Blog z roku 2015
Hits: 6392

Największe sukcesy roku 2015? Bez dwóch zdań - ZDOBYCIE KORONY ZIEMI, co się udało 29 grudnia, kiedy to stanęłam na najwyższym szczycie Antarktydy (Mt Vinson). Za duży sukces wspinaczkowy uważam też zdobycie Ama Dablam w Himalajach - przepięknej, a zarazem wymagającej technicznego wspinania góry, która od dawna była moim marzeniem. Ze zwykłych podróży do najciekawszych należały wypady do Panamy, Macedonii i na Łotwę.

 

  29 grudnia 2015

MT Vinson zdobyty. Korona ziemi w komplecie.

Więcej informacji po powrocie do cywilizacji.

 

12.11 godz. – już w końcu nie wiem która, gdzie gdzieś nad Rosją
Zamiast Rzymu – Mińsk (Białoruski)


Ale sen miałam! Otóż śniło że jestem na Ama Dablamie w nieużywanym Camp 3 (czyli jakieś 6400 m),  mój niezaaklimatyzowany mózg ledwo zipie, a tu przychodzi nauczyciel i chce mi robić klasówkę z angielskiego!

Obudziłam się przerażona, a tymczasem rzeczllywistość jest ciut inna – wysokościowo jestem na 11000 m, ale w samolocie lecącym na Białoruś. To efekt problemów paliwowych w Nepalu – ledwo wylecieliśmy z Katmandu do Abu Dabi skąd miałam lecieć na kolejną przesiadkę do Rzymu (już się cieszyłam, że wreszcie wypiję dobrą cappuccino), a tu pilot przez głośniki nadał, że najpierw wylądujemy w Indiach, uzupełnić paliwo, którego w Nepalu brak. No to ja od razu w te pędy do stewardess, że jak to, planowo miałam 1,5 godziny na przesiadkę, więc nie zdążę. A one że zdążę. Potem potwierdziły to jeszcze przy lądowaniu, a kiedy już opuściłam samolot, zjawił się gościu w uniformie Etihadu (linii którą lecę) i wyjaśniając że mój samolot do Rzymu właśnie odlatuje, wręczył mi nowe karty boardingowe, z przesiadką w Mińsku. Czyli żegnaj kawo, witaj kraju Łukaszenki.

Paliwowe problemy, czyli w podtekście napięte stosunki indyjsko-nepalskie miały w trakcie tego lotu jeszcze jedne reperkusje. Otóż razem ze mną zamiast via Rzym, to via Mińsk leci dwóch młodych Nepalczyków. Chłopcy mają studiować w Poznaniu, są bardzo przylotem do nieznanej zupełnie im Polski podekscytowani, ale w podróżach samolotowych to doświadczenie mają żadne. Pechowo na przesiadce w Abu Dabi trafili na dyżurującego przy gate`cie Hindusa. Hindus wszystkich wpakował do autobusu podjeżdżającego do samolotu, także mnie, a chłopakom kazał siedzieć. Trochę mnie to zdziwiło, pomyślałam nawet że może u Nepalczyków coś nie tak z dokumentami, ale kiedy weszłam do samolotu poszłam do stewardess które właśnie ogłosiły koniec boardingu, i powiedziałam im o dwóch takich , co chyba powinni być w samolocie, a zostali w hali odlotów. Minęło kolejne 20 minut, już powinniśmy kołować, ale stoimy, stoimy, aż tu nagle obsługa wprowadza mocno stremowanych Nepalczyków. Kiedy zapytałam ich, dlaczego nie wsiedli ze  mną, padło tylko pełne rozgoryczenia: Hindusi nas nie lubią…

PS. Co do czasu… Zadanie dla licealistów: samolot z Mińska do Warszawy startuje o godz. 15 czasu lokalnego, leci godzinę, o której przylatuje do Warszawy? Odpowiedź – o 14, godzinę wcześniej. Taki wehikuł czasu.



8 listopada, Katmandu
Paliwowy paraliż

Chicken,chicken… - to właśnie zawołanie od rana obijało mi się o uszy na lotnisku w Lukli. Hurtowa sprzedaż kurczaków? Żywych, czy w wersji już upieczonej? – nie mogłam na początku pojąć. Okazało się, że chodzi o „check-in” czyli przedwylotową odprawę, no ale angielski w wersji nepalskiej często przybiera zaskakujące formy.
Podobno wyleciałam jednym z ostatnich samolotów. W związku z kryzysem paliwowym w Nepalu od jutra loty do/z Lukli mają być ograniczane. Na ulicach Katmandu pustki. No coś tam jeździ, ale dominują głównie samochody które stoją w kolejce po paliwo. Stoją tak po kilka dni, bez gwarancji kiedy paliwo dostaną i czy w ogóle dostaną. Nikt się nie buntuje, nie złorzeczy, kierowcy albo śpią, albo grają w karty… U nas już dawno byłaby awantura z żądaniami wobec rządu by coś zrobił, a tu nic – co najwyżej ktoś rzuci zupełne spokojne że wszystko przez te „niedobre Indie” i tyle…

Dlaczego Indie? Cóż, potężne Indie, zawsze widziały w malutkim, niestabilnym ekonomicznie Nepalu raczej nieoficjalną swoją prowincję niż niezależne państwo. Aż nastąpił moment, kiedy chyba postanowiły Nepal od siebie bardziej uzależnić, a wobec niechęci ze strony Nepalu – pokazać mu miejsce w szeregu. Stąd właśnie odcięcie dostaw paliwa i gazu, co dla Nepalu jest swoistą katastrofą. Trwają wprawdzie rozmowy Nepalu z Chinami, które owszem, paliwo są skłonne dostarczać, ale w tym przypadku barierą jest stan dróg jakie prowadzą z Nepalu do Tybetu. Finał jest taki, że Nepal ma naprawdę potężny problem. Nie chodzi tylko o zwykły transport – nadchodzi zima, a ludzie nie mają jak ogrzewać domów, nie mają na czym gotować, w szpitalach brakuje leków, bo nie ma jak ich przywieźć, a ze względu na ograniczenia w dostawie prądu, nie ma jak przeprowadzać operacji. A najgorsze jest w tym to, że wcale nie zanosi się na szybkie rozwiązanie tego problemu.




7 listopada , Namche Bazaar, przed śniadaniem

Łóżko!!!!

Boże, prawie jak w domu… No może niezupełnie, bo w domu cieplej (tutejsze domy nie mają ogrzewania), ale mimo wszystko po miesiącu była to prawie już normalna noc! Mam na myśli spanie na łóżku z pościelą!, nie w śpiworze, nie w ubraniu (standard, gdy  zimno), gdy tuż obok jest łazienka i kran z ciepłą wodą, a poza tym są gniazdka do podładowania elektroniki (w himalajskich lodgach normalnie ich nie ma, bo dostęp do prądu jest za opłatą gdzieś pod okiem właściciela).

A wszystko za sprawą kochanej Mimy – właścicielki lodge`u w którym spałam w czasie festiwalu klasztornego w Tengboche i z którą po prostu się polubiłyśmy. Mima jest typem biznes woman, która bardzo fajnie prowadzi swój hotelik, ale równocześnie jest też fajną babką. Poza tym na całym szlaku himalajskich dwie najlepsze kawy jakie piłam, to w Namche, w lokalnej bakery oraz właśnie u Mimy. Otóż okazało się że Mima ma także drugi „biznes”, prowadzony przez męża, w Namche, no i jakoś wyszło, że skoro nie mam w Namche noclegu, to już mam.  Pytam ludzi o lodge „Green Tara” – wszyscy wiedzą, no i dochodzę do budynku który już na pierwszy rzut oka wyróżnia się nie tylko wielkością, ale przede wszystkim solidnością. Nie powiem trochę zmylił mnie napis „Resort” wróżący wysokie ceny i nadmierny luksus, ale okazało się że nie – ceny są zupełnie normalne (okej, pomijam fakt że mąż Nimy od razu powiedział, że jako ich gość nie płacę), a basenu nie ma się co spodziewać – mimo  wszystko jest swojsko, górsko, tyle że właściciele mają przynajmniej jakąś wizję prowadzenia swojego hotelu.

Piszę o nich żeby pokazać że można! Że w kraju gdzie nie ma co kryć, dominuje niestety byle jakoś (przy całej sympatii do Nepalczyku), są też ludzie którzy się starają, którzy chcą, którzy mogą tę byle jakość zmieniać. Wychodzą z założenia że zamiast narzekać na rząd (w Nepalu wyjątkowo nieporadny) trzeba robić swoje. I słusznie!

 

6 listopada - w bazie
AMA DABLAM ZDOBYTY!!!

Udało się zdobyć Górę wczoraj - 5 listopada, w trakcie 19-godzinnego ataku szczytowego (licząc od wyjścia z Camp 2 do powrotu). Mając bardzo kiepskie prognozy pogody na kolejne dni zdecydowaliśmy się zaryzykować z próbą szczytowania bez dostatecznej aklimatyzacji no i udało się!  Góra dała nam jednak w kość - jesteśmy wykończeni i nieco odwodnieni!  Teraz już zeszliśmy do Base Campu i dochodzimy do siebie - jeden dzień restu i zaczynam dwudniową drogę do Lukli (Sam jeszcze zostaje).

 

 

 Kolejne dni



„Walczę” na Ama Dablamie… Atak szczytowy planowaliśmy na 5-6 listopada, ale niestety prognozy pogody wyglądają kiepsko  - odczuwalne zimno -30 stopni, siła wiatru 80 km/h. Nie ma wyjścia -  będziemy pewnie czekać na korzystne warunki. W bazie i w obozach powyżej nie ma Internetu, tak więc następne wiadomości – po zejściu do cywilizacji (najpóźniej 14.11.)

 

 

 

29 października – Tengboche
Tańce mnichów

Ponieważ śnieg przestał padać, można było dziś dokończyć klasztorny festiwal. Tańce mnichów trwały od samego rana do późnego popołudnia i co ważne – nie była to żadna „cepelia”, impreza dla turystów, ale wydarzenie dla miejscowych – Szerpów ściągających z okolicznych wiosek, poubieranych w tradycyjne stroje i oczywiście – bajeranckie adidasy (o tym że chyba każdy Szerpa, nawet dzieciak, ma telefon komórkowy, na ogół przyzwoity smartfony, już nie wspominam).
Mnichów w klasztorze w Tengboche jest 35, a wśród nich 2 lamów. Prawdziwych lamów, co oznacza mnichów którzy w poprzednim wcieleniu osiągnęli oświecenie (nirwanę) przy czym zostało to udowodnione w przeprowadzonym procesie weryfikacyjnym.

Co do tańców to ciekawe widowisko… Każdy inny, z inną historią dotyczącą zwykle zwycięstwa dobra nad złem. Podstawowe instrumenty muzyczne stanowią długie trąby i bębny, ale wykorzystuje się też np. muszle (dmie się w takie konchy robiąc swoiste buczenie). Finałowy taniec to taniec z nożami, przedstawiany przez rozebranego do pasa mnicha (jak się okazało był nim mój znajomy Tashi Lama!), po którym wszyscy rzucają na klasztorny dziedziniec banknoty – ma to odpędzić złe duchy. Rzuciłam i ja – nie zaszkodzi mieć opiekę tych dobrych. Tak na marginesie - Tashi Lama zawiązał mi na szyi kolejną, drugą  już czerwoną wstążkę "na szczęście". Nadmiar szczęścia nie zaszkodzi, ale jeszcze trochę to się z tych wstążeczek nie rozplączę :)

Przy kolacji sprawdziliśmy z Samem prognozy pogody i zmroziło nas! Wiatry o sile 80 km/h – na morzu to prawdziwy sztorm! Oczywiście atak szczytowy w tej sytuacji opóźnimy, ale obawiamy się o sprzęt zostawiony w Obozie I i II. Jeżeli namioty odfruną, a wraz z nimi ekwipunek, no to mamy problem, nie tylko z Ama Dablamem ale i grudniową wyprawą na Mt Vinson na Antarktydzie. Trzeba się będzie zastanowić, czy nie wybrać się do góry i nie zabezpieczyć tego wszystkiego.

Tak czy owak - jutro powrót do bazy. Pięciogodzinny "spacerek".
 

 

29 października – z Ama Dablam BC (Base Camp) do Tengboche
Zima, lama czyli rest


Zasypało nas! Zaczęło padać już w nocy, a rano dookoła namiotów było kompletnie biało. Namioty oczywiście też były zasypane, tak więc jeszcze przed śniadaniem poszły w ruch łopaty i w ramach porannej rozgrzewki mieliśmy odśnieżanie.

Przy śniadaniu furorę zrobił Izraelczyk, jeden ze wspomnianych wczoraj naszych nowych kolegów, który widząc miskę poridżu (owsianki) zaczął domagać się… cynamonu. Powiedziałam mu że przecież jest dżem i miód, ale kolega uparł się że on poridżu bez cynamonu nie jada. No cóż, jego problem, ale Szerpowie z namiotu kuchennego słysząc o zachciankach dzielnego wspinacza, mieli chyba niezły ubaw.

Z przykrych informacji to niestety moja ulubiona ekipa niemiecko-szwajcarska musiała odpuścić atak szczytowy. Właśnie ze względu na pogodę. Rano przez radio podali że ewakuują się z Obozu 2 i schodzą do bazy (w tych warunkach jakie mieli oznaczało to i tak niezły hard core). Trochę kiepsko, bo pewnie to dla nich koniec zmagań z wymarzoną górą.

Ja z kolei po  śniadaniu zeszłam do Tengboche (wioski słynącej z klasztoru buddyjskiego), gdzie miały się odbywać rytualne tańce mnichów. Tyle że po dojściu na miejsce okazało się że są odwołane, właśnie z powodu śniegu. Jak mi wyjaśnił poznany mnich, chodzi o to, że tańce odbywają się pod gołym niebem, ale stroje są bardzo stare, a przy tym tak kosztowne, że nie można ich przy padającym śniegu narażać na zniszczenie. Dzień był jednak udany bo poznany po drodze Lakpa – Szerpa z Lukli, z którym przeszłam większość drogi powiedział mi trochę ciekawych historii o życiu Szerpów, a po dojściu do Tengboche poznał z przesympatycznym Tashi Lamą, z którym spędziłam pół popołudnia. „Lama” to tak naprawdę ksywa młodego  jeszcze chłopaka, bo prawdziwy lama to taki, który jest już po reinkarnacji. Mnich o którym mówię jest w klasztorze od 14 lat, a został do niego oddany przez rodziców jako 10-letni chłopak. Nie ukrywa, że nie było to jego marzeniem, ale biedni rodzice nie byli w stanie zapewnić synowi edukacji, tak więc klasztorna droga była dla młodziaka swego rodzaju „inwestycją”. Z czasem przywykł do klasztornego życia, choć jak przyznał, nie wyklucza że jak pozna jakąś super ładną dziewczynę to z klasztoru zrezygnuje. Może wtedy zostać „lamą publicznym” – takim jak np. lama z wioski Pengboche, którego wszyscy szanują, ale wiedzie żywot normalnego człowieka, mającego żonę i dzieci (w klasztorze nie żyje, obsługuje jedynie lokalną gompę, czyli niewielką świątynię).

Po południu dotarł do mnie Sam, więc poszliśmy do miejscowej cukierni na ciacha, a o 17-tej znowu miałam spotkanie z Tashi Lamą, tym razem w formie zaproszenia na herbatę w jego pokoju (raczej – klasztornej celi). Herbata super (raczej bawarka bo mam na myśli saszetki herbaciane wrzucone do mleka), ale ciekawy sam w sobie był też pokój. Malutki, obwieszony kolorowymi plakatami i zdjęciami, na ogół o treści religijnej, ale były też wielkie fotografie gwiazdorów - Beckama oraz Swarzenegera, nie mówiąc o tym, że szyję mnich miał owiniętą szalikiem kibica szkockiej drużyny rugby! Nie przypadkowo – faktycznie grą w rugby się interesuje. A skoro o grach zespołowych mowa, to koło klasztoru jest boisko do gry w siatkówkę - to że mnisi grają na nim w swoim "sukienkach", to jeszcze pal sześć, ale wyczynem jest samo granie na wysokości 3800 m n.p.m., gdzie większość ludzi ledwo zipie i na pewno nie ma siły na żadne podbiegi czy podskoki.

 


28  października  - Camp 1 (5800 m) - Camp 2 (6000 m) – zejście do Bace Camp
Nie jest łatwo…


Ale daliśmy sobie w kość (ja i Sam). Nie wiem czy wysiłkowo nie przeholowaliśmy, ale chcemy jutro zejść do Tengboche na doroczny festiwal z tańcami lamów w maskach, no a z drugiej strony chcieliśmy się na maksa zaaklimatyzować.

Poranek zaczął się miło, bo słońce w C1, czyli Obozie I, pojawia się o dobrą godzinę wcześniej niż w bazie (nie zasłaniają go góry) więc szron na namiotach znika szybciej, śpiwory są szybciej suche (moczy je skraplająca się w namiocie para wodna) i ogólnie szybciej robi się przyjemniej. W każdym razie już o 7 rano całe towarzystwo wysnuło się z namiotów przygotowując się do wyjścia do Obozu II. Szczególnie podekscytowana była ekipa niemiecko-szwajcarska dla której Obóz II ma być startem do nocnego ataku szczytowego.

Pomiędzy Obozem II i III jest raptem 200 m różnicy poziomów, ale muszę powiedzieć, że pokonanie tej drogi było trudniejsze niż z Samem myśleliśmy. Raz że byliśmy jeszcze na tę wysokość niezaaklimatyzowani, dwa że mieliśmy plecaki z rzeczami do wyniesienia do „dwójki”, no a trzy – jest po drodze trochę naprawdę technicznego wspinania. Powiem szczerze – to co mieliśmy na Matterhornie to mały pikuś w stosunku do tego co dziś przerabialiśmy. Najgorzej dała mi się we znaki jedna przewieszka, a potem skalna ściana – praktycznie pionowa, na której miałam trochę problemów, bo po prostu brakowało mi sił w rękach. Natomiast zejście było fajne, bo z dużą ilością zjazdów, czyli to co lubię.

No a potem trzeba było zejść do bazy. Tysiąc metrów w dół, przy czym naszła straszna mgła i wcale nie było widać jak iść. Początek zejścia jest szczególnie mało przyjemny, bo zasuwa się po wielkich głazach, mało stabilnych i śliskich, no a lepiej nogi sobie nie złamać.

Do bazy dotarliśmy już po zmroku poznając wreszcie ekipę która wczoraj w nocy zdobywała szczyt. Mieli super warunki pogodowe - weszli wszyscy, poza Australijczykiem, który złamał sobie palce, ale ogólnie chyba był zbyt słaby. Pojawili się też dwaj Izraelczycy, którzy dopiero zamierzają się aklimatyzować, ale jacyś dziwni ci faceci – z nikim nie rozmawiają i szczerze mówiąc sądząc z postury na doświadczonych wspinaczy nie wyglądają. Jak na razie doprowadzili do tego, że wszyscy się z nich  podśmiewują, a my z Samem w rozmowie z Danim, liderem wyprawy, delikatnie zasugerowaliśmy, że wolelibyśmy aby nikomu nie przyszło do głowy włączanie ich do naszego teamu.

A tak w ogóle to wyjątkowo ciepły dziś wieczór. Pewnie dlatego że pada śnieg… Jestem myślami z chłopakami szykującymi się w Camp 2 do ataku na szczyt. Mówiłam im że prognozy nie są zbyt pomyślne, ale stwierdzili że mimo wszystko idą. Polubiłam ich, więc tym bardziej mam nadzieję że im się uda. I najważniejsze – że wrócą bezpiecznie.


27 października – z Base Campu do Camp 1
Sama chciałam czyli wyrypa zamiast hotelu all inclusive :)

Ale się złaziłam… I na dodatek z plecakiem ważącym 19 kg, czyli jak na te podejścia - ciężkim. Próbowałam go na maksa odciążyć, no ale same buty ważą 3 kg, do tego raki, cały szpej wspinaczkowy, czekan, śpiwór (II zostaje w bazie), karimata plus terma-rest, puchówka, żarcie (liofilizaty) itp. itd.

Na ostatnim, mocno stromym podejściu już ledwo zipiałam, no bo niezależnie od ciężaru na plecach jeszcze wysokość, no i nagle zdarzyło się coś niespodziewanego! No więc wyszedł do mnie Pascal (Szwedo-Szwajcar) i powiedział że mi poniesie plecak! Na początku nie chciałam mu go dać, no bo przecież jakoś tak głupio – mój plecak, to ja go mam tachać, ale Pascal był nieugięty, a ja jednak coraz słabsza, więc z pomocy skorzystałam tak naprawdę błogosławiąc Pascala pod niebiosa. W sumie to miłe – mieć takiego kompana, choć przecież znamy się od zaledwie 2 dni. Z drugiej strony dziewczyny rzadko mają w górach taryfę ulgową, ale jeśli ktoś z kolegów docenia naszą kobiecość, to czemu to odrzucać?

Co do obozu to fajnie wygląda, bo z braku płaskiego miejsca, namioty poustawiane są na kamieniach nad mocno nachylonym zboczem. W każdym razie jakby linki je mocujące puściły, to lokatorowi grozi zjazd w przepaść. Na wszelki wypadek uważałam żeby się za bardzo nie ruszać, co nie przeszkadzało temu że w nocy spałam jak zabita (to pewnie przez tę wyrypę na podejściu).

Za to jakie widoki są z obozu! Z jednej strony – dostojny Ama Dablam, dookoła – inne, przepięknie ośnieżone szczyty, a w dole przepiękne, turkusowe jeziorko. Właśnie dla widoków warto się męczyć ciężkimi podejściami.

Korzystając z wątku obozu, może wyjaśnię jak to z tymi obozami jest. No więc na samym dole,  na płaskowyżu na wysokości 4700 m jest Base Camp, czyli obóz bazowy, gdzie różne ekipy mają swoje podobozy. Baza to taki górski dom – każdy ma swój prywatny  namiot, jest namiotowa mesa gdzie przychodzi się na posiłki i jest namiot kuchenny gdzie przygotowywane są posiłki.

Wyżej, na wysokości ok. 5000 m, jest ABC, czyli Advanced Base Camp, a po polsku – baza wysunięta. Problemem jest że w ABC nie ma wody (śniegu, strumyka), tak więc mało ekip tam nocuje – większość zasuwa od razu do obozu 1, czyli „jedynki”, a w języku międzynawowym – Camp 1 lub w skrócie C1 (wys. 5700 m). Jeszcze wyżej, na poziomie około 5900 m jest „dwójka” czyli Camp 2 (C2), gdzie nocuje się przed atakami szczytowymi. Na dłuższe pobyty nikt tam raczej nie zachodzi, bo jest bardzo mało miejsca na namiotu i ogólnie teren jest nieprzyjazny, a do tego niestety mocno przez wspinaczy zaśmiecony (poza śmieciami są też wszechobecne odchody, bo o ustronne miejsce raczej trudno). Kiedyś był jeszcze Camp 3, ale po oberwaniu się tamtejszego seraka, kiedy kilku wspinaczy straciło życie, już się z tego obozu nie korzysta. Oczywiście w obozach u góry nie ma już takich luksusów jak w bazie – tym którzy lubią wygodę i ciepło, polecam Malediwy.  



26 października, Ama Dablam BC (Base Camp) – 4600 m
Dzień restowy-porządkowy

Mam nowego przyjaciela. Jest nim Misiek. Tak go nazwałam, a chodzi o futrzastego kundla który snuje się po bazie, co i rusz zaglądając też do mojego namiotu. Nie wiem czy polubił mnie, czy moje kabanosy (tu podziękowania dla Marcina, jednego z moich podopiecznych trekkerów, od którego je dostałam!). Oczywiście nie oddałam psinie całości cennej paczki, tylko mały kawałeczek, co go chyba lekko rozczarowało, bo wolałby więcej.
Pierwsza noc w base campie minęła całkiem dobrze, nie licząc trzykrotnej akcji „butelka”. To czego nie znoszę w wysokich górach, to konieczności wtłaczania się w siebie 4-5 litrów, co rzecz jasna powoduje częste potrzeby fizjologiczne. Przy zimnie jakie jest w nocy nikt z namiotu nie wychodzi – jednym z elementów ekwipunku każdego wspinacza jest tzw. pee botle, czyli butelka w którą się sika. Nie powiem, w przypadku kobiet nie jest to wcale proste, ale i tak póki co mam komfort spania w namiocie w pojedynkę. U góry już tak dobrze nie będzie – będę dzielić może nie łoże, ale namiot z min. 3 kompanami.  

