka zdjęć do przygotowywanego przeze mnie albumu „Dzieci świata”, dwa że stwierdziłam że teraz zrobię wizję lokalną, a niewykluczone że kiedyś do tego miejsca rzeczywiście jako wolontariuszka wrócę.

ruw-malolata.jpgW sierocińcu przyjęto nas bardzo sympatycznie, ale zasugerowano abyśmy wrócili o 15-tej, bo dzieci właśnie poszły spać (był środek dnia). W tej sytuacji pojechaliśmy na bazarek z pamiątkami wydać ostatnie pieniądze, po czym już sama (Adaś wrócił do hotelu pakować się) ponownie zjawiłam się w sierocińcu. Fantastyczne te dzieciaki! Te, które mają więcej szczęścia, trafiają do adopcji za granicę. Aż mi było głupio, że mam tak mało czasu. Mały Adrian nie chciał mnie wypuścić – kilkakrotnie odchodziłam od jego łóżeczka i wracałam aby uspokoić płaczącego malucha. Nie wiem jakie są obecne statystyki, ale według spisu przeprowadzonego w 2002 roku, kiedy Uganda liczyła 24,6 mln obywateli, wśród tej liczby było aż 1,7 mln sierot. W roku 2010 według szacunków UNICEFu liczba ugandyjskich sierot ma wzrosnąć do 3,5 mln. Powód? AIDS i inne choroby oraz rebelianci na północy. W Afryce mało kto żyje długo - przeciętna życia wynosi tu zaledwie 42 lata.  

Kiedy dotarłam do hotelu była już 17-ta, tak więc czas najwyższy aby myśleć o wydostawaniu się przez uliczne korki na lotnisko. Wybraliśmy najtańszą opcję, czyli najpierw matatu (mikrobus) do oddalonego o 30 km Entebe (cena: niecałe 2 dolce) i dopiero stamtąd, za 4 dolce, taksówka na lotnisko (matatu na lotnisko nie dojeżdżają).

Pożegnanie z Ugandą odbyło się w dość stresującej atmosferze, bo pan przy odprawie chyba nie lubi mzungu, więc najpierw przyczepił się do mnie o 1 kg nadbagażu (jeden kilogram! trochę przesadził!), a potem wyżywał się na Adasiu nie chcąc nadać plecaka, bo nie podobał mu się czekan. Mówiliśmy, że przecież na wylocie z Europy nie było problemów i że czekan jest odpowiednio zabezpieczony. Pan czepiał się chyba dla samej przyjemności czepiania, w końcu jednak bagaż nadał. Ale ogólnie żal było wylatywać. Uganda to niewątpliwie jeden z ciekawszych zakątków Afryki, a Ruwenzori to góry nie porównywalne z żadnymi innymi.


 

 

INFORMACJE PRAKTYCZNE:

Uwaga! W moich zapiskach stosuję polską pisownię "Ruwenzori" (z "u" w środku), natomiast trzeba pamiętać, że angielska, a zarazem międzynarodowa pisownia, to obecnie "Rwenzori" (bez "u", choć dawniej też "u" stosowano :-)  ). Ma to znaczenie przy szukaniu informacji w Internecie oraz w obcojęzycznych źródłach.

Dolot:

Najwygodniej jest dolecieć od razu do Entebe – miasta z lotniskiem ok. 30 km od Kampali, stolicy Ugandy. Połączenia oferuje KLM oraz Brussels Airlines, przy czym najtańsze bilety jakie udało nam się znaleźć, kosztowały 3200 zł. Plusem połączeń wymienionych linii jest możliwość zabrania dużego bagażu – dozwolone są 2 sztuki po 23 kg, co przy sprzęcie górskim ma istotne znaczenie. Inną, tańszą ale bardziej kłopotliwą i czasochłonną opcją jest przelot do Nairobi skąd do Kampali kursują międzynarodowe autobusy.

Wiza ugandyjska:

Po zapłaceniu 50 US$ otrzymuje się ją na granicy. Zdjęcia nie są potrzebne.

