Wspomnienia z wakacji - Chorwacja 2012
Hits: 5136

chorwacja-flaga.jpgBLOG CHORWACKI
Końcówka roku to czas różnych podsumowań. Jeśli chodzi o wyjazdy wspólne z Pawłem, nie mieliśmy wątpliwości który był najfajniejszy - letnia Chorwacja! Oboje uwielbiamy ten kraj, co roku zwiedzamy inną jego część, a że tyle tam do oglądania, zawsze są to dla nas bardzo intensywne, a zarazem zawsze udane wypady. Oto nasz blog z wyjazdu jaki zrobiliśmy na przełomie lipca i sierpnia.

Dzień I
24 czerwca, Warszawa-Zagrzeb-Wyspa Rab (Chorwacja)
Zmiana kraju

rab2.jpgJeszcze dwa dni temu byłam w Turcji, no a teraz już jestem w Chorwacji. Po zwariowanym jednym dniu w Polsce (miałam na przepakowanie się i załatwienie najpilniejszych spraw właśnie jeden dzień),tym razem już z Pawłem przyleciałam do Zagrzebia, rozpoczynając nasze chorwackie wakacje.

W tym roku (bo jesteśmy stałymi bywalcami Chorwacji) naszym głównym celem jest wyspa Rab, a dokładniej doroczny festiwal średniowieczny jaki się na niej odbywa. Drogę dojazdową na wybrzeże znamy już na pamięć – zawsze dużo radości daje nam przejazd przez most nad rzeką o jakże romantycznej nazwie: Kupa! Ciekawe, bo w Turcji odkryłam z kolei że taką samą nazwę ma sieć sklepów obuwniczych :-).

rab3.jpgPo drodze zrobiliśmy sobie krótki przerywnik w miasteczku Senij, gdzie główną atrakcją jest wznosząca się ponad nim twierdza. Bardziej od wiekowego zabytku zafascynował nas jednak wiatr, prawie że huragan o nazwie bora, który w międzyczasie się rozwiał, z minuty na minutę zmieniając warunki na morzu w sztormowe, a tym co tak jak my stali na lądzie, dawał wrażenie, że zaraz odfruną. Zgodnie z tym co powiedział jakiś lokales, bora powiała ze dwie godzinki, i ucichla. Dobrze, bo inaczej moglibyśmy mieć problem z przeprawą na wyspę (czasem rejsy promów są zawieszone właśnie ze względu na pogodę).  


Dzień II
25 czerwca, miasto Rab
Odkrywanie Rabu


rab16.jpgSporą część dnia spędziliśmy z Pawłem na szwendaniu się po starówce Rab Town. Ładne miasteczko, pełne różnych zaułków, ciekawych elementów architektonicznych i wręcz cukierkowych ozdóbek w stylu obwieszonego lawendą roweru, koszyczków z napisem „Witamy”, ozdobnych kamieni itp. 

Późnym popołudniem poszłam pobiegać. Około 10-kilometrowa pętelka dała mi z grubsza pogląd jak wygląda wyspa poza głównym miastem. Fajne jest to, że wzdłuż wybrzeża zrobiono ścieżkę dla biegaczy/rowerzystów/plażowiczów, choć akurat plażowiczów ze ścieżki trochę trudno mi zrozumieć, bo okej, plaż jako takich jest tu raczej mało, ale co to za przyjemność rozkładać się na 2-metrowej szerokości chodniku skoro co chwila ktoś nad głową przejeżdża czy przebiega?

rab11.jpgWiększość wypoczywających na Rabie to Niemcy i Holendrzy. Polaków jest mało, ale oczywiście są. Nie wiem czy mieliśmy takie szczęście, czy tak wygląda atmosfera wakacji polskiej rodziny, ale zastanawialiśmy się, dlaczego nasi rodacy tak na siebie warczą? Dokładnie tak – nie mówią do siebie tylko warczą, kłócą się, a zamiast wyglądać na zrelaksowanych sprawiają wrażenie jakby ktoś ich na rodzinny urlop wysłał za karę. Zresztą co do Polaków miałam ścięcie z jedną parą, którą spotkałam na wieży jednego z tutejszych kościołów. Wieża jest świetnym punktem widokowym, dlatego więc na nią wlazłam, podczas gdy Paweł czekał na mnie na dole. No więc jestem na tej wieży, napawam się faktycznie pięknym widokiem, a tu koło mnie staje para mniej więcej dwudziestokilkulatków i chłopak ku uciesze dziewczyny zaczyna… pluć! Radość obojga jest tym większa, im bardziej wiatr znosi lecącą ślinę na stojących na dole ludzi. –You are stupid! – nie omieszkałam powiedzieć do kolesia, jeszcze nieświadoma nacji jaką reprezentuje. Chwilę potem para zerka na mnie i mówi między sobą po polsku: -A co jej to przeszkadza? No to ja do nich też już po polsku, że przeszkadza, choćby dlatego że na dole stoi mój mąż. Wzruszyli ramionami i sobie poszli. Ale może nie mam racji? Starzeję się, więc się czepiam!  :-)

rab13.jpgWieczór spędziliśmy na otwarciu średniowiecznej „fiery”, imprezy odbywającej się na Rabie od stuleci, co roku dokładnie między 25 a 28 lipca. Taki średniowieczny festiwal, tym bardziej fajny, że nie jest to typowa komercja, tylko atrakcja, która cieszy również samych lokalesów. Fierę rozpoczęła parada uczestników i zrobiona z pompą uroczystość na największym placu miasta, noszącym miano św. Krzysztofa. Wyobraźcie sobie około 900 osób poprzebieranych w średniowieczne stroje, w różnym wieku, różnych procesji. Najbardziej rzucały się w oczu damy dworu, kusznicy i rycerze, ale kilkulatki biegające w lnianych koszulinach, też były urocze. Po oficjalnym otwarciu wszyscy z nich rozeszli się na rozrzucone po całym mieście stanowiska, gdzie  teraz przez kolejne trzy wieczory można zobaczyć jak w średniowieczu wykonywano różne prace, popatrzeć na zawody kuszników, przekonać się własnoręcznie jak żmudne jest kucie w kamieniu, jest też okazja aby zakuć się w dyby, popróbować wina, tutejszej miodowej grapy i wszelakich innych lokalnych specjałów. Kiedy wracaliśmy do hotelu około 2.30, na ulicach miasta wciąż było pełno ludzi.