Tak w ogóle to wczoraj spać położyliśmy się całkiem późno, bo graliśmy w karty. Pascal – mieszkający w Szwajcarii Szwed nauczył nas całkiem fajnej gry pod nazwą „Chicago”. Mimo  karcianego wieczoru wyspałam się za wszystkie czasy, bo z racji dnia restowego mogliśmy poleżeć w śpiworach do 8-mej, kiedy to namioty są już w świetle słonecznych promieni. To ważne, bo wcześniej jest jednak pieruńsko zimno a namiot pokrywa szron.

Ponieważ poranek był w miarę ładny, zdobyłam się, a za moim przykładem też moi szwajcarsko-niemieccy koledzy, żeby wziąć prysznic. Dokładniej chodzi o podwieszony bukłak z wodą do którego wlewa się wziętą z namiotu kuchennego podgrzaną wodę – zawsze to jakaś namiastka czystości. Idąc za ciosem wszyscy porobiliśmy też pranie – gorzej z suszeniem, bo wkrótce zaszło słońce i teraz mamy w namiotach mokre ciuchy.

Z innych wydarzeń dnia to  1) Rayk, Niemiec który jest chirurgiem, zrobił „operację” nogi Giana – Szwajcara. Tak naprawdę nic poważnego – potężny odcisk, ale Gian za 2 dni chce atakować szczyt, więc musi być twardy. 2) Do obozu dotarł Sam, który jak najbardziej zgodził się, że jutro możemy zacząć akcję górską. Gorzej, bo wyraźnie popsuła się pogoda… Uznaliśmy jednak  że w aklimatyzacyjnym podejściu do obozu 1 a potem 2 to akurat nie przeszkadza – jak będziemy zaaklimatyzowani to możemy sobie spokojnie czekać na okno pogodowe na atak szczytowy. Sprawdziliśmy sobie też sprzęt – ogólne uznanie wzbudziła moja nowa uprząż – nowy model Salewy, który na tej wyprawie będę używać po raz pierwszy.

Kończę, bo trzeba się spakować do jutrzejszego wyjścia w góry…


25 października, Ama Dablam Base Camp (4600 m)
W namiocie – (prawie) jak w domu


W ładnym miejscu położony jest obóz. Mam na myśli obóz bazowy do zdobywania Ama Dablamu. Namiotów stoi całkiem sporo – do zdobywania góry szykuje się kilkanaście ekip. Najbardziej „wypasiony” obóz ma wyprawa z Republiki Południowej Afryki, poza tym są też Hiszpanie, kilka zespołów niemieckich i austriackich, no i reszta świata. Polaków nie spotkałam – może ktoś z rodaków jednak się nawinie, bo przed namiotem powiesiłam biało-czerwoną flagę, a poza tym, jak zawsze w górach, chodzę w czapce z orzełkiem.

U nas w obozie puchy bo większość naszej międzynarodowej ekipy jest obecnie w obozie II, ale zdążyłam poznać Roba – Irlandczyka który właśnie wychodził do jedynki, oraz dwóch Szwajcarów i Niemców, z którymi umówiłam się, że pojutrze wyjdziemy razem  (tym bardziej że jutro powinien dotrzeć Sam, Anglik, mój wspinaczkowy partner). Szkoda jedynie że nie ma moich znajomych Szerpów. Liczyłam m.in. że spotkam mojego ulubieńca – Jangpu, ale na otarcie łez jest jego młodszy brat – Pasang.
Podejście z dołu, z wioski Pangboche gdzie nocowałam, zajęło mi 3 godziny, ale przyznaję – grzebałam się strasznie, bo co i rusz robiłam sesje zdjęciowe, a to jakom, a to górom, no i jakoś zeszło. Dotarłam akurat na obiad – burger z warzywkami serem plus frytki  plus sałatka owocowa. Bogu dzięki kucharz bazowy jest inny niż na Evereście, więc głodówka nam chyba nie grozi.

Popołudnie spędziłam na rozpakowałam się w namiocie – po dwóch tygodniach trekkingu to okazja aby uporządkować sobie bety. A potem połaziłam po obozie. Hen wysoko ponad nami wznosi się potężny Ama Dablam, z drugiej strony inne, równie imponujące góry. Między namiotami snują się jaki, na obrzeżach obozu Szerpowie zrobili sobie boisko do gry w piłkę nożną (na tej wysokości!), ogólnie atmosfera dość sielska. Jak na razie rozpiera mnie energia – najchętniej już poszłabym wyżej, no ale aklimatyzować trzeba się stopniowo. Jak na razie jest dobrze – saturacja (nasycenie krwi tlenem będące wskaźnikiem aklimatyzacji) – 91, żadnego bólu głowy (tak na marginesie to Szwajcarzy – z wyglądu mega silne i zaprawione we wspinaczce chłopaki, mówią że mają). Jutro i tak – dzień restu.

 
24 października, Pangboche (Nepal) – 3900 m
Ostatnia przed akcją górską noc w  łóżku

Kawał drogi dzisiaj zrobiłam, ale choć do bazy pod Ama Dablamem zostały mi już tylko 2 godziny wędrówki, uznałam że żeby nie przeholować z różnicą wysokości, zostanę w ostatniej wiosce, 700 m poniżej bazy. Nie powiem, dodatkową pokusą tej decyzji był Internet którego w bazie nie ma, normalne łóżko (tam będzie namiot i karimata) i jeszcze normalna ubikacja (wersja „na Małysza”, ale co tam, ze ścianami i dachem, czego w bazie nie będzie).

Dziś miałam dzień miłych pogawędek… Najpierw spotkałam znajomego Szerpę, który powiedział swojej grupie – sześciu sympatycznym Libańczykom że byłam na Evereście. No i zaczęło się – najpierw sesje zdjęciowe po kolei z każdym chłopaków, potem lawina pytań, wreszcie zaproszenie na obiad, z czego jednak zrezygnowałam, bo stwierdziłam że jak tak dalej pójdzie, to do Pangboche przed nocą nie zajdę.

Potem wpadłam na poznanych w Katmandu Argentyńczyków, którzy wprawdzie szli w przeciwną stronę niż ja, no ale koniecznie chcieli pogadać, no i również zrobić pamiątkowe fotki.

Następnie spotkałam małego Szerpę, chłopca lat – na oko – z 8, niosącego potężny baniak wypełniony wodą. Żal mi się zrobiło dzieciaka, tak więc przełożyłam przez ucho baniaka swój kijek trekkingowy, no i tachaliśmy ciężki baniak wspólnie. Na koniec dałam mu trochę kolorowych gadżetów które przywiozłam dla miejscowych małolatów i już miałam odchodzić, ale niczym spod ziemi wyrosła mama malucha z którą również uskuteczniłyśmy konwersację, choć w tym przypadku głównie w oparciu o język migowy.

No a teraz siedzę sobie w jadalni jednego z wioskowych tea-house`ów (inaczej mówiąc: lodge`y), do stojącego na środku pieca-kozy gospodyni co i rusz dosypuje wysuszone kupy jaków (powszechnie stosowany tutaj opał) no  i wdałam się w rozmowę z lokalnymi Nepalczykami. Jak się okazuje, połowa domów w wiosce w czasie trzęsienia ziemi zawaliła się. Na szczęście nikt nie zginął, ale teraz Pangboche wygląda niczym jeden wielki plac budowy. Dla uściślenia - nie ma tu dźwigów, za to zewsząd rozlega się odgłos walenia w kamienie przez obtłukujących je siedzących w kucki facetów. Potem kamienie się roznosi – na plecach, co już w ogóle stanowi katorżniczą pracę. Widząc jak ciężko pracują tutejsi ludzie (kobiety też), jestem naprawdę szczęśliwa że urodziłam się w Polsce.

A właśnie – w Polsce… Właśnie uświadomiłam sobie, że jutro wybory… W górach człowiek zapomina o takich sprawach – ważniejsze od polityki, ceny paliwa, kursu euro, czy która z celebrytek pokazała biust  staje się pogoda, wpatrywanie się na mapie dokąd trzeba dojść, albo sprawdzanie jak organizm znosi wysokość. Z tym ostatnim jak na razie u mnie super. Nałożony na palec pulsyksometr (przyrząd do mierzenia saturacji, co jest odzwierciedleniem aklimatyzacji) pokazał 92! Lepiej być nie może (pod 100 saturacja podchodzi na poziomie morza, a tu jednak są 4 km wyżej)!

ps. W Pangboche byłam już  2 tygodnie temu w ramach trekkingu z grupą. Odwiedziliśmy wtedy miejscowego lamę, który udziela błogosławieństw ludziom gór. Byłam u niego przed Everestem, teraz dostałam błogosławieństwo na Ama Dablam. Lama zawiązał mi na szyi czerwony sznureczek - rozumiem że na szczęście, obsypał ryżem, pomruczał mantry, poświęcił chorągiewki które rozwieszę w bazie nad namiotem, no i dał tradycyjną kremową szarfę, którą zawiążę przy plecaku na atak szczytowy. Zabobony? Różne możecie mieć opinie. Ja tam uważam, że miejscowych wierzeń lepiej przestrzegać. Z tego też powodu obchodzę wszystkie czorteny i stupy tak jak miejscowi - zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Nie zaszkodzi, a może pomoże? :)



   

23 października, Namche Bazar (3500 m, szlak do bazy pod Everestem), Nepal
Po trekkingu, przed wspinaczką

Trekking do bazy pod Everestem, poszerzony o rejon Gokyo (tam już mało kto chodzi) – już za nami. Fajną grupę miałam – żal się było rozstawać i mam nadzieję, że jeszcze uda nam się razem pojechać w góry (choćby polskie). Gokyo okazało się cudowne (sama byłam tam pierwszy raz) – po zdjęcia odsyłam na facebooka, czyli tutaj (tam mi łatwiej ładować foty niż tu, na tej stronie). Tak w ogóle to w ramach szalonych pomysłów w trzyosobowym gronie (ja, Marek i Czarek) wykąpaliśmy się w jeziorku przy wiosce Gokyo. "Wyczyn" polegał na tym, że to wysokość 4900 m! Zrobiło to niemałą furorę wśród innych turystów, którzy nas ochoczo fotografowali. Marek był zresztą podwójną "gwiazdą", bo dzień wcześniej wyjął noszoną przez nas dzielnie gitarą i zrobił koncert na Przełęczy Cho La, na wysokości 5300 m! Inni na takiej wysokości ledwo dyszą, a on śpiewał jakby nigdy nic, mając w tle Cho Oyu - szóstą górę świata.

No ale to już przeszłość, bo teraz zostałam już sama i jutro ruszam znowu pod górę, z zamiarem dojścia do bazy pod Ama Dablamem (4800 m) i potem - wspinania się ten szczyt. Ten przepiękny prawie siedmiotysięcznik „chodzi” za mną już od wielu lat. Właściwie odkąd go zobaczyłam od razu obiecałam sobie, że kiedyś spróbuję na niego wejść (o ile na to pozwoli). Nie na darmo mówi się, że to jedna z najpiękniejszych gór świata, choć technicznie niełatwa. Podobno w tym roku jeszcze nikt na Ama Dablam nie wszedł, no ale do planowanego ataku mam jeszcze 2 tygodnie. Wspinać się będę z Samem – Anglikiem, z którym zdobywałam w zeszłym roku Piramidę Carstensza. Sam jest cholernie silny, szybki we wspinaniu i dobry technicznie, no ale obiecał, że weźmie pod uwagę, że za partnerkę ma jednak niewiastę, która żeby nie wiem co, siłą nie jest mu w stanie dorównać (liczę za to, że nadrobię szybką aklimatyzacją). Z Samem już się widziałam, w Gokyo, a umówieni jesteśmy za 2 dni w bazie.

Póki co korzystam jeszcze z uroków „cywilizacji”, bo Namche Bazar gdzie teraz jestem to ostatnia większa osada na trasie. Lubię to miasteczko – w wąskich uliczkach „korkują się” karawany jaków (samochodem nie da się tu dojechać), przy czym ich nadejście obwieszcza dźwięk zawieszonych na szyjach dzwonków. Popołudnie spędziłam w ulubionej kafejce naszej ekipy – sympatyczny właściciel słysząc że zostałam już sama i wybieram się na Ama Dablam oświadczył, że mam sobie wybrać dowolną kawę i dowolne ciacho na jego koszt! A właśnie – w międzyczasie jak się okazało, trochę źle dziękowałam, strzelając niezłe gafy! No więc wiedziałam że w języku Szerpów (bo to oni tu zamieszkują), „dziękuję” to „tuche” (czytaj: tuće). Tylko że cała sztuka to odpowiednio ten wyraz zaakcentować. Prawidłowy akcent powinien być na koniec słowa, czyli „tućEE”. Problem w tym, że ja akcentowałam do tej pory typowo po polsku, czyli „tUUće”, co oznaczało ni mniej, ni więcej tylko… męskie/żeńskie organy seksualne!


 

9 października, Katmandu
Prawie pół roku po trzęsieniu ziemi



Szczerze mówiąc to byłam trochę ciekawa, jak wygląda miasto po kilku miesiącach od w sumie strasznej tragedii. Spodziewałam się ruin, rozbitych przy ulicach namiotów, ale gdzie tam – miasto funkcjonuje normalnie, a praktycznie wszystkie budynki (albo zdecydowana większość), jak stały, tak stoją.

Tak naprawdę to zniszczone zostały przede wszystkim zabytki i to też nie wszystkie. W Katmandu ucierpiała przede wszystkim stupa Bodnath, moja ulubiona w całym Nepalu (jedna z największych w Azji), bo została jej tylko dolna połowa. Zniszczenia widać też przy placu Durbar, gdzie też się trochę pozawalało, m.in. ładna pagoda pod którą zbierali się raz w miesiącu honorowani krwiodawcy. Pech chciał, że mieli spotkanie akurat 25 kwietnia. Zginęli oddając krew…

Bardziej od Katmandu ucierpiał pobliski Baktapur, gdzie zginęło ponad 300 osób, a wiele pozostało bez dachu nad głową. Koczują w namiotach, które dał im chiński Czerwony Krzyż (poza tym pomogli też Niemcy), ale powiem szczerze – niełatwe to życie, bo zero intymności.

W ramach pomocy Nepalczykom daliśmy jednej rodzinie przywiezione ze sobą torby ubrań i butów plus trochę pieniędzy, z kolei biuro organizujące trekking: GoTravel przekazała trochę pieniędzy. Ale się facet cieszył – sam utrzymuje swoją 5-osobową rodzinę która została bez domu (jemu się udało – znalazł pracę jako ochroniarz). Pytałam jak pomógł mu rząd nepalski. Powiedział że poza workiem ryżu,  żadnej pomocy nie dostał. Skończyło się tylko na obietnicach…
 

 


1,2 października, Monachium, Oktoberfest
Piwa, piwa, piwa dajcie!


Szczerze mówiąc to specjalną fanką piwa nie jestem. Owszem, okazjonalnie, zwłaszcza gdy jest gorąco, czemu nie, ew. w tawernie, przy okazji śpiewania szant… Ale jak się jedzie na Oktoberfest do Monachium, jakby nie było – Święto Piwa, trudno piwa nie wypić.

Różnie się o tej imprezie mówi, ale powiem szczerze – wcale nie wygląda ona tak jak się ją często przedstawia. Wiele osób myśli że pije się tam na potęgę, słyszałam nawet opowieści że niektórzy nie wstają od stołów, bo piją i sikają do rynienek pod stołem. Nie wiem, byłam na Oktoberfest drugi raz, a nic takiego nie widziałam. Dla mnie biesiada w namiotach to okazja  do naprawdę sympatycznej zabawy, ze śpiewami, a nawet tańcami na ławach (w centralnym miejscu namiotu gra orkiestra, więc muzyka jest). Owszem, nie mówię że nikt się nie upija, bo przy stoliku obok nas (byłam tam jako pilot z grupką dziewięciu przesympatycznych facetów) jeden ze Szkotów zaliczył „zwałkę” i przez ostatnią godzinę (do namiotu wchodzi się na sesje trwające max. 4,5 godziny) przeleżał na ławie trzymając się kurczowo nogi od stołu, no ale to przypadki mimo wszystko odosobnione.

Największy podziw wzbudzają u mnie kelnerki roznoszące nawet po 10 kufli na raz, a trzeba pamiętać że kufle są litrowe. Co jakiś czas ktoś z gości namiotu (nasz namiot to bagatela – 5000 osób!) wskakuje na stół, wszyscy wtedy śpiewają coś w rodzaju pieśni-hymnu, a ochotnik wypija duszkiem owy kufelek, za co dostaje gromkie brawa.

Ważne jest też to, co jest na zewnątrz. Taki trochę miks jarmarku czy odpustu z wesołym miasteczkiem. Alejki wypełniają stragany, na których najpopularniejszym towarem są wielkie serca (do zjedzenia) i kapelusze mające kształt kufli. Przychodzą całe rodziny, z małymi dziećmi także, przy czym w dobrym tonie jest ubrać się w typowo bawarski strój: panowie w kraciastą koszulę, śmieszne spodnie na szelkach, długie skarpety i obowiązkowo – „tyrolski” (raczej bawarski) kapelusz. Kobitki z kolei mają sukienki mocno eksponujące biust i wianki na głowie.

W sumie fajnie to wygląda, bo widać że ludzie są dumni ze swoich tradycji, zwłaszcza że Oktoberfest to święto bardziej dla lokalsów niż dla turystów. Turyści oczywiście są, ale właściwie to giną w tłumie Bawarczyków. Tak swoją drogą widzieliśmy jednego "Bawarczyka", który był Murzynem. Śmiesznie to wyglądało, bo ubrany był po tutejszemu, ale widać że przy piwie nie ma różnic ras.

 

26 września, Warszawa
Patent na odmłodzenie, czyli wizyta u dietetyka

Ale sobie dzisiaj ego podniosłam! :)

Mimo średnio przespanej nocy (wracałam nocnym autobusem ze Śląska, z organizowanego w Łaziskach bardzo fajnego festiwalu podróżniczego "Pod górę"), w ciągu dnia wybrałam się na Stadion Narodowy. Przyciągnęły mnie tam targi sportowe związane z jutrzejszym Maratonem Warszawskim, w którym w tym roku niestety nie startuję (żałuję, ale wolałam nie ryzykować kontuzji przed wyjazdem w Himalaje). W każdym razie wśród kilku stoisk, które mnie na targach interesowały, było takie z bezpłatnymi badaniami sportowymi. Oczywiście tłum chętnych, ale miłe towarzystwo, więc postałam, a w nagrodę czekał na mnie kardiolog, ortopeda i dietetyk. Szczerze mówiąc w życiu nie byłam u dietetyka, na dodatek godzinę wcześniej odwiedziłam swoją ciocię, która nakarmiła mnie solidnym obiadem z deserem składającym się z dwóch rodzajów ciast, tak więc niczym skazaniec oczekiwałam gromów odnośnie mojego poziomu spasienia się. Fakt, wskaźnik cukru w mojej krwi mocno skoczył, ale reszta - i tu miłe zaskoczenie, sprawiające że aż mi się błogo na duszy zrobiło! Wskaźnik tłuszczu -w dolnych granicach normy (czyli bardzo mały), za masę mięśniową pani mnie wręcz pochwaliła (okej, już nie będę narzekać na moje rozbudowane uda :) ), ale najlepsze było to, że na podstawie różnych parametrów komputer wycenił moje ciało na 33 lata!!! Z tej okazji jutro zakładam czerwone trampki, no bo skoro mam w teorii o 16 lat mniej, no to chyba wypada?

ps. A może ten komputer się zepsuł???? Nie, na pewno nie... :)

 

24 września, Warszawa
Co się z nami , Polakami, stało?

Piję kawę, czytam internetowe newsy, no i własnym oczom nie wierzę! Ludzie, co się z nami, Polakami dzieje? Mamy się za kulturalnych, szarmanckich, przykładnych katolików (przynajmniej w jakiejś częśc)i, ale jak zaglądam na posty z onetowego forum, to nie jestem pewna, czy jako do tej pory przykładna patriotka, rzeczywiście mam się utożsamiać z  wizerunkiem rodaka który z owego forum mi się jawi.

Dobra, do rzeczy...
Otóż rzeczony Onet przekazał informację że w wyniku zamachu w Somalii, zginęły dwie osoby z polskimi paszportami. Ciemnoskóre osoby... I co z tego? Oto kilka wpisów komentujących tego newsa forumowiczów (pisownia oryginalna):

~CZERWONOSKORY : Czarni czy biali ci z polskim obywatelstwem? Jest pewna subtelna różnica !

~błeeeeee : brudas z niedomytymi włosiskami i kopytami na krzywych i cieńkich i pewno śmierdzacych girach

~ii : ZABILI SWOJEGO I DOBRZE !!!'

~GUN-freedom : Muzułmanie? Strzelam.

~zniesmaczony obywatel RP : Jacy Polacy ??!! Kolejne oszustwo po to aby podpuszczać prawdziwych Polaków. Dlaczego nie pisze się że to byli Somalijczycy z paszportami polskimi. I co ?? inaczej teraz brzmi ??? I co oni tam robili ?? A no przygotowywali kolejne transporty do Europy !!!!

~Jan : To nie POLACY to czarni !

~uuii : WYSLAC NASTEPNYCH CZARNYCH polakow !!!"5

~petra : jesli ten polski obywatel ma na imie ahmed, to dobrze sie stalo, ze zginal

~kosa : Niech Unia przyjmie wiecej emigrantow takze z Somalii.

~Kacperski : Mam nadzieje «e nasi uchodzcy wysadza sejm w powietrze zanim tu sie jeszcze osiedla!

herszel.jehuda : Tak właśnie dzikie ludy dziękują za okazaną pomoc.


Przeczytaliście? Dobra, a teraz post wyjaśniający kim był jeden z tych co zginął:

~Przyjaciele jednej z Ofiar: Jeden z nich jest nam osobiście znany - to pierwszy Afrykańczyk, który otrzymał w Polsce status uchodźcy, wspaniały człowiek, pracowity do bólu, prezes Fundacji dla Somalii, z którym mieliśmy honor współpracować i przyjaźnić się. Wiele lat uczył się i pracował uczył się i pracował po to, by otrzymać polskie obywatelstwo, z którego był naprawdę dumny, bo Polskę uważał za swoją drugą Ojczyznę.

Myślicie że komuś po tym wyjaśnieniu było głupio? Wcale! No, może niektórym. Bo mnie było najnormalniej w świecie wstyd. Za nas - "prawdziwych" Polaków. Nie chodzi o temat uchodźców, chodzi o zwykłe ludzkie reakcje i o tzw. chrześcijańską miłość bliźniego.

 


12 września, traska: Śląski Dom-Polski Grzebień-Łysa Polana
Oj pięknie w tych górach…


Wreszcie przestało padać i mogliśmy nacieszyć się widokami. Co ciekawe, po dojściu na Polski Grzebień (taka malownicza tatrzańska przełęcz na 2200 m), okazało się, że chmury wiszą tylko nad jedną stroną przełęczy, a z drugiej strony jest piękna panorama, jedynie z pojedynczymi obłokami. Oczywiście nie omieszkaliśmy zostawić przy skałach plecaki (a niech świstaki pilnują :)  ) i już na lekko wdrapać się na Małą Wysoką (po słowacku: Vyhodną Vysoką), wbrew polskiej nazwie wcale nie taką „małą”, bo mającą 2428 m. Jak by nie patrzeć to zaledwie 71 m niż polski wierzchołek Rysów, bo - dla przypomnienia: Rysy mają trzy wierzchołki, z których główny, najwyższy, należący już tylko do Słowacji, ma 2503 m czyli jest 4 metry wyższy od polskiego.

Niestety, ponieważ musiałam wracać wcześniej do Warszawy, w samo południe musieliśmy się rozdzielić – Paweł z Jankiem poszli przez Zbójnicką Chatę do Smokowca, jak pognałam w dół, do Doliny Białej Wody, skąd docelowo miałam iść do Łysej Polany, ale przy samym końcu dałam przez potok dyla na stronę polską, do Palenicy, co ułatwiłomi zabranie się na busy jadące do Zakopanego.

A tak na marginesie to po drodze spotkałam miłego i rozmownego słowackiego górala, który powitał mnie słowami:
- A co pani taka nawalona?!
- ???  - zdziwiłam się, że widać, bo po drodze faktycznie poznałam sympatyczną słowacką rodzinkę, co zaowocowało pociągnęłam łyczka z buteleczki fakt, wysokoprocentowej, aczkolwiek pysznej jagodówki (ciuciuredki, jak mawiają Słowacy).
Na szczęście góral nie wpływ alkoholu miał na myśli (no bo bez przesady, łyk był symboliczny), ale mój plecak, jakoś tak wyszło, że rzeczywiście solidny.