Pieniądze:

W Ugandzie w użyciu są szylingi ugandyjskie, których przelicznik w końcu 2009 r. wynosił ok. 1800 UGX za 1 US$. W wielu miejscach (choćby w biurze RMS) można płacić dolarami, chociaż muszą być to dolary z datą emisji po 2001 roku (z 2001 włącznie), a czasami datą graniczną jest nawet 2003 rok! Starsze dolary nie są zwykle akceptowane - można je wymienić jedynie w bankach i kantorach (zwanych w Ugandzie "forex") w dużych miastach i po gorszym kursie.
W górach pieniądze nie są nam potrzebne - na szlaku nie ma żadnych sklepików czy handlarzy pamiątkami.

Organizacja akcji górskiej w Ruwenzori:

Pobyt w chronionych jako park narodowy górach Ruwenzori możliwy jest wyłącznie z przewodnikiem, po wykupieniu zezwoleń, których cena zależy od długości pobytu, trasy i zdobywanych szczytów. Oprócz standardowej trasy po tzw. Central Circuit Trail (trwająca zwykle 6-7 dni pętla głównym szlakiem, z dojściem na wysokość 4372 m), można zrobić też krótsze wycieczki, choćby dwudniowe (z noclegiem w pierwszym schronisku), czy pętlę cztero- albo pięciodniową. W przypadku Central Circuit Trail można iść zarówno przeciwnie do ruchu wskazówek zegarek (prawie wszyscy tak chodzą), jak i odwrotnie (rzadsze, ale są tacy, którzy twierdzą, że to lepszy wariant). 
Warto pamiętać, że trekkingi nie obejmują zdobywania szczytów. Za każdą górę płaci się dodatkowo, wiąże się to też z odpowiednią organizacją noclegów (np. przy zdobywaniu Margherity nocuje się w chatce Elena, dość mocno oddalonej od głównego szlaku).

ruw-mapa.jpg

Szczyty, które można zdobywać w ramach zezwolenia wspinaczkowego:
- Mt Stanely/Margherita Peak - 5109m n.p.m.
- Mt Albert                           – 5101 m
- Mt Alexandra                     – 5083 m
- Mt Speke                          – 4889 m
- Mt Baker                          – 4843 m
- Mt Gess                           – 4797 m
- Mt Emin                           – 4791 m
- Mt Luigi de Savoia             – 4626 m

Ceny trekingów/wspinaczki

– od osoby, dla turystów nie mieszkających we wschodniej Afryce (dane z 2009 r.):
- 6 dniowy trekking „standard” (Central Circuit Trail)                         780 US$
- trekking po Central Circuit Trail plus wspinaczka na Mt    Margherita    990 US$
- wspinaczka na każdy dodatkowy szczyt                                          150 US$
- każdy dodatkowy dzień w górach                                                   120 US$
Podane ceny obejmują: opłaty za przebywanie na terenie parku narodowego, wynagrodzenie i wyżywienie przewodnika oraz dwóch tragarzy (noszą do 25 kg naszego bagażu oraz jedzenie naszej obsługi), opłatę za ewentualną akcję ratunkową, podatek na miejscową społeczność (idzie na ten cel 20 % procent dochodów parku), możliwość spania w chatkach-schroniskach bez dodatkowych opłat. Ponoć jest w tej opłacie także węgiel drzewny (chyba do ogrzewania się?), ale my dowiedzieliśmy się o tym dopiero po powrocie z gór  :-).

Sugestie odnośnie trasy:

Wybór trasy i rozłożenie noclegów zależy w dużej mierze od tego, w jakiej kondycji jesteśmy i jak znosimy duże wysokości. Jeśli zamierzamy zrobić Central Circuit Trail (czyli najpopularniejszy szlak) z wejściem na Mt Margherita, w biurze RMS mogą nam sugerować wyprawę na 8 dni/7 nocy, ew. nawet 9 dni/8 nocy. W rzeczywistości sprawne i zgrane ekipy, nie mające problemów z aklimatyzacją mogą to zrobić w 6 dni/5 nocy . Oto schemat trasy z rozpiską noclegów przetestowany przez nas:
1 dzień   z Nyakelengija  Hut (1615 m) do Nyabitaba Hut (2651 m)
2 dzień   z Nyabitaba Hut (2651 m) do John Matte Hut (3505 m)
3 dzień  z John Matte Hut (3505 m) do Elena Hut (4541 m)
4 dzień   z Elena Hut (4541 m) do Kitandara Hut (4023 m) z atakiem szczytowym na Mt                Margherita (5109 m)
5 dzień   z Kitandara Hut (4023 m) do Guy Yeoman Hut (3505 m)
6 dzień   z Guy Yeoman Hut (3505 m) do Nyakalengija (1615 m)