Dzień III
26 lipca, Rab-Kampor-Lopar-Rab
Pod i nad wodą

rab10.jpgDzisiaj miałam okazję sprawdzić jak na Rabie z możliwościami nurkowymi. Padło na Krno Diving Center, w którym jak mi powiedziano, miałam stawić się o 9-tej. Niestety, z racji tego że wczoraj zabalowaliśmy na mieście do około 2.30 w nocy, no a rano wszystko było przeciw nam (najpierw odkryliśmy, że nasze autko zastawione jest przez inne, potem zaś pomyliłam drogę i pokierowałam Pawła zupełnie gdzie indziej niż powinnam), w bazie nurkowej stawiliśmy się z 10 minutowym obsuwem. Szczerze mówiąc specjalnie się tym faktem nie przejęliśmy, bo przecież sam Bojan, rodowity Chorwat a służbowo Przedstawiciel Chorwackiej Organizacji Turystycznej na Polskę z którym jeszcze wiezczorem piliśmy winko, przekonywał nas, że polako, polako (wbrew skojarzeniom: powoli,powoli), i zegarkiem nie ma co się przejmować, bo przecież tu jest Chorwacja. A tymczasem, ups! – baza okazała się firmą niemiecką, tak więc wszystko było dopięte i punktualne! Ponieważ reszta ekipy z którą miałam nurkować była już gotowa, wbiłam się tylko w pośpiechu w piankę, złapałam płetwy i maskę, i pędem pognałam na łódź, gdzie cały mój sprzęt już jak się okazało był już przygotowany i zapakowany.
 
Szczerze mówiąc nawet nie za bardzo wiedziałam, gdzie mamy nurkować, ale jak się okazało, miałam szczęście, bo Holendrzy do których mnie podłączono stanowili zgraną i mocną ekipę, dzięki czemu popłynęliśmy w ponoć jedno w najfajniejszych miejsc w całej Chorwacji, w okolice wyspy Cres. Samo dopłyniecie szybkim RIBem (pontonem z bardzo mocnym silnikiem) zajęło nam z 45 minut, na pełnym gazie, podskakując na falach tak, że obolałe pośladki pewnie będę czuła jeszcze jutro. Nagrodą były widoki - nie tylko te pod wodą ale i nad - rab5.jpgwidać było poszczególne pasma gór na wyspie Rab (najwyższe dochodzące do 400 m wysokości), a w tle góry Velebet, znajdujące się już na kontynencie.

Nurkowanie było naprawdę świetne, a na pewno dużo lepsze niż się spodziewałam. Nurkowałam w parze z Ralfem, lokalnym dive-masterem, który poprowadził mnie do przepięknego wąwozu porosłego koralowcami, może nie tak bogatego kolorystycznie jak w Egipcie, ale mimo wszystko robiącego wrażenie. Holendrzy opowiadali że jedną z mieszkanek wąwozu jest dochodzący do 2 metrów długości lokalny gatunek mureny, ale jakoś nie mielismy szczęścia jej zobaczyć. Z ciekawszych ryb była natomiast skorpena o niezwykłych, „kocich” oczach, po podświetleniu latarką  świecących na zielono. To co mnie jednak zaskoczyło, to dość zimna woda. Zdziwiłam się już wcześniej, kiedy przed wskoczeniem do wody Ralf dał mi dodatkową piankę docieplającą i poradził bym założyla kaptur. Miał rację – mimo temperatury ponad 30 stopni na powierzchni, pod wodą (schodziliśmy na 30 metrów), było całkiem chłodno. 

W każdym razie wszystkim nurkom przyjeżdżającym na Rab niemiecką bazę prowadzoną przez sympatycznego Andreasa, jak najbardziej polecam. Fajna atmosfera, dobra do nurów lokalizacja (miejscowość nazywa się Kampor), dobry sprzęt, odpowiedzialni dive-masterzy, no i jest co pod wodą oglądać. Dość powiedzieć, że ci Holendrzy z którymi nurkowałam, przyjeżdżają do Andreasa co roku, od 6 lat!

rab8.jpgA co po nurach? Objechaliśmy sobie północno-zachodni kraniec wyspy, czyli pojechaliśmy do miejscowości Lopar, która okazała się kurortem plażowym, z ładną, choć mocno zatłoczoną piaszczystą zatoką, co tutaj takie normalne nie jest, bo większość miejsc ma raczej kamieniste dno (na dodatek z jeżowcami, więc powinno się wchodzić do wody w butach). Ani ja, ani Paweł fanami plażowania nie jesteśmy, tak więc zamiast na plaży rozlokowaliśmy się na stoku wzgórza w dającym cień sosnowym lesie,  z widokiem na morze rzecz jasna, i w tak przyjaznych okolicznościach przyrody skonsumowaliśmy nasz piknikowy lunch, w formie kanapek, świeżo kupionych pomidorów i słodkiego arbuza którym podzieliliśmy się trochę z jaszczurką (nigdy nie wpadłabym na to, że arbuz tak jaszczurce zasmakuje). Oczywiście w morzu się wykąpałam, licząc że pływając w masce wypatrzę jakieś ciekawe ryby, ale gdzie tam – widać ludziska wszystkie wypłoszyli. 