W każdym razie piękny dzień był. Po więcej widoczków zapraszam tutaj (szukaj facebook – dzień 13 września).




11 września, Śląski Dom
Pies na górskim „gigancie”

Napisałam w poprzednim wpisie o Gerlachu, a zapomniałam opisać najciekawsze z naszych dzisiejszych spotkań na szlaku (bo wspinaczkę odpuściliśmy, ale w przerwie w opadach deszczu trochę połazić po górach poszliśmy).

No więc gdzieś tam po drodze spotkaliśmy schodzącego turystę, za którym szedł pies. Janek nawet się zdziwił, że do parku narodowego można wprowadzać psy, ale Paweł stwierdził, że można, choć powinny być na smyczy. Ten pies jednak na smyczy nie był. Wkrótce jednak się okazało,  ze turysta którego wzięliśmy za nieprzestrzegającego przepisów właściciela czworonoga wcale nim nie był, mało tego – on z kolei myślał, że pies należy do nas! W każdym razie jasne już było, że psina jest albo bezdomny, albo schroniskowy.

Drugie spotkanie z sympatycznym psem o ładnej i rozumnej mordce, było po powrocie do Śląskiego Domu. Merdający ogonem psina chodził sobie zadowolony z życia, tak więc uznaliśmy, że to jednak pies schroniskowy. Ale wkrótce okazało się, że też nie… Podczas gdy zaradny zwierzak poszedł do siedzących przy stołach turystów wyżebrać jakieś kanapki, historia się wyjaśniła. Otóż psiak był „na gigancie”. Dwa dni wcześniej został zgłoszony na policję, że zaginął, ale los chciał, że szukająca go, stęskniona właścicielka, opowiedziała o zgubie komuś tam kto wybierał się w góry. No i właśnie ten ktoś w górach poszukiwaną psinę przy schronisku zobaczył.  Odtwarzając bieg wypadków wyszło na to, że pies po urwaniu się od swoich właścicieli wsiadł do kolejki (kursującej u podnóża Wysokich Tatr „elektriczki”), po czym poszedł sobie w góry dochodząc całkiem wysoko. Miał pecha, bo trafił na kiepską pogodę, ale nie robił wrażenia przerażonego czy spanikowanego, raczej takiego co to mu się góry podobają i upaja się poczuciem wolności. Szkoda że nie widziałam spotkania pani z jej ukochanym, aczkolwiek trochę niesfornym, bo „wyzwolonym” podopiecznym. Gdyby to było w Indiach, można byłoby powiedzieć, że to wcielenie kogoś, kto w poprzednim życiu był taternikiem :).   



11 września, Śląski Dom (słowackie Tatry)
O Gerlachu, co pokory uczy


Ten wyjazd zaplanowaliśmy razem z Jankiem Bosnovicem i Pawłem Klimkiem już rok temu. Weszliśmy wtedy na Rysy i postanowiliśmy, że we wrześniu 2015 wchodzimy na Gerlach. W ten to sposób w niezbyt ładne czwartkowe popołudnie 10 września tego roku, zameldowaliśmy się w Śląskim Domu (górskim hotelu mającym też wieloosobowe sale turystyczne), inaczej mówiąc znajdującej się na wysokości 1670 m bazie wypadowej do wspinaczki na mający 2655 m najwyższy szczyt Tatr (dla niezorientowanych – to słowacki Gerlach, a nie Rysy, jest najwyższym tatrzańskim szczytem).

Co ważne, jeszcze przed wyjazdem rozmawiałam z Pawłem (moim mężem) o tym, że jak na razie wszystkie góry zdobywałam przy pierwszym podejściu, ale zdaję sobie sprawę, że nie zawsze tak będzie, bo w końcu zdarzy się góra, która powie „nie”, „sorry”, „nie tym razem” i zdobyć się nie pozwoli. Rozmowa była w kontekście czekającego mnie w listopadzie Ama Dablamu, przepięknej, aczkolwiek niełatwej góry w Himalajach, ale nie przypuszczałam że tak szybko będzie mi dane przypomnieć sobie te słowa.

Zdobywanie Gerlacha zakończyło się szybko. Wstaliśmy o 5-tej, o 5.30 spotkaliśmy się z przewodnikiem (bo na tę akurat górę jest obowiązek wzięcia przewodnika), a że lało i ogólnie pogodowo było nieciekawie, postanowiliśmy że godzinkę poczekamy. Po godzinie pogoda „ustaliła się”, na tę deszczową (co u góry sugerowało śnieg), tak więc konsekwentnie podjęliśmy  jedyną słuszną jak się potem okazało decyzje: odpuszczamy! Nie powiem, łatwa decyzja to nie była, no bo wiadomo, nastawiliśmy się, przygotowaliśmy sprzętowo, dla gór wyrwaliśmy z wiru przeróżnych spraw, no ale tłumaczyliśmy sobie, że bez sensu jest ryzykować, a poza tym przecież nie chodzi o to, by dać sobie w kość po to, by nic w sumie nie zobaczyć, bo przecież wszystko tonie w chmurach.

Podświadomy żal jednak pozostał… Do wieczora… Wieczorem pojawiły się dwie ekipy, które na Gerlach jednak wyruszyły. Przemoczeni, wykończeni, głodni, wyraźnie „po przejściach”, bo opowiadali że było "masakrycznie". Dodam jeszcze, że chłopaki wyglądali na mocnych  - obytych w górach, sprawnych i dobrze wyekwipowanych. Jak się okazało jeden z nich, na dodatek przewodnik jednej z ekip, przypłacił wspinanie złamaną ręką. Mam nadzieję że „tylko” ręką, bo wyglądał nieciekawie, ale wejść do schroniska nie chciał, a ratowników też nie chciał wzywać, więc co mu dokładnie było, trudno było ocenić. Dlaczego unikał kontaktu z ratownikami? Podejrzewamy że chodziło o to, że bał się by się nie wydało, żę miał na linie sześć osób, a według przepisów może mieć tylko trzy (zimą i przy trudnych warunkach – dwie).  W każdym razie umocniliśmy się w przekonaniu, że dobrze zrobiliśmy, że na Gerlach nie poszliśmy.

Wniosek? Ano niby wiadomy: w górach nie ma mocnych, lepiej nie zdobywać niczego na siłę i ogólnie podchodzić do gór z pokorą. A przy okazji: uważajmy na przewodników którzy biorą ze sobą więcej ludzi, niż są w stanie ogarnąć.  W końcu chodzi o nasze (także przewodnika) zdrowie i życie.


PS.  Na sobotę prognozy były już dużo lepsze, ale okazało się, że nie ma wolnych przewodników! Uruchomiliśmy różne kontakty, i nic - wszyscy zajęci lub na urlopach… W każdym razie jeśli będziecie wybierać się na Gerlach, bierzcie pod uwagę że przewodnika trzeba załatwić z wyprzedzeniem. Nam natomiast nie pozostało nic innego, jak umówić się na Gerlacha na za rok :).

 

 

2 września, Snowdonia (Walia)
Snowdon zdobyty!

Snowdon to po prostu Śnieżna Góra. Śnieżna zimą, bo latem nie ma tu ani kawałka lodowca, za to często pada, czego zresztą doświadczyliśmy. Oczywiście jak przystało na najwyższy szczyt Walii, a zarazem najwyższy w całych ciągnących się tu Górach Kambryjskich (1085 m n.p.m.), z założenia mieliśmy go w planach, choć  w zróżnicowany sposób. Paweł który ma problemy z kręgosłupem, skorzystał z wersji „pociąg”, co znaczyło wjazd zabytkową zębatka, która strasznie hałasując i wyrzucając kłęby dymy, wjeżdża w ciągu godziny na górę. Ja rzecz jasna wolałam wchodzić na nogach, choć spotkany dzień wcześniej miły pan widząc jak fotografuję widocznego na horyzoncie Snowdona popatrzył na mnie, pokiwał głową, po czym łaskawie i najzupełniej życzliwie wyjaśnił takimi mniej więcej słowami: -Wiesz, tam, na górę można wejść. Ale to nie dla ciebie dziecino, ty możesz wjechać tam pociągiem!

Mając to w pamięci, w informacji turystycznej zapytałam o najtrudniejszą trasę, no i punkt 9 rano stanęłam na jej starcie. Na czym polegała jej trudność, szczerze mówiąc nie wiem. Może dlatego że najbardziej stroma? A może dlatego że nikt po niej nie chodzi? Albo – że nieoznaczona? Boże, jak ja tych Brytyjczyków sklęłam za ten brak oznaczeń. Trzy razy gdzieś błądziłam, raz pokonywałam w bród rzeczkę, a problem polega na tym, że od szlaku odchodzi wiele ścieżek i bądź tu człowieku mądry, jak iść. Ostatni raz zgubiłam się 50 m pod szczytem wychodząc na zatopioną w chmurach przełączkę. Poszłam oczywiście w stronę niewłaściwą, no ale na szczęście usłyszałam stukot nadjeżdżającego pociągu, który sprowadził mnie na właściwą drogę, czyli do schroniska gdzie czekał już Paweł.

W dół schodziliśmy już razem, dla odmiany najpopularniejszym szlakiem, na którym żeby już nie wiem co zgubić się nie można, bo droga jest „po byku”, taka że spokojnie można byłoby ją uznać za trasę rowerową. No i mnóstwo na niej ludzi – niektórzy z psami na smyczy, bo to chyba „narodowe hobby” lokalesów. Chociaż... nie wszystkie czworonogi były na smyczy – jeden jak pogonił owieczkę, to myślałam że przerażone zwierzę padnie na zawał.

A tak w ogóle to przypominający nasze Tatry Snowdon był w 1952 roku wykorzystywany jako miejsce treningowe dla brytyjskiej wyprawy na Mt Everest. Chodzi o tę słynną wyprawę, która jako pierwsza zdobyła najwyższą górę świata, czyli z Edmunem Hillarym w składzie. Wpadłam na chwilę do hotelu gdzie historyczna ekipa mieszkała, a potem urządzała sobie spotkania rocznicowe. Na suficie w jadalni są ich podpisy, na ścianach zdjęcia, w gablocie – kamyczki z Everestu, buty i czapki wspinaczy, butla po tlenie i inne elementy ekwipunku. Stwierdziłam że to dobry znak - skoro oni po zdobywaniu Snowdona skutecznie zdobyli Everest, to ja po Snowdonie powinnam dać sobie radę z Ama Dablamem (góra w Himalajach, z która zamierzam się "zmierzyć" w listopadzie).

30 sierpnia, Llanwrtyd Wells (Walia)
Mój debiut w Mistrzostwach Świata :)

No to mogę się pochwalić, że startowałam w Mistrzostwach Świata! Mało tego – zdobyłam medal! Że chodzi o Mistrzostwa w Nurkowaniu w Błocie, a ów medal z wizerunkiem żaby, mogłabym przemilczeć :). Organizują coś takiego w jednym z prowincjonalnych walijskich miasteczek, a impreza jest naprawdę fajna, bo robiona bez zadęcia, z humorem i na totalnym luzie.
Zasady są proste – na bagnistym polu są zrobione dwa tory (znaczy się rowy) wypełnione błotnistą wodą, no i zawodnicy mają przepłynąć w tym dystans 120 yardów (ok. 110 metrów). Sprzęt stanowi maska, fajka oraz płetwy, a jedyny dozwolony styl to tzw. piesek (żadne tam kraule czy żabki).

Szczerze mówiąc nie jest to wcale tak łatwe jak się wydaje – sama się dziwiłam dlaczego ludziska docierają do mety zmęczeni, a niektórzy dają w ogóle za wygraną i od pewnego momenty po prostu idą (regulamin zakłada że powinno się płynąć z zanurzoną twarzą). Potem już wiedziałam… Połowa sukcesu to taktyka, której debiutanci rzecz jasna nie mają. Mimo maski nic nie widać, otacza nas ciemność, a dopiero po kilku razach zarycia w przybrzeżne krzaczory wpadłam na to że można wykorzystać ręce w roli „czułek”. Druga sprawa to kwestia oddychania – mnie przyjemność opicia się błota na szczęście ominęła, ale byli tacy, którzy hojnie sobie brązowej mazi łyknęli później, pod płotem ją zwracając.  No i samo płynięcie – machanie płetwami w błocie jest jednak dużo bardziej wyczerpujące niż w wodzie.

Ale nie ważny wynik… I tak wśród Polaków byłam najlepsza (no bo nie miałam konkurencji). Najważniejsza była super zabawa. Szczególny powód do śmiechu dawali ci, którzy się poprzebierali. Moim „idolem” był sobowtór Elvisa Presleya, facet przebrany za żółwia (rzeczywiście przepłynął cały dystans z wielkim drewnianym żółwiem na plecach), dwie dziewczyny w kostiumie konia (płynęły razem) oraz też dwie laski, ale w charakterze Złotych Rybek. Impreza była jak najbardziej międzynarodowa, bo wśród startujących poza rzecz jasna Brytyjczykami, był też Kanadyjczyk, Japończyk, Australijka, Amerykanka, Irlandczycy i Czeszka o której zapowiadający z uporem maniaka oznajmiali że jest z „Czechosłowacji”.
Jeśli chcecie obejrzeć jak było na zdjęciach, zapraszam na FB, czyli tutaj.

 

29 sierpnia – Llandrindod Wells (Walia)
Zielona Cymru


Nie pobyłam za bardzo w domu. Przyleciałam z Indonezji wczoraj po południu, a o 4 rano już znowu byłam na lotnisku, bo czekała mnie podróż do Wielkiej Brytanii. Aż sama nie mogę uwierzyć: przedwczoraj o tej porze byłam w Dżakarcie, wczoraj – w Dubaju, a teraz w jakiejś malutkiej miejscowości zagubionej wśród walijskich wzgórz.

Walia to nazwa angielska – miejscowi wolą swoją ziemię nazywać Cymru (wymowa: Kemri). Wprawdzie po walijsku mało kto mówi (chłopak ze sklepu gdzie robiliśmy zakupy przyznał że w całej jego rodzinie tylko jeden wujek-staruszek), wszelkie napisy (informacyjne, na drogowskazach itp.) są tu w dwóch wersjach językowych – angielskiej i walijskiej właśnie, a w radio można złapać  walijski program BBC. Jedno jest pewne – język to wyjątkowo dla mnie niezrozumiały, kojarzący mi się trochę z węgierskim tyle że z bardziej gardłowymi głoskami.
Ładnie tutaj. Przede wszystkim bardzo zielono, tak jak u nas na wiosnę. Z tą soczystą zielenią kontrastują kwitnące właśnie, fioletowe wrzosowiska. I jakiś taki fajny spokój tu zewsząd bije. I jeszcze – ludzie jacyś tutaj tacy milsi, nawet w toalecie mówiono mi „dzień dobry”.

Dziś mieliśmy „dzień drogi”, ale żeby go jednak jakoś dobrze wykorzystać, zwiedziliśmy kilka miejsc rekomendowanych przez przewodnik Lonely Planet. Największe wrażenie zrobiły na nas imponujące ruiny klasztoru cystersów (Tintern Abbey). Niezwykłe, że w XIII wieku można było wznieść  taką konstrukcję! Z kolei koło miasteczka Caerleon zwiedzieliśmy sobie pozostałości obozu rzymskiego. Taki kawał biedni legioniści tu przyszli… Ale w ramach „rozłąkowego” warunki mieli tu całkiem niezłe. Do tej pory można zobaczyć pozostałości starożytnych koszar , teatr w którym odbywały się walki gladiatorów, no i termy których część stanowił naprawdę spory basen. Podjechaliśmy też do wybudowanego w XIII wieku zamku Caerphilly. Jest on największą w Walii budowlą obronną i  drugą co do wielkości w Wielkiej Brytanii, choć teraz to już raczej malownicza ruina, ładnie odbijająca się w fosie. Fosa to ulubione miejsce kaczek i spasionych rybitw – jedna z nich mnie delikatnie mówiąc „obrobiła”. Ponoć to na szczęście, więc może trzeba będzie zagrać w toto-lotka?

 

 

26 sierpnia, Wamena – Papua
W gościnie u Dani

Dani to jedno z tutejszych plemion. Mimo że mają już kontakt z cywilizacją, nadal utrzymują swoje odwieczne tradycje, momentami mocno zaskakujące. Ich wioski składają się z kilku chat dla kobiet i dzieci oraz jednej chaty „męskiej”, bo mimo dozwolonego wielożeństwa, panowie z żadną z ze swoich pań  na stałe nie mieszkają. Kiedy mają ochotę na jakiś bliższy kontakt, muszą się z nią dogadać, czy ich przyjmie, zawsze licząc się z odmową. Co do tych żon to nadal przyjęte jest „kupowanie” ich za świniaki (u Dani są one wyznacznikiem statusu) przy czym przeciętna cena za żonę to 10 świniaków. Wódz wioski w której dziś byliśmy jeszcze jakiś czas temu miał kilkanaście żon, ale kilka mu już zmarło. Pytałam wodza ile ma lat – mówił że 75, ale lokalny przewodnik zaraz szepnął mi na ucho że gościu nie wie, bo nigdy nie miał dokumentów. Ciekawe w takim razie, jak wyjeżdżał za granicę? Jak się okazało jest on „pokazowym Papuasem” wykorzystywanym przez indonezyjskie władze do promocji turystycznej Papui – jego wizerunek jest na różnych plakatach, a on sam zaliczył już wizyty na różnych międzynarodowych targach turystycznych – m.in. w Tokio, Madrycie i Berlinie. Po prostu – światowiec! :)

Trudno się z Dani dogadać, bo mówią swoim własnym dialektem, ale jest jedno łatwe do zapamiętania uniwersalne słówko na „dziękuję”, „proszę” i „witamy” czyli „kwa-kwa-kwa” (tak jak przy naśladowaniu kaczki). W każdym razie kwaczą wokoło wszyscy…

Jak wygląda strój Dani już pisałam dzień wcześniej – jego podstawowy element w przypadku mężczyzn stanowi koteka (osłona na penisa). W modzie jest zawieszanie sobie na szyi świńskiego kła, a ważniejsze wioskowe osobistości mają taki kieł także w nosie, podczas gdy atrybutem wodza jest wielka morska muszla (cenna, bo do morza Dani mają bardzo daleko). Kobitki chodzą natomiast topless, ale mają spódniczki – z wysuszonej trawy lub z niby-sznurków robionych z włókien z pnia jakiegoś lokalnego drzewa.

Mimo że Dani to na ogół chrześcijanie  z wpływami animistycznymi, swoich zmarłych po śmierci palą. To co się nie spali – czaszki, kości, zbierają i kładą w formie kopczyka tuż za płotem który otacza wioskę, choć kopczyk jest zwykle ogrodzony aby nie rozkopały go włóczące się samopas świniaki. Na znak żałoby kobiety obcinają sobie kawałki palców – po każdym członku rodziny kawałek, do najbliższego stawu, aż w końcu u niektórych zostają już same kikuty. Ów kawałek pali się razem z kremowanym nieboszczykiem, a krew po amputacji wykonywanej zwykłym ostrym kamieniem, tamuje się liściem. Mężczyźni z kolei odcinają sobie w żałobie kawałek ucha.

Odstępstwem od reguły palenia są mumie ważnych wioskowych wodzów – jest ich w okolicy Wameny kilka. Widzieliśmy taką najlepiej ponoć zachowaną – ma 250 lat, a powstała w wyniku uwędzenia zmarłego. Na co dzień przechowywana jest w chacie mężczyzn. Szczerze mówiąc dla wioski to niezły biznes, bo oczywiście stała się jedną z głównych okolicznych „atrakcji”.

Kluczowym punktem programu dnia było świniobicie. Dokładniej to biednego, kwiczącego prosiaczka zabito strzałą z łuku, ale widowisko było koszmarne, bo strzelający źle wcelował, więc zwierzę nie umarło od razu, tylko jeszcze trochę słaniając się na nogach pobiegało, aż rozweseleni Papuasi dobili je wbijając mu strzałę ręcznie. Koszmarne to było, no ale jako gość z zewnątrz nie jestem od pouczania, tylko akceptowania poniekąd ciekawej kulturowej odmienności. Potem kobiety przygotowały ognisko, a panowie zajęli się roznieceniem ognia (system drewienka i tarcia ratanowym powrozem) oraz przystosowaniem prosięcia do pieczenia (najpierw obcina się mu ogon i uszy, które zabiera się do chaty mężczyzn i spuszcza przy pomocy bambusa krew, którą też się zabiera). Z jedzenia mięsiwa na szczęście udało mi się wymówić, ale upieczonych słodkich ziemniaków już nie odmawiałam – były naprawdę bardzo dobre. Widziałam że dzieciaki miały wielką frajdę w pieczeniu flaków – wrzucały je w rozżarzone węgle i potem patykami wyciągały.

A tak w ogóle to patrząc na tę wioskową społeczność złapałam się na przemyśleniach, kto jest bardziej szczęśliwy – czy ci biedni, niecywilizowani w naszym mniemaniu Dani, żyjący bez elektryczności, Internetu i telefonów czy my – jak to ładnie siebie określamy: „cywilizowani ludzie”? Mam nadzieję że za 10 lat jak może znowu odwiedzę tę wioskę, nie zobaczę murowanych domów przykrytych blachą falistą i z antenami satelitarnymi (typowy obrazek w centrum Wameny, z miejsca 40 minut jazdy od pierwszych wiosek Dani).

Więcej zdjęć nie tylko z wioski Papuasów - na facebooku - tutaj.

 24 sierpnia, Wamena – Papua (Indonezja)
Impreza na cmentarzu, czyli jak piją Papuasi

Przelot do interioru Papui był nieco stresujący, jako że dosłownie kilka dni temu rozbił się tu samolot, w wyniku czego zginęły 54 osoby. Maszyna należała do linii Trigana, a właśnie na nią mieliśmy wystawione bilety. Nie jest żadną tajemnicą że wszystkie chyba linie indonezyjskie (poza Garudą, narodowym przewoźnikiem) są ze względu na stan techniczny na czarnej liście Międzynarodowej Stowarzyszenia Przewoźników Lotniczych, no ale te co latają na Papui to już w ogóle „czarna lista do kwadratu”. Ale co ma być co będzie - jak już była katastrofa, to przez jakiś czas nic więcej spaść nie powinno. Zresztą skoro to piszę, to znaczy że okej, dolecieliśmy cali i zdrowi. Zresztą i tak nie było wyboru – Wamena, ok. 8 tys. miasto w ciekawej etnograficznie Dolinie Baliem, jest dostępna jedynie drogą lotniczą, bo żadne długodystansowe drogi tu nie dochodzą.

Odwiedzić Papuę warto, bowiem zajmująca zachodnią część wyspy Nowa Gwinea indonezyjska Papua różni się od reszty Indonezji ogromnie. Choćby tym, że jest dużo mniej „turystyczna”, a z drugiej strony Papuasi wcale tacy bardzo gościnni w stosunku do turystów nie są.  W każdym razie na bezinteresowność nie ma tu co liczyć, nawet za zdjęcia chcą pieniądze, no chyba że ktoś woli dawać papierosy.

Pierwszych Papuasów, takich z krwi i kości, czyli z kędzierzawą czupryną i praktycznie nagich, zobaczyliśmy już na lotnisku. Piszę „nagich”, bo  jedyne ich „odzienie” stanowią koteki (zakładane na penisy osłony z tykwy), do tego jakieś naszyjniki (na ogół z kłami świni, a u wodzów wiosek - z muszli morskich) i siateczka lub beret na głowie. Ale rzecz jasna w mieście większość ludzi chodzi jednak normalnie ubrana.

Żeby złapać trochę lokalnego kolorytu, zaliczyliśmy lokalne bazary. Widać wyraźny podział: kobiety zajmują się sprzedażą owoców i warzyw, mężczyźni zaś mają swoją strefę, gdzie handlują mięsem i rybami. Oczywiście nie mniej ważne niż chęć zarobienia, jest spędzenie miło czasu – bazar to okazja do poplotkowania, wypalenia kolejnej paczki papierosów (w całej Indonezji pali się na potęgę, kobiety również), pożucia betelu (mające okropnie gorzki smak owoce palmy areki, po których cierpną usta i język) i w efekcie poplucia brunatną śliną. Dałam kobiecinom zarobić – kupiłam kiść malutkich bananów (małe, takie na długość palca są lepsze od dużych), niesamowicie słodkiego jak się okazało ananasa i wielkie awokado – wszystko razem za równowartość  5 zł. Z ciekawych rzeczy które przyuważyłam, były tak zwane „czerwone owoce” (załączam zdjęcie), które po ugotowaniu stanowią podstawę sosu dodawanego do różnych potraw. Nazywa się to owocowe cudo: pandan górski, albo ewentualnie pochutnik górski. Sprzedawano też ceremonialne pióropusze ozdobione wypchanymi rajskimi ptakami – za przywiezienie takiego czegoś do Europy można mieć ze strony celników naprawdę duże problemy (chodzi o ochronę tych zagrożonych ptaków).