ruw - gdzie dalej.jpgRóżnica naszej propozycji w stosunku do rozkładu noclegów polecanych przez RMS polega na pominięciu Bujuku Hut (teoretycznie - III nocleg, który jeśli nie mamy problemu z aklimatyzacją można zamienić od razu na Elena Hut) oraz Nyabitaba Hut na końcu trekkingu, a także zrezygnowaniu z drugiego noclegu w Elena Hut (po ataku szczytowym na Margheritę dojście do Kitandara Hut). Oczywiście każdy dzień w parku jest przygodą i ciekawym doświadczeniem przyrodniczym, ale dla wielu osób skrócenie trekkingu ma jednak znaczenie, choćby ze względów czasowych (można na to konto zobaczyć jeszcze coś innego), jak i finansowych (za każdy dzień pobytu w parku słono płacimy).

Gdzie załatwiać i opłacać zezwolenia na treking/wspinaczkę:

Monopolistą w organizowaniu wypraw w górach Ruwenzori jest Ruwenzori Mountaineering Services (RMS), firma mająca swoje przedstawicielstwa w trzech miejscach:
* w Kampali – w biurze Uganda Wildlife Authority, Plot 7, Kira Road, Kamwokya (spory kawałek od centrum, tuż za Muzeum Narodowym)
* w Kasese – miasteczku będącym bazą startową w góry Ruwenzori, przy Rwenzori Road, na północny-zachód od poczty  (nie sugerujmy się podawanym w adresach „hotelem Saad”!)
* na początku szlaku prowadzącego w góry, w siedzibie parku narodowego w wiosce Nyakalengija (to w sumie najwygodniejsze miejsce, bo i tak każdy wybierający się na trekking musi tam trafić).

Kontakty telefoniczne do RMS:

- tel +256 (0)483 444936 – telefon stacjonarny w Kasese
- tel. +256 (0)414 237497 – telefon stacjonarny w Kampali
- tel. komórkowy do osoby z biura w Kampali: (0)752 598461
- telefon komórkowy szefa: (0)782 325431 (Director)
- e-mail: This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it.

Jak dotrzeć do startu:

* Start znajduje sie na obrzeżach wioski Nyakalengija, ok. 20 od miasta Kasese.
* Jadąc z Kampali (ze stolicy Ugandy) do Kasese dotrzemy rejsowym autobusem (ok. 7 godzin jazdy, cena biletu – ok. 15 tys. szylingów ugandyjskich). W Kasese można zrobić ostatnie zakupy, skorzystać z kafejek internetowych, przenocować w przyzwoitych warunkach (my korzystaliśmy ze znajdującego się w centrum „White House” gdzie za pokój 2-osobowy z dobrym śniadaniem zapłaciliśmy 25 tys. szylingów).
* Z Kasese do Nyakalengija (czyli startu w góry) można dojechać zabierającym do 5 osób samochodem terenowym wynajętym w biurze RMS  (50 US$ od kursu za przejazd w jedną stronę). Inna opcja – bardziej czasochłonna ale tańsza, to kombinowanie lokalnymi środkami lokomocji, czyli przy pomocy matatu (mikrobusem pełniącym funkcję zbiorowej taksówki) lub boda-boda (motocykl służący jako taksówka, co jednak z plecakiem może być trudno wykonalne).

Kiedy jechać:

Chmury, deszcze i wilgoć to warunki normalne w Ruwenzori niezależnie od pory roku. Najlepsza pora (kiedy pada mniej niż w innych okresach i mamy szansę na mniej zamglone widoki) to miesiące od końca grudnia do początków marca i od końca czerwca do początków września.