W drodze powrotnej do miasta stanęliśmy w miejscowości Supertarska Draga, w której znajduje się zabytkowy, romański kościółek z najstarszą w całej południowej Chorwacji dzwonnicą.

rab15.jpgWieczorem z kolei, jak zwykle tutaj, poszliśmy „w miasto”. W ciągu dnia uliczki Rabu są prawie puste, chyba że pojawią się żądni zwiedzania turyści (reszta narodu leży na plażach, przy basenach, ew. tapla się w morzu, albo przetrzymuje upał w klimatyzowanych pokojach hotelowych). Ruch zaczyna robić się po południu, a wieczorem trudno przez te wąskie pasaże  przejść. Teraz ludzi jest wyjątkowo dużo ze względu na tę średniowieczną „fierę”. W odgrywaniu różnych dawnych scenek uczestniczą całe rodziny czy grupy znajomych, przy czym niektórzy przygotowują się do tego prawie przez cały rok. Luka, nasz tutejszy kolega, mówił, że on jako chorąży, czyli nosząc flagę swojej miejscowości, ma ćwiczenia co tydzień, właśnie przez cały rok. Teraz nadszedł czas zaprezentowania różnych umiejętności i tradycji, przy czym widać że cała tutejsza społeczność naprawdę tym żyje i mimo że nie dostają za to żadnych pieniędzy, angażują się ogromnie. Większość z nich w ciągu dnia normalnie pracuje, no ale wieczorem przebiera się w dawne stroje i wychodzi na przydzielone stanowiska, bo te trzy dni w roku są faktycznie ich świętem. Moimi faworytkami są paniecipkarki (robiące koronki, bo cipka to po tutejszemu koronka), i dziewczyna która w podkasanej spódnicy udeptuje winogrona. Aaa, i jeszcze chłopcy od ryb, którzy pieką na ognisku świeżo złowione ryby i hojnie rozlewają bukłaki z winem. 


Dzień IV
27 lipca, wyspa Rab (Chorwacja)
Rab na rowerach, koniec Fiery

rab45.jpgDzisiejszy dzień minął nam pod hasłem wycieczki rowerowej. Jednoślady wypożyczyliśmy w miejscowym kantorze :-), za całe 60 kun (30 zł) od osoby za 6 godzin, po czym pojechaliśmy w siną dal, a raczej na polecany nam jako miejsce pełne szlaków rowerowych i pieszych Półwysep Kalifron. Nie powiem, trochę się zmachaliśmy, bo traska miała sporo podjazdów, po średnio przygotowanych drogach, ale jakoś daliśmy radę. Ja do tego miałam jeszcze 10 km w nogach w ramach porannego biegania. Tym razem pognałam w kierunku wschodnim od miasta Rab, przy okazji zauważając ciekawy system zajmowania plażowych miejscówek. Okazuje się, że to co robi się w różnych plażowych hotelach np. w Turcji czy na Majorce, to znaczy idąc na śniadanie zostawianie na jakimś leżaku ręcznik, to tutaj mało skuteczny pomysł. W Chorwacji gdzie plaże są nieliczne i wąskie, ręczników i karimatek w ogóle się z plaży nie zabiera, zostawiając je tak, jak leżały w ciągu dnia, tyle że ze względu na wiatr na noc kładąc na nich kamienie. Niektórzy posuwają się jeszcze do rozbicia namiotu, bo rozbijanie namiotów stało się tutaj po prostu modne. Inna sprawa że najlepsze plaże i tak są daleko od miasta, w zatoczkach do których najlepiej dopłynąć. Stąd też system tak zwanych water taxi czyli łódeczek za kilkanaście kun kursujących do określonych miejsc. Szczególnym wzięciem cieszą się wodne taksówki do plaż FKK – pod tajemniczym skrótem kryją się tu plaże naturystów.

rab40.jpgWieczór spędziliśmy już w mieście, tym bardziej że cała starówka Rab żyła zamknięciem średniowiecznej Fiery. Znowu były parady różnych grup, damy dworu, wystrzały armatnie itp., chociaż muszę powiedzieć że dzisiaj akurat największą moją sympatię wzbudzili… trędowaci. Oczywiście nie prawdziwi, tylko grupa pełnych fantazji młodych ludzi odzianych w uszyte z worków stroje, odpowiednio ucharakteryzowana, podpierająca się kijami… A najbardziej mi się podobał „trędowaty” cichaczem wysyłający smsa  :-). 
 


