Blog z roku 2009
Hits: 5740

Z ciekawych przeżyć tego roku - zaczęłam biegać i wystartowałam w Biegu Niepodległości (10 km z czasem 56 min. 54 sek.). Nieźle, ale w przyszłości powinno być lepiej. Do ciekawszych doświadczeń zaliczam pilotowanie grupy na Spitsbergen, wyprawę do Burundi, Ugandy i Rwandy (goryle!!!), nurkowanie w Egipcie, debiut w roli kierowcy na torze wyścigowym w Wielkiej Brytanii oraz uczestnictwo w Zlocie Żaglowców w Belfaście. Poza tym zdobyłam trzecią co do wysokości górę Afryki - Mt Margherita w masywie Ruwenzori. Niestety na powrocie zaliczyłam wypadek, którego następstwem była wielotygodniowa rehabilitacja. 

 

29 grudnia 2009r.
Po USG kolana


Zrobiłam USG kolana, ale co mi jest, nadal nie wiem, bo praktycznie nic z opisu nie zrozumiałam. Na pytanie kiedy będę mogła znowu trenować, m.in. biegać, i jak moje szanse na zdobywanie Everestu, lekarz powiedział że na głupie pytania nie odpowiada.

Dostałam skierowanie na rehabilitację, po czym okazało się, że pierwszy termin, kiedy mogę zapisać się, jeszcze nie na zabiegi, tylko do lekarza decydującego o formie rehabilitacji, to... marzec! Jakaś paranoja! Tyle pieniędzy płacę co miesiąc na ZUS, a jak chcę skorzystać z państwowej służby zdrowia - nie mam na to szans (godzina prywatnej rehalibitacji to 80 zł - póki co poza moim zasięgiem).

 
25-26 grudnia, Boże Narodzenie
Świąteczne refleksje

Lubię te Święta, choć parafrazując tekst z jednej z polskich komedii, coraz mniej jest „świąt w Świętach”. Tak jak na Wielkanoc często wyjeżdżam, tak Boże Narodzenie jest dla mnie czasem powrotów – często w grudniu podróżuję gdzieś daleko, ale Wigilię chcę spędzać w gronie rodzinnym. Tylko raz zdarzyło mi się być w tym czasie daleko od domu – w 1989 roku, kiedy brałam udział w wokółziemskim rejsie żaglowca "Zawisza Czarny" i Święta wypadły nam na Pacyfiku u wybrzeży Meksyku. Zamiast karpia był tatar ze złowionego tego dnia tuńczyka, zamiast śniegu – tropikalny upał, za to znalazła się miniaturowa choinka (prezent od Polonii z Los Angeles). Szczerze mówiąc była to bardzo smutna Wigilia  – byliśmy już po 4 miesiącach żeglowania i każdy z załogi był wówczas myślami w domu. W najlepszej sytuacji byli ci, którzy mieli wachtę – oni przynajmniej zamiast rozmyślać musieli zająć się sterowaniem i żaglami.

W każdym razie na Wigilie zawsze jestem w domu ciesząc się, że mamy w Polsce tak ciekawe tradycje. Uwielbiam zapach choinki (u mnie w domu zawsze jest prawdziwa), moment dzielenia się opłatkiem, kolędy, zwyczajowe potrawy. Z drugiej jednak strony ciekawe (i smutne) jak się te Święta zmieniają. Wczoraj w jednym z programów radiowych dyskutowano o tym, że coraz częściej młodzież urywa się z Wigilii i idzie… do klubu! Ok, ja też nie mogę długo wysiedzieć przy stole, no ale Wigilia jest raz w roku!

To jak się zmieniają czasy widać też po życzeniach świątecznych – tradycyjne kartki wysyłane pocztą to już jakiś relikt, choć teraz nawet i SMSów  z życzeniami krąży jakoś mniej (to nie tylko moje zdanie), co jest wynikiem tego, że mamy coraz mniej czasu. A najbardziej chore jest to, że mnóstwo ludzi w Święta i tak pracuje – może nie w firmie, ale w domu, siedząc przy komputerze. Niestety ja również jestem ofiarą tego systemu –  aby wyrobić się w narzuconych terminach, nie mam wyboru, choć mogę się "pocieszać", że większości moich znajomych też to dotyczy. No cóż, zostaje mi życzyć wszystkim (i sobie), aby jednak nie dać się zwariować, i mieć czas, aby cieszyć się Świętami.

A tak jeszcze co do życzeń. Dziękuję wszystkim, którzy przysłali mi okolicznościowe maile i SMSy, ale mam prośbę – podpisujcie się! Dostałam mnóstwo sympatycznej korespondencji, która nie wiem od kogo przyszła. W tym roku dwa razy zmieniałam aparat telefoniczny – wiele kontaktów wypadło mi w związku z tym z listy numerów, a są i takie, które na tej liście są, ale i tak się nie identyfikują. Bywa że nawet jeśli podpiszecie się np. „Adam” – i tak nie wiem od kogo to jest, bo Adamów znam kilkunastu, a np. Krzysztofów – 22! A już moje „ulubione” to smsy podpisane „ja” lub w ogóle anonimowe.

18 grudnia 2009
Czas Wigilii


Jakoś nie mogę wrócić do normalnej rzeczywistości po w sumie miesięcznej nieobecności w domu (jednodniowej przerwy między powrotem z Afryki i wyjazdem do Andory nie liczę, bo spędziłam ten czas głównie na praniu ciuchów śmierdzących ogniskiem i stęchlizną). Jakoś trudno mi wrócić do pracy, nie mam natchnienia do pisania, i w ogóle mój umysł pracuje wciąż na afrykańskich obrotach (wiadomo - tam czas się nie liczy). Na domiar złego walczę z jakimś okropnym katarem i kaszlem, w płucach mi rzęzi niczym w rurach ostatniego ugandyjskiego hotelu, no i jeszcze wciąż boli mnie ta moja skasowana w górach Ruwenzori noga.

Noga mnie zaczyna naprawdę martwić. Kilka dni temu Zbyszek B., czyli organizacyjny „motor” naszej wyprawy na Everest rozesłał maila kończącego się słowami: „trenować, trenować i jeszcze raz trenować!!!!!!!!!!:):):)”, podczas gdy ja teraz nawet stanąć porządnie na swej nodze nie mogę, o jakimkolwiek trenowaniu nie wspominając. Lekarz z ostrego dyżuru na który się zgłosiłam zaraz po powrocie kazał mi zrobić rezonans magnetyczny, co oznacza perspektywę wydania kilku stów, bo do badania refundowanego przez NFZ koleja na kilka miesięcy.

Na poprawę humoru pokuśtykałam na odbywające się dzisiaj tzw. „wigilie”. Wszyscy się chyba zmówili, żeby spotkania przedświąteczne robić w tym samym dniu. Do Poznania, na „wigilię” mojego ulubionego biura Logos Travel nie pojechałam, no ale w samej Warszawie miałam o tej samej porze dwie "wiglie" – Klubu Wysokogórskiego oraz Akademii Podwodnej, czyli mojego klubu nurkowego. Na pierwszej głównym punktem programu był film Kingi Baranowskiej o wejściu na Kanczendzongę, na drugiej najbardziej emocjonującą opowieść stanowiła relacja kolegi Jasia S. o tym jak to po zejściu na 45 m na trimixie (mieszanka do oddychania) ogłuchł na jedno ucho i do tej pory nikt nie wie jak mu pomóc.

13-16 grudnia 2009 r.
Narty w Andorze


andora - narty i.jpgWyskok na dwa dni na narty do Andory wydaje nieco wariackim pomysłem, zwłaszcza z uszkodzoną nogą, no ale wycofać się nie mogłam, bo to wyjazd służbowy (dziennikarski), bilety były wystawione już od dawna, no a poza tym uznałam, że nie wiadomo czy drugi raz taka okazja się powtórzy.

Podróż zaczęła się bardzo adrenalinowo, bo wylot był z Katowic, a Błażej (kolega z redakcji magazynu „Podróże”), przyjechał po mnie swoim ślicznym autkiem zaledwie 2,5 godziny przed godziną zbiórki. Nie powiem żebym była zbyt wyluzowana, kiedy pędziliśmy 180 km/godzinę – jestem raczej zwolenniczką spokojniejszej jazdy. W każdym razie skok na bungy przy tej podróży to mały pikuś.

Co do nart w Andorze to nie przypuszczałam, że to taki fajny teren narciarski! W tutejszych Pirenejach, przekraczających 2500 metrów wysokości jest ponad 200 km połączonych tras! Tzn. połączonych jeśli są korzystne warunki śniegowe, a teraz akurat śniegu za dużo nie było, więc jeździliśmy jakby w dwóch odrębnych podośrodkach. W związku z moją nogą (musiałam jeździć bardzo ostrożnie, maksymalnie odciążając prawą nartę) nawet nie żałowałam, że duża część tras była zamkniętych – charakter ośrodka i tak poznałam.

andora-zakupy.jpgOczywiście jak to w Andorze słynącej z tanich zakupów (strefa wolnocłowa), wywieziono nas też do centrum handlowego gdzie za darmo i do woli można popróbować różnych likierów, a ceny rzeczywiście są bardzo korzystne (przykłady: litrowa whisky, szkocki „Grant” za jedyne 7,95 euro, 1,5 litrowy rum za niecałe 2 euro). Drugie popołudnie spędziliśmy z kolei na basenach w centrum spa należącym do 5-gwiazdkowego hotelu Ermitaż (jak się można spodziewać, dużą część klienteli stanowią bogaci Rosjanie). Myślałam że wygrzewanie w saunie pomoże mojej nodze, ale dopiero potem mi powiedziano, że zdecydowanie lepiej robi jej chłód.

Ostatniego dnia zamiast na narty wybrałam się do Andorra la Vella, czyli stolicy tego małego państewka liczącego zaledwie 468 km kw. Pojechałam po części autobusem, a po części stopem, bo na jednym odcinku zabrała mnie sympatyczna Hiszpanka z Barcelony. Cudzoziemców jest w Andorze mnóstwo – stanowią dużą część kadry zarządzającej różnymi biznesami. Dostać obywatelstwo andorskie nie jest  łatwo – czeka się na nie 20 lat, chyba że ktoś szybciej założy rodzinę z jakimś autochtonem (co też nie jest łatwe, jeśli wziąć pod uwagę że wśród ok. 80 tys. liczby mieszkańców, Andorczycy stanowią niecałe 40 proc.).

andora-kosciol.jpgStolica Andory nie jest jakimś wybitnie ekscytującym miastem, ale położona w otoczeniu gór ma swój klimat. Przeszłam się trochę po tzw. starówce (kilka uliczek na krzyż), zobaczyłam Parlament (skromny budyneczek wybudowany z kamieni) i Bibliotekę Narodową która jest niewiele większa od mojej biblioteki osiedlowej. W sumie z punktu widzenia turystów to największą atrakcją Andory-miasta są sklepy. Całe ulice sklepów z tanią elektroniką, perfumeriami, firmowymi ciuchami ponoć tańszymi niż gdziekolwiek indziej (nie potwierdzam, bo w końcu nie sprawdziłam).

Wyjazd był bardzo fajny, ekipa też super (szóstka dziennikarzy z Polski plus jeden Anglik), natomiast koszmarem okazał się powrót. Najpierw samolot, który spóźnił się pięć godzin, przez co zamiast o pierwszej w nocy wylądowaliśmy w Katowicach dopiero o szóstej, a potem droga do domu, bo w międzyczasie w Polsce zrobiła się prawdziwa zima. Najgorszy był wjazd do Warszawy – przejechanie przez miasto zajęło nam tyle, ile trasa z lotniska w Pyrzowicach do Warszawy! Białe ulice, żadnych pługów czy piaskarek, wielokilometrowe korki! Po prostu po raz kolejni nasi drogowcy zostali zaskoczeni tym, że w połowie grudnia zdarza się zima.

18 listopada - 12 grudnia
Afrykańska eskapada po Burundi, Rwandzie, Ugandzie


ruw-szczyt.jpgInformacje - na oddzielnym blogu. W każdym razie główny cel naszej wyprawy (bo byłam wraz z kolegą - Adasiem S.) -  szczyt Margherita w masywie Ruwenzori (5100 m n.p.m., trzecia co do wielkości góra Afryki) - zdobyliśmy!

13 listopada, piątek!!!
Jak ratować, czyli szkolenie z tego co powinno się umieć


Mimo że dziś 13-ty i to piątek, nie był to zły dzień. Nawet bym powiedziała, że szczęśliwy – choćby dlatego że zwaliła się na mnie część regału z książkami i choć wyglądało to dramatycznie, wyszłam bez szwanku (ksiażki też). Fakt, regał był od dawna mocno przeciążony, bo książek ci u mnie dostatek, więc sytuacja była wcześniej lub później do przewidzenia.