Wyżywienie:

W biurze RMS możemy zamówić kucharza – jego usługi na Central Circuit Trail kosztują 70 US$ za cały treking, a jeśli zamierzamy zdobywać którąś z gór, cena wzrasta do 110 US$. Trzeba domówić, czy kucharz będzie przyrządzał jedzenie z naszych zapasów, czy zamawiamy zaopatrzenie zrobione przez RMS, co kosztuje 120  US$ od osoby w przypadku Central Circuit Trail i 140  US$ jeśli zakładamy wspinanie.
ruw-liofiliz.jpgW przypadku kiedy zamierzamy gotować samodzielnie (tak jak ja z Adasiem), poza sytuacjami awaryjnymi lepiej nie liczyć na gotowanie na ognisku rozpalanym przez tragarzy – trzeba mieć swój gaz. O rozpaleniu ogniska z drzewa pozbieranego w lesie nie ma mowy, ze względu na przepisy parku narodowego. Butlę gazową można pożyczyć w biurze RMS (50 US$ za butlę na grupę do 3 osób), ale przynajmniej ta, którą ja widziałam, była duża i ciężka. Optymalnie moim zdaniem jest zabrać z Polski własną kuchenkę (palnik), a paliwo lub kartusz z gazem kupić w Kampali (nie przywieziemy go z kraju ze względu na zakaz wożenia takich artykułów w samolotach).
Uwaga! W Kampali nie udało nam się kupić kartuszy do epi-gasa! W dużych centrach handlowych (np. Garden City) można natomiast kupić kartusze (a także palniki) do tzw. bluetów! Jeśli chodzi o zużycie gazu – my mieliśmy ze sobą dwa kartusze po 500 ml, przy czym pierwszy kartusz skończył nam się dopiero piątego dnia (a gotowaliśmy dużo, nie oszczędzając gazu).
W kwestii jedzenia... W naszym przypadku podstawą wyżywienia były naprawdę doskonałe w smaku i szybkie w przygotowaniu (bo wystarczy tyko zalać je wrzątkiem) liofilizaty firmy Travellunch (dystrybutor: Sporting Brożyna z Gdańska, tel.: 058 552 08 20, e-mail: This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it., http://www.sporting-brozyna.pl ). Liofilizowane dania obiadowe (wołowina po węgiersku, różne odmiany spaghetti, paella etc.) okazały się wystarczającym posiłkiem głównym nawet dla wysportowanego Adasia, z kolei na śniadanie jedliśmy liofilizowane musli, urozmaicając je kanapkami z pasztetami czy serkami topionymi. W ciągu dnia zdawaliśmy się na różne słodycze, kabanosy i batony energetyczne (w tym także firmy Travellunch).
Jeśli myślimy o zaprowiantowaniu w Ugandzie (my praktycznie wszystko przywieźliśmy z Polski), w sumie nie ma z tym problemu, jako że w supermarketach dużych miast jest niemal wszystko, chociaż ceny wielu artykułów są wyższe niż u nas (chodzi np. o konserwy, sery czy lepsze słodycze, w Ugandzie stanowiące towar luksusowy).

Ekwipunek:

ruw-zamiec.jpgJeśli chodzi o sprzęt wspinaczkowy, przywieźliśmy go z Polski. W rezultacie na nasz trzyosobowy zespół (my dwoje plus przewodnik) zabraliśmy 20 metrów liny (moim zdaniem było optymalnie), oczywiście mieliśmy też uprzęże, raki i dwa czekany (początkowo mieliśmy w sumie trzy, ale po różnych konsultacjach ze znawcami Ruwenzori czekan Adasia zostawiliśmy w depozycie w hotelu, co okazało się dobrą decyzją). Z tzw. szpeju wspinaczkowego zabraliśmy jedynie karabinki, "dyżurne" taśmy, prusiki, śruby lodowcowe oraz przyrządy asekuracyjno-zjazdowe (nic się z tego nie przydało, ale nigdy nic nie wiadomo).
Jeśli chodzi o ubranie, trzeba nastawić się na różne warunki pogodowe – od tropikalnego upału po wysokogórskie mrozy i śnieżyce (nie sugerujmy się bliskością równika). Najbardziej dokuczliwa jest jednak wilgoć – trzeba przygotować się, że po przemoczeniu rzeczy trudno jest wysuszyć. Odradzam zabieranie koszulek bawełnianych - miałam taką jedną i po przepoceniu pierwszego dnia do końca pobytu w górach nie udało mi się jej dosuszyć. Polecam natomiast koszulki z materiałów oddychających (które bardzo szybko schną).