Dzień V
28 lipca, wyspy Rab i Pag – Otočac - Prozor 
Z wyspy  na wyspę i przeskok na kontynent

rab50.jpgDziś rano pożegnaliśmy się z wyspą Rab. A właściwie źle powiedziałam – wyjechaliśmy z hotelu rano, ale utknęliśmy na 1,5 godziny w kolejce do promu. Potem, znowu godzinę z hakiem, przestaliśmy by dostać się na sąsędnią wyspę, Pag. Fakt, dzisiaj sobota, czyli zmiana turnusów, ale siedzenie w samochodzie pokazującym na wyświetlaczu temperatury 41 stopni, zdecydowanie nie jest najmilszą rzeczą jaką można robić. Grzecznie jednak czekaliśmy, z pewnym wkurzeniem obserwując samochody, które czekać podobnie do nas nie zamierzały. Większość kombinatorów jak zdradzały tablice rejestracyjne stanowili Polacy. No cóż – Polak potrafi…

Pag to dość specyficzna wyspa. To najbardziej na północ wysunięta z wysp Dalmacji (Rab należy już do regionu Kvarner), ze względu na wysuszenie – dość osobliwa krajobrazowo (dominują kamienne jałowe pola). Program muzealny jaki zakładaliśmy, czyli pozostałości rzymskiego akswedunku w miejscowości Novalja oraz Muzeum Koronek w mieście Pag nie wypalił, bo jak się okazało nie wzięliśmy pod uwagę, że tu wszystko czynne jest tylko króciutko rano, a potem – dopiero wieczorem. Czas zaoszczędzony na muzeach poświęciliśmy na widoczki i piknik na jakiejś napotkanej po drodze plaży, gdzie przy okazji wykąpaliśmy się w turkusowym morzu. Trochę kłopotu miałam z przebraniem się w kostium, bo krzaków żadnych w okolicy nie było, no ale ostatecznie uznałam że przecież nikt mnie tu rab52.jpgnie zna, więc co tam, zaprezentowałam namiastkę ekshibicjonizmu. Tyle że zaraz potem okazało się, że plażowicze wokoło to sami Polacy! Na szczęście znajomych nie spotkałam. :-)

Południowy kraniec Pagu połączony jest z kontynentem mostem, tak więc tym razem nie musieliśmy już czekać w żadnych kolejkach. Dziś mamy nocleg w wiosce Prozor, niedaleko miasta Otočac, pomiędzy parkami narodowymi Jezior Plitwickich i Sjeverni Velebit. Pierwszy znamy, drugiego nie, poza tym że wiemy że chodzi o ochronę sięgający 1700 metrów gór. Śpimy na kwaterze agroturystycznej, u bardzo gościnnych gospodarzy, którzy już na dzień dobry wyciągnęli śliwowicę, poczęstowali nas sokiem z kwiatów dzikiego bzu (po tutejszemu bazga), a potem zabrali do miasta na coroczną fiestę pod hasłem "Eco-Etno". Fajna impreza bo nie dla turystów, tylko dla lokalesów, którzy tłumnie i z zaangażowaniem w niej uczestniczą. Najważniejszym punktem programu są zawody w przyrządzaniu dziczyzny, bo polowania na dzikiego zwierza to tutaj dość popularne zajęcie. Startuje się w zespołach (kryteria doboru są różne: rodzina, znajomi, kumple z pracy), gotuje się zwykle na kociołkach, ale maszynki gazowe też są akceptowane. Zespół który wygra oprócz satysfakcji i poniekąd sławy, dostaje 5000 kun (ok. 2500 zł), ale nie jest to duża kwota, jeśli weźmie się pod uwagę, że na zwycięzcach spoczywa również ważny obowiązek – w kolejnej edycji zawodów startować nie mogą, za to muszą w kolejnej edycji imprezy nakarmić na swój koszt wszystkich którzy do nich przyjdą. Korzystając z tej reguły u ubiegłorocznych zwycięzców zjedliśmy fasolkę z jakimiś dziwnymi kiełbasami, chociaż nabardziej smakował nam gulasz z rab55.jpgdzika przygotowany przez ekipę Denisa – syna naszych gospodarzy. Potem okazało się że Denis&company zajęli tym gulaszem II miejsce, za co dostali profesjonalny sprzęt do grilowania. Pytałam ich, co by zrobili z nagrodą gdyby wygrali. No więc z tych 5000 tys. kun od razu odłożyliby 3000 na zakup produktów żeby upichcić coś w przyszłym roku, a za pozostałe 2000 zrobiliby imprezę.

Imprezie towarzyszy kiermasz regionalnych wyrobów. Przejście wśród straganów dopełniło nam brzuchy już naprawdę na full – wszędzie a to winko, a to sery albo miody z domowej pasieki, a wszystkiego można spróbować zupełnie za darmo. I do tego porywająca rytmami chorwacka muzyczka, bo grała jakaś popularna tutaj kapela. Chorwaci bardzo ładnie śpiewają – ich piosenki to taki trochę miks Ireny Santor z Eleni, ale bardzo przyjemnie się tych rzewnych, melodyjnych kawałków słucha. No i to co najważniejsze – nie są to żadne kalki zachodnich hitów – tutaj ludzie są dumni z własnych tradycji i śpiewają po chorwacku!


Dzień VI
29 lipca – Gacka Dolina i Park Narodowy Gór Velebit
Rzeka, góry i niedźwiedzie

Dzień rozpoczęłam wcześnie: godzinnym bieganiem. Tym razem wbiegłam sobie na jedno z wzgórz, zaliczając po drodze spotkanie z pasącymi się w lesie krowami, które wyszły na drogę aby na mnie popatrzeć i ani śmiały z drogi zejść. 

rab56.jpgW międzyczasie Paweł zaliczył miejscowy sklep, czego efektem był świeży chleb i ser plus soczyste pomidory, prawie prosto z krzaka. W takiej scenerii jak tu (zielone wzgórza, sielski nastrój, piejące koguty itp.) zjedzone w przydomowej altance, własnoręcznie zrobione śniadanie, smakuje lepiej niż najlepsze dania hotelowe. Ledwo skończyliśmy przyjechał Denis (syn gospodarzy) i zabrał nas na 2-godzinną przejażdżkę łódką po rzece Gacka. Łódka była nie byle jaka, bo to tradycyjna tutaj dłubanka wydrążona z jednego dnia sosny, nieco chybotliwa,  „napędzana” dawniej jednym długim wiosłem (wiosłujący stał), a obecnie pagajem (wiosłujący siedzi).  Kiedyś czymś takim, zwożono siano z okolicznych łąk, teraz próbuje się tu z tego zrobić całkiem fajną atrakcję turystyczną (w cenie naszej kwatery taki rejsik jest gratis). 