A tak na poważnie, to na pewno był to ciekawy i pouczający dzień - za sprawą szkolenia, jakie pod patronatem firm North Face i Gore-Tex urządzili chętnym dziennikarzom ratownicy Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Teoretycznie w udzielaniu pierwszej pomocy powinnam być obeznana, jako że swego czasu byłam zaangażowana w harcerskie służby medyczne obstawiające m.in. msze z Papieżem, demonstracje (to jeszcze w czasach komuny) itp. wydarzenia, no a po za tym mam zrobiony Kurs Ratownictwa Morskiego dotyczący wcale nie tylko wyciągania rozbitków, no ale wiadomo – nigdy nie zaszkodzi sobie odświeżyć tego typu wiedzę. Poza tym dzisiejsze szkolenie było jeszcze o tyle fajne, że opierało się na praktyce – dotyczyło tego, co w każdej chwili wokół nas się może trafić, no i była szansa żeby samemu sprawdzić się w funkcji ratownika.
 
Takie np. wyciąganie nieprzytomnego kierowcy uwięzionego w rozbitym samochodzie... Pozornie wydaje się proste, ale jak przychodzi tego samemu dokonać, to już gorzej. Przede wszystkim trzeba wiedzieć, jak delikwenta złapać, przy okazji na maxa usztywniając mu kręgosłup. Próbowałam wyciągnąć udającego poszkodowanego Miecia P., kolegę-dziennikarza, który ułomkiem bynajmniej nie jest. Oj, namęczyłam się trochę, bo żeby nie wiem co, faceta postury Miecia nawet objąć za bardzo się nie da, nie mówiąc o tym, że masa kolegi też robiła swoje, a wklinowane między pedały wozu nogi (Miecio stwierdził, że jak wypadek to wypadek) również udowadniały, że nawet w miarę silna niewiasta taka jak ja, trochę się zasapie. No ale faktem jest, że dzięki instrukcjom ratowników i tak było mi łatwiej, niż wytachiwać takiego osiłka (sorry Mieciu!) zupełnie na żywioł.
 
Zaskoczeniem było opatrywanie złamań. No więc uzmysłowionono nam, że najlepszym patentem do obwiązywania nogi nie jest wcale bandaż, lecz… zwykła, samoprzylepna folia spożywcza. Jest prosta w użyciu, nie zsuwa się, nie nasiąka wodą, no i jest skuteczniejsza. Po prostu „pakujemy” delikwenta, czy raczej jego część, niczym kanapkę. Chyba wrzucę zwój folii (ale nie takiej szerokiej, lepiej zbliżoną szerokością do bandaża) do samochodowej apteczki.

Na pewno też kupię po tym szkoleniu maseczkę do robienia sztucznego oddychania. W aptekach są takie za 2-3 zł, które praktycznie nic nie ważą, a złożone są tak małe, że można je nosić w torebce czy w kieszeni kurtki. Kilka razy byłam przy różnego typu akcjach ratunkowych i powiem szczerze – trzeba mieć naprawdę dużo silnej woli, żeby nie mieć oporów aby robić sztuczne oddychanie człowiekowi, któremu z ust płynie krew czy spieniona ślina. Zresztą ratownicy powiedzieli nam, że obecnie obowiązuje zasada : nie mamy maseczki – sztucznego oddychania nie robimy, bo dobro ratownika jest przed dobrem ratowanego. Nie chodzi tylko o AIDS, ale w ogóle dużo więcej chorób, które można sobie w czasie akcji ratunkowej zaaplikować, a potem jeszcze przenieść na bliskich. Poza tym fakt, że nie zrobi się sztucznego oddychania, poprzestając wyłącznie na masażu serca i tak nie znaczy że nasza akcja ratunkowa będzie nieskuteczna. Jeśli jednak maseczkę przy sobie mamy i w związku z tym sztuczne oddychanie zrobimy, niewątpliwie skuteczność masażu serca będzie większa.

No właśnie, co do masażu serca. Swego czasu uczono mnie na szkoleniach medycznych w harcerstwie, że przelicznik powinien wynosić 5 ucisków - 1 wdech albo 15 ucisków - 2 wdechy. Tymczasem to już przeliczniki nieaktualne, bo proporcje zmieniły się na 30 / 2. Co ważne – trzeba te uciski robić na gołe ciało (tego nie wiedziałam, bo jak niedawno na Murze Chińskim przymierzałam się do masażu serca nieprzytomnej Chinki, to z racji gapiów chciałam to robić przez bluzkę).

Przy okazji rozmów z GOPR-owcami wyzbyłam się wątpliwości typu: co będzie jeśli zacznę robić masaż serca, a puls jednak będzie, tylko ja go nie wyczuję? Albo: co jeśli w czasie reanimacji złamię poszkodowanemu żebra? (może się zdarzyć) i czy reanimować, jeśli nie mam pewności, czy facet/babka nie ma złamanego kręgosłupa, złamanej podstawy czaszki itp. Odpowiedź? Mimo wszystko ratować! Robić masaż serca zawsze, jeśli uznamy, że to konieczne. Przy ratowaniu najpierw myśli się o sercu (tzn. żeby działało), dopiero potem o kręgosłupie, i dalej dopiero o innych częściach ciała. Nie ma co myśleć o złamanej nodze, czy nawet kręgosłupie, jeśli gościu i tak umrze bo nie podtrzymamu mu akcji serca.

W ramach ćwiczenia masażu serca podziałałam też sobie trochę z fantomem. Szczerze mówiąc gdyby to był prawdziwy człowiek, bałabym się uciskać mostka tak mocno, jak się okazało trzeba to robić (na fantomie jest specjalny wskaźnik pokazujący, czy prawidłowo uciskamy). No cóż, mam nadzieję, że nie będzie okazji sprawdzić się z tego w praktyce.

I na koniec już z innej beczki, choć też a propos wypadków. Dla jednego z pism podróżniczego piszę artykuł o snowparkach, czyli wydzielonych na stokach miejscach, gdzie snowboardziści i narciarze-freestylowcy szaleją na skoczniach, poręczach i innych przeszkodach. Na stronce snowparku z górki na warszawskim Ursynowie znalazłam regulamin, a w nim takie oto przykazanie:

16. Każdy wypadek należy bezwzględnie i natychmiast zgłosić obsłudze Snowparku, a w przypadku jej braku zgłosić fakt pisząc na pocztę elektroniczną pod adres This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it..
 

Dobrze że do wypadków drogowych nie musimy wzywać pogotowia via Internet.

11 Listopada
Dzień Niepodległości  / Bieg Niepodległości


bieg - start.jpgJedną z imprez zorganizowanych w Warszawie z okazji 11 Listopada był Bieg Niepodległości. Dziesięć kilosów po głównych ulicach stolicy, impreza na 7 tys.osób (chętnych było więcej, ale listę uczestników zamknięto po wydaniu 7 tys. numerów startowych). Pomyślałam sobie, że skoro od czasu do czasu truchtam w fitness klubie, to czemu by nie potruchtać po ulicy? Poza tym nigdy nie startowałam w żadnych zawodach biegowych, więc tym bardziej uznałam, że być może ciekawe to doświadczenie.

Nie powiem, trochę ten bieg przeżywałam. Na początku pomyślałam, że skoro  limit czasowy określono na aż dwie godziny, to przecież można ten dystans choćby przejść. Obliczyłam, że w półtorej godziny to na bank się wyrobię. Potem doszłam do wniosku, że to jednak trochę obciach – skoro mam truchtać, to wystarczy godzina z kwadransem. Kilka dni temu po raz kolejny podkręciłam jednak wymagania – uznałam, że nie mogę przekroczyć godziny.

W międzyczasie wpadłam do mojego zaprzyjaźnionego klubu, czyli Fitness Parku, trochę w ramach przygotowań do Everestu, trochę w związku z artykułem który piszę na temat fitness, no i dowiedziałam się, że mam nieodpowiednie do biegania buty. Fakt, moje adidasy, czy raczej Nike`i, mają już chyba z 15 lat! Do tej pory rzadko je nosiłam, więc optycznie źle nie wyglądają, no ale rzeczywiście nijak się mają do opartych na najnowszych technologiach współczesnych butów do biegania.

W tej sytuacji wybrałam się do sklepu sportowego, obejrzeć polecane mi buty New Balance. Na dobry początek pani ze sklepu mądrym urządzeniem zeskanowała (!) mi stopy, twierdząc w efekcie, że nie mam wcale płaskostopia. To dziwne, bo ortopedzi w szkolnych latach zawsze twierdzili że mam, no ale ponieważ w międzyczasie tego nie kontrolowałam, to może na starość mi przeszło? W każdym razie po obejrzeniu kolorowego wydruku moich nóg, polecono mi buty – śliczne, miękkie, za jedyne 370 zł! Zakrztusiłam się z wrażenia, więc zaraz pani znalazła tańsze, za 250 zł, twierdząc że wcale nie są gorsze od tamtych. I tak nie miałam takiej kasy -  uznałam, że na biegu pobiegnę jeszcze w tych starych.

b.jpgBieg startował dziś o 12-tej. Miałam się przed nim wyspać, ale nie wyszło. Wczoraj o 1-ej w nocy przy okazji grzebania w lodówce (gdy pracuję nocą, mniej więcej o tej porze mam napady głodu), zaczęłam zastanawiać się, jak to właściwie jest przed takim biegiem jeśli chodzi o jedzenie? Wklepałam w wyszukiwarkę internetową „bieganie, co jeść”, no a tam rady, że najlepiej to na głodniaka (masakra, bo ja bez śniadania nie funkcjonuję!), a poza tym to już od 3 dni powinnam być na specjalnej diecie węglowodanowej i wsuwać makarony. No to ładnie – już widziałam w myślach jak przybiegam na metę ostatnia, tylko dlatego że się źle odżywiałam! W przypływie desperacji poprosiłam swojego kochanego męża, aby zrobił na śniadanie sałatkę z makaronu (bo świąteczne śniadania robi u nas Paweł).

W nocy bardzo kiepsko spałam. Położyłam się o 2.30,  miałam spać 6 godzin, ale przespałam może z 5. Kiedy wstałam, Paweł właśnie kończył działać z sałatką, a jakże, na bazie makaronu. Sałatka była pyszna! Pewnie zjadłabym całą michę, no ale zostałam upomniana że z pełnym brzuchem będzie mi się kiepsko biegać, więc musiałam się pohamować (tylko dwa razy w ukryciu podjadałam :)  ).
 
Zaraz po sałatce wpadło mi do głowy, że może przydałaby mi się jakaś dawka potasu, bo to chyba dobre na mięśnie. Chwilę później mając w żołądku pół litra soku pomidorowego zaczęłam się przygotowywać do wyjścia. To co było za oknem nie podnosiło na duchu – szarówa i deszcz! Że będzie szaro, to przewidywałam, bo tak jest ostatnio cały czas, że będzie tak lało – nie zakładałam. W ostatniej chwili wróciłam się po kurtkę – taką lekką wiatróweczkę, która wydawała mi się do biegania idealna.

Na starcie przy Polach Mokotowskich był już tłum ludzi. Paweł poszedł zaparkować gdzieś samochód, ja miałam się rozgrzewać. Nie za bardzo wiedziałam jak, no ale podpatrywałam tych bardziej doświadczonych. W międzyczasie jedna z kobitek zwróciła mi uwagę na ciekawy wygląd moich spodni z lacry. Boże, jak ostatnia sierota miałam je założone tył na przód! Na szczęście był jeszcze czas aby doprowadzić się do ładu. A wracając do adidasów to chyba jedyna miałam taki typ butów. Zdecydowałam, że jednak pomyślę o kupnie lepszych butów.

Tymczasem zbliżał się start, a ja byłam podekscytowana jak małe dziecko. Fajnie wyglądało te kilka tysięcy ludzi, tworzących biało-czerwoną flagę! Z tą flagą to super pomysł, bo mieliśmy dwa rodzaje koszulek – białe i czerwone (ja wzięłam czerwoną) i każda z grup stanęła na innym pasie ulicy.

bieg - ulice.jpgW końcu dano sygnał startu i wpadając jedni na drugich ruszyliśmy. Początek miałam fatalny. Po pierwsze –  próbując wybić się do przodu narzuciłam sobie za szybkie tempo i od razu złapałam zadyszkę. Po drugie – najpierw mnie zemdliło, potem zesztywniała mi szczęka i ogólnie zaczęło być mi jakoś nie najlepiej. Nie wiem czy to ten sok pomidorowy, czy może pół litra napoju izotonicznego który dodatkowo wlałam w siebie, uznając że to kolejne minerały które mi się przydadzą (Paweł powiedział mi później, że takie napoje to pije się po wysiłku, a nie przed), a może jedno i drugie. Na dodatek ze względu na deszcz biegłam w tej nieszczęsnej wiatrówce, która przez pierwsze 500 m była super, a potem zwyczajnie było mi w niej za ciepło. Na szczęście przy Dworcu Centralnym, czyli na drugim kilometrze umówiłam się że będzie stał mój Tata, więc wiatrówki się pozbyłam, tym samym decydując się na totalne przemoczenie.