Ciekawy był też lokalny cmentarz. Większość lokalsów to chrześcijanie (katolicy i protestanci), a więc groby pozornie podobne do naszych, z naciskiem na "pozornie". To znaczy jest nagrobek, ale grodzi się go płotem (m.in. po to aby na grób nie właziły wałęsające się wszędzie świnie) , a nad ogrodzeniem robi się jeszcze dach. Ogólnie króluje obrzydliwa blacha falista, dookoła walają się śmieci, groby są umiejscawiane jak popadnie, no i nie ma na nich żadnych zniczy czy kwiatów, co sprawia że nekropolia wygląda na mocno zaniedbaną. Jak się jednak okazało, jest to miejsce chętnie odwiedzane przez grupki miejscowych facetów. Początkowo myślałam że przychodzą dla uczczenia zmarłych kumpli, ale gdzie tam – cmentarz to świetna miejscówka aby poimprezować, czemu sprzyja przynoszony z domu bimber. Nagrobne daszki zapewniają cień, a jeśli pada (a w interiorze Papui często pada) – ma się świetną ochronę przed deszczem, nie mówiąc o tym że można liczyć na istny święty spokój. Trafiliśmy na dwie takie grupy podpitych kolesi. W mieście ogólnie panuje prohibicja, nawet piwa nie można kupić, no ale jak uruchomić domową produkcję, wie tu chyba każdy.

Skutki picia alkoholu to niestety częsty tutaj powód różnego typu śmiertelnych wypadków.  Po nagrobnych tabliczkach widać, że mnóstwo ludzi żegna się z życiem w bardzo młodym wieku.

I na koniec jeszcze wyjaśnienie skąd się wzięła nazwa „Papua”. No więc kiedy w 1511 do brzegów wyspy dobili pierwsi biali, konkretnie Portugalczycy, widząc czupryny autochtonów nazwali odkryty teren „Ilhas dos Papuas”, czyli „Wyspa ludzi o kędzierzawych włosach” (na owe włosy użyto malajskiego słowa „papuwah”) . W następnym, XVII wieku dotarli tu z kolei Holendrzy, którym ciemnoskórzy Papuasi kojarzyli się z mieszkańcami afrykańskiej Gwinei (wtedy była to kolonia holenderska), przez co dla nich wyspa stała się „(Holenderską) Nową Gwineą”.  Później, w latach 60. XX wieku, kiedy Indonezja przejęła od Holendrów zachodnią część wyspy, nazwała nową prowincję Irian Jaya, ale od 2001 roku dla złagodzenia problemów z papuaskimi separatystami, rząd z Dżakarty wrócił do nazwy „Papua”. Pytałam naszego przewodnika, rodowitego Papuasa, jak to z tym ruchem separatystycznym obecnie jest. On akurat twierdzi, że lepiej aby Papua pozostała częścią Indonezji, co nie zmienia faktu, że organizacje separatystyczne z nasłanym przez rząd wojskiem regularnie walczy, uważając ich za okupantów.



23 sierpnia, Sulawesi (dawniej Celebes) – Indonezja
Co ma biały bawół do pogrzebu

Głównym powodem żeby odwiedzić  Sulawesi są Toradżowie. Tak nazywa się niesamowicie ciekawy lud zamieszkujący górzysty interior wyspy, a słynący z ciekawych obyczajów dotyczących pochówków. Ceremonie pogrzebowe Toradżów trwają nawet i tydzień, przy czym wcale nie są takie smutne, jak u nas. Podstawą jest złożenie ofiar z bawołów i ewentualnie świń, a następnie ogólne ucztowanie, bo gości na takim pogrzebie potrafi być kilkaset. Co do bawołów to szczególnie cenione są samce białych bawołów z czarnymi plamami – ich ceny dochodzą nawet do kilkunastu tysięcy dolarów, a traktuje się je jako rodzaj inwestycji (w znaczeniu że zmarły to doceni i jakoś się z zaświatów zrewanżuje).  Ale są i inne poza ucztowaniem „atrakcje” – np. walki bawołów (nic złego im się nie dzieje – taka przepychanka rogami) czy tutejszy boks, w którym w przeciwieństwie do naszych wyobrażeń o tym sporcie, tutaj się tylko kopie.

Ostatniego dnia następuje złożenie ciała do grobu. Właśnie w czymś takim mieliśmy okazję uczestniczyć, bo turystów bardzo chętnie dopuszcza się do takich obrzędów, licząc że coś tam w zamian dadzą (my daliśmy dwa kartony papierosów i kasę).  Kiedy przyszliśmy do wioski, wszyscy biesiadnicy ubrani na czarno siedzieli na specjalnie zbudowanych podestach i słuchali wspominków rodziny. Potem przyniesiono zawinięte w czerwony worek ciało zmarłej kobiety i złożono je do czegoś w formie lektyki, a równocześnie zaczęły się śpiewy i tańce (takie raczej spokojne, na zasadzie kiwania się splecionych ramionami mężczyzn, choć dwie kobiety też się przyłączyły). Na tym smutna część ceremonii się skończyła - w trakcie procesji z wioski gdzie kobieta mieszkała, do drugiej, gdzie się urodziła, było już bardzo wesoło: chłopcy którzy nieśli ciało co jakiś podrzucali je do góry śmiejąc się przy tym bez żadnych zahamowań. Tak na marginesie to kondukt nie szedł, ale niemal biegł - mając na nogach wygodne buty ledwo nadążyliśmy za niosącymi trumnę, którzy byli w japonkach i na stromych odcinkach po prostu zjeżdżali.  Do samego końca jednak nie dotrwaliśmy. Odpuściliśmy przy przekraczaniu w bród całkiem sporej rzeczki (orszak pogrzebowy przeszedł).

Pogrzeby urządza się na zasadzie „zastaw się, a postaw się”. Ceremonia musi być wystawna, bo Toradżowie wierzą, że w ten sposób zapewnia się zmarłemu lepsze życie po śmierci, a dzięki temu zmarły będzie im przychylny. Krótko mówiąc lepiej słabym pogrzebem zmarłemu nie podpadać.  Tylko że zbieranie kasy na pochówek trwa. Z tego powodu jak dana osoba umrze, a rodzina nie ma funduszy, wtedy taką osobą się balsamuje (w obecnych czasach korzysta się z formaliny), no i czeka – miesiącami, a nawet latami aż się te fundusze uzbiera. W tym czasie nieboszczek leży sobie w trumnie w domu, twarz ma odsłoniętą, a traktuje się go nie tyle jak zmarłego, ile jako chorego. Przynosi się mu jedzenie, podaje lekarstwa których używał, rozmawia z nim…  Widzieliśmy taką trumnę. Domownikom nie przeszkadza że kiedy oni siedzą i jedzą posiłek, w pokoju obok leży sobie zabalsamowana babcia…

Ciekawe są też grobowce. Teraz coraz częściej chowa się ciała do grobowców murowanych, jednak tradycyjne groby Toradżów to jaskinie – naturalne albo celowo wydrążone w skałach, ewentualnie trumny podwieszane wysoko ponad ziemią. Część z tych trumien niestety się rozleciała, przez co kości i czaszki się porozsypywały – wygląda to lekko koszmarnie. A co do wykonanych z drzewa chlebowca trumien, to zdobiono je w zależności od  płci. Męskie obrazowały bawole rogi, kobiece – rzeźbione świńskie ryje. W bogatych rodzinach tradycją utrzymywaną do dzisiaj, jest robienie kukieł tau-tau – chodzi o drewniane lalki symbolizujące zmarłą osobę, w ubranka, które raz do roku w czasie tzw. ceremonii czyszczenia grobów, należy zmieniać.

I jeszcze o pochówkach dzieci… Teraz już się tego nie stosuje, ale dawniej maluchy  w wieku takim, że nie miały jeszcze ząbków, chowano w normalnie rosnącym drzewie. Nie wiem jaki to rodzaj, ale ważne było to, że wydzielało biały sok, co miało przypominać mleko matki. Dłubano dziuplę, wsadzano w nią zawinięte w materiał małe ciałko, wstawiano drzwiczki i drzewo rosło dalej, mieszcząc ileś takich dziupli-grobów.

W każdym razie ciekawi są ci Toradżowie. Większość z nich to protestanci (wpływ Holendrów, którzy od XVII wieku do 1945 roku tutaj rządzili), ale jest też trochę katolików i muzułmanów (tych stosunkowo mało), co nie przeszkadza im w utrzymywaniu własnych przesądów i wierzeń. Domy Toradżów przypominają kształtem łodzie – stanowią nawiązanie do przeszłości, czyli czasów 25 pokoleń wstecz, kiedy lud ten przybył z innych wysp, wpływając swoimi łodziami w górę rzeki i docierając do zielonych, górskich rejonów.

PS. Co do przesądów…  Czarny kot jako symbol pecha jest tu traktowany dość obojętnie, ale lepiej nie spotkać na swojej drodze… niewidomego!


20 sierpnia, Bali (Indonezja)
Tu gdzie ryż rośnie…

Lubię Bali. Marzy mi się, by kiedyś przyjechać na Bali zupełnie prywatnie i przejechać tę wyspę tak zupełnie „po swojemu”:  lokalnymi busami zwanymi „bemo” albo autostopem, docierając do zakątków wyspy gdzie turyści nie docierają. No ale to plan na przyszłość, bo na razie, będąc tu w roli pilota, pozostaję jednak przy turystycznym standardzie, czyli tym co jest w zasięgu jednodniowych wycieczek z nadmorskich hoteli.

Bali to wyspa hinduistyczna (mowa o religii). Ciekawe to, bo w pobliżu jest wyspa Flores, gdzie dominuje chrześcijaństwo, a z drugiej strony – muzułmańska Jawa. Inna sprawa że hinduizm na Bali to zupełnie inny hinduizm niż w Indiach, bo z domieszką własnych, nie spotykanych gdzie indziej wierzeń. W każdym razie trzeba przyznać, że Balijczycy są niesamowicie religijni. Widać to choćby po wykładanych każdego ranka ofiarach – talerzykach czy wyplatanych z palmowych liści koszyczkach, w które wkłada się owoce, kwiaty, czasem zapala kadzidełka (tak na marginesie to kadzidełko nazywa się tu… dupa). Dary dla dobrych, przychylnych ludziom bóstw kładzie się na stolikach, murkach czy ołtarzykach (ogólnie na podwyższeniu), za to na ziemi/chodniku/podłodze wystawia się dary dla demonów, złych bogów, bo Balijczycy akceptują ich obecność, wychodząc jednak z założenia, że trzeba robić wszystko, aby trzymać z nimi dobre układy. O konieczności równowagi dobra i zła przypomina się na Bali w różny sposób, choćby w inscenizacjach tradycyjnego tańca (tzw. Barong Dance) czy w zdobionych czarno-białą kratką tkaninach, którymi owija się święte posągi.

Co dziś widzieliśmy? Jak wszyscy turyści którzy tu przyjeżdżają, zaliczyliśmy zakład produkcji batiku, bo to balijska specjalność. Wbrew temu co myślą, nie chodzi o rodzaj tkaniny, ale o sposób jej barwienia (rysowanie wzorów woskiem i stopniowe barwienie, co wymaga cierpliwości, czasu i pracy). Potem, w Jaskini Słonia, która hinduistyczną kaplicą z XI wieku (niektóre źródła twierdzą że nawet z IX), obfotografowaliśmy Ganeszę – sympatycznego hinduistycznego boga, którym jest młodzieniec z głową słonia (wg legendy przyprawił mu ją własny ojciec, ale to historia na kiedy indziej).  Zaliczyliśmy też plantację kawy luwak. Już kiedyś o tym na blogu pisałam – chodzi o najdroższą chyba kawę świata, która jest o tyle specyficzna, że rosnące na krzewach kawowych ziarenka nocami zjadają szopo-podobne ssaki, cywety. Potem cywety otoczkę owocu trawią, a ziarenka wydalają. Następnie po owe kupy z ziarenkami wychodzą bladym świtem ludzie którzy je zbierają, potem płuczą i  odzyskane ziarna łuskają (wszystko ręcznie). Dopiero wtedy można je prażyć, mielić (jeśli tradycyjnie to  tłukąc ręcznie w specjalnym moździerzu) no i wykorzystywać jako napój. Na plantacjach można takiej kawy spróbować – kosztuje 50 tys. rupii za filiżankę, podczas gdy zwykła kawa w knajpie dla lokalsów to zaledwie 5 tys. rupii.  Przy okazji można też zobaczyć na miejscu jak wyglądają cywety. Strasznie smutny to widok – siedzi takie „dyżurne”, osowiałe zwierzątko w niewielkiej klatce, chce mu się spać, bo z założenia żeruje w nocy, a w dzień kima, a tu wszyscy na niego cmokają, stukają w kraty i usiłują go zmusić do pozowania do zdjęć.  A tak na marginesie to mnie osobiście kawa luwak nie powala (piłam) – wolę inne jej rodzaje. Moją ulubioną z degustowanych na plantacji kaw jest żeńszeniowa, mająca wiele dobrych właściwości, takich jak np. wpływ na kondycję i na ogólne siły, a poza tym przynoszącą jak to ładnie na plantacji opisano: „harmonijne relacje: papa drink, mama happy” :).

W ramach wycieczki zaliczyliśmy też wizytę w wiosce Kintamani skąd jest ładny widok na okoliczne wulkany (najwyższy wulkan Bali – Mt Agung ma 3142 m, czyli górki całkiem, całkiem). W naszym wypadku ważniejsze jednak były ryżowe tarasy, choć szkoda że jak na złość z dopiero młodym ryżem, więc nie ma takiego efektu jak na pocztówkach.  Ostatecznie jak zwykle zabrakło dnia, żeby zobaczyć więcej, no ale niestety, jak przystało na okolice równika –  ciemno robi się tu już wkrótce po 18-tej (i tak jest przez cały rok – długość dnia zbliżona jest do długości nocy).


18 sierpnia, Komodo-Rinca-Flores (Indonezja)
Warany co smokami są zwane

Zobaczenie słynnych waranów z Komodo to dla wielu turystów jeden z głównych punktów tego co w Indonezji „trzeba zobaczyć”. Bądź co bądź te słynne gady żyją w stanie dzikim wyłącznie tutaj. Z ostatniego ich spisu wynika, że jest ich niecałe 6 tysięcy, a zamieszkują 4 wyspy: Komodo (2919 sztuk), Rinca (2875 sztuk) , Gilimotang (55 sztuk) i Nusakode (79 sztuk). Teoretycznie szczyci się nimi jeszcze wyspa Flores, ale strażnicy parku narodowego powiedzieli mi konspiracyjnym szeptem, że jest ich na Flores, uwaga :): sztuk jeden (!), czyli tak naprawdę nie ma się czym chwalić (inna sprawa że mieszkańcy Flores twierdzą, że to nie prawda, bo mają waranów ok. 10).

W każdym razie ciekawe to zwierzaki. Lokalsi mówią o nich po prostu „Komodo”, po angielsku potocznie nazywa się je „dragon”, czyli „smoki”, zaś Polacy preferują określenie „warany”. Jak zwał tak zwał, chodzi o wielkie jaszczury których długość dochodzi do ponad 3 metrów (rekordzista miał 3,65 cm), a waga do 150 kg. Słyną z tego, że bywają bardzo agresywne, a ich ofiarami są też ludzie. Ostatni śmiertelny wypadek był w roku 2005, kiedy to waran podszedł bardzo blisko jedynej na Komodo wioski i rozszarpał 8-letniego chłopca, który pechowo oddalił się nieco od domu. Ale nie dalej jak rok temu waran zaatakował strażnika z miejscowego parku narodowego. Facet przeżył, bo miał szczęście - nie miał tak poważnych ran jak tamten chłopiec, a przed skutkami zabójczych waranowych bakterii uratowało go szybkie przewiezienie samolotem do szpitala na Bali i podanie mu odpowiednich surowic.

O co chodzi z tymi bakteriami? No więc w uzbrojonej w 60 zębów paszczy warana znajduje się ok. 50-60 rodzajów różnych bakterii, z których jest tam jedna szczególnie groźna (listeria). W każdym razie w czasie ataku na ofiarę, warany przekazują te swoje bakterie, i to właśnie one powodują śmierć nieszczęśnika. W rezultacie mogą zabijać dużo większe od siebie zwierzaki – choćby konie, bawoły, chociaż dzikimi świniami, małpami czy jeleniami, też nie pogardzą. Małe zdobycze po prostu rozszarpują swymi ostrymi pazurami, większe, powiedzmy takiego bawoła, powalają uderzeniem ogona (siła 2 ton!), wgryzają mu się w nogę, zakażają wspomnianymi bakteriami, no i biedny bawół kona potem przez tydzień-półtora, a w tym czasie waran cierpliwie czeka, bo wie że nagrodą będzie wielka wyżerka. Co ciekawe, małe warany owych zabójczych bakterii nie mają – nabywają je z czasem, po zjedzeniu bawolej zdobyczy któregoś ze starszych osobników. Muszą jednak przy takim podkradaniu pożywienia bardzo uważać – warany to kanibale, co znaczy, że potrafią zjadać także swoich pobratymców.

Warany wyglądają ociężale, ale to tylko pozory. Atakują błyskawicznie, mogą na krótkich dystansach biegać z prędkością 20 km/h, umieją wchodzić po schodach, poza tym całkiem dobrze pływają, a te młodsze (i lżejsze) wchodzą na drzewa. W sumie to nie mają żadnych naturalnych wrogów (no chyba, że inne warany), ale mimo to rozmnażają się bardzo powoli. Czas, na  jak to określił nasz przewodnik: „dźigi-dźigi”, jest w czerwcu-lipcu, natomiast w sierpniu samica składa jaja. Wielkością przypominają ponoć jaja łabędzia; mają długość 8,5 cm, ważą 80 g, w kolorze są białe, ale bardzo miękkie (pod tym względem porównuje się je do jaj żółwia). Jest ich 15-30, choć tylko z 15-20% po 9 miesiącach wyklują się młode, a z tych które się wyklują, i tak przeżyje najwyżej 3 do 5.

Samica o swoje jaja dba. Żeby zmniejszyć ryzyko że ktoś/coś zainteresuje się jajami, oprócz jamy/nory w której rzeczywiście są one zakopane (całkiem spora taka nora – metr długości, metr głębokości), po sąsiedzku robi jeszcze kilka podobnych nor, co ma na celu rodzaj kamuflażu dla zmylenia i zniechęcenia miłośnika jaj. Ale potem, kiedy młode się wyklują, mamusia maluchami już się nie interesuje. Młode włażą na drzewa (bo tam nie zeżre ich dorosły waran, choćby i tatuś), po czym pozostają na nich przez kilka tygodni, żywiąc się przez ten czas gekonami, czy wyjadając ptakom z gniazd jaja albo nawet i młode. Z czasem jednak waraniątka zaczynają na ziemię złazić, początkowo wracając na drzewa, ale w miarę nabierania wagi są już na tych drzewach coraz rzadziej. Jak już podrosną, samice zaczynają składanie jaj w wieku 7 lat, samce biorą się za zapładnianie koleżanek w wieku 8 lat. Czas życia wynosi przeciętnie 50 lat.  
Nam na Komodo udało się zobaczyć w sumie 9 waranów w 4 różnych miejscach. Jeden „witał” nas już przy plaży, zaraz po zejściu z łodzi, następny był w lesie, kilka samic przy budynkach obsługi parku narodowego, ale hitem był samotny waran dumnie kroczący ścieżką dla turystów, za którym z tyłu zrobił się korek kilku grup, które nie miały jak go wyprzedzić. Wyglądało to prześmiesznie, bo wyglądało to, jakby waran w roli przewodnika prowadził grupę :) .

Teoretycznie waranów już się nie dokarmia. Robiono to przez długi czas (do roku 1991), specjalnie dla turystów na których się tu przecież zarabia, ale w końcu zakazano rozleniwiania dzikich przecież zwierząt. Teraz warany muszą polować same, choć zadbano o to, by zestawy śniadaniowe w postaci bawołów czy jeleni szwendały się w zasięgu ich wzroku. W każdym razie nie jest nigdy pewne, ile waranów się zobaczy – my na wyspie Rinca widzieliśmy jedynie dwa, choć  inna sprawa że spacer po lesie i tak był fajny, bo zobaczyliśmy trochę ładnych ptaków (papugi i lokalnego sokoła) oraz ciekawą roślinność (np. drzewa zwane „bombowymi” od orzechów z nasionami które z nich spadają). W każdym razie jeśli komuś uda się dotrzeć na wspomnianą wyspę Rinca (wymowa: Rincza), stanowiącej jedno z dwóch centrów oglądania waranów (drugie to Komodo), przy stacji rangersów (strażników parku), gdzie każdej ekipie przydzielany jest opiekun uzbrojony w przypominający widły kij (na warany rzecz jasna), poproście o przewodnika Abdula. Abdul to przesympatyczny młody chłopak, który uczy się polskiego i poza tym że ma naprawdę sporą wiedzę, a w przeciwieństwie do innych rangersów, chce mu się coś tam w lesie  pokazać, to jeszcze zapewni nam sporo dodatkowych atrakcji polskojęzycznymi objaśnieniami typu: „waran lubić bawół, świnka”, czy żartami „waran pić polska wodka”.

A na pocieszenie  dla tych co waranów w naturze nie mają jak zobaczyć, polecam wyjście rezerwowe: zobaczenie ich w ogrodzie zoologicznym – do wyboru w Poznaniu lub Wrocławiu.

PS. Przed chwilą usłyszałam jeszcze jedną historię dotyczącą waranów. Opowiedział mi ją chłopak, który jeździł kiedyś na Komodo z grupami, jako przewodnik. Otóż we wrześniu 2005 roku nocował ze swoimi turystami na Komodo,  a że był bardzo zmęczony – w ramach popołudniowej sjesty padł na łóżko w swoim bungalowie i zasnął. Niestety nie zamknął wejściowych drzwi. Obudził go ostry ból nogi, która była zalana krwią, a przy łóżku stał waran. Chłopak zaczął krzyczeć, aby przywołać strażników parku narodowego, ale nikt go nie usłyszał. Żeby się jakoś ratować złapał więc ręcznik, wytarł nim krew i wyrzucił przez otwarte okno, licząc że dolatujący z zewnątrz zapach krwi zwabi siedzącego w domku warana. Niestety, waran pozostał, natomiast ręcznik zainteresował kolejne warany. Modląc się aby i one nie wlazły do domu, chłopak wrzeszczał wniebogłosy, ostatecznie skutecznie. Trochę jeszcze potrwało zanim strażnikom udało się rozgonić całe jaszczurze towarzystwo, wyciągnąć przerażonego chłopaka i wysłać go łodzią na wyspę Flores gdzie był najbliższy szpital (min. 2,5 godziny płynięcia). Dzięki specjalistycznym „odtrutkom” na te waranie bakterie i transfuzji krwi (bo sporo krwi utracił) uratowano go. Udało się też zachować nogę, ale minął miesiąc zanim chłopak mógł na niej stanąć i wiele miesięcy zanim wrócił do sprawności.

 

 

16 sierpnia, już na Bali (Indonezja)
Latające psy z małpiego gaju

Ciekawe… O tym że dziś w indonezyjskiej części Nowej Gwinei (na Papui znaczy się) rozbił się samolot, dowiedziałam się z informacji z Polski – tu w Indonezji nikt nam o tym nie wspominał. Szczerze mówiąc to stało się to dokładnie tam, gdzie za kilka dni będziemy… Nie jest żadną tajemnicą, że indonezyjscy przewoźnicy do zbyt pewnych nie należą (poza narodową linią Garuda chyba wszyscy pozostali są na europejskiej „czarnej liście”). No cóż, strasznie szkoda tych 54 osób które tam leciały, ale zakładam że skoro się to stało, to na najbliższy czas limit takich zdarzeń chyba się wyczerpał.