Na pewno trzeba mieć ze sobą:

- koniecznie coś od deszczu! Poza kurtką przydatna jest też peleryna, do tego wodoodporny pokrowiec na plecak
ruw-ubior.jpg- buty trekkingowe, najlepiej skórzane, dobrze zaimpregnowane, na dobrej, nieślizgającej się podeszwie wibramowej; ze względu na bardzo krótkie odcinki lodowcowe moim zdaniem nie ma sensu brać butów typu plastikowe skorupy
- wodery czyli kaloszo-spodnie; ja miałam takie do pachwin, podczepiane do paska, ale lepszą opcją okazały się spodnio-buty Adasia sięgające aż do pasa (w moje, przy podchodzeniu ścieżkami zamieniającymi się w potoki, nalewała się woda)
- kijki – przydają się przy schodzeniu (odciążają kolana), ale dla mnie były nieocenione również przy przejściu bagien (pomagały utrzymać równowagę przy przejściach po śliskich balach)
- okulary przeciwsłoneczne, ważne zwłaszcza na lodowcu!
- latarkę – najlepiej czołówkę
- apteczkę
- ciepły śpiwór! Ja miałam "Yeti I" firmy Bergson, o zakresie temperatur od +15 do -2 st.C i muszę powiedzieć, że spisał się znakomicie. Poza tym jest lekki (950 g) i po ściśnięciu paskami kompresyjnymi - malutki (niewiele większy od menażki).

Niektóre elementy ekwipunku można wypożyczyć w biurze RMS. Oto cennik:

- kuchenka gazowa (na grupę do 3 osób)        50 US$
- lina                                                         25 US$
- raki                                                         25 US$
- uprząż                                                     25 US$
- czekan                                                     25 US$
- śpiwór                                                     25 US$
- buty do wspinaczki lodowcowej                   25 US$
- czapka                                                      5 US$
- spodnie                                                     5 US$
- ciepa bluza lub sweter                                 5 US$
- kalosze                                                     7 US$
- rękawice                                                    5 US$

Z innych rzeczy warto zabrać także:
- świeczki – przydają się w pozbawionych światła schroniskach
- papier toaletowy – bo nie wszędzie jest, a i do wytarcia stołu się przyda
- worki na śmiecie – w schroniskach nie ma koszy, a poza tym są niezastąpione przy zabezpieczaniu rzeczy przed zamoknięciem czy zawijaniu brudnych butów i ciuchów 
- GPS – dotyczy wspinających się na Margheritę (na lodowcu często jest mgła)

Noszenie bagaży

ruw-tragarz.jpgKażdemu, w ramach opłaty za trekking czy wspinaczkę, przysługuje prawo oddania 25 kg swoich rzeczy do niesienia przez tragarzy (w sumie jest ich dwóch na osobę). Jeśli mamy więcej bagażu, możemy wziąć kolejnych tragarzy (ang. porters), płacąc po 70 US$ za każdego z nich w przypadku trekkingów bez wspinaczki i 110 US$ jeśli chcemy zdobywać którąś z gór. Bagaż oddawany tragarzom warto zabezpieczyć przed zmoczeniem (deszcze) i ubrudzeniem (błoto). W ciągu dnia chodzimy wyłącznie z tzw. dziennym plecakiem (nosimy tylko to, co niezbędne w czasie drogi, typu kurtka, jedzenie, picie, apteczka itp.), natomiast do głównego bagażu mamy dostęp na noclegach.