Do tego drugiego kilometra naprawdę było koszmarnie. Miałam wrażenie że wszyscy mnie wyprzedzają i zaraz zostanę na szarym końcu. Potem jednak kryzys minął – wpadłam w swój rytm i to już ja wyprzedzałam innych. Mimo ulewy zrobiło się fajnie, mogłam popatrzeć na Warszawę z innej strony niż normalnie. Najbardziej podobało mi się, że nie muszę przejmować się światłami – tuż pod bokiem policjanta mogę przecinać skrzyżowania na czerwonym świetle. Bardzo sympatyczny był doping kibiców – mnóstwo ludzi stało, krzyczało, jakaś starsza pani waliła w bębenek, przypadkowi spacerowicze machali i życzyli powodzenia. Ciekawi byli też ci którzy biegli. Było dwóch facetów o kulach, ludzie na wózkach, facet który pchał wózek z dzieckiem, biegacze z flagami-szturmówkami i jeden gościu w… szlafroku. Koło mnie biegli Francuzi, potem dogoniłam Niemców - można było się czuć jak w zjednoczonej Europie.

Na półmetku, przy Ogrodzie Saskim, przy pomiarze czasu wyszło mi że jest całkiem przyzwoicie i jeśli utrzymam tempo, rzeczywiście zmieszczę się w tym swoim limicie godziny. Przy skrzyżowaniu ze Świętokrzyską dojrzałam Pawła – ucieszyłam się bo mogłam oddać mu niepotrzebne w sumie rękawiczki.

bieg - z medalem.jpgBieg Marszałkowską był bardzo przyjemny, tym bardziej że przed sobą miałam wieże Kościoła Zbawiciela które traktowałam dosłownie jak zbawienie, bo wiedziałam że są na wysokości mety. No ale trzeba było odbić jeszcze  w Koszykową, a tam dopadła mnie kolka. Niestety musiałam zwolnić. Przed samą metą jednak się zmobilizowałam. Końcowy sprint miałam niezły, choć chyba powinnam wcześniej go zacząć, bo wpadłam na metę nawet niespecjalnie zmęczona. W ogóle to teraz, z perspektywy czasu i przemyśleń, zupełnie inaczej bym rozłożyła siły. Ponieważ był to pierwszy taki mój bieg, miałam ambicję po prostu dobiec, a oceniam że pobiegłam na nie więcej niż 70 %  możliwości. Następnym razem będzie lepiej, choć i tak z wyniku jestem bardzo zadowolona. Miałam czas 00:56:54, miejsce 2726. Przyzwoicie, biorąc pod uwagę, że w biegu startowało mnóstwo sportowców, zawodowych biegaczy i maratończyków.

A tak na marginesie to startował w biegu facet który ma 83 lata! Przybiegł w końcówce, w czasie około 1 godziny 40 minut, no ale najważniejsze że dał radę! Szacun!

Więcej o biegu: www.biegniepodleglosci.com

 

 

 

6 listopada
Wystawa, ksiażki, Ruwenzori


Wróciłam z Krakowa z Targów Książki, w ramach których odbywa się (jeszcze trwa) wystawa „Dzieci Świata” złożona ze zdjęć moich i Piotrka Krysiaka. Teraz nas czeka z Piotrkiem trochę pracy, bo musimy przygotować zdjęcia do albumu, jaki ma zamiar wydać Wydawnictwo Arkady. Cieszę się, bo na Targach zostały też przesądzone losy mojej dalszej twórczości książkowej – najbliższą (o Evereście) wyda Pascal.

W Krakowie widziałam się też z Adasiem S., moim kompanem na najbliższy wyjazd do Afryki, w Góry Ruwenzori. Mamy zamiar wejść na Margaritę, albo inaczej mówiąc Mt. Stanley (5109 m), trzecią co do wysokości górę Czarnego Lądu, znacznie trudniejszą od Kilimandżaro. Przy pysznej nalewce z malin zrobionej przez Adasia ustaliliśmy sobie szczegóły spotkania w Ugandzie, bo ja wylatuję tam dwa tygodnie wcześniej. Z kolei zanim ja dojadę do Kampali (stolicy Ugandy), Adaś ma bojowe zadanie kupić butle do gazu, których z racji przepisów bezpieczeństwa nie możemy zabrać z Polski.

Przy okazji spotkania obejrzałam sobie też wodery, czyli takie kaloszo-spodnie wędkarskie, które Adaś już kupił sobie z uwagi na bagniste podłoże jakie pokonuje się przy pierwszym etapie trekingu, czyli przejściu przez dżunglę. Też będę musiała sobie takie sprawić, choć trochę nie wyobrażam sobie, jak w tym łazić w tropiku przez kilka godzin dziennie. Z kolei na wyższe partie musimy być już przygotowani na warunki wysokogórskie, czyli śnieg, lód itp. Cały sprzęt wspinaczkowy (raki, czekany, uprzęże, linę) taszczymy z Polski, bo wprawdzie można to wszystko wypożyczyć na miejscu, ale chcą za to całkiem sporo kasy, a nam zależy na jak najniższych kosztach.

Cieszę się z tej wyprawy. Przy okazji zawsze to jakaś może nieduża, ale zawsze jednak, aklimatyzacja przed wiosennym zdobywaniem Everestu.

24-31 pażdziernika    Egipt


Jak było - odsyłam na "blog egipski". Krótko mówiąc z kitesurfingiem i windsurfingiem nie za bardzo wyszło (z braku wiatru), ale za to trochę ponurkowałam, a przede wszystkim bardzo odpoczęłam i wreszcie odespałam zaległości.


19 października 2009  Warszawa
Żydzi rezygnują z kawy po turecku   :)


Dziś w porannych informacjach na Onecie (zresztą na innych portalach też) podano, że w Izraelu w ramach bojkotu Turcji wycofuje się z tamtejszych kawiarni kawę po turecku, a poza tym wzywa się do rezygnacji z wyjazdów na wakacje do Turcji. Żeby nie było, że coś przekłamuję to przytaczam pełną treść tego  newsu:

"Wielka izraelska sieć kawiarni postanowiła zaprzestać podawania kawy po turecku w związku z poważnym pogorszeniem się stosunków dyplomatycznych między obu krajami - poinformował jeden z jej dyrektorów.
"Postanowiliśmy przestać podawać kawę po stambulsku, która była jednym z naszych specjałów, aż stosunki ulegną poprawie" - powiedział dziennikowi Y-Net Michael Steg, dyrektor marketingowy sieci kawiarni "Ilan".

Po podpisaniu w 1996 r. porozumienia w sprawie współpracy wojskowej między Izraelem a muzułmańską Turcją, ich stosunki gospodarcze szybko się rozwijały. Jednak po izraelskiej ofensywie zimowej w Gazie na przełomie 2008 i 2009 roku, w której wojsko izraelskie zabiło ok. 1400 Palestyńczyków, stosunki turecko-izraelskie uległy poważnemu pogorszeniu.

Z wezwaniem do bojkotu turystycznego Turcji wystąpił w niedzielę w radiu publicznym dyrektor izraelskich linii lotniczych El-Al, Jossi Lewi.

"Skonsultowaliśmy się z głównymi przedsiębiorstwami izraelskimi w sprawie bojkotu wyjazdów turystycznych do Turcji w czasie zbliżających się wakacji z okazji święta Pesach, które rozpoczyna się 5 kwietnia" - powiedział Lewi. Według dyrektora El-Al, bojkot ten będzie oznaczał, że do Turcji, której plaże są ulubionym i znacznie tańszym niż urlopy na izraelskim wybrzeżu miejscem wypoczynku Izraelczyków, nie wyjedzie około 80 000 izraelskich turystów.”


Zazwyczaj nie mieszam się w sprawy polityki, ale to mnie naprawdę poruszyło. Po prostu ręce i nogi opadają - jakaś szopka do potęgi. Żeby nie było że jestem stronnicza (bo Turcje zawsze bardzo lubiłam, a Izrael niekoniecznie), przytoczę tylko kilka wpisów z forum:


* Dziękuję Turcji, że jako jedyny kraj, oprócz Szwecji, żydowskie ludobójstwo wobec Palestyńczyków, nazywa ludobójstwem!

* Turczy w ramach odwetu powinni wycofać z restauracji karpia po żydowsku.

* Zabawne przewrażliwienie. To tak jakbyśmy w Polsce wycofali ruskie pierogi. :))

* Mały zakompleksiony kraik. To świadczy tylko o kompleksach tej potęgi światowej. Teraz Izraelczycy będą pili kawę po stambulsku po kryjomu.

* Dziwny naród ci Żydzi. Nie dość że kawy po turecku się nie napiją, to jeszcze za urlopy więcej zapłacą.

* Jakoś nagle straciłem apetyt na zielone grejpfruty z Izraela. Kupię chyba te irańskie :)

* Wymordowanie niemal półtora tysiąca Palestyńczyków, w tym głównie kobiet i dzieci, bombardowanie szpitali, kościołów i siedzibę UNESCO, w których schroniła się bezbronna ludność to hańba dla wszystkich polityków milczących w kwestii ludobójstwa, jakie miało miejsce w Gazie podczas faszystowskiej akcji wojska izraelskiego. Jeśli Turcja uznała tę akcję za międzynarodowy terror i bandytyzm - chwała tureckim politykom. "Sprawiedliwość" po żydowsku oznacza pozwolenie dla żydowskich wojskowych na bezprawie wobec gojów, w duchu bezustannej ignorancji wszelkich umów międzynarodowych. Ale wiadomo - Żyd, ponieważ to Żyd - zawsze stawia siebie ponad wszelkim prawem, prawem kaduka...

* W ramach bojkotu Izraela polecam:  http://www.inminds.co.uk/boycott-israel.html

•    "Na złość babci odmrożę sobie uszy", i tyle...

•    Co trzeba zrobić, żeby nas też zbojkotowali? Najbardziej chodzi mi o te ich przyjazdy do Polski!

17 października - znowu w Warszawie


Jak było w Maroku? Bardzo fajnie, bo super ekipa, gorąco, bo na pustyni mieliśmy ponad 40 stopni (mierzyłam) i męcząco, bo program był wyjątkowo intensywny. Trudno to streścić w kilku zdaniach, a zresztą też i szkoda pisać po łebkach, bo kraj bardzo ciekawy, warty opisania szczegółów. Obiecuję zrobić marokańskiego bloga w przyszłym tygodniu, jak już będę w Egipcie (jadę tam prywatnie, na kurs kitesurfingowy, czyli będę miała sporo wolnego czasu, a laptopa zabieram).

A z bieżących ciekawostek to jakimś cudem odnalazł mnie Fei. Fei to młody Chińczyk, którego poznałam w samolocie wracając z Kanarów. Chłopak siedział koło mnie, więc trochę pogadaliśmy - okazało się, że przylatuje do Polski jako wolontariusz i przez dwa miesiące ma prowadzić w Łodzi jakieś kursy. Nie wiem wprawdzie jak ma je prowadzić, bo Fei słabo mówi po angielsku, a po polsku zupełnie nic, no ale widać było że to bardzo sympatyczny, dobry i ambitny człowiek, choć może trochę nieśmiały i bez podróżniczego doświadczenia. Ponieważ nie chciałam aby na dzień dobry wpakował się w jakieś problemy, a lądowaliśmy późnym wieczorem, obiecałam że po przylocie pokażę mu gdzie jest przystanek autobusów do Łodzi, a jeśli byłoby coś nie tak, to go u siebie przenocuję.

Kłopoty jak się okazało były, bo nie doleciał bagaż Fei`a. Chłopak był zupełnie nieobyty w tego typu sytuacjach, poza tym kiedy tylko próbował coś do naszych rodaków zagadać, totalnie go ignorowano (raz że ten kiepski angielski, dwa, że facet jest dość niepozorny, tzn. niskiego wzrostu), poszłam więc załatwić z nim wszelkie formalności. Przy okazji wywalczyłam w biurze zaginionego bagażu, by mu dali kosmetyczkę  (no bo przecież musi się jakoś myć, a nie jego wina że bagaż nie doleciał) oraz przydział kasy na zakup niezbędnych drobiazgów, no i na koniec zaprowadziłam na przystanek dając jeszcze trochę różnych rad praktycznych. W sumie nie zrobiłam nic szczególnego - w końcu mnie też różni ludzie w różnych zakątkach świata pomagają.

Minęły prawie 3 tygodnie, w międzyczasie zapomniałam już o całej sprawie, a tu nagle ten telefon, a potem jak podałam swojego maila - sympatyczny list, że Fei nie zapomni mi tego do końca życia, że bardzo dziękuje itp. Miłe... Aż chce się pomagać!