A co do dzisiejszego dnia, to wykorzystaliśmy go po części na kilkugodzinną wycieczkę po wyspie. Głównym punktem programu miał być zachód słońca w często pokazywanym na pocztówkach miejscu zwanym Tanah Lot, ale że były chmury, szału z zachodem nie było. Hitem natomiast stały się dla mnie… nietoperze. Można je zobaczyć w jednym z kilku na Bali małpich gajów (w tym który zaliczyliśmy mają ponad tysiąc zabawnych makaków), choć szczerze mówiąc nie pojęłam, co lokalsi robią, że te nietoperze tak spokojnie tam wiszą. W odpowiedź, że one tak lubią, nie za bardzo wierzę, ale żadnych ponacinanych skrzydeł nie widziałam. W każdym razie odmówiliśmy zrobienia sobie fotek z rozkładaniem skrzydeł nietoperza, nie tyle z powodu kasy, ale po prostu uznając to za niehumanitarne, choć nie powiem, zdjęcia zwierzakom zrobiliśmy (to akurat dozwolone jest za darmo, no i chyba krzywdy im nie robi). Sympatyczne, owocożerne stwory to fachowo: rudawki wielkie, zwane też popularnie latającymi lisami, albo latającymi psami (bo tak się kojarzą ich mordki). Sam tułów mają niewielki, ok. 30-centymetrowy,za to skrzydła – imponujące, bo rozpiętością dochodzące do półtora metra! To co je odróżnia od innych gatunków nietoperzy, to to, że nie mają zmysłu echolokacji, przez co nie mogą latać w zupełnych ciemnościach. A jakie pazury mają! Po zdjęcia odsyłam na facebooka.

 

 

15 sierpnia, Jawa
Tłumy na wulkanie

Jeśli ktoś chciałby zrobić badania naukowe nad destrukcyjnym wpływem ludzi na atmosferę gór, powinien przyjechać do parku narodowego Tengger Semeru. Większość turystów wpada tam na 1 dzień (no cóż, my także), a celem jest wschód słońca z widokiem na okoliczne wulkany, wśród których jest też najwyższy szczyt Jawy – Mt Semeru (3676 m). Kiedy kierowca dżipa którym jechaliśmy (rok 1982 – oczywiście mowa o samochodzie, choć kierowca chyba i podobnie) powiedział że na górę wjeżdża tego dnia 1200 aut, myślałam że żartuje, ale kiedy po chwili utknęliśmy w korku, zrozumiałam że może i ma rację. Finał był taki, że mimo że wyjechaliśmy o 3 w nocy, a mieliśmy jechać pół godziny, na wschód ledwie zdążyliśmy. Fakt, widoki były super, ale tłum wypełniający punkt widokowy, zmuszający do walki o jakiekolwiek miejsce żeby tylko było coś widać, odebrały mi sporo z radości cieszenia się górami. W każdym razie jeśli ktoś mnie zapyta, czy wolę wulkany Indonezji czy dzikie zakątki Beskidu Niskiego, na pewno powiem, że to drugie (znaczy się „Niski”).

A swoją drogą pewien na oko dość wykształcony Indonezyjczyk zapytał mnie dzisiaj, czy my też mamy tak dużo aktywnych wulkanów (rozmowa była w kontekście zalatującego z krateru zapachu siarki). Kiedy mu powiedziałam, że żadnego, mocno się zdziwił. Zaraz potem jednak dodał, że jest jeden do jednego, bo my przynajmniej mamy takiego Lewandowskiego, a oni nie…

 Z innej beczki… W drodze do parku narodowego Bromo zrobiliśmy postój przy knajpie, gdzie postanowiłam zamówić sobie kawę. Taką lokalną, indonezyjską (bo w Indonezji uprawia się bardzo dużo kawy; wprowadzili ją tu jeszcze w czasach kolonialnych urzędujący na tych wyspach Holendrzy). Kawa była super, choć może szkoda że „odgórnie” posłodzona, ale nie o to chodzi… Najciekawszy był sposób podania, bo ze względu na brak czasu na spokojne wypicie, zapytałam o możliwość wzięcia jej na wynos. Wynikało że „no problem”, po czym padło jeszcze pytanie: „plastik”? Przytaknęłam, że okej, może być plastik, już nie marudząc, że od kubeczka plastikowego wolę styropianowy. Po chwili podano mi kawę… w zwykłym foliowym woreczku, a jakże, ze słomką. Jak widzę wobec lokalsów stosuje się ten sam patent. Nie powiem, całkiem praktyczny i skuteczny!

I jeszcze jedna ciekawostka, tym razem dotycząca określania wieku. Otóż jeszcze na Sumatrze zapytałam naszego przewodnika ile ma lat. Odpowiedział że 35, ale zaraz potem sprostował, że właściwie to nie wie. Jak się okazało, jego matka urodziła kilkanaścioro dzieci, a że rodziła je w domu, nie wyrabiając im dokumentów, bo w tamtych czasach ludzie na wsiach nie uznawali że to konieczne, nic dziwnego że się pogubiła które dziecię kiedy przyszło na świat. W każdym razie Sunny (nasz przewodnik) kiedy wyszło na to, że jakiś dokument by mu się przydał, sam sobie ustalił że urodził się 15 grudnia 1980 roku. Oczywiście nie jest żadnym wyjątkiem – w kraju który ma 249 mln mieszkańców (pod względem liczby obywateli 4. miejsce w świecie) podobnych sytuacji jest mnóstwo.

13 sierpnia, Jogyakarta, Jawa (Indonezja)
Czy to Jawa, czy sen?


Zmieniliśmy wyspę, tzn. przelecieliśmy z Sumatry na Jawę, a konkretnie do Jogyakarty, o której w tym kraju mówi w skrócie: Dżogja. Kiedy Indonezja w 1945 roku odzyskała niepodległość, tu właśnie, przez pierwsze 4 lata, była stolica nowo proklamowanego państwa, ale żeby uznać to miasto za urokliwe, to raczej nie ma szans. Za to w okolicy jest kilka ciekawych miejsc do zobaczenia – zabytki z listy światowego dziedzictwa UNESCO.

Zaczęliśmy od Prambanan. Nie ma to nic wspólnego z bananem – chodzi o kompleks świątyń hinduistycznych z połowy IX wieku. Po silnym trzęsieniu ziemi w 2006 r. z ruin jakie tu były, zrobiły się jeszcze większe ruiny, ale i tak jest co oglądać, bo strzeliste kamienne wieże z misternie wystukanymi reliefami, robią wrażenie.

Inna sprawa, że mnie osobiście bardziej spodobało się inne zabytkowe miejsce, a mianowicie Borobudur. To z kolei pozostałości po olbrzymiej stupie buddyjskiej (VIII-IX wiek). Można wejść niemal na jej wierzchołek, co rzecz jasna zrobiliśmy. Swoją drogą to ciekawe, że dawniej były tu tak silne ośrodki hinduizmu i buddyzmu, a teraz dominuje tu islam. Na szczęście taki przyjazny turystom islam, choć może niektórzy (mowa o turystach) narzekają że piwa nie można kupić, bo religia zabrania (w knajpach hotelowych jest, ale w sklepach tylko bezalkoholowe).

Przerywnikiem w zwiedzaniu stały się zdjęcia z lokalsami. Tyle że to nie my im robimy – to lokalsi podchodzą do nas z pytaniem, czy mogą się z nami sfotografować. Krótko mówiąc jesteśmy „misiami” do fotek, co niby jest miłe, ale w nadmiarze trochę zaczyna przeszkadzać.

Co do bratania się z lokalsami, to największą ku temu okazję miałam dziś podczas kolacji. Z racji tego że musiałam iść na dworzec kolejowy załatwić sprawę naszych biletów na jutrzejszy pociąg, nie miałam jak zjeść z grupą, tylko zdałam się na moje ulubione uliczne gar-kuchnie. Dobra, przyznaję, w higienę nie wnikałam (na bank talerze płukali w wiadrze), siedziało się na rozpadających się taboretach przy stole typu blaszany parapet, ale bakmi goreng jaki mi przemiły pan-muzułmanin zrobił (zapiekany makaron z warzywkami i kurczakiem) był najsmaczniejszym posiłkiem jaki do tej pory zjadłam w Indonezji. A jaka cena! Niecały dolar za naprawdę solidną porcję! W knajpie dla turystów tego typu danie kosztuje zwykle 3-4 razy więcej, a smakuje dużo gorzej. Tak na marginesie - jak jestem w knajpach, to zamawiam zwykle gado-gado – popularne indonezyjskie danie na które składają się warzywka, kiełki fasoli, gotowane na twardo jajo i kilka innych składników, a wszystko to doprawiane jest sosem z orzeszków ziemnych i chili. Brzmi dziwnie? Może, ale jest całkiem dobre!

 
12 sierpnia, Bukit Lawang, Sumatra (Indonezja)
Moja miłość – orangutan!

Orangutany są boskie! Obok goryli górskich z którymi miałam bliskie spotkania (tylko bez skojarzeń :) ) w Rwandzie i Kongo, tutejsze człekokształtne są mi równie bliskie. Bądź co bądź to kuzyni!

W parku narodowym w którym przez dwa dni byliśmy, orangutanów jest około 700. Okolica im pasuje, bo to zwierzaki które nie lubią ani nadmiernego gorąca, ani też chłodu, tak więc spotkać je można na wysokościach do 1000 m n.p.m. (tu gdzie chodziliśmy jest ok. 500 m n.p.m.). Niestety, jedyne dwa miejsca na świecie gdzie jeszcze można spotkać dzikie orangutany, to już tylko Sumatra (czyli Indonezja) i malezyjska część Borneo. Przykre to bardzo, ale  „leśni ludzie” (tak właśnie tłumaczy się nazwę "orangutan") to gatunek zagrożony wyginięciem.

W każdym razie cudowne to zwierzęta. Początkowo byliśmy nieco zawiedzeni, bo owszem, nasz przewodnik jakie osobniki wypatrzył (a właściwie to wydzwonił, bo gdzie ich szukać nadawali mu przez telefon inni parkowi przewodnicy), ale były daleko, a raczej – wysoko, w koronach drzew. Potem było już tylko lepiej, bo orangutany pojawiały się coraz bliżej, aż w końcu doszło i do tego, że z jednym z nich (a właściwie jedną – przyszłą mamą) przybiłyśmy sobie piątki. Dosłownie! Zaskoczenie było ogromne, bo pani orangutanica wyczaiła, że w ramach II śniadania objadamy się soczystymi, dojrzałymi mango, no i postanowiła przyłączyć się do uczty. Najpierw nas obserwowała, trzymając dystans, a potem przebieg wypadków był błyskawiczny: w mgnieniu oka zjechała na zwisającej z konarów lianie, zawisła dosłownie przede mną, patrząc mi w oczy wyciągnęła długą łapę i gestem nie zezwalającym na sprzeciw dała do zrozumienia, że mam oddać jej mango. Co miałam zrobić? Oddałam, choć szczerze mówiąc miałam dylemat czy można jej coś dać, bo to jednak dzikie zwierzę, a poza tym przy gorylach proszono nas by nie podchodzić do nich za blisko, aby nie przekazać im ludzkich zarazków. Wyboru jednak nie było - wolałam z nią nie zadzierać więc oddałam, a przy okazji mimowolnie uścisnęłyśmy sobie dłonie (muszę powiedzieć że ma całkiem delikatną).

Ale nie tylko orangutany w dżungli były… Także gibbony (te akurat daleko) oraz skaczące na 10-15 m małpy o angielskiej nazwie Thomas`s Leaf Monkey (polskiej nazwy nie ma), o których miejscowi z uśmiechem mówią, że to małpia wersja piłkarza Ronaldo (bo mają podobny czubek z włosów). A, i były też niesamowicie żywe makaki długoogonowe - tak brzmi ich nazwa, a ciekawostką może być fakt, że ich samce zaliczają ponoć nawet 50-70 samic dziennie!  (nie wiem, czy powinno im się zazdrościć, czy współczuć?). Widzieliśmy też ślady pazurów lokalnych niedźwiedzi – tu mówią na nie „niedźwiedzie miodowe”, bo podziurkowany tymi pazurami pień wysokiego całkiem drzewa wyraźnie wskazywał że misiek chciał się dostać do znajdującego się u góry gniazda leśnych pszczół.  Szkoda, że nie było szans na zobaczenie tygrysa sumatryjskiego, bo owszem, drapieżniki te w lasach wokół Bukit Lawang występują, ale są bardzo płochliwe (wspomniane niedźwiedzie zresztą też). 

Za to ku naszemu zdziwieniu nie bał się nas w ogóle wąż.  Spał zwinięty na drzewie i kompletnie nic – można było robić mu zdjęcia z odległości pół metra, choć nie powiem, czyniłam to z „pełną taką nieśmiałością” (pamiętacie takie reklamy?), bo to jadowity ponoć płaz był.  Jak nam powiedział przewodnik, nazywa się ów okaz Moon Snake (Księżycowy), bo poluje nocami, a tak swoją drogą to po jego ugryzieniu mamy 4-5 godzin na znalezienie surowicy. To i tak długo, bo występujące w miejscowej dżungli zielone i czarne mamby dają nam ponoć tylko 20 minut, co podejrzewam, że wystarcza jedynie na przemyślenie ostatniej woli.

Jak to w dżungli, poza roślinami było mnóstwo różnej roślinności, którą nasz przewodnik z upodobaniem dawał nam do wąchania, dotykania i próbowania, tłumacząc na co, co działa. Co do wąchania  to pierwsze miejsce w rankingu osobliwych zapachów zajął grzyb, który ma formę jakby pajęczyny, a śmierdzi koszmarnie. Na drugim miejscu były olbrzymie mrówki (tak ponad centymetr to miały), które na szczęście nie gryzą, ale wydzielają tak mocny kwas mrówkowy, że aż kręci w nosie. Niby to zdrowe. W każdym razie można zapomnieć o lekach – na wszystko można znaleźć jakieś listki czy korzonki.

I na koniec – jak ktoś tutaj będzie to po dżunglowym trekkingu, jako alternatywę na powrót „z buta” polecam spływ na dętkach z ciężarówek. Zabawa fajna, bo po drodze są mini-progi (bystrza), widokowo też jest ciekawie, no i ogólnie można się zrelaksować bo nawet wiosłować nie trzeba.


11 sierpnia, Bukit Lawang, Sumatra (Indonezja)
Beczakiem wśród ryżowych pól

Najpopularniejszym krótkodystansowym środkiem komunikacji są na Sumatrze (i na innych indonezyjskich wyspach też) - beczaki (pisze się: becak). Tak się tu mówi o rykszach, przez turystów bywałych wcześniej np. w Tajlandii zwanych tuk-tukami, a składających się z motorka i kosza/naczepki z siedziskiem dla 1-2 osób. Swoją drogą osobliwe są stacje benzynowe na których tego typu pojazdy (zresztą wszelkie inne też) się tankuje: stragan z butelkami wypełnionymi zwykle żółtą cieczą, co wygląda niczym skromny sklepik z olejem do smażenia, choć w rzeczywistości to właśnie paliwo.

Dziś takie beczaki sobie wynajęliśmy i ruszyliśmy na objazd okolicznych wiosek. Okolica jest ładna, bo albo są to lasy, albo pola ryżowe, na których teraz akurat jest bardzo zielono, bo wyrośnięty ryż wkrótce będzie zbierany. Co do lasów to pełno tu plantacji m.in. kauczukowców.  Po nacięciu kory takiego drzewa do podstawionych miseczek spływa biały kleisty płyn,  który ze względu na zapach lokalsi nazywają „orangutan perfum”. Zapach powala, ale bynajmniej nie delikatnością ile smrodem, i to takim, że aż człowieka mdli (zapach z najgorszej toalety to przy tym drobiazg).  W każdym razie trudno uwierzyć że z takiej białej mazi  w procesie produkcji powstają np. opony czy różne użyteczne rzeczy, także typu tych, którym drzewa zawdzięczają lokalne przezwisko: „kondom tree”.

Z innych drzew to masowo uprawia się tu kakaowce. Wiem, pewnie każdy myśli że kakaowce to Ameryka Łacińska albo Brazylia, a tymczasem proszę – w Azji też jest ich pełno. Typowe kakao otrzymuje się z wysuszonych i zmielonych ziaren, jakie są w środku wydłużonego owocku, ale kto będzie miał okazję zetknąć się z dojrzały kakao-owocem to polecam też białą otoczkę która wspomniane ziarna okrywa, a która jest całkiem dobra (lekko słodkawa).

Poza tym jest tu również od groma palm. Kokosowe każdy zna, ale uprawia się też oleiste – z nasionami z których wyciska się olej przydatny potem np. do celów spożywczych, do oświetlenia, w roli kosmetyków itp. Rosną też palmy z których robi się brązowy cukier. Tak tak: brązowy cukier daje nie tylko trzcina cukrowa (która też w tym rejonie rośnie), ale właśnie owe palmy, po których owoce trzeba wspiąć się na drzewo, potem wrzucić je na wielką niby-patelnię, na której są gotowane przez 3 godziny, no i w efekcie końcowym mamy cukier, w fabryczce w której byliśmy wytwarzany w formie niby-ciasteczek (jako formy używa się odpowiednio zwiniętej kory). Przy okazji odnośnie słodkości - spotkaliśmy też lokalnego dostawcę lodów. Ale jakich lodów - własnej roboty mieszanki brązowego cukru palmowego, jaj i mleka, co po zamrożeniu wiezie taki gość na motorku, w pudle, do oddalonej o 30 km wioski, gdzie nie ma prądu, tak więc nie ma też lodówek. Żeby ktoś jednak nie myślał że takie lody nakłada się potem w wafelek - gdzie tam! Wkłada się w rozkrojoną bułkę, robiąc coś w rodzaju kanapki i dopiero wtedy można jeść. O salmonellę i gronkowce nie pytałam, ale myślę że szansa dostać je w pakiecie :).

Byliśmy też w lokalnej wytwórni tofu. Soi w okolicach się nie uprawia, ale nie ma problemu aby fasolowate nasiona dowieźć, po czym się je gotuje, przypominającą ser masę wylewa do foremek i w końcu smaży się to w głębokim tłuszczu, otrzymując lekko kwaskowate niby-pączki.  Przy okazji zajrzeliśmy do domu właścicielki owego zakładu. Dom jeden  z lepszych w wiosce, a właścicielka dumna bo chyba jako jedyna w promieniu iluś kilometrów kilka dni wcześniej stała się szczęśliwą posiadaczką pralki automatycznej.

Ostatni stop był przy cmentarzu. Kierowcy nie mieli nic naprzeciw aby nas tam na chwilę wysadzić, chociaż poproszono nas, abyśmy fotografowali cmentarz z drogi, nie wchodząc między groby, bo moglibyśmy razem z nami przyprowadzić złe duchy. Okoliczna ludność to muzułmanie (zresztą cała Sumatra to w ponad 80 procentach wyznawcy islamu), ale tacy z tych bardzo liberalnych i do innowierców nastawionych niezwykle przyjaźnie.  

Dobra, kończę bo późna noc, a nie przestawiłam się jeszcze na tutejszy czasu (w stosunku do Polski różnica + 5 godzin). Terima Kashi (po indonezyjsku „dziękuję”) za uwagę. Jak chcecie być mili i odpowiedzieć mi w tutejszej wersji „proszę”, to mówi się sama-sama.


10 sierpnia, Kuala Lumpur (Malezja)
400 metrów w górę

Miłośnicy zabytków w stolicy Malezji nieco się zawiodą. Jeśli nie liczyć kilku świątyń (najstarsze z XIX wieku) zabytków w tym mieście nie ma, za to nowoczesnej architektury  jak najbardziej - trochę tu jest. Duma miasta to Petronas Towers, wybudowane przez malezyjski koncern naftowy wieże, z wysokością 452 metrów jeszcze do niedawna (do 2004 roku) stanowiące najwyższy budynek świata. Na zawieszony 175 m ponad ziemią pomost spinający obie wieże nie udało nam się wejść (mieliśmy tylko kilka godzin, a trzeba by było stanąć rano w kolejce po bilety), ale na pocieszenie wjechaliśmy sobie na wieżę telekomunikacyjną (KL Tower), aktualnie siódmą co do wysokości tego typu budowlą w świecie (wieża ma 421 m ale taras widokowy jest na poziomie 276  m).

Ekspresowe zwiedzanie Kuala Lumpur zakłóciły nam trochę wyścigi Formuły 1. To znaczy na same wyścigi już się nie załapaliśmy, bo właśnie się skończyły, ale ponieważ kierowcy ścigali się na ulicach ścisłego centrum, miasto było komunikacyjnie sparaliżowane. Typem kierowcy rajdowego bynajmniej nie był kierowca taksówki którą jechaliśmy (taksówki są tu akurat tanie) – w rankingu najgorszych kierowców z jakimi miałam do czynienia, w kategorii: najmniej operatywnych i najsłabiej rozgarniętych przyznaję mu pierwsze miejsce. Ale dobra, żeby nie psioczyć na Malajów uściślam że wyglądał na Chińczyka.

I na koniec jeszcze  "edukacyjnie"... Ponieważ napisałam że wieża telewizyjna jest obecnie 7. pod względem wysokości w świecie, to wymienię wieże które ją wyprzedzają:
1) Tokyo Sky Tree - Tokio (Japonia) - 634 m
2) Canton Tower - Kanton (Chiny) - 600 m
3) CN Tower - Toronto (Kanada) - 553,3 m
4) Wieża Ostankino - Moskwa (Rosja) - 540 m
5) Oriental Pearl Tower - Szanghaj (Chiny) - 468 m
6) Milad Tower - Teheran (Iran) - 435 m
7) Menara Tower - Kuala Lumpur (Malezja) - 421 m

 

7 sierpnia, Warszawa (jeszcze, ale tuż przed wylotem)
Szczepienia, ważna rzecz

W ramach przygotowań do mojego kolejnego egzotycznego wyjazdu, złapałam swoją żółtą książeczkę (nie mylić z żółtymi papierami - chodzi o międzynarodową książeczkę szczepień), a tam niestety czarno na żółtym, że niektóre szczepienia się pokończyły. No cóż, portfel się zubożył (ale w końcu zdrowie jest "bezcenne"), ręka od zastrzyków boli, no ale za to ileś choróbsk nie ma szans mnie dorwać.

A tak w ogóle to w przyszłym tygodniu rusza ciekawa i pożyteczna akcja związana z profilaktyką chorób tropikalnych. Warto śledzić jej fanpage; www.facebook.com/szczepieniadlapodrozujacych - bo można się sporo ważnych rzeczy dowiedzieć, a przy okazji wygrać bardzo użyteczne filtry do wody  (nie chodzi o kranówkę, tylko taką np. z kałuży).

 Z ciekawostek - dowiedziałam się, że ponoć niedługo zostanie oficjalnie ogłoszone, że szczepionka przeciwko żółtej febrze (czyli żółtej gorączce) którą teraz robi się raz na 10 lat, będzie uznana za działającą dożywotnio!

 

1 sierpnia, Warszawa
Po godzinie "W"

Z racji rocznicy Powstania Warszawskiego, byliśmy dziś całą rodzinką na Powązkach. Trzy pokolenia, bo i mój tata się wybrał i maluchy mojego brata. Co do tych maluchów to muszę zdradzić że półtoraroczna obecnie Zosia ma tak na imię nieprzypadkowo - w nawiązaniu do naszego ulubionego powstańczego batalionu, czyli "Zośka".

Patriotyczne idee i pamiętanie o Powstaniu to w moim, mojego brata, tudzież mojego męża przypadku pozostałość po czasach harcerskich. Hufiec w którym ambitnie działaliśmy (Warszawa Mokotów) nosił (i nosi) imię Szarych Szeregów, tak więc często mieliśmy okazję z ludźmi z Szarych Szeregów się spotykać. Dziś została ich już tylko garstka - grono to kurczy się z każdym rokiem.

W każdym razie jak co roku na Powązkach około godziny "W" (czyli 17) był tłum. Miło, że to tłum wielopokoleniowy - oprócz leciwych weteranów, nie brakowało młodzieży i dzieciaków, harcerzy, grup rekonstrukcyjnych i zwykłych zupełnie ludzi, którzy przychodzą, bo chcą lub uważają to za swój obowiązek.

Mniej mi się podoba wykorzystywanie tego wydarzenia do celów politycznych. Przychodzę na cmentarz okazać swoją pamięć dla tych, którzy oddawali życie za Polskę, a nie słuchać skandowania: "Andrzej Duda" (plus oklaski, versus buczenie przy politykach drugiej opcji). Albo stoiska z książkami. Rozumiem kiermasz z książkami dotyczącymi Powstania, ale eksponowane tytuły ziały współczesną nienawiścią pomieszaną z wylewaniem pomyj na głowy tych co nie z PiSem. Rozumiem, mamy wolność mediów, słowa etc., tylko czy na prawdę cmentarz jest miejscem na sianie zamętu i skłócanie narodu? Aaa, jeszcze byli "Obrońcy krzyża" z hasłami że występują niby w imieniu nas wszystkich. Jakich "nas"? Ja tam nikogo o reprezentowanie moich poglądów nie proszę. W każdym razie proszę mnie nie zrozumieć -  nie opowiadam się tu za konkretnymi poglądami, ani też przeciw; po prostu uważam, że cmentarze nie są miejscem do politykowania.