rab61.jpgCo do Gacki, czyli wijącej się po tych okolicach rzeczki, to według pani z miejscowej informacji turystycznej jest to najczystsza rzeka Europy! Można nawet pić z niej wodę – bez przegotowania, a czystość plus ekosystem jaki powstał sprawiają, że ponoć żyjące w niej pstrągi rosną pięć razy szybciej niż gdzie indziej, a do tego są znacznie większe. Nie znam się na rybach, ale ponoć na porządku dziennym są tu pstrągi osiągające 70 cm czy ponad metrowe szczupaki.  Z tego co mówił Denis wynikało, że Gacka to jakieś kultowe miejsce dla wędkarzy spinningowych, którzy zjeżdżają tu z całego świata, chętnie płacąc 35 euro za 1-dniową tylko licencję na łowienie. Denis mówił, że wśród gości apartamentu jego rodziców był np. ostatnio Japończyk, który przyjechał właśnie specjalnie na ryby, a także… Mongolka – też wędkarka!

Pływając po Gacce pomyślałam że to super miejsce dla… nurków! Sama chętnie zrobiłabym sobie w jej wodach podwodny spacer, bo w wielu miejscach koryto tworzy głęboki na 10 metrów kanion, w dodatku z tak klarowną, przejrzystą wodą, że wszystko w tych głębinach widać.  Ryby rybami, ale rzecz jasna interesowały mnie także inne rzeczy. Podpytałam Denisa na przykład o układy z Serbami. W czasie wojny bałkańskiej tereny te dość znacznie ucierpiały, bo granica była zaledwie 5 km stąd. W dość częstych bombardowaniach zginęło około dwustu tutejszych mieszkańców, a w c została uszkodzona większość domów. Teraz narodowościowe antagonizmy już zanikły – Serbowie coraz częściej przyjeżdżają w charakterze turystów, co  teraz już się akceptuje, bo ja stwierdził Denis „trzeba jakoś żyć”. Na wszelki wypadek staram się jednak pamiętać, aby przy powitaniach/pożegnaniach nie cmokać się trzy razy, czyli tak "po polsku", bo tak też całują się Serbowie (Chorwaci robią cmok-cmok, dwa razy).

rab58.jpgPo wycieczce łódką pojechaliśmy do Parku Narodowego Sjeverni Velebit, stworzonym do ochrony przypominającego nieco miks Bieszczadów i Beskidu Sądeckiego masywu Velebit. Dokładniej, to od strony morza góry te wyglądają bardzo surowo, kamieniście, natomiast od strony wschodniej są zalesione i bardzo zielone. Szczerze mówiąc to do wysokości 1500 m n.p.m. można wjechać samochodem, tak więc trudno mówić o ambitnym zdobywaniu gór, ale potem, od parkingu, można sobie zrobić kilka ciekawych wycieczek. Pętelka w tak zwanym Ogrodzie Botanicznym (nazwa mocno na wyrost) nie wymaga większego wysiłku, ale wejście na szczyt zwany Veliki Zavizan rab59.jpg(1676 m) trochę potu jednak mnie kosztowało. Inna sprawa że faktem jest, że szłam szybko i bez odpoczynku, dzięki czemu zamiast wchodzić jak podawały tabliczki 50 minut – wyrobiłam się w 17!  Wszystko dlatego, że nie chciałam by Paweł zbyt długo na mnie czekał (umówiliśmy się w miejscowym schronisku), ale potem okazało się że i on też dał sobie w kość, bo co prawda przez pomyłkę (zrobił sobie niefortunny skrót), ale również zaliczył jakiś pobliski szczyt. W każdym razie oboje byliśmy z naszych „wyczynów” bardzo zadowoleni, bo widoki są obłędne, zwłaszcza na stronę gór oblaną przez Adriatyk, na którym widać rozrzucone na morzu wyspy. Ja cieszyłam się tym bardziej, że na szczycie było mnóstwo szarotek alpejskich, kwiatków które bardzo lubię, ale rzadko na nie trafiam. Na szczęście nie trafiłam za to na żmije, przed którymi ostrzegało mnie w tym rejonie kilka osób. Żadne to pocieszenie, że tylko dwa gatunki są jadowite i to, że na ile groźne może być ukąszenie, zależy od odporności organizmu. 

A tak swoją drogą to w tutejszych górach są wyciągi narciarskie! Nie jakieś ambitne, bardzo proste, pojedyncze orczyki, ale zawsze. Denis opowiadał że w okolicach Prozoru zimą temperatury spadają nawet do minut 25 stopni, a śnieg też nie jest tu niczym niezwykłym! W tym roku śnieg zalegał jeszcze 1 maja!