9 października – Paryż
Cmentarnie…


Może niektórzy uznają to za bluźnierstwo, ale przyznaję się, że nie przepadam za Paryżem. Nie przeczę, że ciekawe to miasto, ale przereklamowane. Inna sprawa, że może to zbyt pochopna opinia, bo w sumie nie znam go dobrze - byłam tu raptem dwa razy, teraz jest trzeci, nie dość że z grupą to jeszcze na bardzo krótko. Opinii chyba jednak nie zmienię. Tak swoją drogą to z okna całkiem przyzwoitego hotelu w dobrej dzielnicy Montparnasse mam widok na kloszardów, a przez to, że jest jesiennie szaro, nawet nie za bardzo chce się gdziekolwiek chodzić.

Trochę z ambicji, a trochę z zawodowego obowiązku, w czasie kiedy grupa była na konferencji udało mi się wykroić dwie godziny wolnego i choć strasznie mnie korciło, by choć trochę odespać zaległości, uznałam, że spać mogę wszędzie, a w Paryżu jednak nie jestem zbyt często. Standardy typu Wieża Eiffle`a, Luwr etc. odpuściłam z założenia, bo jak te miejsca wyglądają, każdy wie, a poza tym już tam byłam, poszłam natomiast na cmentarz Montparnasse, znajdujący się zresztą blisko hotelu.

Pewnie głupio to brzmi, ale lubię cmentarze, zwłaszcza te stare. Na montparnasskiej nekropolii groby stare dominują, a poza tym klimat robi jeszcze to, że to miejsce, które odzwierciedla wielonarodowość mieszkańców francuskiej stolicy. Obok krzyży są Gwiazdy Dawida, obok normalnych liter np. chińskie krzaczki, a choćby po nazwiskach widać że to jeden wielki tygiel narodowściowy. Odszukałam kilka grobów znanych ludzi. Wrażenie zrobił na mnie ten, w którym pochowano Jean Seberg – hollywoodzką aktorkę która zagrała główną rolę w filmie „Do utraty tchu” (produkcja z 1960 roku). Na malutkiej, skromnej płycie leżą położone przez ludzi kamienie i… bilety z metra. Rozczarowałam się grobem Samuela Becketta – irlandzkiego pisarza (to on napisał „Czekając na Godota”), który przez większą część życia mieszkał w Paryżu i tu zmarł, w 1989 roku. Naszukałam się tego grobu strasznie długo, bo spodziewałam się kwiatów, wystawnego nagrobka, a tymczasem okazało się, że jest przede mną szara, brzydka i pusta płyta z wytartym nazwiskiem. Oryginalny jest za to grobowiec rodziny Charlesa Pigeona, znanego francuskiego przemysłowca i wynalazcy, który został pokazany w nagrobnej rzeźbie jak… leży w łożu obok swojej żony. Prawie po sąsiedzku jest jeszcze grób Andre Citroena, tego który założył znaną fabrykę samochodów. Myślałam że może będzie u niego jakiś motyw motoryzacyjny, ale nie było – za to wyczytałam że pan Citroen dosłużył się jakiegoś tam stopnia w Legii Cudzoziemskiej. Za to przy miejsce wiecznego spoczynku Frederica Auguste Bartholdiego od razu pokazuje, czym ów artysta zasłynął – ponieważ był on autorem Statuy Wolności (tej z Nowego Jorku, bo to był dar Francji dla USA), na grobie Bartholdiego postawiono coś w rodzaju miniaturowej statuy (może trochę pokracznie wygląda, ale pal sześć).

Wkurzający jest tylko brak informacji przy zwiedzaniu. Francuzi słyną z tego, że turystom nieznającym ich języka życia nie ułatwiają, żeby więc utrzymać tę opinie, tablice opowiadające o historii cmentarza postawili wyłącznie po francusku. Na dodatek polskojęzycznego przewodnika „Paryż” wydanego przez „Wiedzę i Życie” też jeśli chodzi o cmentarz nie polecam, bo jest w nim sporo przekłamań. Ja w każdym razie nie raz miałam dziś okazję wieszać psy i na autorze, i na wydawcach, bo szukałam miejsc, które są po prostu źle oznaczone. Ciekawe ile osób sklęło mój przewodnik? ("Dania", zresztą z tej samej serii).   

9-16 października   Maroko

Postaram się coś pisać, ale nie wiem czy na Saharze można liczyć na podłączenie się do internetu, więc gdyby coś - uzupełnię później

5-6 października – Białowieża i okolice
Żubry, Miejsce Mocy i podchody na białoruskiej granicy


bialowieza-parkwww.jpgWłaściwie to dzisiaj jest już czwartek, 8-mego, ale w Białowieży i tak nie miałam jak pisać, bo nie miałam laptopa. Z kolei dwa ostatnie dni (i noce) minęły mi pod hasłem tworzenia zamówionego przez National Geographic-Traveler artykułu o Bhutanie, co oznaczało że na nic innego poza wnikaniem w materiały o tym swoją drogą arcyciekawym himalajskim królestwie, nie miałam już czasu. W Bhutanie byłam już dość dawno, szczerze mówiąc niewiele pamiętam (czyżby starosć?), napracowałam się więc przy tym tekście jak diabli. I na dodatek niestety z efektu jestem średnio zadowolona   :(.

No ale miało być o żubrach…

Dobrze zrobił mi ten wypad do Białowieży, bo jesień w Białowieskiej Puszczy jest po prostu śliczna! Żubry były, choć nie dzikie, tylko „dyżurne” w ramach rezerwatu pokazowego, czyli mieszkające na otoczonym płotem wybiegu. Lubię te dostojne zubrywww.jpgzwierzaki, choć od pewnego czasu kojarzą mi się już głównie alkoholowo, a to po  śmiesznej reklamie telewizyjnej piwa "Żubr". Ale w sumie nie mniej sympatyczne były też inne pokazywane w sąsiednich zagrodach zwierzaki – np. pani łosica (chyba powinnam napisać: klempa, ale "łosica" lepiej brzmi), albo wyjątkowo śmiała sarenka, która przyuważając moment, kiedy byłam pochłonięta rozmową przez telefon, wsadziła pysk w siatkę i obgryzła mi grzywkę. Do grona moich ulubieńców wpasował się też jeden facet, a mianowicie ryś. Aż się zdziwiłam, że takie wielkie kocisko ponoć boi się pokonywać dużych, otwartych przestrzeni.
 
O zwierzakach sporo się dowiedziałam w Muzeum Białowieskiego Parku Narodowego. Wstęp jak na warunki polskie tam dość drogi (w sumie 16,50 zł, bo niby bilet 12, ale jeszcze 4,5 zeta obowiązkowej opłaty za przewodnika), za to trzeba przyznać że ekspozycja zrobiona jest bardzo nowocześnie i ciekawie. Pan przewodnik wprawdzie za miły nie był (nie lubił jak mu się zadawało pytania), jednak wiedzę o zwierzakach miał. Mówił dużo, choć to co szczególnie zapamiętałam, to pouczenie że żubr to nie "ryczy" (cytuję: -Ryczy - to bydło domowe!) tylko „chruczy” oraz to, że te wielkie bydle potrafi biegać ponad 40 km/godzinę, czyli uciec przed nim nie byłoby szans.

bialowieza - skansenwww.jpgPrzez dwa dni zobaczyliśmy całkiem sporo. Byliśmy jeszcze np. w skansenie na obrzeżach Białowieży (fajny wiatrak mają) i obeszliśmy szlak wokół Dębów Królewskich – chodzi o 22 dęby nazwanych imionami polskich władców i ich szacownych małżonek, niektóre o obwodzie przekraczającym 4 metry (dęby rzecz jasna, nie małżonki). Zrobiliśmy też kawał po lesie szukając Miejsca Mocy. To że się ponadplanowo nachodziliśmy to wina nieprecyzyjnie ustawionego znaku – poszliśmy złą drogą i w efekcie zrobiliśmy ekstra dwa kilosy, a potem dwa z powrotem, przekonując się na końcu, że Miejsce Mocy jest mocno przereklamowane. Ja w każdym razie żadnej mocy tam nie poczułam, chyba że owa moc dotyczy wyrzucania śmieci ze śmietnika, bo mimo wystawionego pojemnika walało się tam mnóstwo papierów. Za to pozytywnym zaskoczeniem okazał się mini-skansenik w Budach, gdzie przy zabytkowym gospodarstwie jest też sympatyczna, regionalna, ale niestety dość droga knajpa (6 pierogów za 25 zł). Ceny na szczęście rekompensuje dobry smak i bardzo miła obsługa (mowa o rozmownym chłopaku w ukraińskiej koszuli).

bialowieza-granicawww.jpgDrugiego dnia pojechaliśmy do Masłowa, ostatniej wioski przy granicy z Białorusią, gdzie kończy się droga – taki koniec świata. Lubię takie miejsca gdzie starsi ludzie wciąż siedzą przy płocie i patrzą co się dzieje, gdzie wodę ciągnie się ze studni z żurawiem, nie mówiąc o tym że większość zabudowań to stare, drewniane chaty ze zdobionymi okiennicami. Przy okazji podeszliśmy też lasem do samej granicy. Korciło mnie, by zrobić sobie zdjęcie także przy słupku białoruskim, no ale nie byłam pewna czy zamiast wylecieć jutro do Maroka nie spędziłabym kilka dni w białoruskim areszcie. Na koniec wycieczki zahaczyliśmy jeszcze o Hajnówkę, gdzie obejrzeliśmy słynną z festiwali muzyki cerkiewnej świątynię św. Trójcy, obfotografowaliśmy pomnik żubra i odwiedziliśmy bialowieza-cerkiewwww.jpgwciąż opatrzony wizerunkiem Lenina "Bar u Wołodzi" - niegdyś kultowe miejce, teraz mocno podupadłe, przynajmniej patrząc z zewnątrz (wewnątrz nie wiem, bo lokal był zamknięty). Przypadkowo trafiliśmy też do Centrum Kultury Białoruskiej z niewielkim, ale ciekawym muzeum, po którym oprowadził nas  niezwykle zaangażowany w sprawy kultury chłopak, kopalnia informacji o tych okolicach.

Ogólny wniosek z wyjazdu: ładna i ciekawa ta nasza Polska.
Teraz (od niedzieli), na Saharze, będę tęsknić za białowieskim lasem.

1 października
Dzieciaki w Muzeum Techniki, impreza National Geographic


Jak mawiają co niektórzy: "jestem zakręcona jak słoik dżemu". Ciągle albo jakieś służbowe spotkania, konferencje etc., albo telefony, a w dodatku dzisiaj znowu rano straciłam czas na szukanie kluczy do mieszkania (to stały punkt programu moich poranków, bo roztrzepana jestem strasznie i potrafię schować klucze np. do lodówki). W tym wszystkim ledwo wyrobiłam się do Muzeum Kolejnictwa, do którego dziś zostały zabrane dzieciaki z "naszej" Fundacji („Nasze Dzieci” - http://www.naszedzieci.pl ), czyli maluchy z Oddziału Onkologii przy Centrum Zdrowia Dziecka.

kolej (1).jpgPomysłodawcą i głównym organizatorem wycieczki był Tadeusz D., służbowo dyrektor wydawnictwa Arkady, a prywatnie mój wieloletni znajomy. Arkady wydały niedawno przewodnik po Warszawie dla najmłodszych, tak więc przy okazji promocji książeczki Tadeusz mądrze wymyślił, że można coś pożytecznego zrobić. Powiedziałam mu o Fundacji, no i dzisiaj nadszedł dzień akcji. Niestety, trochę pechowo lekarze nie wypuścili z odziału większości wcześniej typowanych na wycieczkę dzieciaków. Szkoda, bo dla chorych dzieci, które spędzają miesiące i lata w szpitalu, takie wyjście to dawka wrażeń które potem jeszcze długo wspominają, ale z drugiej strony wiadomo, że ważne jest aby jedno wyjście nie zaważyło potem na ich zdrowiu czy życiu. Przy takich wyjściach nigdy do końca nie wiadomo, które dzieci dostaną przepustkę, bo wiadomo – w przypadku Onkologii szczególnie trzeba „dmuchać na zimne”. W rezultacie było więcej wolontariuszy i opiekunów niż samych dzieciaków, ale swoją drogą tym, którzy społecznie pracują, też się jakieś atrakcje od czasu do czasu należą. „Gwiazdą” wycieczki okazał się 3,5 letni Michałek, który sądząc po łysej główce jest świeżo po chemii ale jest wyjątkowo żywy i zainteresowany wszystkim, choć może najmniej opowiadaniem pana przewodnika o eksponatach.

kolej.jpgTak w ogóle to nie spodziewałam się, że to tak ciekawe muzeum – mimo że jest w samym sercu Warszawy byłam w nim pierwszy raz. Koleją nigdy się nie pasjonowałam, ale nie powiem, opowieści o pancernym pociągu wykonanym z blachy grubości 80 mm, którym towarzysz Kim Ir Sen przyjechał kiedyś do Polski (bał się latać samolotem) – zrobiły na mnie wrażenie. Poza tym z nostalgią popatrzyłam np. na stare kasy biletowe drukujące bilety na tekturowych wagonikach  czy na zabytkowe semafory, podczas gdy mój brat zachwycał się modelami parowozów (jest tam np. model największego pociągu świata, który w latach 60. ciągnął składy mające 3 km!).