No dobra, nie ważne... Ważne że pozapalaliśmy świeczki i porozkładaliśmy biało-czerwone mieczyki których całe naręcze kupił mój Paweł (mąż znaczy się). Nie tylko na grobach powstańczych i "żołnierzy wyklętych" na tzw. Łączce (przez długie lata utajnione miejsce grzebania zabitych przez bezpiekę, czyli już po wojnie). Korzystając z okazji byliśmy także przy grobie Jacka Kaczmarskiego, na piosenkach którego się wychowaliśmy, profesora Bartoszewskiego, którego ceniliśmy jako wielkiego Patriotę i przy nagrobku dobrze mi znanego i cenionego Stanisława Szwarc-Bronikowskiego (młode pokolenie może nie kojarzyć - zmarły 5 lat temu Stasiu to filmowiec i Podróżnik, ale taki naprawdę Wielki Podróżnik, ale co nie mniej ważne - w czasie wojny AK-owiec odznaczony Krzyżem Srebrnym Virtuti Militari, a po wojnie działacz organizacji Wolność i Niezawisłość, co sprawiło że miał sporo problemów z UBecją, był aresztowany, uciekał, potem ukrywał się po przybranym nazwiskiem).

Jedno jest pewne... Jeśli za rok 1 sierpnia będę w Warszawie, też na pewno rocznicę Powstania czcić będę. I tak już pisałam kilka dni temu - możemy dywagować czy Powstanie miało sens, na ile było zmanipulowane politycznie, kto ponosi za nie odpowiedzialność etc., ale niezależnie od wniosków moje zdanie jest jedno: hołd Powstańcom się należy!

ps. Więcej zdjęć (z opisami) znajdziecie na stronce na facebooku - kliknijcie tutaj.
 

29 lipca, znowu w Warszawie
Po powrocie z kolonii „onkologicznych”

Pamiętam jak w ubiegłym roku Rafał, jeden z wolontariuszy na koloniach Wakacyjna Kropla Szczęścia (kolonie letnie organizowane przez fundację „Nasze Dzieci” dla pacjentów z Oddziału Onkologii Centrum Zdrowia Dziecka) powiedział, że te dwa tygodnie z dzieciakami to dla niego najlepiej wykorzystany czas w ciągu całego roku. Doskonale go rozumiem…

Ja wprawdzie na 2 tygodnie nie miałam szans na kolonie pojechać, ale zgodnie z obietnicą daną dzieciakom w zeszłym roku, a także deklaracją że zorganizuję grę terenową, na odbywających się w Górach Świętokrzyskich koloniach, zjawiłam się. Jeszcze nie zdążyłam ściągnąć plecaka, a już dopadła do mnie Iza – największa rozrabiaka, która wciąż przeżywa śmierć zmarłej rok temu mamy (notabene matki adopcyjnej, bo biologiczna Izą się nie interesuje). Potem przyszedł niewidomy Kuba, zdając mi relację co tym razem dostał w urodzinowym prezencie (bo Kuby urodziny przypadają na koloniach). Chwilę potem miałam już przy sobie Olę-przylepę (uwielbia się przytulać), która przy okazji chciała żebym przyznała, że ciut w międzyczasie urosła (Ola bierze hormon wzrostu). Nie minął kwadrans i już była druga Ola, której marzy się zostanie policjantką, a tymczasem jest szczęśliwa, bo zaczyna jej powoli pracować sparaliżowana ręka… W każdym razie szybko zapomniałam o bożym świecie – wyłączyłam telefon (wiem, niektórzy klęli, że nie mogą mnie złapać), odpuściłam Internet, bo liczyły się już tylko dzieciaki…

Co do tej gry którą przygotowałam, to była to terenowa „Podróż Dookoła Świata” (przydały się moje harcerskie doświadczenia :)  ) .Na poszczególnych punktach dzieciaki trafiały do Chin, Peru, zdobywały Everest, uczyły się piosenki w języku suahili, sprawdzały swoją wiedzę o afrykańskich zwierzakach, rozkładały namiot, rzucały bumerangiem, przebierały się w stroje arabskie, szukały zadania chodząc z kompasem na azymut - to tylko niektóre z zadań. Czy się podobało, trzeba zapytać dzieciaki, ale powiem szczerze, miałam frajdę gdy padały pytania, czy za rok też będzie taka gra. Co ciekawe, z różnych rzeczy które dzieci mogły na punkcie zobaczyć i poznać, hitem okazała się szkatułka z wielbłądziej kości z kokonami jedwabników oraz krzesiwko turystyczne!

Wieczorem z kolei pokazywałam slajdy i opowiadałam o podróżach. Zresztą jak było - zobaczcie sobie na zdjęciach, tych tutaj i na mojej facebookowej stronce (tutaj) . Dorzucam też trochę zdjęć z innych zajęć jakie w międzyczasie też były – robienia prezentowych szkatułek czy pokazu mody w stylu Bollywood na który nasi koloniści sami przygotowywali swoje stroje (okej, z pomocą cioć i wujków, czyli wolontariuszy którzy są opiekunami grup).

A teraz podziękowania… Jakiś czas temu puściłam na facebooku pytanie, czy ktoś nie mógłby pomóc:
a) w zawiezieniu mnie na kolonie. Nie chodziło o wygodę (wróciłam już Polskim Busem), ale po prostu w tamtą stronę miałam do zabrania kilka kartonów z rzeczami.
b) w załatwieniu jakichś gadżetów dla dzieci.
Tłumów w odzewie wprawdzie nie było, no ale rozumiem: tyle jest różnych apeli, do tego każdy jest zajęty swoimi sprawami. Ale właśnie dlatego tym bardziej chciałam kilku osobom i firmom podziękować. Wiem, nie chodziło Wam wcale o promocję i słowa wdzięczności, pomagaliście bezinteresownie, ale ponieważ ogromnie doceniam to co zrobiliście, to mam potrzebę, aby o Was i Waszym dobrym sercu napisać.

No to zaczynamy...

Ogromne „dzięki!!!” dla:
- Wydawnictwa Bezdroża i koorydnatorki akcji - Agnieszki Majki, za książki które przydały się na nagrody
- księgarni (m.in. internetowej) Art-Travel, czyli de facto Joasi i Zbyszka Raszki za mnóstwo fajnych gadżetów, w tym mapy i atlasy które wykorzystaliśmy do gry
- firmy Nikon, w tym prezesa Piotra Przychodnia i Agnieszki Bischoff za wypożyczenie aparatów, którymi dzieci mogły robić zdjęcia, plus trochę różnych drobiazgów
- firmy Sportimpex i Sandrze Olinowicz, która dostarczyła m.in. bardzo fajne piłki i ciepłe skarpety
- Aldony Garwackiej, która załatwiła gadżety od Discovery Polska i Orange – koszulki, kredki, maskotki, kubki itp., a także Pawłowi (mąż Aldony), który potem te upominki do mnie przywiózł
- Sylwii Jarząbek która mnie ogromnie rozczuliła, bo chcąc zrobić dzieciakom frajdę, po prostu kupiła zestawy naklejek (bardzo się podobały).  

Ogromnie też dziękuję osobom, które zaoferowały pomoc w transporcie mnie i pudeł (są to: Joasia Gawroniak, Zuzia Wiaderna i Darek Bieńkowski). Ostatecznie pojechałam z Darkiem, z którym nie widziałam się przez 30 lat, to znaczy od czasów naszej działalności harcerskiej (wspólna podróż stanowiła przyjemne  z pożytecznym, bo była okazja do fajnego pogadania).

A tak naprawdę i tak najlepszym podziękowaniem dla wszystkich wyżej wymienionych był uśmiech dzieciaków!

ps. Dziękuję również którzy przekazali na rzecz Fundacji "Nasze Dzieci" 1% z podatków. Możecie mieć pewność, że to naprawdę dobrze spożytkowane pieniądze.

Tych, którzy chcą poczytać więcej o koloniach, zapraszam tutaj, czyli na opis zeszłorocznych kolonii.
A jeśli ktoś chce wesprzeć finansowo kolonie które odbędą się w przyszłym roku, dane bankowe są następujące:

Jeśli chcemy wspomóc kolonie 1% z naszych podatków, możemy skorzystać z linku na wypełnienie PITu z wpłatą na Fundację - http://www.e-pity.pl/program-pity-2014-online0000249753
KRS Fundacji to: 000024975

Numer konta Fundacji Nasze Dzieci przy Klinice Onkologii w CZD (wpłaty nie związane z 1%): bank PKO S.A., nr 72 1240 1109 1111 0010 0910 5420

 

27 lipca
Z(a)ginął Olek Ostrowski

Ogłoszono zakończenie poszukiwań Olka Ostrowskiego, ekstremalnego narciarza, który zamierzał zjechać z Gaszerbruma II (ośmiotysięcznik w Karakorum). Poznałam Olka na ostatnich Kolosach, na których zresztą dostał wyróżnienie za zjazd na nartach z Cho Oyu (inny ośmiotysięcznik, w Himalajach). Siedzieliśmy razem przy jednym stoliku na imprezie integracyjnej Kapituły, Rady Kolosów i prelegentów - niesamowicie sympatyczne wrażenie na mnie zrobił. Prawdziwy pasjonat, zakręcony na punkcie nart i gór, ale też po prostu równy, normalny, fajny chłopak... Niestety - już więcej nie pogadamy  :(. (*)


25 lipca, Warszawa
Po Biegu Powstania Warszawskiego

To jeden z moich ulubionych biegów ulicznych. Z kilku powodów. Po pierwsze – bo chodzi o Powstanie, a to dla mnie historycznie data ważna (o tym jeszcze trochę później). Po drugie – podobna mi się otoczka tej imprezy – śpiewanie hymnu na 10 tys. gardeł (bo w biegu startuje 10 tys. biegaczy – chce więcej, ale taki jest limit), okolicznościowe koszulki (ja akurat, ze względu na gorąc, biegłam w swojej, z półmaratonu w Lizbonie), biało-czerwone opaski (a niektórzy to nawet jeszcze z flagami biegną), puszczanie powstańczych piosenek, wystrzały rozlegające się po drodze, poprzebierana za Powstańców młodzież…

Poza tym 10 km to dystans jaki lubię. Życiówkę trudno na tej trasie zrobić, bo są dwa dość długie podbiegi i jeden zbieg po kostce, która w takich warunkach jak dzisiaj (deszcz) staje się dość śliska, ale bynajmniej się nie usprawiedliwiam – jeśli chodzi o czas, szału nie było. No cóż, na wynik trzeba trenować, a przy mojej częstotliwości wyjazdów z tymi treningami nie ma po prostu jak.

Wystartowaliśmy jak zwykle „rodzinnie”. Oprócz mnie na 10 km pobiegł jeszcze mój wysportowany siostrzeniec, Mateusz, a tata zdecydował się na 5 km, choć z założenia nie biegł, tylko poszedł w stylu nordic walking (i tak zostawił w tyle wiele osób, które niby biegły). Paweł (mój mąż) tradycyjnie wystąpił w roli kibica-fotografa, tudzież ochrzaniacza, że jak zwykle za bardzo się oszczędzałam, bo do mety dobiegam nie zmęczona. Trochę racji w tym jest – może mam tak po górach, że odruchowo zostawiam sobie sporo rezerwy.

Prawdziwym bohaterami tego biegu były dla mnie jednak dwie osoby, których osobiście nie znam, ale szczerze podziwiam. Jeden to pan który ma już 83 lata, a pobiegł na 10 km! Drugi to z kolei człowiek niewidomy i w dodatku z tylko jedną ręką, którą trzymał swojego biegowego przewodnika. Też biegł na 10 km i to w grupie na ambitny czas godzinę 45 minut. Po prostu – czapki z głów.
I jeszcze na koniec – wrócę do tematu Powstania. Spotkałam się z zarzutami, że obchodzę rocznicę pamiętnego 1 Sierpnia! Zawsze obchodziłam i będę obchodzić. Wiem, niektórzy tłumaczą, że to manipulacja, że Powstania nie powinno być, że to hańba itp. Ja w politykę nie wnikam – dla mnie rocznica Powstania to chwile zadumy i hołd oddany ludziom którzy w politykę nie wnikali, walczyli za Polskę. Z racji mojej harcerskiej przeszłości bądź co bądź w Hufcu Mokotów im. Szarych Szeregów, mam wpojone pewne patriotyczne zasady i przekonania, które są dla mnie ważne i których nie zamierzam się wyzbywać. Znam wielu szaro szeregowców, ludzi, którzy są dla mnie swoistymi bohaterami i których cenię wcale nie tylko za ich wojenną działalność. Dla mnie 1 Sierpnia to ważna rocznica i zamierzam ją zawsze obchodzić. A tak na marginesie to w czasie śpiewania hymnu zwróciłam zblazowanemu młodzieńcowi uwagę, że owszem, śpiewać nie musi, ale mógłby przynajmniej wyciągnąć ręce z kieszeni i stanąć w nieco innej pozie niż stał. Ręce z kieszeni wyciągnął, ale miałam wrażenie, że nie rozumie o co się czepiam!

 
18 lipca, Karkonosze
Od Szrenicy na Śnieżkę (a właściwie to dalej)

Jak wskazuje mój GPS, zrobiłam sobie dzisiaj spacerek liczący 37 km. Po górach. Dokładniej, o świcie wlazłam ze Szklarskiej Poręby na Szrenicę, a potem czerwonym szlakiem pognałam na Śnieżkę, robiąc sobie jeszcze „skok w bok” do malowniczych skał zwanych Pielgrzymami (niestety, trzeba było kawał drogi spaść w dół, a potem nadrobić to ostrym biegiem do góry). A że spałam w Samotni (schronisko uważane za najładniejsze w całych Karkonoszach), to po „zdobyciu” Śnieżki trzeba było jeszcze kawałek tam wrócić.

Super udało mi się z pogodą. Wprawdzie mogłoby być mniej gorąco (pozostałe po okularach białe plamy sprawiły, że wyglądam jak panda :) ), no ale Bogu dzięki zapowiadana burza przyszła 10 minut po tym jak się zameldowałam w schronisku.

 

Śnieżka to dla mnie szczyt sentymentalny, bo ileś lat temu zdobywałam ją ze swoimi harcerzami (byliśmy w Karpaczu na zimowisku drużyny), a potem wybraliśmy się tam jeszcze latem. Ale dużo fajniejsze od Śnieżki, która mimo wszystko do najpiękniejszych gór świata nie należy, były widoki po drodze – zwłaszcza Śnieżne Kotły niedaleko Szrenicy, różne ciekawe skałki i czy widok z góry na schroniska Samotnia i Strzecha Akademicka. No i jeszcze doznania smakowe – w schronisku Odrodzenie przy Przełęczy Karkonoskiej zamówiłam sobie naleśniki z jagodami – kto tam będzie, to polecam! No i jeszcze powinnam wspomnieć o fajnych ludziach poznanych tego dnia. Szczególne pozdrowienia przesyłam Radkowi, Darkowi i Sebastianowi, z którymi na sporym odcinku szłam oraz pracującej w Domu Śląskim Kasi  (Kasiu – dzięki, wiesz za co :) ).

Więcej zdjęć z wycieczki - na stronce facebookowej - tutaj.



16 lipca, Jelenia Góra
Miłe spotkanie

Dziś miałam pokaz slajdów z Everestu w Książnicy Jeleniogórskiej. Przyszło bardzo fajne grono i jak zwykle było za mało czasu, aby z każdym na spokojnie pogadać. Mam nadzieję że kiedyś nadrobimy, bo z większością mam szansę spotkać się w górach. A swoją drogą sama Jelenia Góra jest bardzo sympatycznym miastem. Niby taki kawał od morza, a nawet pomnik Neptuna na rynku mają!

 

 

12 lipca, Skopje (Macedonia)
Pomnikowy rekord Guinessa

Kiedy nasz przewodnik (bo jestem w Macedonii jako pilot grupy) powiedział, że Skopje ma rekord Guinessa w liczbie pomników na kilometr kwadratowy, myślałam że żartuje. Zaraz potem przekonałam się że mówił prawdę. Nie wiem jak gdzie indziej, ale w samym centrum macedońskiej stolicy faktycznie jest to pomnik na pomniku. Olbrzymi spiżowy Aleksander Wielki (jakby nie było „Macedoński”), który kosztował ponoć 27 mln dolarów (!) , trochę dalej pomnik jego ojca, czyli Filipa II, pomnikowa fontanna ku czci jego matki (okej, Aleksandra, choć może matka Filipa też gdzieś jest?), a dookoła liczni rewolucjoniści, poeci i inni zasłużeni, których nawet obywatele Macedonii już nawet nie pamiętają.

Te pomniki to obsesja obecnego premiera. W kraju nie za bogato, przydałyby się jakieś inne budowle użyteczności publicznej, ale od pomników aż się roi. Pod tutejszym „Białym Domem” (faktycznie biała siedziba rządu) od dwóch miesięcy odbywa się antypremierowski ciągły protest, ale chyba premiera to wcale nie rusza.
Przez tego Aleksandra Macedońskiego, a zarazem samą nazwę „Macedonia”, wciśnięte w Bałkany państewko nie ma szansy aby wejść do Unii. Problem stanowi Grecja, która twierdzi że Aleksander to jednak jej człowiek, a Macedonia to jednak grecki obszar.

Nie ma też Macedonia szczęścia z Matką Teresą o której mówi się, że niby z Kalkuty, choć tak naprawdę to jednak Albanka która urodziła się w Skopje. W rzeczywistości nazywała się Agnes Gondza Bojadziu i pochodziła z bogatej rodziny, no ale ponad luksusy wybrała nieco inny model życia. W Skopje jest jej symboliczny dom, oraz rzecz jasna hotel, ale i tak nie zmienia to faktu, że raczej nikt nie zmieni nazwy: Matka Teresa ze Skopje.

A z innej beczki – dawno nie jadłam tak pysznej sałatki „szopskiej” jak dziś. Przypomniały mi się smaki dzieciństwa, kiedy tata zabrał mnie na wczasy do Bułgarii. Miałam wtedy 8 lat, zajadałam się tą klasyczną bułgarską sałatką i do głowy mi nie przyszło że będę musiała poczekać 32 lata, aby smak ten sobie odtworzyć. Przy okazji dowiedziałam się, skąd ta nazwa: sałatka szopska. Otóż „szops” to po prostu „pasterze”. W czasie letnich wypasów pasterze nie mieli za bardzo czasu na wyszukaną kuchnię, a tę sałatkę mogli akurat błyskawicznie sobie zrobić. Tylko skąd ja wezmę tak pyszny ser, który jest niezbędny do tego akurat smaku?

 

 

Polska dla Polaków? Albo raczej - jak to jest z kochaniem bliźnich...
10 lipca, Warszawa

Powiem szczerze - coraz częściej wstyd mi za nasze społeczeństwo. O co chodzi teraz? Ano nie mogę pojąć skąd w naszym narodzie tyle zacietrzewienia. Chodzi mi o decyzję naszego rządu odnośnie przyjęcia 3 tys. emigrantów. Nie chcę roztrząsać, czy nas na to stać - choć pieniądze na to mają być ponoć z Unii, ale ogólnie o podejście naszego społeczeństwa i totalny egoizm.

Na forach internetowych zawrzało... Że Polska ma być dla Polaków, a nie jakichś tam przybłędów, że sobie terrorystów sprowadzamy i niech wezmą ich inni. O, na przykład taki wpis (pisownia oryginalna): "zajmują się przyjmowaniem moslemów w przyszłości potencjalnych samobójców z granatem na brzuchu", albo: "Nie wpuszczać żadnych muślimów do Polski! Niech przyjmie ich Arabia Saudyjska" . Itp, itd - mnóstwo innych też w tym stylu.

Czytam to i czegoś nie rozumiem. Jeśli większość z nas deklaruje się mimo wszystko jako katolicy, to jak to z tą katolicką miłością bliźniego w nas jest? Dlaczego pomoc innym wzbudza w nas tyle niechęci? Rozumiem, muzułmanów się nie lubi, a właściwie to nie lubią ci, którzy nic o islamie nie wiedzą, a jeśli byli w islamskim krajach, to zwykle tylko w kurortach turystycznych, czyli kontaktu z normalnymi tamtejszymi mieszkańcami nie mając. No ale zanim coś się skomentuje, może jednak warto byłoby się zastanowić? Syryjscy uchodźcy to zwykle chrześcijanie (tak, przez wieki meczety tam stały po sąsiedzku z kościołami), a jeśli nawet będą wśród nich muzułmanie, to przecież nie każdy muzułmanin jest terrorystą. Nikt bez potrzeby nie zostawia swojego domu i nie skazuje się na tułaczkę, czyli wniosek prosty - ludzie ci z założenia terroryzmu nie popierają.

Jako Polacy mało kogo lubimy. "Ruskich" nie, "Szwabów" nie, Czechow, czyli "Knedli" też nie... Ale najbardziej nie lubimy tych o innym kolorze skóry. Arabowie to "brudasy", czarnoskórzy to "Asfalt"...  Nie chcemy mieć ich u siebie i już. O tym że dawniej to nam pomagano, szybko zapomnieliśmy. W Tanzanii, w  czasach II wojny światowej był obóz, w którym na lepsze czasy czekało 5 tys. naszych rodaków (głównie dzieci i kobiety). I co, wtedy Czarni byli w porządku? W Indiach z kolei był maharadża, który stworzył ochronkę dla polskich sierot. Ale teraz Hindusów przeciętny Polak też nie lubi. Po wojnie, w czasach PRLu kiedy niektórym z nas marzyła się tak zwana wolność i ucieczka na Zachód, też nam pomagano - obozy były m.in. u wspomnianych "Szwabów" czy "Kasztanów", jak pogardliwie nazywamy Austriaków. Zapomnieliśmy?

Od wszystkich chętnie oczekiwalibyśmy pomocy, ale sami niechętnie ją dajemy. Coś tu chyba nie gra...

 
3 lipca, Warszawa
Latający scyzoryk

Przeżyłam miłe zaskoczenie. No więc jakieś 3 tygodnie temu, na lotnisku na Korsyce zapomniałam wyjąć z podręcznego plecaczka mój ulubiony scyzoryk,szwajcarski Victorinox. Raz że sentymentalny, bo dostałam go w prezencie od pewnego sympatycznego mężczyzny (nie męża!), dwa że bardzo użyteczny, bo poza tym co każdy scyzoryk posiada (ostrza, nożyczki etc.), ten ma jeszcze wysokościomierz i termometr, czyli idealny na góry. Rzecz jasna rozstawać się z nim nie zamierzałam, ale odprawić w głównym bagażu już nie było jak. I wtedy, w przypływie desperacji, żeby jednak nie wylądował w koszu obsługi, postanowiłam go wysłać.
Poczty na lotnisku nie było, tak więc kupiłam w kiosku zwykłą kopertę, nakleiłam ileś znaczków i dałam pani z kiosku do wysłania, szczerze mówiąc nie do końca przekonana że przesyłka do mnie dotrze. A tymczasem, mimo że to żaden polecony, scyzoryk dotarł! Nie chodzi tylko o scyzoryk ale ogólnie uczciwość ludzi - pani z korsykańskiego kiosku, francuskiej poczty no i naszej poczty, włącznie z listonoszem obsługującym mój blok (serdecznie pozdrawiam kolegę listonosza!) A scyzoryk i koperta - na zdjęciu.

 

2 lipca, Warszawa
Blog rusza na nowo!

No i odpaliliśmy nową odsłonę mojej strony. My-śmy, bo ja jestem informatyczna sierota, ale na szczęście mam zdolnych i znających się na rzeczy znajomych. Szczególnie chciałabym podziękować ekipie firmy Synermedia (fakt, znajoma, ale mogę z ręką na sercu polecać), a w szczególności Michałowi Garwackiemu ("mózg" całego przedsięwzięcia), Paulinie Turkiewicz (mrówcza robota nad przenoszeniem wszystkiego do nowej wersji połączona z niezwykłą cierpliwością przy przyuczaniu mnie do obsługi panelu administracyjnego) oraz Kasi Zarańskiej i Łukaszowi Krześlakowi czyli duetowi chyba wszystko wiedzących speców komputerowych.
Oczywiście stronka nadal potrzebuje czasu i mnóstwa pracy, aby wszystko jeszcze dograć, dopasować i pouzupełniać, ale obiecuję, że teraz znowu będę tutaj pisać.

Krótko mówiąc - BLOG ZNOWU RUSZA. Długa przerwa w bieżących relacjach spowodowana była właśnie względami technologicznymi - wstrzymywałam się od pisania na "starej" stronie, żeby nie utrudniać działań przy przygotowaniu "nowej". W każdym razie zaglądajcie tutaj i czytajcie! :)

 

8 kwietnia, Warszawa
Żegnaj ósemko!