rab53.jpgNa zakończenie dnia odwiedziliśmy jeszcze znajomy nam już sprzed dwóch lat sierociniec niedźwiadków znajdujący się w miejscowości Kuterevo. Trafiają do niego małe miśki które zostały bez matki. W tutejszych górach niedźwiedzi jest mnóstwo – ponad tysiąc sztuk, tak więc nie są chronione, a nawet jest prawny nakaz odstrzału rokrocznie 10 procent ich populacji, czyli około stu sztuk (ponoć niektóre części ciała niedźwiedzia w tych stronach się jada!).  Wiele niedźwiedzi ginie też pod kołami samochodów czy pociągów. Niestety, miśki z sierocińca już nie wracają do natury – zatracają instynkty dzikich zwierząt, tak wiec do końca życia muszą pozostać pod opieką ludzi. Śliczne zwierzaki – patrzyliśmy jak się bawią, kąpią, czasem – walczą ze sobą. Opiekują się nimi wolontariusze z całego świata – poznaliśmy na przykład Maxa – Niemca który jest w Kuterevie już od ponad roku, z innych nacji jest np. Francuz i grupa belgijskich skautów. Wolontariusze płacą za pobyt tutaj 5 euro dziennie (zakwaterowanie) w zamian za co mają obowiązek pracy przez 5 dni w tygodniu po 6 godzin dziennie.

Już na sam koniec dnia zjechaliśmy do Otočacu zobaczyć tamtejszą twierdzę. Nastawiliśmy się na Bóg wie co, tymczasem twierdza (po chorwacku: fortica) okazała się niepozornym fragmentem kamiennych murów. Rozczarowanie chcieliśmy utopić w butelce wina, ale zapomnieliśmy, że dziś niedziela, więc wieczorem żadne sklepy nie są tutaj czynne. W takim razie pozostaje nam delektowanie się co najwyżej rechotem żab. Tak na marginesie to w Polsce mówimy o odgłosach żab „kum-kum”, w Austrii mówi się „kwa-kwa”, a tutaj: „kre-kre” (chyba najbardziej bliski rzeczywistości dźwięk). :-)



Dzień VII
30 lipca, rejon Lika – Kumrovec – Veliki Tabor – Zagrzeb
Od strzelania z łuku do chaty Tito


rab60.jpgPierwsze pół dnia pokręciliśmy się jeszcze po regionie Lika, czyli pośród zielonych gór środkowej Chorwacji, gdzie aż cisną się na myśl słowa poety „Wsi spokojna…” (to chyba Kochanowski?). Zaczęliśmy od wizyty w Adventure Parku „Rizvan City” (www.rizvancity.com), gdzie jest ścianka wspinaczkowa, rozwieszony między linami park linowy, teren do paintballa, quady itp. atrakcje, chociaż z przyczyn czasowych mogliśmy sobie pozwolić jedynie na postrzelanie z łuku (cóż, mistrzynią olimpijską w tym sporcie już nie zostanę). 

Potem było trochę zabytków – wieża stanowiąca pozostałość po XV-wiecznej warowni tureckiej (niestety cała w rusztowaniach) i znajdujące się koło wioski Sinac XIX-wieczne młyny na rzece Gacka, niegdyś wykorzystujące siłę wody do mielenia ziarna na mąkę.

rab65.jpgDwustukilometrowego przeskoku na północ Chorwacji nie pamiętam, bo jazda samochodem działa na mnie w dużej mierze usypiająco. Paweł obudził mnie dopiero pod Zagrzebiem, gdzie nie do końca ufając naszemu GPSowi (kilka razy w ciągu tego wyjazdu chciał nas wyprowadzić na manowce), trzeba było zajrzeć w mapy i decydować jak jechać. Celem był Kumrovec, a właściwie znajdujący się tam skansen Stare Selo, gdzie m.in. stoi chata będąca miejscem narodzin (ur. 1892 roku, zm. 1980) marszałka Josipa Broz-Tito. Postać kontrowersyjna, ale sądząc po wpisach w księdze pamiątkowej słynny jugosłowiański przywódca wciąż ma wielu fanów swojej legendy. Wśród różnych pamiątek jakie można zobaczyć w chacie-muzeum jest m.in. fałszywy paszport Tito (zrobiono go na obywatela Szwecji) i kamień z Księżyca jaki podarował podczas swojej wizyty w Kumrovu prezydent USA Richard Nixon.

Oczywiście do innych chat niż ta związana z Tito też zajrzeliśmy. Paweł zwrócił uwagę, że w jednej z nich, pokazującej życie młodej pary, najpierw jest pokazany pokój gdzie manekiny nowożeńców siedzą na łóżku, a zaraz potem jest izba, w której dziewczyna trzyma na rękach noworodka, ale mężczyzny już koło niej nie ma. 

rab63.jpgNa wyjeździe z Kumrovca mieliśmy spotkanie z chorwackimi policjantami. Bogu dzięki zauważyliśmy ich wcześniej, przez co nie wyjechaliśmy z parkingu przecinając ciągłą linię, co jest logiczną i wygodną opcją, tylko nadłożyliśmy drogi tak aby było zgodnie z przepisami. Panowie nie mieli się do czego przyczepić, zatrzymali nas chyba tylko dlatego że się bardzo nudzili (ogólnie na drodze prawie nic nie jechało), coś tam pospisywali i stwierdzili że chwala lepa (dziękują bardzo) – możemy jechać. Skoro tak to pojechaliśmy – 15 km dalej w miejscu zwanym Veliki Tabor był bowiem malowniczy zamek. Niestety  zamknięty (może z racji poniedziałku, choć według przewodnika czynny jest 7 dni w tygodniu), ale i tak warto było go zobaczyć, choćby z zewnątrz. Jeśli ktoś będzie w tych stronach z dziećmi, to ok. 1 km od zamku, przy głównej drodze w stronę Pregrady są w lesie miniaturowe budowle, kopie różnych zamków i dworów, przy których możemy czuć się jak Guliwery w krainie Liliputów. Dzieciakom się na bank spodoba, ale my również, chociaż nie dzieci, mieliśmy sporo radochy.