Wieczorem z kolei wylądowałam na imprezie National Geographic, a dokładniej na gali związanej z rozdaniem nagród w konkursie fotograficznym. Nie żebym to ja dostała nagrodę - byłam tam po prostu jako gość, ale warto było wpaść bo zdjęcia były rzeczywiście obłędne, a przy okazji spotkałam kilka osób z którymi dawno się nie widziałam. A co do zdjęć, to obiecałam sobie że muszę zacząć oszczędzać na kupno porządnych obiektywów. Taki który chciałabym mieć (wcale nie z tych najdroższych) kosztuje 2 tys. dolców, więc na razie mogę co najwyżej pomarzyć. Chyba zacznę grać w totolotka.

28 września – okolice Zakroczymia
Off road czyli rajd terenówkami


of-woda.jpgKonferencje prasowe, w jakich dziennikarze mają okazję uczestniczyć dzielą się na nudne (ewentualnie nawet: bardzo nudne) i takie z pomysłem. To co dzisiaj mieliśmy w ramach konferencji firm Gore-tex i North Face, bez wątpienia należało do najfajniejszych prezentacji w jakich miałam okazję uczestniczyć. Krótko mówiąc było RE-WE-LA-CYJNIE.

Otóż wywieziono nas do Zakroczymia (jakieś 50 km od Warszawy), gdzie owszem, zaczęło się odł wykładu na temat membran goreteksowych, ale wykłąd był ciekawy i do tego przeplatany różnymi doświadczeniami. Wiecie, że goretex używa się nie tylko do szycia ubrań na ekstremalne warunki, ale także w operacjach dentystycznych, w kardiologii i chirurgii ogólnej?). Wreszcie też pojęłam jak wyglądają te niby-pory dzięki którym tkanina jest jak to się potocznie mówi "oddychająca", choć to nie sama tkanina oddycha, tylko jej budowa pozwala na to, aby część wypacanej przez nas pary wodnej odprowadzać na zewnątrz, równocześnie nie przepuszczając wody, np. z deszczu która pada na wierzch goreteksowej kutki.

of-punkt.jpgWykład wykładem, ale mieliśmy też dodatkowe atrakcje, czytaj: dawkę niezłej zabawy i adrenaliny. Podzieleni na 3-4 osobowe zespoły wsiedliśmy do samochodów terenowych i zmieniając się za kierownicą pokonywaliśmy wytyczoną trasę off-roadową. Oczywiście były wertepy, jazda przez krzaki, przeprawy przez rzeczki itp., a gdzie niegdzie były jeszcze specjalne punkty kontrolne, gdzie trzeba było wykonać zadania specjalne. Mnie np. przypadł wjazd pod baaaardzo stromą górkę, gdzie żeby było trudniej na tym stromym zboczu należało się zatrzymać i podbić pieczątką specjalną rajdową mapę, a potem wycofać przez naprawdę wąską, pełną gałęzi drogę. Szczerze mówiąc z tym podjazdem to udało mi się dopiero za drugim razem, ale na szczęście byli tacy, którzy mieli nawet trzy próby. W każdym razie w życiu nie przyszłoby mi do głowy że samochód może wjechać pod taką stromiznę i to w dodatku – samochód który ja prowadzę!

W sumie było bardzo wesoło, hard-corowo, ale też można było się dużo nauczyć (ja np. zrozumiałam jakie mogą być skutki mojego fatalnego nawyki nadużywania sprzęgła). A tak swoją drogą nawet nie wiedziałam że nad Wisłą koło Zakroczymia jest tak ładnie! Mijaliśmy po drodze słup z wypisanym „555”, co oznacza że był to 555 kilometr od źródeł Wisły – czyli biorąc pod uwagę że nasza królowa rzek ma w sumie 1047 km, byliśmy zaraz za jej połową.

of-zwyciezcy.jpgPo off roadzie mieliśmy jeszcze trochę czasu, aby przy kolacji i pysznym bimberku domowej roboty gospodarza „Wilczego Jaru” (taki tamtejszy ośrodek – polecam bo fajna miejscówka) pogadać o różnych sprawach. M.in. zapytałam fachowców z North Face`a czy sprzedawane w Nepalu dosłownie wszędzie produkty z logiem „North Face” to podróby czy oryginały „wychodzące” z miejscowych fabryk szyjących na zlecenie amerykańskiej firmy (bo North Face to firma powstała jeszcze w 1965 roku w San Francisco). No więc ponoć różnie z tym jest – odpowiedź była, że 90 % to podróby, ale jakieś oryginały też można trafić. Ponoć najprostszy sposób odróżnienia, to zwrócenie uwagi na haft z logiem – w oryginalnych produktach haft jest staranny, każda literka jest oddzielnie, za to w podróbach maszyna łączy literki. Tyle, że jak pokazałam swoje skarpetki (przypadkowo założyłam „North Face`y” kupione w Kathmandu za jednego dolca), już tak jednoznacznie stopnia oryginalności określić nie umieliśmy. Jednak przy kurtkach od razu widać różnicę. Choćby po materiale. Dzisiaj miałam okazję po raz pierwszy protestować kurtkę oryginalną – do tej pory miałam zawsze nepalskie lub chińskie podróby. Właściwie to nawet nie ma co porównywać – to zupełnie dwa różne jakościowo bieguny.

28 września 2009
Everest i sesja foto na Stadionie Narodowym


Ciekawy dzień dzisiaj miałam. Najpierw spotkałam się ze Zbyszkiem Bąkiem – chłopakiem z ekipy, która ma podobne plany jak i ja, czyli też w przyszłym roku wybiera się na Everest. Chłopcy (w sumie jest ich czterech) robią Koronę Ziemi, a to co mi się przynajmniej w Zbyszku podobało (pozostałych nie znam) to pasja z jaką do tego podchodzi. Mam nadzieję, że uda nam się połączyć siły przy zdobywaniu najwyższej góry świata, tym bardziej że wydaje mi się, że moglibyśmy utworzyć całkiem niezły i zgrany team.

Popołudnie minęło mi dla odmiany pod hasłem konferencji Panasonica poświęconej wprowadzeniu na rynek nowego produktu jakim jest aparat fotograficzny Lumix GF 1. To kolejny aparat typu "mikro cztery-trzecie", czyli innymi słowy taka „lustrzanka bez lustra”, czy jak kto woli - korpus jak w kompakcie, ale z możliwością założenia do niego każdego obiektywu (z serii Panasonica). Poniekąd jest to odpowiedź Panasonica na zaprezentowany w lipcu model tzw. Pena (więcej o tym aparacie tutaj ).

stadion-dzwigi.jpgDostaliśmy na testy owe GF-jedynki i poszliśmy sprawdzić je fotografując budowę Stadionu Narodowego. Oczywiście Panasonic wcześniej załatwił wejściówki, bo tak po prostu byłoby to niemożliwe - już wcześniej trzeba było zgłosić numery dokumentów, podpisać oświadczenie że to na własną odpowiedzialność, a na teren budowy można było wejść po włożeniu kasków i odblaskowych kamizelek. Na miejscu dawnego , Stadionu Dziesięciolecia jest teraz las dźwigów, tony rur i prętów, ale postęp prac widać bo jakby nie patrzeć, do EURO coraz bliżej. Ze starego stadionu zostały tylko socrealistyczne rzeźby przedstawiające marmurowych sportowców stadion-rzezba.jpg– dobrze że ich nie zniszczono, bo bądź co bądź to już element zabytkowy.

Co do aparatu, to całkiem sympatyczny sprzęt, rzeczywiście do olympusowskiego Pena mocno zbliżony, ale przewyższający go pod kilkoma względami, choćby wbudowaną lampą błyskową (mała, ale zawsze; Pen nie miał żadnej). Przy okazji dowiedziałam się ciekawej rzeczy. No więc GF-1 ma możliwość kręcenia filmów wysokiej rozdzielczości, mających długość do prawie pół godziny, a dokładnie do 29,59 sekund. Jeśli chcemy nakręcić dłuższy film, możemy, ale trzeba po tych 29 sekundach nacisnąć ponownie przycisk nagrywania. Okazuje się że nie chodzi o brak możliwości technicznych  - chodzi o przepisy. Otóż sprzęt umożliwiający filmowanie dłuższe niż 30 minut to już nie aparat a kamera filmowa, a w świetle unijnego prawa wiąże się to z wyższymi podatkami i cłami!

26-27 września   działka w Borsukach
Imprezka na działce


Nękana wyrzutami sumienia, że ciągle nie mam czasu na prywatne życie towarzyskie, bo ciągle albo mnie nie ma, albo jeśli nawet jestem w kraju, to dniami i nocami pracuję, postanowiłam zorganizować na działce moich rodziców imprezę dla znajomych. Z działką swoją drogą też wstyd – to tylko 60 km od Warszawy, a jestem tam tylko dwa-trzy razy do roku, bo jakoś bardziej po drodze jest mi Pekin lub Rio, niż poniekąd urokliwe tereny nadnarwiańskie. Zresztą sama działka to też bardzo sympatyczne miejsce - najbardziej lubię pić kawę na pełniącym funkcję tarasu garażowym dachu i gapić się na ganiające po drzewach wiewiórki.

Początkowo miałam pomysł, aby zrobić „zlot” wszelkich swoich znajomych, ale w końcu stanęło na tym, że nie ma to sensu, bo ani ze względów organizacyjnych nie da rady, a poza tym jak jest za dużo ludzi, to i tak zrobią się grupki środowiskowe. Stanęło więc na tym, że lepiej postawić na kameralność i tym razem ograniczę się do ekipy żeglarskiej z którą najczęściej mam kontakt (Mazury, rejsy na Pogorii i Zawiszy, zeszłoroczny rejsik na Alandy). 

dzialka-siatawww.jpgCzas spędziliśmy głównie grillowo i relaksowo, z przerywnikiem na zawzięty mecz siatkówki, natomiast atrakcję wieczoru stanowił kabaretowo-taneczny show kolegi Konia (Koniu powinien iść do „Mam talent”), no i jak to zwykle w tej ekipie – granie i śpiewanie, bo Kowies zabrał swoją nieodłączną gitarę.

Posiedzieliśmy tak przy palącym się kominku do prawie piątej nad ranem, przerabiając w międzyczasie repertuar od szant, przez wszelkie piosenki górskie, po Okudżawę i Kaczmarskiego. Swoją drogą ciekawe, że w obecnych czasach wciąż są ludzie którzy mimo tego, że są w różnym wieku (tu przedział wiekowy wynosił od 35 do 45 lat) i reprezentują najróżniejsze zawody, na niekiedy wysokich stanowiskach, tak właśnie lubią spędzać czas.
 
Przy okazji zebrało się nam też na wspomnienia z lat 80-tych. Zaczęło się od tego, że Misiek (mój mąż), opowiadając coś o działce, wspomniał że jedno z włamań do działkowego domku, było ponoć sprawką dawnego Urzędu Bezpieczeństwa,  pewnie w ramach sprawdzania czy nie mamy tu składnicy jakiś lewych materiałów. Podejrzenie było uzasadnione, bo wraz z Brombkiem (ksywa mojego brata) działaliśmy wówczas w opozycyjnym harcerstwie, co i rusz mając z tego powodu jakieś problemy z UBecją.  Działka jednak zawsze była „czysta”, bo wszelkie wydawnictwa drugiego obiegu i tak mieliśmy z bratem w domu i nawet do głowy nam nie przyszło, aby wywozić je na działkę. Brombek przy okazji opowiedział też, jak wyjeżdżając z rodzicami na placówkę do Moskwy (ja nie pojechałam, ale on musiał, bo był niepełnoletni), zapakował karton różnej bibuły i nielegalnych kaset z piosenkami Kaczmarskiego i Gintrowskiego, którymi chciał uświadamiać uczniów działającego w Moskwie polskiego liceum.

dzialka-nocne granie.jpgAle porąbane to były czasy – rodzice którzy jechali jako dyplomaci do jakby nie było stolicy wtedy jeszcze Związku Radzieckiego, oficjalnie musieli „nie zauważać” naszej działalności. Za to zresztą bardzo ceniłam swojego Tatę – czasy były takie, że aby przeżyć musiał iść na pewien oficjalny konformizm, ale miał przy tym jednak swoje zdanie i nastawione na uczciwość zasady moralne. Zdarzało się tak, że Tato wracał z jakiegoś obowiązkowego zebrania jedynej słusznej w tamtych czasach partii, a my z Bromkiem wracaliśmy z demonstracji czy jakiejś konspiracyjnej zbiórki. Nigdy jednak nie usłyszeliśmy, że czegoś nam nie wolno, wręcz przeciwnie – całkiem dobrze ten wzajemny układ funkcjonował. Choć pamiętam, że kiedy na którymś z przesłuchań usłyszałam, że dzięki mnie i Brombkowi Tato wyleci z pracy i miałam z tego powodu poczucie winy i wyrzuty sumienia, że mogę przeszkadzić Tacie w zawodowej karierze.