Coraz mniej mądrości mi zostaje. Nie tyle w głowie, co w szczęce. Mam na myśli kolejną ósemkę  (ząb znaczy się), już trzecią z którą przyszło mi się pożegnać, a stało się to w mało romantycznych okolicznościach wczorajszego dnia.

Zaczęła mnie boleć w Wielki Czwartek, bo przecież musiała mi zatruć życie akurat na Święta. W Wielki Piątek pognałam awaryjnie do dentystki, która po zrobieniu rentgena, podsumowała krótko: do usunięcia. Skoro tak, to nie ma sprawy - i tak chciałam się jej pozbyć (ósemki, nie dentystki), bo w tym bólu miałam jej naprawdę dość. Wielkopiątkowy wieczór uczciłam wizytą na ostrym dyżurze chirurgii szczękowej, po to by się tylko dowiedzieć, że jak złamię szczękę to będę mile widziana, ale z bolącym zębem to muszę poczekać aż się skończą Święta. Zasugerowano mi też, że mogę we wtorkowy poranek przyjść do owego szpitala po numerek i ząb mi usuną, tyko żebym nie zapomniała przynieść - i tu szok! - skierowania od lekarza pierwszego kontaktu!
Nie miałam pomysłu jak złapać lekarza pierwszego kontaktu w święta, tak więc we wtorkowy poranek pojawiłam się w innej placówce NFZ, gdzie nic o skierowaniu nie mówili. Placówkę NFZ wybrałam świadomie, bo uznałam że 400 zł które za wyrwanie ósemki chcą ode mnie w placówce prywatnej, to jednak dużo - wolę dołożyć je do mojej wyprawy na Antarktydę.

- Państwowy chirurg? Nie boisz się? - zapytała mnie moja siostra cioteczna przy okazji składania sobie życzeń świątecznych. Na pytanie czego niby mam się bać, Ania roztoczyła przede mną wizję paraliżu szczęki w wyniku uszkodzenia nerwów, do jakiego lekarz stażysta usuwający ząb zapewne doprowadzi.
- Lekarz stażysta? - zdziwiłam się, na co moja siostra stwierdziła, że na pewno, bo w takich placówkach jak ta, do której się wybieram, to oczywiste.

Szczerze mówiąc zapomniałam szybko o tej rozmowie. No bo dlaczego miałabym trafić do lekarza stażysty? A jeśli nawet, to przecież musi się na kimś nauczyć... Co ma być to będzie...

Tzw. schody zaczęły się przy załatwianiu numerków. Ja, niechodząca po lekarzach, nie miałam pojęcia jak to wygląda. Mówiono mi wprawdzie że mam być w przychodni już o 7-mej, ale autobus wywiózł mnie za daleko i byłam 7.05. Te 5 minut sprawiło, że numerków już... nie było. Mało pocieszające było też to, że byli tacy, którzy podejścia do numerków robili już któryś raz i znowu nie dostali.

Powinnam wrócić do domu, ale jeszcze jakaś siła skierowała mnie do informacji. Musiałam mieć zbolałą minę (bo ząb ciągle mnie bolał), bo miła pani się zlitowała i nie wierząc własnym uszom usłyszałam: -Proszę przyjść na 12-tą!

Byłam punktualnie. Kilka minut później siedziałam już w gabinecie, z rozdziawioną szczęką w której grzebała mi miła i ładna pani dotkor. A właściwie nie doktor, tylko stażystka. No nic, Ania wykrakała. W sumie nie miałam dziewczynie nic do zarzucenia, nawet uznałam że może i dobrze, bo będzie się bardziej starała.
Starała się rzeczywiście, co nie zmienia faktu, że wstrzyknęła mi za mało znieczulenia (potem, widząc jak się krzywię z bólu, trzeba było się wkuwać jeszcze raz). Potem zaczęło się manipulowanie narzędziami.
- Nie tak... - syknęła młodej lekarka zajmująca się pacjentem na drugim fotelu.
Stażystka nie wiedziała co nie tak, więc próbowała coś tam rzeźbić dalej.
- Mówiłam że nie tak... No jak się trzyma te narzędzia? - tamta lekarka podeszła do nas.
Stażystka stała zdezorientowana. - Noooo, właściwie nie wiem... - stwierdziła pokornie.
Lekarka coś tam jej pokazała, po czym sobie poszła.
- I źle stoisz... - dorzuciła jeszcze po chwili stażystce.
Grzebanie w mojej szczęce przeciągało się, tak więc po jakimś czasie lekarka znowu zainterweniowała.
- Nie tak, źle robisz...
Szczerze mówiąc chciałam już poprosić, że skoro widzi że coś nie tak, to niech sama zrobi, ale ze zdrętwiałymi ustami, na dodatek wypchanymi wacikami, trudno jest coś mówić.

Dalszych szczegółów akcji ząb opisywać już nie będę, ale nie powiem - miłe to nie było. Chciałam zaoszczędzić 400 zł, to musiałam siedzieć cicho. W końcu jakoś się udało - ząb wylądował w koszu, ja jakoś paraliżu nie dostałam, stażystka odetchnęła, ja zresztą też. Pozostaje mi jeszcze mieć satysfakcję, że przyczyniłam się do szkolenia młodzieży, a tym samym rozwoju polskiej medycyny. Tyle że mam nadzieję, że to mój pierwszy i ostatni taki raz :).



6 kwietnia, Warszawa
Świątecznie...



wielkanoc2015 fb.jpgW tym roku na kartce z życzeniami świątecznymi jest kupiony przez Pawła w Wielki Piątek zajączek. Właściwie to zajączek-szerpa, bo niesie koszyk z kwiatkami. Życzę wszystkim, aby też mieli wokół siebie takie zajączki (w różnorakiej postaci), które będą dawały im radość.
ps. A co do Świąt - tym razem sernik mi wyszedł piewszorzędnie. Znaczy się - nie opadł :)






28 marca, Obertauern (Austria)
Narty, Beatles`i plus szukanie BMW


ober1.jpgNie przypuszczałam  że mimo wiosny,  jeszcze tak fajnie uda mi się pojeździć na nartach.  W austriackim Obertauern jest jeszcze tyle śniegu, że otwarte są wszystkie trasy (w sumie 100 km) i jak zapewniają lokalsi – białej pokrywy (naturalnej!) spokojnie wystarczy do początków maja.

Co do Obertauern to ładnie tutaj…  Położone na przełęczy miasteczko otoczone jest malowniczymi górami, tworzącymi idylliczny wręcz krajobraz. Infrastruktura narciarska też świetna - można przejechać wszystkie trasy praktycznie bez zdejmowania nart (no, może poza wejściem do jednej gondolki). Wśród przyjezdnych dominują Niemcy, ale Polaków też jest całkiem sporo. Ale wczoraj spotkałam też dziewczyny z… Brazylii.

ober2.jpgChlubą Obertauern są Beatlesi. Przyjechali tu w marcu 1965 roku, w ramach kręcenia filmu „Help”. Przypomina o tym stojący przy głównej ulicy miasteczka pomnikowy fortepian z nazwą zespołu, a także postacie słynnej Czwórki z Liverpoolu ustawione przy wejściu do hotelu w którym wtedy mieszkali. No i oczywiście w różnych punktach miasta wiszą ich zdjęcia. Wczoraj podobno w jednej z chat na stoku był koncert na żywo z ich piosenkami – niestety, nie udało nam się na niego dotrzeć.

Swoją drogą niezależnie od możliwości narciarskich, w miasteczku sporo się dzieje. Za dwa tygodnie ma się tu odbyć kolejna edycja imprezy BMW w trakcie której jeden z tutejszych stoków dzieli się na działki przydzielane chętnym którzy przy wtórze muzyki i ogólnym dopingu przekopują je, szukając skarbu. Zakopane w śniegu skarby to 30 skrzyneczek (działek do przekopania jest dużo, dużo więcej niż tych skrzynek), w których są kluczyki. Potem następuje uroczyste dopasowanie kluczyków do nagrody, jaką jest oczywiście samochód: sportowy model BMW. Emocje są spore, bo pasują tylko jedne kluczyki. Fajnie się komuś trafia - wraca z wakacji super autkiem.  



25 marca, okolice Rovaniemi (fińska Laponia)
Wiosna za polarnym kręgiem



lap3.jpgKońcówka marca to idealna pora na wizytę w Laponii.  Kalendarzowo to już wiosna, ale tutaj, w północnej Finlandii, trochę za kołem podbiegunowym (przechodzi w okolicach miasta Rovaniemi) – wciąż leży mnóstwo śniegu, który przy odrobinie słońca tworzy taką scenerię, jaka nam kojarzy się np. z Bożym Narodzeniem. Tak na marginesie to atmosferę świąt czuje się tu przez cały rok, bo właśnie tutaj znajduje się wioska św. Mikołaja (Santa Claus Village), miejsce nieco kiczowate, mocno komercyjne, no ale będąc tutaj zaliczyć je wypada. A co do Mikołaja to jego imię nosi także tutejsze lotnisko, a także hotel w którym jedną noc mieszkaliśmy.

lap1.jpgTak jak chyba wszystkie grupy, które tu przyjeżdżają (bo marzec to dla mnie czas wyjazdów w roli pilota),  mieliśmy oczywiście safari na skuterach śnieżnych, a że tym razem trafiliśmy na dość żywiołowych instruktorów, jazda była dość ostra (po zamarzniętej rzece grzaliśmy 110 km/h, na co turystom rzadko kiedy się pozwala). Oczywiście były też zaprzęgi psie (uwielbiam!) i spotkanie z dyżurnym reniferem. Niestety bez rogów, bo na zimę renifery poroże zrzucają (i samce, i samice, bo to jedyne zwierze z rogami u obu płci). Nowe zaczyna im rosnąć wiosną, w marcu, a rośnie bardzo szybko bo nawet 5 cm na dzień! A co do reniferów ogólnie, to kupiłam do domu pasztet reniferowy (niezależnie od jedzonych na okrągło reniferowych zup, steków, burgerów etc., bo w Laponii mięso reniferowe jest bardzo popularne).

lap8.jpgJedną z atrakcji był też Hotel Śnieżny. Rzeczywiście zrobiony ze śniegu i lodu. Na nocleg na lodowym łożu (na skórach reniferowych i w ciepłym śpiworze) zdecydowały się z grupy tylko dwie osoby, ale trudno się dziwić - resztę zniechęciła panująca wewnątrz śniegowych komnat temperatura: minus 5 stopni (ja też odpuściłam - zresztą trzy razy już w takich hotelach spałam). Inna sprawa że spanie w przypominających igloo domkach z przeszklonymi dachami-kopułkami też było super, bo leżąc w łóżku można było gapić się na zorzę polarną, która rzeczywiście się pojawiła, około drugiej w nocy (w każdym domku jest możliwość ustawienia tzw. „Aurora alarm”, czyli delikatnie budzącego brzęczyka, który obudzi nas, kiedy czuwająca całą noc obsługa wypatrzy na niebie kolorowe smugi). Niestety, wstyd się przyznać – byłam tak skonana, że owszem, popatrzyłam sobie na zorzę, ale nim zdecydowałam się aby wstać po aparat fotograficzny, zdążyłam ponownie usnąć :). No nic, zakładam że skoro to nie pierwsza zorza polarna w moim życiu, to też i nie ostatnia – w końcu mam w planach powrót do arktycznego żeglowania.




22 marca, odnośnie Francji jeszcze
Kulinarne ekstrawagancje



michelin3.jpgNa Facebooku napisałam, a tu w końcu nie... No więc kilka dni temu miałam okazję odwiedzić restaurację z gwiazdką Michelin`a ("Domaine des Sequoias" koło Lyon`u, czyli we Francji). Zazwyczaj do takich renomowanych knajpek odnoszę się z dystansem, bo niektóre z nich są, delikatnie mówiąc "przekombinowane", a poza tym może mam zbyt prosty gust, ale wcale nie uważam żę to co nagradzane i rozreklamowane, rzeczywiście musi być super. Tym razem było miłe zaskoczenie - jedzenie było rzeczywiście pyszne!  Najlepsze było ciasteczko z 3 rodzajów czekolady, posypane zieloną herbatą i z jakimś roślinnym okazem na wierzchu - jego jedyną michelin1.jpgwadą było to, że było jak dla mnie - za małe (bo ja łasuch jestem). Westchnienia rozkoszy u większości z nas wzbudziła też zupa z mleka, wędzonego sera i czerwonego kawioru (i to mówię ja, która za kawiorem nie przepada). Jedynie jajko jakoś mi nie przypadło do gustu - takie niby sadzone, ponoć przgotowywane w temperaturze bodajże 64 i pół stopnia (ani mniej, ani więcej). Nie to, żeby było niedobre, ale jak dla mnie, wcale nie różniło się od tego, które ja robię w obojętnie jakiej temperaturze. Zapomniałam jeszcze o turbocie (ryba morska) w sosie z wina i z dodatkiem sproszkowanego sosu zrobionego z piwa Guinness (czyli ciemnego) i z atramentem z kałamarnicy. Dobra, już nie piszę więcej, bo na samo wspomnienie robię się głodna :).



20 marca, Chamonix (Francja)
Narty, zaćmienie słońca i widoki na Mont Blanc



chamonixfb3.jpgKilka lat temu byłam w Chamonix latem (to wtedy, jak wchodziłam na Mt Blanc), teraz jestem zimą (nie wspinaczkowo; jako pilot grupy narciarskiej). Nie będę ukrywać - fajnie się jeździ po stokach z widokami na najwyższy z alpejskich szczytów. Swoja drogą szczerze mówiąc to trudno uwierzyć, że choć większości wspinaczy wejście na niego zajmuje 3 dni, kataloński biegacz ekstremalny Kilian Jornet  wbiegł na niego (dosłownie wbiegł) i wrócił do Chamonix (znaczy się zbiegł) w 4 godziny 57 minut! Po prostu człowiek-torpeda, bo nawet rekord wejścia połączony ze zjazdem na nartach był dłuższy od wyniku Kiliana.

chamonixfb2.jpgOczywiście Kilian był wcześcniej odpowiednio zaaklimatyzowany, bo mimo że Blanc bardzo wysoki nie jest (liczy 4810 m), wielu osobom daje w kość. Z tablic informacyjnych rozwieszonych w Chamonix wyczytałam, że biorąc pod uwagę że na poziomie morza w powietrzu jest umowne 100 % tlenu, na szczycie Blanca jest go już tylko 48%. O tym co to znaczy  przekonała się choćby moja grupa w trakcie wjazdu kolejką na iglicę Aiguille du Midi mającą tylko 3842 m – część osób dostała zawrotów głowy i trzeba było szybko zjeżdżać.

A właśnie – co do Iglicy Midi (czyli Aiguille du Midi) to mało kto wie, że jako pierwszy zdobył ją Polak – niejaki Antoni Malczewski, który wdrapał się tam w roku 1818 mając postrzeloną nogę (co ciekawe - postrzeloną w wyniku pojedynku o… kobietę!).

chamonixfb1.jpgTak jak napisałam - jestem tu z grupą ze względu na narty (tym bardziej że większość grupy to ekipa bardzo dobrze jeżdżąca), ale że nie samymi nartami człowiek żyje to mieliśmy dziś okazję poobserwować ze stoku zaćmienie słońca. Na zdjęciu obok - jak to wyglądało w Chamonix.




11 marca, Goa (Indie)
Niech żyje młoda para!



slind4a.jpgW Indiach sezon ślubów i w związku z tym - wesel. W ciągu 3 dni widzieliśmy 5! Weselisko odbywające się w hotelu w którym nocowaliśmy wczoraj (w Jaipurze), kosztowało ponoć – w przeliczeniu na nasze – 600 tys. złotych! Jeju, tyle kasy! Jakby ktoś mi dał 1/3 z tego, to by starczyło na ileś naprawdę ambitnych wypraw.

W każdym razie były specjalnie pobudowane namioty, niesamowite oświetlenie, a nawet koncert na specjalnie postawionej scenie.  Dzisiaj natomiast, teraz już na Goa udało mi się poobserwować  z bliska kolejne wesele, też „na bogato”, ale mimo że też w eleganckim hotelu, to jednak bardziej tradycyjne, bo z udziałem specjalnie sprowadzonego bramina (kapłana ze świątyni hinduistycznej). Co do gości, to byli ubrani różnie, ale wszystkich panom niezależnie od tego czy byli w garniturach, czy w tradycyjnych strojach hinduskich, dano do założenia czerwone turbany.

slubind1.jpgParę młodą tworzyli chłopak – Hindus, z tzw. dobrej rodziny oraz skośnooka dziewczyna mieszkająca z rodzicami w USA, choć tak naprawdę z Południowej Korei. Zaczęło się od tego, że on przy wtórze bębnów wjechał na białym koniu, w wieńcu z kwiatów, które spadały mu w girlandach na czoło, witany przez rozweselonych gości wprawiających się w odpowiedni nastrój przekazywanymi z rąk do rąk butelkami whisky (nie żadna tam lokalna, tylko oryginalne Jack Daniels`y). Potem, pod specjalną bramą z kwiatów, najważniejsi goście płci męskiej, wymieniali się tradycyjnymi girlandami z kwiatów – ojciec pana młodego zakładał taki wieniec ojcu panny młodej i na odwrót, potem to samo bracia itp. W końcu nadeszła wprowadzona pod baldachimem panna młoda, ubrana zgodnie z tutejszą tradycją w czerwoną suknię (czerwień to symbol szczęścia, podczas gdy biel kojarzona jest ze slind2.jpgśmiercią). Weszli razem na piedestał, bramin wygłosił kazanie łamaną angielszczyzną mówiąc o tym jak ważna jest rodzina, no a potem było półtorej godziny różnych obrzędów. Niektóre całkiem ciekawe. Choćby rozpalenie ogniska które ma symbolizować cześć dla Agni – boga ognia, które ma opiekować się „domowym ogniskiem”. Panna młoda w międzyczasie nakarmiła młodego jak podejrzewam niezbyt smaczną miksturą z miodu, twarogu i tradycyjnie robionego masła, co miało symbolizować akceptację że ich życie będzie miało różne oblicza – nie zawsze tylko przyjemne. Potem wchodzili razem po 7 stopniach, symbolizujących że wspólnie będą starać się o jedzenie (w domyśle: utrzymywać rodzinę), dbać o  siłę związku, bogacić się, dążyć do szczęścia, polepszania swego życia, przyjemności i wiecznej przyjaźni. No a na końcu był moment kiedy pan młody robi dziewczynie na czole sindhoor – czerwoną kreskę biegnącą kawałek przez włosy, symbol mężatek.

A co potem? Elegancka kolacja w hotelowych ogrodach, po czym goście przebrali się w t-shirty, szorty, założyli klapki i przyszli na dyskotekę. Pary młodej na dyskotece nie widziałam.




6 marca, Agra (Indie)
Happy Holi!



brother8.jpgIndie szaleją! Trwa dwudniowe święto Holi, czego przejawem jest obsypywanie się  i mazanie twarzy różnokolorowymi proszkami, a czasem jeszcze polewanie bliźnich wodą (taki tutejszy śmingus-dyngus). Wymazani chodzą wszyscy, niezależnie od płci, wieku, religii czy kasty, krzycząc przy tym „Happy Holi”. Ponoć czasem pija się przy tej okazji także jakiś lekko halucynogenny napój na bazie maku, ale szczerze mówiąc na niego akurat nie natrafiłam – poprzestałam na jakimś, całkiem dobrym, mleku z dodatkiem zmielonych migdałów i pistacji.

W sumie to hinduistyczne święto (hinduiści to w tym kraju 85% populacji), jednak bawią się też muzułmanie, chrześcijanie, dżiniści i wszelacy innowiercy. Pewnym zaskoczeniem dla grupy z którą tu brother6.jpgjestem (i dla mnie samej też) było to, że w całych Indiach w czasie Holi obowiązuje totalna prohibicja. Nawet piwa tego dnia nie da rady kupić, a dotyczy to także hoteli. No cóż, Happy Holi! 

A tak przy okazji jeszcze krótko odnośnie „świętych  krów”, które są tu wszechobecne. Są „święte” bo porównuje się je do karmiących matek, dającym pokarm swoim dzieciom. Wołowiny się nie je, bo przecież nikt matki nie jada. Ale… Nasza przewodniczka, religijna hinduistka, powiedziała, że fakt, w swoim kraju jest wegetarianką, ale po namyśle dodała:
-Ale jak kiedyś przyjadę do Europy, to wołowego hamburgera zjem! 
-No jak to? Przecież to z krowy? – zdziwiłam się.
–No tak, ale z waszej krowy, nie naszej… - odparła, dając mi do zrozumienia że skoro nasze święte nie są, to przecież problemu nie ma.


5 marca, Dheli (Indie)
Sikhowie – bez kasku



brother2.jpgDheli nie należy do miast które lubię, co nie zmienia faktu, że jest tu trochę ciekawych miejsc do zobaczenia. 17 mln tutejszych mieszkańców (dane naszej przewodniczki) mnie akurat przytłacza, a poza tym mam w pamięci swój tutejszy pierwszy raz, kiedy przyjechałam jako plecakowiczka i od razu pierwszego dnia coś mi tam do herbaty podrzucono, uśpiono, po czym sprytnie obrobiono z kasy.

Teraz jednak na poważnie wzięto się w Indiach za sprawę bezpieczeństwa i porządku. Ogłoszono 5-letni program „oczyszczania” kraju – czytaj: likwidowania wszechobecnych śmieci i wszczepiania świadomości ekologicznej, a co do bezpieczeństwa to brother1.jpgw ramach różnych przepisów wprowadzono też i taki, który zakazuje, przynajmniej w Dheli, zasłaniania okien w autobusach. Jednym słowem firaneczki są, ale nawet kiedy słońce mocno świeci w oczy, zasłonić ich nie można, no bo jeszcze przyszły by nam do głowy jakieś niecne czyny? (To w nawiązaniu do głośnego gwałtu, jakiego dokonano właśnie w autobusie). A co do bezpieczeństwa drogowego to wprowadzono nakaz jeżdżenia na motorkach w kaskach. Jedyni których to nie obowiązuje, to Sikhowie, bo oni mają turbany, a kask na taki turban im nijak nie wejdzie.





28 lutego, Sigulda (Łotwa)
Ale jazda, czyli 120 km/h w bobsleju



ryga1.jpgDziś był mój pierwszy raz. Mowa o jeździe na torze bobslejowym, bo szczerze mówiąc nigdy w takiej machinie nawet nie siedziałam. Co ważne – nie był to żaden „turystyczny” tor, ale taki prawdziwy, dla zawodowców. Dość powiedzieć, że trenuje na nim łotewska kadra olimpijska.

Zjazd robi wrażenie. Fakt, boba prowadzi doświadczony pilot, podczas gdy odziana w kaski czteroosobowa ekipa ze strachem w oczach siedzi za jego plecami i modli się by się ta jazda jak najszybciej skończyła. Przynajmniej tak wynikało z naszych rozmów. Lęk i adrenalina są uzasadnione, bo machina pędzi z prędkością 120 km/h, robiąc takie pętle, że przeciążenia dochodzą do 4G (to ponoć tak jak w myśliwcu F16). W sumie jedzie się jakieś 40 sekund (tor ma 1450 m długości), ale i tak wydaje się, że długo, a wysiąść nie ma jak.

ryga2.jpgSzczęśliwie zakończone zjazdy uczciliśmy Czarnym Balsamem – tak nazywa się najsłynniejszy łotewski trunek, robiony z 24 różnych ziół, choć szczegóły jego wymyślonej w 1752 roku receptury są trzymane w tajemnicy. Ponoć ma m.in. właściwości zdrowotne, o czym jak wieść gminna niesie miała się przekonać m.in. caryca Katarzyna II, której specyfik ten podano i władczyni ozdrowiała. Przy okazji nauczyliśmy się łotewskiego „na zdrowie!” – tutaj się mówi: Prijeka!