Dziś nocujemy już w Zagrzebiu… Jutro z rana ruszamy na „podbój” stolicy. Niezły przeskok – z typowej, tchnącej spokojem wsi, do wielkiego, milionowego miasta.



Dzień VIII
31 sierpnia, Zagrzeb
Miasto piernikowych serc, czerwonych parasoli i tanich brzoskwini


rab 70.jpgCały dzień minął nam na zwiedzaniu Zagrzebia. Stwierdziliśmy, że to bardzo przyjazne turystom miasto – wszystko co najciekawsze jest w zasięgu może nie tyle ręki, co przyjemnego spaceru, nie mówiąc o przeróżnych folderach (także w języku polskim), który taki spacer pomagają zaplanować. Nam było o tyle łatwiej, że przez pewien czas chodziła z nami po mieście pani Ula, która w Chorwacji mieszka już od 30 lat i jak sama mówi uwielbia Chorwatów za „słowiańską duszą i południową mentalność” . 

Nie będę wyliczać, co warto tu zobaczyć, bo od tego są przewodniki, napiszę tylko co nam się najbardziej podobało. Na przykład tworzący kolorową mozaikę dach kościoła św. Marcina – widnieje na nim m.in. herb Chorwacji i Zagrzebia. Najlepszy widok na ów dach, a przy okazji na miasto, jest z XII-wiecznej wieży Lotrscak, z której o 12 w południe rozlega się armatni wystrzał. To na pamiątkę tego, jak miasto oblegała turecka armia i któryś z chorwackich artylerzystów strzelił tak, że kula trafiła w indyka niesionego na tacy na obiad dla tureckiego paszy. Pasza, człowiek przesądny, potraktował to jako zły znak i wycofał swoją armię. Tak to jeden przypadkowy wystrzał obronił miasto!

rab71.jpgCiekawych historii jest w Zagrzebiu więcej. Choćby legenda skąd się wzięła nazwa „Zagrzeb” bo przecież nie od jakiegoś tam prozaicznego zagrzebania. Otóż dawno temu przejeżdżający tędy na koniu rycerz zobaczył dziewczynę stojącą koło źródła. Poprosił ją aby „zagrabiła mu wody”, czyli nabrała, zaczerpnęła mu wody, no i od tego „zagrab” wzięło się "Zagrzeb". Swoją drogą źródełko nadal można zobaczyć, tylko już w obudowanej, nowoczesnej wersji niby-fontanny na Trgu (placu) Bena Jelaćića. 

Co nam się jeszcze podobało? Z zabytków katedra z dwiema strzelistymi wieżami, z środków transportu dwa śmieszne niebieskie wagoniki służące jako windo-tramwaj dla tych co chcą się dostać z tzw. Dolnego  Miasta do Górnego, a także barwny, ruchliwy targ miejski, na którym pyszne, słodkie brzoskwinie kosztują zaledwie 2 zł za kilogram (4 kuny, podczas gdy na wyspach kosztowały 20 kun!). Oczywiście kupiliśmy (do tego jeszcze morele i winogrona), zaraz potem umyliśmy w pobliskiej fontannie (to tutaj normalne), po czym poszliśmy do pobliskiego parku na wielką owocową wyżerkę. Nasze uliczne menu dopełniły jeszcze typowe tutaj burki (taki ciasto-piróg z nadzieniem jakie sobie życzymy: mięsnym, szpinakowym, a w naszym przypadku - serowym) plus na deser ciastka kasztanowe (po chorwacku:kesten maron) które mnie osobiście akurat nie podpasowały.  

rab74.jpgBardzo ciekawa była także wizyta w muzeum Zerwanych Więzi. To chyba jedyne muzeum tego typu w skali świata, naprawdę bardzo ciekawe. Każdy eksponat ma dołączony opis jakiejś historii, czasem śmiesznej, na ogół jednak smutnej, czasem wręcz tragicznej. Najwięcej dotyczy nieudanych miłości między jakąś parą, choć są też historie zerwanych więzi rodzinnych czy narodowościowych (ktoś oddał swój francuski dokument). Z eksponatów "miłosnych" są przeróżne maskotki, suknie ślubne itp., ale jest też siekiera którą pewna lesbijka porąbała meble zostawione w mieszkaniu przez jej sympatię – drugą lesbijkę. Albo sztuczny biust, który jakiś małżonek podarował swojej drugiej połówce, aż ta, wkurzona na niego (bo jej biust był sporo mniejszy, na punkcie czego miała pewne kompleksy), postanowiła po takim prezencie zostawić mało taktownego męża, z którym już wcześniej i tak jej się nie układało. Bardzo smutne historie dotyczą tych co zmarli, poza tym są wzruszające listy, niektóre nawet pisane dziecięcą ręką, bo przecież miłosne rozterki przeżywają też i najmłodsi. 