Napiwki

Zwyczajowo na koniec trekkingu powinniśmy naszej ekipie (przewodnikowi, tragarzom, ew. kucharzowi jeśli takiego mamy) dać napiwki. Ile? - to stałe pytanie dręczące turystów. W każdym razie ilebyśmy nie dali, i tak ich zdaniem będzie za mało. My daliśmy przewodnikowi 40 US$ , tragarzom po 20 US$, przy czym niestety doszło do małej scysji związanej z tym, ile tragarzy jest do obdzielenia. Zdecydowaliśmy, że nagradzamy tylko tych, którzy nosili nasze rzeczy (nie wnikając czy odpalą jakąś dolę pozostałym). Problem polega na tym, że na trasie pojawiają się też inni tragarze, noszący jak tłumaczył nasz przewodnik, węgiel, ekwipunek i jedzenie przewodnika i reszty obsługi. Naszym zdaniem nie była to już nasza sprawa, tym bardziej że nie jesteśmy w stanie kontrolować kto był rzeczywiście potrzebny, a w ramach opłaty za trekking jest mowa o wyłącznie dwóch tragarzach na osobę.
Niezależnie od pieniędzy zostawiliśmy naszej obsłudze jeszcze sporo innych, potrzebnych im rzeczy - części garderoby, jedzenie, różne gadżety.

Zdrowie

Zagrożenie malarią jest jedynie przed startem na trekking – w górach, ze względu na wysokość i związane z tym zimno, komarów nie ma. Najbardziej prawdopodobne w czasie akcji górskiej są: przeziębienie, hipotermia (wychłodzenie), skaleczenia, otarcia, różnego typu urazy wynikające z potknięcia się czy upadnięcia, no i oczywiście choroba wysokościowa, której wstępną fazą jest ból głowy. Na pomoc medyczną za bardzo nie liczmy – szczegóły w opisie mojego wypadku i związanej z nim akcji ratunkowej.

Spanie

ruw-oboz ii.jpg* Dostęp do schronisk jest już w cenie trekingu. Ich standard jest bardzo skromny – są to nie mające żadnej stałej opieki chatki z piętrowymi pryczami i materacami (w Elena Hut nie ma pryczy, materace rozkłada się na podłodze).
* W chatkach nie ma elektryczności, ściany w wielu miejscach są dziurawe, bywa, że cieknie dach. Jedyne wyposażenie poza pryczami stanowi stół i ławy.
* W szczycie sezonu (w porze suchej) może zdarzyć się, że zabraknie w chatkach wolnych łóżek – lepiej zapytać w biurze RMS, czy nie powinniśmy zabrać namiotu, albo przynajmniej karimatki.

Warunki sanitarne, woda

* Toalety to „sławojki” ustawione w pobliżu chatek. Papier toaletowy na ogół trzeba mieć swój. * Zawsze w pobliżu chatek jest ujęcie wody (prowizoryczna rurka albo rzeka). * Na prysznic nie liczmy.  * Jeśli chodzi o czystość miejscowej wody do picia, to nie mam na ten temat żadnych informacji. My akurat wodę zawsze gotowaliśmy, bo nie musieliśmy oszczędzać gazu, ale myślę że w najwyższych partiach gór, nie miałabym oporów aby ją pić wprost ze strumienia. Profilaktycznie tabletki do odkażania wody ze sobą miałam, jednak nie było potrzeby, by z nich korzystać.

ruw-mapka.jpgMapy gór

Ponoć teoretycznie są, ale w praktyce ich nie ma (przynajmniej my nigdzie nie spotkaliśmy, choć szukaliśmy). Przed wyjściem na trekking można jedynie popatrzeć na schematyczną mapę namalowaną na ścianie biura RMS. Prowizoryczna mapka szlaku jest w w poświęconym Ugandzie przewodniku anglojęzycznej serii Bradt.

Łączność

Sieć komórkową można złapać tylko na początku, w pierwszym schronisku (Nyabitaba) oraz na końcu  - przy schronisku Guy Yeoman. Rangersi (parkowi strażnicy) mają radiotelefony, ale z nami rangersa nie było (tzn. pojawił się na sam koniec, w czasie akcji ratunkowej).

Internet:

http://www.rwenzori.com
http://rwenzorimountaineeringservices.com
http://www.traveluganda.co.ug/ruwenzori.asp
http://www.unep-wcmc.org/sites/wh/pdf/Rwenzori.pdf

Back to top