Minęło 20 lat (z hakiem), czasy się zmieniły, ideały zresztą też. Na działce leży odbite na powielaczu „Przesłuchanie” Bugajskiego – kiedyś wyrywane z rąk do rąk, teraz zakurzone i nie wzbudzające niczyjego zainteresowania. Piosenki Kaczmarskiego nadal się śpiewa, ale już nie z powodu podtekstów czy dlatego, że są zakazane, lecz dlatego bo są ładne i mają ambitne teksty.

Wprawdzie chyba na trochę innej Polsce nam te 20 lat temu zależało, ale niesamowite tak sobie uświadomić sobie jak się zmienił nasz kraj. No i żeglować możemy gdzie chcemy, podczas gdy 20 lat temu wypłynięcie poza wody terytorialne Polski było już czymś niesamowitym. I to nie tylko ze względu na problemy stwarzane przez komunistyczne władze. Pamiętam jak w 1983 roku udało mi się załapać na studencki rejs do Kopenhagi. Wizę duńską mieliśmy od 15 lipca, ale po kilku dniach walki ze sztormem zjawiliśmy się w kopenhaskim porcie 14 lipca. Myślicie że nas Duńczycy wpuścili? Gdzie tam – spragnieni lądu i przycumowania do nabrzeża, zmęczeni i przemoczni czekaliśmy do północy 15 lipca.

Ale „popłynęłam” – od imprezy na działce w Borsukach do Kopenhagi…

22 września, Warszawa
Nieszczęścia chodzą nie parami, ale stadami, czyli jak zholowano mi autko

Pewnie każdy z Was ma takie dni, kiedy nic mu się nie układa. Nie zamierzam tu narzekać, bo ostatnio nawet w gronie znajomych dziennikarzy dyskutowaliśmy o tym, że wiele osób traktuje swoje blogi jako sposób autoterapii. Ja w każdym razie wychodzę z założenia, że każdy musi sobie ze swoimi problemami sam poradzić, bo inni też mają ich dosyć, często dużo gorszych. Napiszę tylko, ku przestrodze, o tym jak to jest jak komuś zholują autko, czego właśnie wczoraj doświadczyłam i nikomu nie życzę.

No więc zaparkowałam w Alei Szucha, jak się potem okazało pod Nuncjaturą Apostolską, czy jak to się tam nazywa, nie wiedząc, że jest tam jakiś cieć, który od razu dzwoni po straż miejską. Fakt, stanęłam na zakazie, ale na zasadzie, że zaraz gdzieś się przestawię. Z koleżankami z biura do którego przyszłam, uzgodniłam, że przestawię moją Corsę na podwórko, na puste miejsce szefa, tyle że kiedy poszłam do autka, okazało się że już go tam nie było.

Początkowo myślałam że, jak mi się to zdarza, zapomniałam gdzie stanęłam (cóż, skleroza), jednak widok panów ze straży miejskiej nie wróżył niczego dobrego, a chwilę potem potwierdził już moje najgorsze przypuszczenia - Corsa odjechała na lawecie w siną dal.

Zholowany samochód nie tak łatwo odzyskać. Najpierw trzeba jechać do centrum, gdzie przy ul. Mokotowskiej mieści się siedziba straży. Tam nikt się nie przejmuje, że gdzieś nam się spieszy – pracownicy straży miejskiej czas mają. Wśród podobnych do mnie pechowców był ojciec, który przyjechał do szpitala z 10-dniowym dzieckiem, logiczne więc że chciał podjechać jak najbliżej Izby Przyjęć. Kiedy już oddał syna w ręce lekarzy i wrócił aby przestawić autko, też już go nie miał (autka, bo synek był).

Procedury są oszałamiające. Po odstaniu w kolejce, która idzie w iście żółwim tempie, trzeba zapłacić 388 zł opłaty holowniczej plus 100 zł mandatu (łaskawie tę stówę można wziąć jako mandat kredytowy i spłacić w ciągu miesiąca), po czym dopiero wtedy nam mówią gdzie samochód stoi. Parkingi są na obrzeżach Warszawy – pan przede mną (przyjechał do stolicy skądś z daleka) miał odebrać pojazd gdzieś w okolicach Blue City (w godzinach szczytu spokojnie godzina jazdy lub więcej), ja z kolei miałam jechać za elektrownie Siekierki. Oczywście mapek żadnych nie dostaniemy, bo po co niefortunnym kierowcom ułatwić życie. Gdyby nie Ania Z., która cierpliwie poświęciła mi swój czas, wożąc mnie swoim samochodem i udostępniając swój telefon z mapą Warszawy, też bym jechała na te siekierkowskie peryferia z godzinę, a drugą godzinę bym szukała parkingu, bo to wcale nie taka prosta sprawa.

Posumowanie? 500 zł w plecy i stracony dzień. O poziomie wkurzenia nie wspomnę. No ale z parkowaniem będę ostrożniejsza.

15-20 września – Lanzarote i Fuerteventura (Wyspy Kanaryjskie)
Cztery dni pośród wulkanów


kan-zielona laguna.jpgJeśli ktoś myśli, że Wyspy Kanaryjskie to tylko ekskluzywne hotele i snobistyczne towarzystwo, to grubo się myli. To naprawdę fajne miejsce, gdzie dużo jest do oglądania, a na plaże czy leżenie przy hotelowym basenie szkoda wręcz czasu.
 
Z 13 wysp archipelagu już kiedyś zdarzyło mi się być na Teneryfie i Gran Canarii, teraz z kolei, w ramach wyjazdu dziennikarskiego, zaliczyłam Fuerteventurę i Lanzarotę, przy czym ta ostatnio stała się moją ulubioną.
 
Co do „Kanarów” to od razu wyjaśniam, że nie od kanarków pochodzi nazwa (to ptaszki przejęły nazwę od wysp), ale od rozpowszechnionych tam niegdyś dzikich psów zwanych po łacinie canis.

Fuerteventura


Krótki, choć intensywny pobyt zaczęliśmy od Fuerteventury. Mówi się o niej, że jak turyści na niej lądują, to płaczą (przerażeni monotonnym widokiem, który na dzień dobry widzą), i jak wyjeżdżają to też płaczą (bo nie chcą wyjeżdżać). Fakt, pierwsze wrażenie nie powala. Z samolotu wyspa wygląda jak wielka pustynia, ale potem okazuje się, że bardzo urokliwy krajobraz, który ma w sobie to "coś", w czym się można zakochać.

kan-nury.jpgPierwszy dzień minął nam bardzo aktywnie (nam, bo było nas w sumie 8 osób). Podczas gdy reszta towarzystwa grała w golfa, ja zaliczyłam nurkowanie, które okazało się dużo fajniejsze niż przypuszczałam. Nie spodziewałam się rafy takiej jak w Egipcie i rzeczywiście korali czy kolorowych rybek za dużo nie było (widziałam tylko barakudy i mnóstwo sardynek). Za to niesamowite były podwodne skały, a dokładniej zastygła lawa tworząca istne labirynty skalne. Przejrzystość wody – super, temperatura 22 stopnie, jednym słowem zupełnie coś innego niż nasz rodzimy Bałtyk.
 
Po nurkowaniu dogoniłam grupę w tak zwanym Oasis Park – to takie zoo połączone z ogrodem  botanicznym. Ominęło mnie całowanie się z żyrafami (naprawdę – stoi się na tarasie, a żyrafki zbliżają swój pysk), za to załapałam się na końcówkę pokazu z lwami morskimi, czyli uchatkami (niektórzy mówią z rozpędu że to foki, ale to zupełnie inna rodzina). Fajnie mają te uchatki – ze względu na stres (czyżby trema?), każda z nich występuje tylko raz dziennie, a potem ma labę. Nic dziwnego że wyglądają na mocno wyluzowane i zadowolone, w przeciwieństwie do szympansa, który wkurzony opluł nas nabraną do pyska wodą.

kan-wind.jpgPo obiedzie (jakie pyszne krewetki!) było popołudnie windsurfingowe. Część ekipy odpuściła, no ale ja bym sobie nie mogła darować jeśli bym nie popływała w miejscu gdzie rozgrywa się zawody windsurfingowych Mistrzostw Świata. Całkiem fajnie wiało, do tego turkusowa laguna w kotraście z pasem białego piasku, no i dobry sprzęt – zeszłam z dechy dopiero po 3 godzinach jak już naprawdę rozbolały mnie ręce.

kan-loren.jpgKolejny dzień był już typowo turystyczny. Wyspa ma ok. 150 km długości, wiec udało się objechać jedynie najważniejsze miejsca. Z miast najbardziej podobała mi się Betancuria – dawna stolica wyspy, z ładną architekturą i centrum kulturalnym gdzie obfotografowaliśmy dyżurną panią w stroju regionalnym i delektowaliśmy się dżemami z kaktusów i z pomidorów! (a potem je kupiliśmy, jak się potem okazało mocno przepłacając, bo w supermarkecie ceny są o połowę tańsze). Co do punktów widokowych to najfajniejszy był taki z górką zwaną „sutkiem Sofii Loren” (rzeczywiście dość ciekawie się kojarzy) i pasiastymi wiewiórkami, które kiedyś, chyba w XVII wieku sprowadzili Hiszpanie, a potem trochę nadmiernie się rozmnożyły.

kan-miss.jpgNa koniec były jeszcze ciągnące się przez 20 km wydmy i rejsik statkiem z przeszklonym dnem. Z tym dnem to pic, bo i tak nic nie było widać, ale było o tyle fajnie, że trochę się pokąpaliśmy i poskaliśmy z kilku metrów, czyli z barierki górnego pokładu do morza. Właściwie to główną atrakcją rejsu była Patrycja – prywatnie córka naszej przewodniczki, Grażyny, a oficjalnie Miss Fuerteventury. Dziewczyna jest faktycznie ładna, przez co biedna musiała pozować do licznych zdjęć, co zresztą doskonale jej wychodziło. Mimo, że urodziła się już na Kanarach, mówi trochę po polsku (jej mama  wyszła za machorero, jak nazywa się mieszkańców Fuerteventury).

Lanzarote


Trzeciego dnia przeprawiliśmy się z Fuerteventury na sporo mniejszą Lanzarote (tylko 60 km długości). Czekając na prom liczyliśmy, że może zobaczymy hiszpańską królową, która właśnie gościła na wyspie i miała płynąć na wycieczkę statkiem (tym samym, którym my płynęliśmy dzień wcześniej!), ale Jej Wysokość trochę się spóźniła (czekał na nią już niezły tłum), więc się nie spotkaliśmy.

kan-z krabami.jpgPo pół godzinnym płynięciu byliśmy na kolejnej wulkanicznej wyspie,  już zupełnie innej niż „Fuerte”. To że Lanzarote wygląda jak wygląda, to zasługa Cesara Mangrique – genialnego artysty, który tutaj się urodził, potem wyjechał za granicę, aż wreszcie wrócił, z nikomu nieznanej, biednej wyspy robiąc dzieło sztuki. To dzięki niemu prawie wszystkie domy na wyspie są białe, przy czy te przy morzu z niebieskimi okiennicami, a wewnątrz wyspy z zielonymi. Wciąż obowiązuje zakaz budowania domów wyższych niż 2 piętra, jedynie w centrach turystycznych można postawić hotele co najwyżej czteropiętrowe. Odstępstwem od reguły jest stojący w Arrecife, stolicy wyspy, hotel 17-piętrowy. Swego czasu było mnóstwo dyskusji na jego temat, chciano go nawet rozebrać, ale ostatecznie go zostawiono, choć mówi się, że to poniekąd pomyłka Manrique.

kan-kaktusy.jpgSam Manrigue już nie żyje – zginął w wypadku samochodowym w 1992 roku, mając 73 lata. Byliśmy przy jego grobie – skromny, z ogromnym kaktusem i niewielką tablicą (bez krzyża). Trzeba powiedzieć że do tej pory ludzie go bardzo miło wspominają.

W każdym razie co chwila na wyspie ogląda się dzieła Manrique`a. Facet był niesamowity bo zaprojektował  zarówno Ogród Kaktusów, jak i żyrandole tłumiące hałas, liczne rzeźby i mnóstwo niezwykłych obiektów.