27 lutego, Ryga (Łotwa)
Pirts czyli uff jak gorąco


ryga8.jpgZ racji że już 2 tygodnie nie byłam za granicą  :), jestem w Rydze (z grupą, jako pilot). Poznawanie lokalnej specyfiki zaczęliśmy od sauny. Ale nie jakiejś hotelowej, dla turystów, tylko takiej prawdziwej, do której przychodzą też miejscowi. Człowiek nieobyty w tej dziedzinie, więc od razu popełniałam gafę za gafą. Na szczęście Łotyszki udzieliły nam lekcji co i jak. Najważniejsze – wchodzi się nago (sekcje męska i damska są rozdzielone), w czapeczce na głowie. Większość pań ma specjalne chyba filcowe kapelusiki w których wyglądają jak skrzaty, ale mogą być też zwykłe czapki wełniane. Chodzi o to, by chronić włosy, które nadmiernie się wysuszają, a poza tym chronić uciekające z ciała ciepło (przez głowę ucieka go bardzo dużo). Po drugie – trzeba wziąć wystawioną miednicę, włożyć do niej brzozowe gałęzie które kupuje się przy wejściu do sauny i zostawić tę wiecheć do namoczenia i zmięknięcia. Potem należy się wyszorować, bo umyte ciało lepiej korzysta z sauny niż takie z zatkanymi porami. No i w końcu można wejść do sauny, w której jest tak cholernie gorąco i wilgotno, że człowiek zaczyna się bardzo szybko pocić. Jak już jesteśmy zlani potem to do zimnego (basenu, przerębla – zależy co jest) i tak kilka razy – z gorącego do zimna. A jak już człowiek jest ryga6.jpgbardzo rozgrzany, to wtedy przychodzi czas na biczowanie się brzozowymi gałązkami. Mnie akurat chłostała miejscowa kobieta, która wzięła się do tego nieproszona, z takim zapałem, że myślałam że jakaś chora sadystka. A tymczasem okazało się że wcale nie bolało, wręcz było przyjemnie.

W sumie fajna ta sauna! Rzeczywiście od razu czuje się jej dobroczynne skutki. Poznane w saunie panie mówiły  że przychodzą do niej w każdy piątek na 2 godziny. Nie jest to tania atrakcja – 13 euro za wejście, a kobitki do bogatych chyba nie należały, ale widać dobrze im to musi służyć, skoro chcą tu przychodzić. Przy okazji też sobie pogadają i razem pobiesiadują, bo każda przychodzi z wałówą, którą później konsumują sobie przy stole w „pokoju odpoczynku”.

A tak w ogóle to pierwsze wrażenia z Rygi – jak najbardziej pozytywne. Ludzie fajni, miasto takie swojskie. Mają tu jednak teraz trochę problemów, bo na poważnie boją się Rosjan. W samej Rydze Łotyszy jest ok. 42 proc., a Rosjan (spuścizna po ZSRR) aż 38%.  Co ciekawe, wielu Rosjan mówi tylko po rosyjsku, ryga4.jpgnie zamierzając uczyć się łotewskiego, a Łotysze wcale nie pałają chęcią by uczyć się rosyjskiego (młodzież zdecydowanie woli angielski). Teraz, w obliczu zagrożenia ze strony Rosji, stosunki między narodowościami tym bardziej się zaostrzają. Na wszelki wypadek uważam o czym i z kim mówię, choć tak naprawdę posługuję się tu głównie rosyjskim. W restauracji rosyjskiej w której jedliśmy kolację („Wujek Wania” się nazywa) zapytałam delikatnie kelnerów czy są Łotyszami, czy też Rosjanami. Bystre chłopaki wybrnęły z trudnego pytania dyplomatycznie: - Jesteśmy rosyjskimi Łotyszami – stwierdzili dyplomatycznie. Tak czy owak ryzyko wojny się czuje. Młodzi chłopcy dostają powołania do wojska, bogaci Łotysze kupują i wynajmują Łodzie, które trzymają w portach w gotowości do wypłynięcia, tak na wszelki wypadek, gdyby zaszła taka potrzeba. Biorąc pod uwagę że Łotwa na wyposażeniu swojej armii ma zaledwie 3 czołgi, nigdy nie wiadomo jak to z obroną tego malutkiego kraju tutaj będzie.


13 lutego, Krabi (Tajlandia)
11 lat po tsunami


taja2.jpgDziś 13-ty, piątek, ale w Tajlandii nie ma to żadnego znaczenia, bo tu pechowa jest akurat czwórka :).

Po kilku dniach w Bangkoku i okolicach zrobiliśmy wypad na południe, w okolice Krabi, które jest jednym z popularniejszych tutaj kierunków plażowych. Hotel w którym mieszkamy jest praktycznie nowy – powstał na miejscu wcześniejszego, zniszczonego przez tsunami. Po pamiętnej tragedii z 2004 roku nie ma już śladów. Aby uniknąć takich tragedii w przyszłości, zainwestowano w system wczesnego ostrzegania o tego typu zjawiskach i poustawiano znaki wyznaczające drogę ewakuacji, nie mówiąc o poumieszczanych przy hotelowych łóżkach latarkach.

taj6.jpgTeraz,11 lat po tsunami, na tajlandzkich plażach znowu są tłumy. Coś niesamowitego – masówka jakiej nie widziałam nawet w Egipcie! Byliśmy dzisiaj na wycieczce łodzią między okolicznymi wyspami i normalnie powaliło mnie z wrażenia – mam na myśli te tłumy. Dominują Chińczycy. Łatwo ich rozpoznać nie tylko dlatego, że są hałaśliwi, ale po tym że wchodzą do wody szczelnie ubrani bo raz że cenią sobie białą skórę, a dwa że po prostu obawiają się raka skóry, któremu słońce sprzyja. Sporo jest też Rosjan – ze względu na nich wszędzie wiszą rosyjskojęzyczne napisy. Jedni i drudzy (zresztą inne nacje też) strzelają sobie nałogowo „słitfocie”. Mam wrażenie że teraz bez telefonu komórkowego nikt się na plażę nie rusza, bo przecież nie ma nic fajniejszego niż  znajomym w tym czasie pracującym w biurze, wysłać swoją fotkę w pozycji syrenki czy podobnej, z turkusowym morzem za plecami.

taj7.jpgAle jeszcze a propos zakrywania się, to naszą przewodniczką na Krabi jest przesympatyczna dziewczyna, która jest muzułmanką (jak duża część tutejszych mieszkańców). Jak przystało na przywiązaną do tradycji przedstawicielkę swojej religii, włosy zakrywa chustką, no i mimo upału nie zdobyła się na choćby najmniejszy negliż. Do wody z nami jednak weszła – nurkowała z fajką i maską lepiej niż niejeden "westmen", a nawet płetwy własne miała! Obok zdjęcie tej naprawdę fajnej dziewczyny, udowadniającej, że wbrew temu co niektórzy myślą, muzułmanki też mogą być aktywne i uprawiają przeróżne sporty.

Do ciekawszych wysepek, które odwiedziliśmy podczas naszych dwóch wycieczek należała tak zwana Wyspa Jamesa Bonda, na której rzeczywiście kręcono sceny jednego z filmów o słynnym agencie, a która słynie z ciekawych form skalnych (jaskinie i skałka w kształcie maczugi). Najwięcej dyskusji w mojej jakby nie taj1fb.jpgbyło męskiej grupie, wzbudziła wyspa Phra Nang z jaskinią… penisów. Wygląda to dość osobliwie, a skąd te penisy (nieprawdziwe rzecz jasna) tłumaczy legenda. Z jej kilku wersji najbardziej podoba mi się ta o hinduskiej księżniczce, która poszła na dno morza razem z tonącym statkiem, chociaż jej duch został w nabrzeżnej jaskini, a że księżniczka była dziewicą, to uznano że jak coś jej tutaj znosić, to najlepiej takie fallusowate rzeźby.

Najpopularniejsza wersja legendy to jednak taka, która opowiada o pewnym rybackim małżeństwie. On dzień w dzień wypływał w morze na połów, ona – dobra, czekająca żona, o umówionej godzinie wychodziła mu na powitanie. Aż taj8.jpgpewnego razu rybak z morza nie wrócił. Wierna żona do końca swojego życia łudziła się, że ukochany w końcu jednak się pojawi, ale niestety tak się nie stało. Również i w tej wersji w jaskini pozostał kobiecy duch (samą jaskinię zresztą porównuje się do kobiecego narządu płciowego), który potrzebuje narządu męskiego. Przynoszenie ich to jednak nie wszystko. Zdaniem niektórych jeśli by zrobić wizerunek penisa i wrzucić go do morza przy wybrzeżu Krabi (południowa część Tajlandii, gdzie znajduje się jaskinia Phra Nang), pływy i prądy morskie tak nim ponoć pokierują, że wyląduje przy jaskini. Z góry mówię - nie miałam czasu sprawdzić :) .

 




10 lutego, Bangkok (Tajlandia)
Różne oblicza Tajlandii


taj1.jpgOd kilku dni jestem w Tajlandii. Brakuje czasu by pisać codziennie, bo w końcu  jestem tu „w pracy” a nie po to, by stukać w komputer, no ale wreszcie udało mi się wygospodarować chwilę na uzupełnienie wpisów.

Ponieważ tym razem pilotuję grupę powiązaną z Nikonem, głównym punktem programu całej wycieczki była wizyta w lokalnej fabryce tej firmy. Fabryka jest olbrzymia – pracuje w niej ponad 6 tys. osób, z czego 33 Japończyków. Szczerze mówiąc nie przypuszczałam że w proces produkcji aparatu zaangażowanych jest aż tyle osób, a właściwie nie tylko ludzi, bo są też roboty. I że to wszystko aż takie sterylne. Żeby wejść na halę produkcyjną trzeba ubrać specjalny fartuch, buty, czapko-czepek oraz maseczke (my wzorem pań stojących przy taśmach, też musieliśmy sie tak "wyelegancić"), a do tego przejść po matach dezynfekujących i pokonać specjalne śluzy gdzie nas na wszystkie strony przedmuchuje i odkarża. W każdym razie od tej pory będę zupełnie inaczej patrzyła na swoją lustrzankę :) (i nie ważne żę to wcale nie Nikon).

taj2.jpgWieczorem z kolei byliśmy na tajskim boksie. Nie takim „grzecznym”, dla turystów, ale autentycznym, na którym widownię oblegają przeżywający walki Tajowie. Nie powiem abym gustowała w tym sporcie, no ale w końcu to coś typowo lokalnego, więc wypadało zobaczyć. W każdym razie krew i pot lały się gęsto, a raczej rzęsiście, choć na szczęście nic poważnego się nikomu nie stało (ta krew to tylko rozcięty łuk brwiowy – biorąc naprawdę poważne mordobicie jakie wiąże się z walkami, mimo wszystko to drobiazg). A tak w ogóle to dla niewtajemniczonych: boks tajski od normalnego różni się tym, że można kopać i przywalać w dowolny sposób, choćby też łokciami.  Zawodnicy walczą na boso, z ubrania mają tylko spodenki, no i ochraniacze – na zęby i genitalia. Ciekawa jest sama „oprawa” walk – przepaski na włosach zawodników, zawieszane im na szyi kwiaty, rodzaj tańca jaki wykonują przed walką, muzyka jaka przygrywa zagrzewając do walki… Przy okazji, ciemna w lokalnych zwyczajach bokserskich popełniłam zdaje się duży nietakt, bo w celach zdjęciowych przyczaiłam się przy scenie (okej, ringu). A tam jak nie wyskoczy jakiś człowiek, coś krzyczy i w końcu pokazuje napis że kobiety nie mogą dotykać tego podeestu (to znaczy: ringu). Mało tego – w ogóle nie mogą przekraczać czerwonej linii która jest tam wyznaczona w pewnej odległości od ringu.

taj9.jpgOczywiście typowo turystyczne atrakcje też oglądamy. Wczoraj byliśmy na przykład na pływającym targu (teraz to już mało kto rzeczywiście handluje dla siebie, to raczej barwna "cepelia" dla turystów) oraz zobaczyć słynny most na rzece Kwai. Co ciekawe, miejscowi nie wymawiają tej nazwy tak jak my – mówią: kłeeee – tak jak by kwakali, a znaczy to "bawola rzeka". Ponoć trzeba uważać by wzorem Szkotów nie powiedzieć „Kłej”, bo to oznacza po tajsku… penisa :)! A tak w ogóle to słynny film o moście na rzece Kwai jak się okazuje w ogóle nie był kręcony w Tajlandii, tylko na… Sri Lance.




27 stycznia, Kleinwalsertal (Austria)
Nogi bolą!


au3.jpgPogoda się wprawdzie zepsuła, jednak narciarsko było dziś naprawdę nieźle. Widoków – zero, cały czas sypało i ogólnie było tak szaro-buro, no ale że już w nocy padało i padało, więc rano na stokach zastaliśmy fantastyczny puch. Jeździliśmy głównie na czarnej, stromej trasie o nazwie „Olimpica”, bo niegdyś (jeszcze przed wojną) trenowała na niej niemiecka kadra olimpijska, a że poza nami nie było tam nikogo, jeszcze po południu mieliśmy do swojej dyspozycji kopny, nie zjeżdżony przez nikogo śnieg. Swoją drogą w międzyczasie urządziliśmy sobie jeszcze jazdę off-piste – po kolana w śniegu, bo zapadających się głęboko nart nie było wcale widać. Leżeliśmy po drodze chyba wszyscy, włącznie z Igorem (słowacki slalomista-zawodowiec), ale przynajmniej były miękkie lądowania, bo wpadało się w ten miękki śnieg jak w pierzynę.

au5.jpgDo ciekawostek dzisiejszego dnia należała chata gdzie jedliśmy dzisiaj obiad. Schronisko, całkiem spore, powstało jeszcze w latach 20., ale przez długi czas niszczało. W końcu przejęła go w posiadania pewna rodzina lokalnych hotelarzy, którzy historycznym w sumie wnętrzom postanowili przywrócić dawny klimat. Okazało się, że zrywając brzydką boazerię zupełnie niechcący odsłonili ścianę ocieplaną gazetami. Tyle że te gazety są z lat 30-tych i teraz stanowią kawał wpisanej w ścianę historii. Są tam np. zdjęcia z wydarzeń organizacji prohitlerowskich, a i zdjęcia samego Hitlera się zdarzają! Niezwykle to wygląda. Teraz tylko jest dylemat, co z tym zrobić? 





26 stycznia, Kleinwalsertal (Austria)
Narty, borsuk i lokalny patriotyzm

au1.jpgSzczerze mówiąc nic o miejscu zwanym Kleinwalsertal wcześniej nie wiedziałam. Tajemnicza dolina z kilkoma wioskami i pociętymi nartostradami górami położona jest w Voralbergu, czyli najbardziej na zachód wysuniętym landzie Austrii, a co ciekawe, mimo że to Austria, wjechać tu można tylko od strony Niemiec. Granica jest oczywiście tuż obok, zresztą jeden z wyciągów ma stację startową po stronie niemieckiej, a wysiada się już w części austriackiej.

W każdym razie nie spodziewałam się zbyt wiele – kiedy zaproszono mnie tu w ramach wyjazdu dziennikarskiego, owszem, przejrzałam lokalną stronę internetową, ale żeby wzbudziła we mnie falę entuzjazmu, to nie powiem. A tymczasem… Miłe zaskoczenie. Bo wszystko tutaj okazało się lepsze niż oczekiwałam. No i do tego trafiliśmy na super zimę – krajobrazy są wręcz bajkowe. Aaa, jeszcze co zaskakujące – nie spotkaliśmy żadnych Polaków! 

Przyjechaliśmy tu już wczoraj, trochę z przygodami, bo mieliśmy lecieć do Zurychu lotem Swissa, a tymczasem przychodzimy na lotnisko, a tu… lot odwołany. Skończyło się na tym, że wylecieliśmy kolejnym samolotem na tej trasie, ale dobre 6 godzin później.

au2.jpgPiszę w liczbie mnogiej, bo z Polski jest nas tu trójka, do tego dochodzi jeszcze dwóch dziennikarzy z Czech, jeden ze Słowacji i nasz lokalny opiekun. Po raz pierwszy trafiłam na ekipę tak dobrą narciarsko – chłopcy jeżdżą naprawdę świetnie, a Słowak to nawet były zawodnik. W każdym razie dawno się tak nie wyjeździłam, bo i tempo mieliśmy dobre, i góry fajne, a stoki – dobrze przygotowane (pokazano nam traskę, w którą w ramach modernizacji zainwestowano 5 mln euro!). Ludzi w sumie nie dużo, no i pogoda super dopisała.

au7.jpgTo co spaliłam na nartach, z nawiązką nadrobiłam na kolacji. Istne szaleństwo kulinarne. W ramach przystawki pojawiła się lokalna wołowina z… dynią, zupa z kasztanów, potem ragout z jelenia ze smardzami i jakiś "odjazdowy" deser. Przy okazji dowiedziałam się, że jada się tu… borsuki. Można na nie polować tylko w wyznaczonych okresach, przy czym trzeba sobie odpuścić stare sztuki, bo podobno te akurat smaczne nie są (swoją drogą to bardzo byłoby mi żal zajadać się tak sympatycznym zwierzątkiem jak borsuk). Tak w ogóle to bardzo mi się podoba polityka lokalnych restauratorów, którzy postawili na miejscowe produkty. Tłumaczą, że dzięki temu mogą ręczyć za ich jakość, no a co też ważne – wspomagają tutejszych farmerów. Szef hotelu z którym rozmawialiśmy mówił, że nawet win nie sprowadza z zagranicy, bo przecież austriackie są bardzo dobre. Mało tego, goście mogą sobie sprawdzić na stronie internetowej nie tylko menu, ale też składniki z których są przygotowane dania, z adnotacją od jakiego farmera pochodzą! To że jest często przy takim układzie posiłek wychodzi drożej? Okazuje się że nie ma problemu – większość gości woli dopłacić kilka euro za składniki pewne, ekologiczne, świeże i po prostu dobre. Pozostaje brać przykład.





23 stycznia, Warszawa
Nowa książka na finiszu


Na niniejszym blogu cisza, bo specjalnie nic się nie dzieje. Ostatnie dni spędziłam praktycznie  non-stop przy komputerze, bo kończę tworzyć wydawaną przez National Geographic książkę o górach. Jej premiera w księgarniach - w połowie marca, a tytuł: "Góry z duszą - cz. I" (będzie i część II).

Żeby skończyć pisanie niestety musiałam zupełnie się wyłączyć z życia towarzysko-rodzinnego: zero spotkań, ograniczone telefony i maile. Przepraszam tych z Was, którzy w tym czasie się do mnie "dobijali", a ja - buraczyca - nie dawałam znaku życia. Właściwie jedyne wyjścia były na bieganie, bo wróciłam do treningów, nawet nie tyle dlatego że bardzo chcę (niestety, wciąż nie pokochałam biegania), ile z rozsądku, bo nie da się ukryć że częste zaglądanie do lodówki sprawiło, że moja waga ciut skoczyła, a z drugiej - o kondycję trzeba jednak dbać, tym bardziej że marcowy Półmaraton Warszawski już coraz bliżej.

Co do mojego zdrowia, o czym wspominałam w poprzednim poście, to na razie wszystko jest w zawieszeniu. W maju następna tomografia i wtedy się zobaczy. Na razie zakładam, że te tajemnicze guzki w płucach nie są jednak złośliwe i zamiast się roztkliwiać nad sobą, trzeba ostro myśleć o wyprawie na Antarktydę, tudzież innych pomysłach. Będzie dobrze! :)  Jako ciekawostkę dopowiem tylko to, że dwóch niezależnych lekarzy przy okazji stwierdziło że gdzieś tam w swoim podróżniczym żywocie przeszłam gruźlicę! A że mam mocny organizm, to sobie z nią poradził, więc nawet o tym nie wiedziałam. Nieźle! Teraz mi się kojarzy, że rzeczywiście miałam okres rzężenia, uporczywego kaszlu i bolącej klaty, ale uznałam to za przeziębienie i jakoś przechodziłam. Podejrzewam że była to "pamiątka" z Afryki, bo tam rzeczywiście często bywam w regionach, gdzie gruźlica jest na porządku dziennym. W każdym razie teraz jest już okej, nie musicie się obawiać - nie prątkuję, a jedyne co mi zostało po tej chorobie, to jakieś zmiany w płucach sprawiające że mam zmniejszoną ich pojemność (da się z tym żyć).
 
A póki co - jutro na narty... Austria, miejsce rzadko odwiedzane przez Polaków. Wyjazd dziennikarski, w grupce polsko-czeskiej. Cieszę się, że wreszcie zobaczę prawdziwą zimę, bo to co mamy w Warszawie to jakaś parodia tej pory roku. Inna sprawa że są też tego plusy - nie trzeba odśnieżać samochodu, za czym raczej nie przepadam.
 




2 stycznia, Warszawa
Guzki w płucach czyli niech żyje Nowy Rok



W Nowy Rok weszłam hucznie na imprezie która za moich młodych czasów nazwalibyśmy prywatką, a teraz domówką (w tym miejscu pozdrawiam Anię i Sebastiana - gospodarzy)!  Były tańce, mnóstwo jedzenia, przebieranie się w odlotowe peruki (patrz zdjęcia obok), o północy - odpalanie sztucznych ogni, a nad ranem - mniej lub bardziej poważne rozmowy (raczej mniej) podsycane pitą w tradycyjnym stylu tequillą (czyli z solą i limonką). O tym że impreza była super udana świadczy to, że nim się obejrzałam, była w pół do piątej rano.

 Noworoczny błogostan przerwał mój wczorajszy (2 stycznia) wypad na drugi koniec miasta po wyniki zrobionej przed Świętami tomografii płuc. Badanie było zrobione tylko tak, dla formalności, żeby wykluczyć genetyczne przejęcie choroby, na którą zmarła moja mama, z założeniem że skoro robię to co robię, to jestem okazem zdrowia. A tymczasem... Zerknęłam na wynika, a tam... guzki! Tak wpisano, a mnie zrobiło się słabo. Zerkam jeszcze raz: rzeczywiście, czarno na białym stoi: "guzki". Tym razem zwerbalizowałam swoją myśl:  -Kurwa! Jakie guzki!??? (przepraszam, normalnie nie przeklinam, ale tym razem...). Pytam pani w przychodni co taki zapis oznacza, a ona że wytłumaczy mi to na wizycie lekarz. Wiedząc, że na wizytę u refundowanego z NFZupulmonologa czeka   się dobre kilka miesięcy, próbowałam coś jeszcze wyciągnąć -czy to bardzo zła diagnoza, czy tylko trochę. Oczywiście nie dowiedziałam się niczego.
Po wyjściu na dwór zimny wiatr trochę mnie "otrzeźwił". Przede wszystkim wyjaśniłam sama sobie, że słowo "guzki" brzmi jednak lepiej, niż "guz". Poza tym pesymizm w niczym nie pomaga - lepiej trzymać się wersji, że będzie dobrze. Inna sprawa że nie powiem, żebym się nie denerwowała. Kurcze, mam tyle planów, prowadzę raczej zdrowy tryb życia, nie, to niemożliwe żebym miała jakieś "guzki". Ale zaraz potem pojawił się też impuls racjonalnego myślenia: - Codziennie ileś osób dostaje niepomyślne diagnozy. Dlaczego niby mnie miałyby choroby omijać? Co, ja z innej gliny? W każdym razie jeszcze tego samego dnia zrobiłam próbę przyśpieszonego zapisania się do lekarza (nie udało się, wrócę do tematu w poniedziałek),po czym zakładając, że zamartwianie się w niczym mi nie pomoże, spędziliśmy fantastyczny wieczór w znanym warszawskim teatrze Małgorzaty Potockiej  "Sabat".

Tak naprawdę był to pomysł Bojana, nasze chorwackiego przyjaciela, który mieszka od iluś lat w Polsce, a teraz przyjechała do niego Jasmina - serbska siostrzenica, fantastyczna dziewczyna. Swoją drogą ciekawy układ pokazujący złożoność bałkańskiej historii. Żyli w jednym państwie (Jugosławia), mówili tym samym językiem, byli jedną rodziną, a tu nagle okazało się że utworzenie granicy rodzinę rozdzieliło, a na dodatek zmusiło, że po wcieleniu do wojska trzeba było walczyć przeciw sobie.

Ale wracając do wieczoru... Złożony z piosenek z różnych krajów spektakl bardzo nam się podobał, zaś zamawiane przez Bojana wina (bo to teatr w którym zamiast na typowej widowni siedzi się przy stolkach) - sprawiły, że na dobre zapomniałam o wcześniejszym stresie. Inna sprawa, że przy mazurku Chopina i śpiewanych przez aktorów słowach "kochajmy świat", łezkę uroniłam. No bo tyle jeszcze tego świata do zobaczenia. Ale przecież sama, na częste pytanie: to co ci jeszcze zostało do zobaczenia?, zawsze odpowiadałam, że na tyle dużo, że życia nie starczy. Jak na razie muszę się skupić na dokończeniu Korony Ziemi. Żeby nie wiem co, muszę wytrzasnąć kasę, aby na tę Antarktydę dotrzeć i tę ostatnią górę z grona "Seven Summits" (tak naprawdę nie 7,a 9 gór) - zdobyć.

Back to top