Mam wrażenie że Zagrzeb to takie "miasto miłości". Naprawdę! Zwłaszcza wieczorem trudno w parku znaleźć wolną ławeczkę, bo wszędzie siedzą obściskujące pary, a że przeważnie nastolatków to już inna sprawa. W sumie to akurat lato miłości sprzyja, więc kto może niech korzysta  :-). No ale niezależnie od tego, symbolem Zagrzebia są serca! Takie czerwone, oryginalnie robione z piernikowego ciasta i przyozdabiane miniaturowym lusterkiem! Teraz to jedna z najpopularniejszych pamiątek. Serca można kupić na każdym straganie z suwenirami, a także od ubranych w ludowe stroje dziewczyn, rozstawionych przez władzerab76.jpgmiasta w różnych miejscach. Dziewczyny widać z daleka bo mają czerwone parasole z kolorowymi paskami na brzegu - kolejny symbol miasta. Nawet wszystkie parasole na codziennym targu też mają takie kolory i ornamentykę. A przy okazji skoro o lokalnych specjalnościach mowa - jeśli ktoś jeszcze o tym nie wie, to przypominam że krawat to wymysł Chorwatów! Nawet nazwa o tym przypomina - pierwowzorem były czerwone chusty wieszane przez dziewczyny na szyjach idących na wojnę chłopców (chodzi o czasy wojny 30-letniej, czyli początek XVII wieku). Ponieważ Chorwat wówczas nazywał się Kroat, stąd potem ewolucja tego co tam pod szyją wisiało na kroaty i ostatecznie na "krawat". Sławnych na świat wynalazków mają Chorwaci zresztą więcej - choćby prozaiczny długopis wynaleziony przez mającego także polskie powiązania pana Penkalę (oryginalnie nazywał się Pękała, ale dla uproszczenia zmienił nazwisko na Penkala).

Po krótkim odpoczynku jeszcze raz wróciliśmy do miasta, tym razem już wieczorem. Dzisiaj wtorek więc może dlatego miasto nie żyło tak jak tego oczekiwaliśmy, ale pokluczyliśmy trochę pomiędzy podświetloną ładnie katedrą, a kilkoma miejscami gdzie coś się działo, to znaczy grały jakieś kapele, a przy wystawionych na ulicę stolikach toczyło się życie towarzyskie. W Chorwacji życie toczy się polako, polako (spokojnie, powoli), co oznacza m.in. że na pewno na kawę czy piwo w gronie znajomych zawsze musi się znaleźć czas.

Dzień IX
1 sierpnia, Zagrzeb, wylot do kraju
Żal wracać…

rab87.jpgWłaściwie to dzisiaj do wykorzystania mieliśmy tylko kilka godzin, bo w samo południe musieliśmy już jechać na lotnisko. W tej sytuacji bladym świtem po śniadaniu pognaliśmy do niedalekiego Ogrodu Botanicznego, który okazał się bardzo sympatyczną oazą spokoju, pełną ciekawych roślin, nie tylko z terenu Chorwacji, ale i innych zakątków świata. Są w nim np. bambusy, drzewo chlebowe czy piękne lotosy, ale także żółwie błotne (to tak a propos flory :-)). Po drodze do Ogrodu mogliśmy jeszcze spojrzeć na Dworzec Kolejowy (po chorwacku bardzo śmiesznie się nazywa: Glavni KOLODVOR), na którym kiedyś stawał słynny Orient Express i na elegancki hotel „Regent Esplanade”, wybudowany właśnie z myślą o pasażerach Orient Expressu. Poza tym zadaliśmy sobie trud aby odszukać dom z adresem "Tomislavov Trg nr 17". Dom jak dom, ale chodziło o wmurowaną w niego tablicę, ku czci wspominanego już wczoraj pana Pękali, a w wersji chorwackiej – Penkali, Chorwata polskiego pochodzenia, który na początku XX wieku wymyślił m.in. długopis i automatyczny ołówek. 

rab79.jpgWpadłam też na chwilę do Muzeum Archeologicznego, którego dumą jest tzw. mumia zagrzebska. Właściwie to pół trzeciego piętra wielkiego budynku poświęcona jest mumiom, w większości egipskim, ale w tym przypadku chodzi o dość osobliwego człeka z czasów etruskich (czyli z terenu dzisiejszych Włoch). Swoją drogą z naukowego punktu widzenia nie mniej ważny niż mumia jest bandaż w który mumia była zawinięta - są na nim etruskie zapiski pochodzące z około 250 roku p.n.e.

Na koniec pojechaliśmy jeszcze na cmentarz Mirogoj opisywany w przewodnikach jako jedna z najpiękniejszych nekropolii Europy. Takie trochę nasze Powązki, z oryginalnymi arkadami i miejscem ostatniego spoczynku wielu znanych i zasłużonych Chorwatów (tuż przy głównym wejściu jest np. grób Franjo Tudmana - zmarłego w 1999 roku pierwszego prezydenta Chorwacji). To może głupie, ale lubię cmentarze – spokój jaki z nich bije, skłaniającą do zamyślenia atmosferę. Poza tym akurat ten cmentarz to w dużej mierze galeria sztuki pod gołym niebem - mnóstwo na nimrab70.jpgciekawych rzeźb, także znanych artystów, jak choćby najsłynniejszego chorwackiego rzeźbiarza - Ivana Mestrovicia. 

Już na wyjeździe z Zagrzebia w kierunku lotniska odkryłam, że mają w tym mieście ulicę Kopernika, a także dzielnicę zwaną Sopot! A nie chciałam wierzyć gdy wczoraj Paweł mówił że widział tramwaj jadący do Sopotu! Z kolei na lotnisku odkryłam, że pasta która była w hotelu na śniadaniu, która wyglądała na kawior (nie lubię kawioru, więc jej nie tknęłam), a którą ja nazwałam zmielonym żabim skrzekiem, okazała się pysznym miksem czarnych oliwek z truflami! Że pysznym to wiem, bo w ramach lotniskowej degustacji tak stwierdziło moje podniebienie! Na słoiczek z ową pastą wyszperanych po kieszeniach kun (chorwackich pieniędzy), już mi nie starczyło. Za to na butelkę wina było akurat – wypijemy ją w jakiś ponury jesienny wieczór przypominając sobie chorwackie wakacje. 



















Back to top