A tak na marginesie to co do kaktusów, to miejscowi żyją z opuncji. Może nawet nie tyle z ich owoców, ile z koszenili - pasożytów żerujących na tych roślinach. Zbiera się te robale specjalną łychą, a potem robi z nich karmin – naturalny barwnik dodadawany np. do jogurtów, szminek czy np. do campari. Za 1 kg koszenili zarabia się 200 euro.

kan-widok.jpgNajwiększą atrakcją Lanzarote, jest jednak park narodowy Timanfaya, gdzie ogląda się wulkaniczny krajobraz. To już prawdziwy „odjazd”, choć szkoda że akurat mieliśmy pochmurne niebo, a momentami nawet deszcz (mimo zapewnień że na Lanzarote o tej porze roku nie pada). Poza tym turyści mogą zobaczyć coś w stylu gejzerów, albo doświadczyć, że jak się włoży do wykopanej dziury widły z suchą trawą to się zapali (na głębokości 6 metrów jest 350 stopni C!). Pokazuje się też jak nad naturalnym grillem, czyli ruszcie rozłożonym nad głęboką dziurą prowadzącą w głąb wulkanu, wypieka się steki potem serwowane w restauracji.
 
kan-winnice.jpgW sumie zwiedzanie Lanzarote zajęło nam bite 2 dni. Zaliczyliśmy też słynne winnice zrobione na czarnych, zalanych lawą zboczach wulkanów i otoczone kamiennymi murkami.
 
Na plaży nie byłam nawet przez moment. Tak swoją drogą to co roku wiatr z Sahary (do Afryki z Lanzarote jest tylko 150 km) przywiewa tyle piachu, że wychodzi 2 kg na jeden metr kwadratowy wyspy. Bliskość Afryki wpływa też na licznych, nielegalnych gości z Afryki. Niestety zdarza się, że zwłaszcza na Fuertewenturze, która jest najbliżej Czarnego Lądu (ok. 100 km) turyści idący wzdłuż plaży na romantyczny spacer, trafiają na wyrzucone przez morze zwłoki pechowych emigrantów, którzy nie dopłynęli do swego wymarzonego Edenu.

kan-wielblady.jpgA co do Polaków… Na Lanzarote dla odmiany jest pani Ewa – fajna kobitka, również zajmująca się oprowadzaniem wycieczek, która także wyszła za lokalesa (o mieszkańcach Lanzarote mówi się  conechero – od hiszpańskiego słowa conecho, czyli królik, bo tutaj z kolei one się nadmiarnie rozmnożyły).

Dobra, kończę, bo jak tutaj opiszę wszystko, to potem nikt nie przeczyta moich artykułów, jakie wkrótce będę pisać o Kanarach.  :)

5-13 września
Wypad wspinaczkowy na Jurę Krakowsko-Częstochowską

 
wspin-kursy.jpgMyślałam, że na bierząco będę opisywać, jak tam moje wspinaczkowe osiągnięcia, ale nie udało się z kilku powodów. Po pierwsze: w Podlesicach, gdzie mieszkałam, nie było za bardzo jak korzystać z Internetu, bo nawet mobilny modem Orange nie łapał sygnału. Swoją drogą to dziwne, że łatwiej o podłączenie do sieci w takiej Rwandzie czy w biednym Burundi, niż w jakby nie było centrum. Gwoli ścisłości jest jedno miejsce w Podlesicach gdzie mając laptopa można skorzystać z Internetu – chodzi o miejscowy hotel, no ale nie za bardzo chciało  mi się tam biegać.
 
Inna sprawa, że nawet jeśliby Internet był, to i tak trudno byłoby mi pisać, bo po prostu nie było czasu. O 9-rano wychodziliśmy na wspinanie, siedzieliśmy w skałach do 18-19, potem kolacja i pogaduchy przy wieczornej herbacie, no i w końcu padaliśmy ze zmęczenia.

wspin-team.jpgTak w ogóle to muszę przyznać, że miałam farta zarówna z pogodą (jak na wrzesień – rewelacja!), jak i z towarzystwem. Wspinaliśmy się w trójkę – za partnera od liny miałam Adasia z Nowego Targu, który nie dość że bardzo wysportowany (uprawia różne sztuki walki oraz szermierkę) to okazał się też super kumplem, z którym można naprawdę o wszystkim pogadać. Z kolei naszym instruktorem był Marcin Opozda, którego polecam wszystkim bo i jako szkoleniowiec jest świetny (cierpliwy, świetnie tłumaczy, no i nie wyzywa od głąbów nawet jak ma powody), a poza tym ogólnie jest fajny.

Szczerze mówiąc to pierwszego dnia już się trochę zestresowałam, bo liczyłam że przynajmniej przez pierwsze dni będzie lajtowo, tzn. powspinamy się na tzw. wędkę (czyli w najbezpieczniejszy sposób, kiedy człowiek wisi na zahaczonej od góry linie). wspin-marcin 2.jpgTymczasem Marcin już po drugiej zrobionej przez nas drodze stwierdził, że koniec łatwizny i zarządził wspinanie najpierw z dolną asekuracją na drogach ubezpieczonych (czyli idzie się ciągniętą linę wpinając za pomocą ekspresów w zamocowane na stałe ringi), a od drugiego dnia była już wspinaczka z własną asekuracją, czyli samodzielne zakładanie przelotów przy pomocy tzw. kości (heksów, tricamów, friendów etc.). Jest to o tyle stresujące, że oczywiście nigdy nie ma pewności czy taki przelot założyliśmy poprawnie i czy w razie odpadnięcia nas utrzyma.

Wspinaliśmy się głównie w Rzędkach (Rzędkowicach), w Podlesicach, a raz zrobiliśmy wyskok do Mirowa. Najfajniejszą zaliczoną drogą był Filar Lechwora wyceniony jako 6.1. (Stosowana w Polsce skala trudności jest od 1 do 6, przy czym drogi szóstkowe mają jeszcze dodatkowe rozróżnienie. Przykładowo wspin-adas w kominie.jpgnajtrudniejsze polskie drogi mają wycenę 6.7.). Filar Lechwora robiliśmy jednak na wędkę, bo zwłaszcza w dolnym odcinku dość trudna to droga (przynajmniej dla mnie). Adamowi lepiej poszło – ja męczyłam się strasznie, bo był taki moment, że nijak nie mogłam dosięgnąć chwytów, które w dodatku są malutkie i wyślizgane, no i ogólnie trzeba sporo siły by się podciągać niekiedy na dwóch palcach. W pierwszym podejściu odpadłam (wcześniej profilaktycznie drąc się, że odpadam), a co gorsza Adaś nie za bardzo miał jak mnie wyłapać, bo największe trudności są stosunkowo nisko, przez co wylądowałam na glebie z mało wspin-ja.jpgprzyjemnym wahadłem (tzn. tak bardzo źle to nie było, ale że to było moje pierwsze odpadniecie, więc trochę się przestraszyłam). W drugim podejściu znowu utknęłam w tym samym miejscu i szczerze mówiąc chciałam zrezygnować, ale chłopcy mnie na linie podciągnęli, co oczywiście jest mało honorowe, za to dało mi szansę zrobić super fajny komin z którego wychodzi się na pionową niemal ścianę na wysokości około 30 metrów. Wrażenie niesamowite, choć szczerze mówiąc zaliczyłam tzw. telegraf, czyli trzęsące się łydki, nie wiem czy bardziej ze zmęczenia, czy ze strachu.

Druga droga którą przynajmniej dla mnie była hardcorem to „Jarzębinka z zacięciem” na Górze Kołoczek koło Podlesic, wyceniona na 5+. Prowadziliśmy ją z własną asekuracją z dwoma wyciągami, tzn. najpierw szłam ja, w połowie zakładałam wspin-widok.jpgstanowisko, ściągałam Adasia, a potem była zmiana w prowadzeniu. Stresowałam się strasznie, bo było to nasze wspinanie podsumowujące szkolenie, czyli taki niby praktyczny egzamin, a poza tym przed nami próbowała zrobić tę drogę jakaś dziewczyna z innego kurstu, ale wymiękła. Oczywiście nie chciałam zrobić Macinowi wstydu przed innymi instruktorami, więc starałam się jak mogłam, ale utknęłam już 3 metry nad ziemią, rozumiejąc dlaczego to dziewczę przede mną się wycofało. Kiedy już jakoś po zażartej walce i z bolącymi rękami się udało, okazało się że to dopiero wstęp, bo prawdziwe trudności są dopiero dalej. Ogólnie droga była fajna, mocno psychiczna, tzn. wymagająca skupienia i walki ze strachem, ale frajda z dojścia na górę rekompensowała wszelkie podrapania i siniaki które i tak zobaczyłam dopiero później. Inna sprawa, że kiedy Marcin zapytał, czy chcemy jeszcze zdobywać „Dziewicę” (sąsiednia skała), obydwoje z Adamem stwierdziliśmy, że tego dnia już niekoniecznie.

wspin-jarzebinka.jpgA co do nazw. Fantazji wspinaczom nie brakuje. Nazwy nadają ci, którzy jako pierwsi zrobią daną drogę, co oznacza, że mogą ją ochrzcić jak chcą. Obok takich „poważnych” typu „Rysa Kukuczki” wiele jest zupełnie „od czapy” – np. „Landrynkowa miłość”, „Hydrobudowa 4”,  „Muminek”, „Komin kosmonautów”, „Czterej pancerni”, „Chirurgia plastyczna”, „Bidony jak budynie” albo „Dewastator Getta”. Bardzo dużo jest nawiązań seksualnych – choćby „Chiński kochanek”, „Jaja Casanovy”, „Wzgórek żony”, „Bez zabezpieczenia”, a także takich, przy których można się tylko domyślać co autor miał na myśli, np. „Spotkajmy się o północy”, „Porozmawiajmy o kobietach”, czy też  „Dzieciorób”.

Ogólnie siedem dni wspinania minęły jakoś dziwnie szybko. Utworzyliśmy z Adasiem całkiem zgrany team – nie tylko w skałach, bo równie dobrze szło nam choćby wspólne robienie śniadań czy dogadywanie się na kwaterze. W ramach przerywnika turystycznego zrobiliśmy sobie wypad do zamku w Ogrodzieńcu przy okazji łapiąc się na tym, że do wszystkich ścian (włącznie z zamkowymi murami) podchodzimy teraz na zasadzie ich oceny wspinaczkowej.

wspin-ogrodzieniec.jpgDokładny objazd Jury zrobiłam sobie za to z Pawłem, który przyjechał do mnie na weekend, czyli po zakończeniu naszego szkolenia wspinaczkowego. Przez dwa dni zaliczaliśmy kolejne zamki (w Mirowie, Bobolicach, Morsku, Rabsztynie, Pieskowej Skale, Olsztynie i inne), poza tym zahaczyliśmy też o Pustynię Błędowską i kilka innych miejsc, włącznie z aptekami bo w międzyczasie Paweł czymś się struł i bolał go brzuch. W sumie fajna wycieczka z tego wyszła (no, może lepiej byłoby bez tych aptek), choć sklęliśmy strasznie system oznakowania stosowany przy wiejskich, polskich drogach. Współczuję cudzoziemcom, którzy chcą na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej coś zobaczyć. My mieliśmy dokładną mapę, stosowaliśmy też zasadę „koniec języka za przewodnika”, a i tak się gubiliśmy.

27 sierpnia, niedziela
Adrenalina wśród drzew, czyli park linowy w Powsinie


powsin-ja3.jpgOstatnie dni nie pisałam, bo ostro finiszowałam z książką, której termin wydania zbliża się wielkimi krokami, a ja ciągle dopisuję nowe rozdziały. Póki co doszłam do takiego stanu psychicznego, jak przed egzaminami, kiedy panikuję, że nic nie umiem. Tak było choćby nie tak dawno na egzaminie na radiooperatora VHF (uprawnienia przydatne w żeglarstwie, do obsługi jachtowej radiostacji), kiedy poszłam niczym skazaniec, a potem jakimś cudem oddałam test pierwsza (jeszcze pozwoliłam ściągnąć sąsiadom) i okazało się, że nie zrobiłam żadnego błędu. Krótko mówiąc, czasem panikuję na zapas. No ale książka to co innego – w tym przypadku po wydrukowaniu nie zrobię już poprawek i nie będzie drugiego terminu. Stresuję się jeszcze bardziej niż przed wydaniem mojej ostatniej książki, „Kursu na Horn”, bo wtedy wiedziałam, że przynajmniej kolegom z załogi się spodoba, a tutaj nawet tych kilku „pewniaków” nie mam.

W związku z książką nawet moje wakacje wzięły w łeb – dla dobra sprawy postanowiłam odpuścić pomysł wyjazdu do Gruzji – zrobię sobie jedynie kilka dni wspinaczkowych w skałkach, a gdzieś dalej wypuszczę się na jesieni.

powsin-liny.jpgW każdym razie po tym zapracowaniu i nie wychodzeniu z domu (przez ostatni tydzień jak zasiadałam około 9-tej do komputera, to wyłączałam go około 3-ej), miłym przerywnikiem okazał się dzisiejszy dzień wykorzystany po części na wypad do Powsina. Nie-warszawiakom wyjaśniam, że Powsin to taki teren leśny na obrzeżach stolicy, gdzie jak sobie wyliczyłam, nie byłam od kilkunastu lat! Aż wstyd, bo częściej bywam w dżungli amazońskiej niż w tym poniekąd sympatycznym lesie. Pomysł z Powsinem nie był taki zupełnie od czapy – wiązał się z artykułem, który muszę napisać dla Magazynu „Podróże” na temat parków linowych. W Powsinie od kilku lat taki park działa, tak więc postawnowiliśmy z Pawłem go sprawdzić i porobić przy okazji trochę zdjęć.

Park okazał się dużo fajniejszy niż przypuszczałam. Byłam w podobnych miejscach m.in. w Austrii, Szwajcarii i na Słowacji, ale w Polsce jeszcze nie. Przeszłam się traską „Extreme”, czyli jak sugeruje nazwa – najtrudniejszą, i nie powiem, wcale bardzo łatwo nie było. Przeszkody są wprawdzie niżej zawieszone, niż w tych innych, znanych mi parkach (tam wysokość wynosi kilkanaście metrów, tutaj – kilka), ale i tak jest dość wysoko (wyżej nie ma jak ich umieścić, ze względu na rodzaj drzew). Za to przeszkody w Powsinie są dość wymagające i wcale nie łatwiejsze od tych w zagranicznej konkurencji. Bujające się kładki czy siatki to pryszcz, ale jest np. „Lina orangutana” gdzie trzeba się przeciągnąć na rękach co nie powiem, trochę mnie zmęczyło, czy „Skok Tarzana” gdzie skacze się wisząc na linie, tak aby złapać rozwieszoną naprzeciw siatkę (z tym nie za bardzo mi wyszło). Oczywiście wszystko robi się z asekuracją (uprząż i lonża z dwoma karabinkami wpinanymi do liny zabezpieczającej), więc ryzyka nie ma, ale adrenalina jednak się podnosi.
 
powsin-siec.jpgRazem ze mną na trasie był kilkunastoletni Radek. Jak ten chłopak zasuwał! Szczerze mówiąc uważam się za osobę wysportowaną, jakieś obycie górskie, które mam, też tu pomagało, no ale przy Radku omal nie wpadłam w kompleksy! Na szczęście Radek przyznał się, że robi tę trasę już trzeci raz, więc mnie trochę uspokoił. Nie wiem czy za trzecim razem byłabym tak szybka i zwinna jak on, no ale przynajmniej wiedziałabym jak technicznie wziąć co trudniejsze przeszkody.
 
Tak na marginesie to instruktor pilnujący trasy, poniekąd bardzo miły chłopak, uświadomił mi że mogę się czuć młodo, ale latka lecą nieubłaganie. No więc w trakcie rozmowy na temat tego, kto zwykle bawi się w takie chodzenie po linach w koronach drzew, powiedział, że jest taki stały klient, starszy facet, który ma już 51 lat i mimo tego leciwego wieku (tego nie powiedział, ale wiadomo było że o to chodzi), ową najtrudniejszą traskę systematycznie przerabia. Myślałam, że się zakrztuszę z wrażenia. Skoro 50-latek to już praktycznie „staruszek”, a ja mam 43, to już trzeba mi chyba zacząć myśleć o sanatorium w Ciechocinku!

Spędziliśmy w Powsinie kilka godzin, robiąc zgodnie z planami mnóstwo zdjęć (ja z góry, Paweł z ziemi). Ponieważ w parku, na tych najłatwiejszych trasach, było mnóstwo rodzin z dzieciakami, logiczne że cykaliśmy zdjęcia także im. No ale żeby nie było za miło, trafił się jeden rodzic – tato Wiktora (imię mogę ujawnić), który zrobił mi awanturę, że nie życzy sobie, abym fotografowała jego syna. Nim zdążyłam ochłonąć, tatuś zapytał ile za te zdjęcia zapłacę. Tu już mnie kompletnie zamurowało! Kiedy uświadomiłam powsin-syn.jpgprzedsiębiorczemu ojcu, że żadnego funduszu na to nie mam, facet zażądał natychmiastowego wykasowania przy nim zdjęć, a potem zaczął coś o procesie. Nie było sensu wdawać się w dyskusję, ale pomyślałam sobie, że skoro tatuś-pieniacz tak się przy dziecku zachowuje, to na jakiego człowieka wychowa swojego synka? Na szczęście w pobliżu był też inny, normalny tatuś, przeciwieństwo tamtego, który stwierdził, że jemu nie przeszkadza, żeby fotografować jego syna. Krótka wprawdzie, ale w tym przypadku bardzo miła rozmowa utwierdziła mnie w przekonaniu, że na szczęście wciąż nie brak sympatycznych, normalnych ludzi, na dodatek mających fajne i dobrze wychowane dzieciaki.

A tak jeszcze wracając do tych zdjęć. Rozumiem, że robię zdjęcie, które komuś potem robi krzywdę, no bo pokazuje go w jakiejś nieciekawej pozie, nieatrakcyjnie albo z krzywdzącym podpisem. Rozumiem też, że ktoś może nie życzyć sobie strzelania obiektywem prosto w twarz i publikowania zdjęć portretowych. No ale jeśli robię zdjęcia ogólne, naprawdę neutralne, w celu pokazania ich w artykule chwalebnie traktującym aktywny wypoczynek, dziwi mnie takie napastliwe zachowanie. Przypuśćmy jednak, że z jakichś powodów ktoś mimo wszystko zdjęć nie chce – jeśli się o tym powie grzecznie, każdy fotografujący to uszanuje.

powsin-tyrolka.jpgSwoją drogą ciekawa jestem, jak ten człowiek wyobraża sobie proces tworzenia gazet czy magazynów. Przecież nie sposób pytać każdego o zgodę na zdjęcia. Poza tym zdjęcia "umówione", są po prostu sztuczne! W tym przypadku panu ewidentnie chodziło o pieniądze. Jeszcze rozumiem, że byłby znanym aktorem czy innym z grona tzw. celebrytów, którym na tym punkcie niekiedy się przewraca w głowach, ale nie - Paweł nie zaliczył go do znanych twarzy (a Paweł w przeciwieństwie do mnie słynne twarze kojarzy). Inna sprawa, że niektórzy ludzie mają chyba jakieś dziwne wyobrażenia o pracy dziennikarza czy fotoreportera, myśląc że się nie wiadomo ile się na takich zdjęciach zarabia (a zarabia się zwykle mało, a bywa że i wcale – przynajmniej w branży turystycznej), i że ma się fundusz na opłacanie „modeli” (praktyka w pismach turystycznych nie znana). Poza tym prawda jest taka, że z tych wszystkich zdjęć, które zrobiłam, wcale nie mam gwarancji, że choćby jedno z nich redakcja weźmie. Skoro jednak już je zrobiłam, to przynajmniej kilka zamieszczę na tym blogu. Oczywiście bez tych z Wiktorem, chłopcem który ma niemiłego tatę, bo te wykasowałam.  :)

23 sierpnia 2009
O harcerstwie, czyli obudzone wspomnienia


Trudno mi systematycznie pisać, bo finiszuję z ksiażką, na której skończenie zostały mi jeszcze dwa dni. Mimo to udało mi się wyskoczyć w czwartek wieczorem na ognisko organizowane w podtomaszowskich lasach (jakieś 100 km od Warszawy) w ramach Letniej Akcji Szkoleniowej ZHP. Ściągnęła mnie tam Jola K., przeze mnie kojarzona bardziej jako "Guma", a która pamiętała mnie jeszcze z dawnych harcerskich czasów. Pomysł był taki, żebym poopowiadała instruktorom harcerskim o tym co głównie robię, czyli o podróżach.

Bardzo się ucieszyłam z zaproszenia, bo z ogromnym sentymentem wspominam te swoje harcerskie czasy, które miały tak duży wpływ na moje życie. Bądź co bądź działałam w harcerstwie bardzo długo, bo do 25 roku życia i poniekąd pewnie dlatego nie palę (nie miałam czasu się nauczyć), z umiarem podchodzę do alkoholu (póki byłam w harcerstwie nie piłam w ogóle, nawet szampana), nie mówiąc o tym, że z harcerstwa został mi mąż (dawny drużynowy, a potem kiedy ja prowadziłam drużynę – członek kadry naszych obozów). Również moje zainteresowania żeglarskie to zasługa  harcerstwa (wywodzę się z drużyny „wodnej”, więc zaczynałam pływać na harcerskich jachtach). Moje zaangażowanie harcerstwem 24 godziny na dobę miało nawet ten efekt, że wyleciałam ze szkoły pomaturalnej, bo ważniejsze od nauki było załatwianie spraw obozowych. Na uspawiedliwienie przypomnę, że pewne sprawy, jak np. rezerwacje pociągów, przydziały na jedzenie itp., mogłam załatwić tylko w godzinach pracy urzędów, co oczywiście kolidowało z lekcjami. Niestety, po wizycie taty u dyrektora, zostałam ponownie do znienawidzonej szkoły przyjęta i jakimś cudem ukończyłam ją z całkiem niezłymi wynikami, choć uważam ten etap edukacji za totalną pomyłkę.
 
Ale wracając do czwartkowego ogniska. Bardzo byłam ciekawa, jak wygląda współczesne harcerstwo. Nie przeczę, to już zupełnie co innego, choć dzięki takim ludziom jak Jola vel "Guma", która jak działała w moich czasach, tak działa nadal (i nie tylko ona, spotkałam kilka znajomych mi z "wtedy" osób), wciąż widzę sens tej organizacji. To co mi się podobało, to "znormalnienie" kadr najwyższego szczebla. Poznałam wicenaczelnika ZHP, czyli jakby nie było szychę, a tu okazało się, że to normalny facet, razem z resztą druhowieństwa ganiający po lesie, z poczuciem humoru, zupełne przeciwieństwo druhów-urzędasów z Głównej Kwatery (GK) których ja pamiętam. W tych tzw. moich czasach wizytacja GK oznaczała brzuchatych aparatczyków, zarozumialców i bufonów, po których na dodatek mieliśmy zwykle problemy (za kapliczkę na obozie zamknięto mi negatywnie próbę podharcmistrzowską, za nieprzyjście na pochód grożono nie wydaniem zgody na obóz). Tutaj jeszcze muszę wyjaśnić, że miałam to szczęście, że nie byłam w tzw. czerwonym harcerstwie - działałam w Hufcu Warszawa-Mokotów, w czasach komuny dość "wywrotowym", opartym na tradycjach skautingu przedwojennego.
 
Zlot współorganizowany przez Jolę K. miał charakter kilkudniowego biwaku, ze spaniem w namiotach. Tzw. pionierka czyli robienie pryczy, półek, obozowych bram, schodzi już trochę do lamusa, ale na szczęście wciąż są drużyny (m.in. z naszego mokotowskiego hufca), które wciąż się tym zajmują. No ale równocześnie zupełnie normalne na obozach stały się takie udogodnienia jak prąd czy Internet, rzutniki multimedialne, aparatura nagłośniająca, czyli coś o czym mnie i moim harcerzom się nie śniło. To jednak rozumiem - świat się zmienia i nie ma sensu upieranie się przy nadmiernym konserwatyźmie i staniu w miejscu. Za to nie do końca pasuje mi pomysł organizowanej w lesie dyskoteki. No ale dyskoteka była punktem programu zupełnie innego zlotu - drużynowych i wzbudziła sporo kontrowersji także wśród uczestników.

To co mi dało najwięcej do myślenia, to opowieść, jak to teraz harcerze przyjeżdżają na obóz z komórkami. U kadry - rozumiem, ale w przypadku tych najmłodszych to bicz, który ukręcamy sami na siebie. W każdej byle sprawie, kiedy dajmy na to dziecko nie chce obierać ziemniaków albo dostanie zasłużonego karniaka, momentalnie wykonuje telefon do mamusi, która nakręcona emocjami oczywiście od razu robi kadrze awanturę. Po rozmowach z instruktorami utwierdziłam się w przekonaniu, że wychowujemy sobie w społeczeństwie życiowe kaleki. Rodzicom brakuje czasu dla dzieci, dla rekompensaty za brak uczuć dają im kasę i prezenty, ale jeśli ktoś chce im to dziecko w jakimś stopniu wychować (tym bardziej że większość instruktorów harcerskich to naprawdę dobrzy, oddani sprawie wychowawcy), rodzice robią wszystko, by w tym przeszkodzić. Szczerze mówiąc jak przypomniałam sobie nasze obozy i wędrówki i wszystkie sytuacje, które tam były, doszłam do wniosku że gdyby wtedy były komórki, to co chwila miałabym awantury o znęcanie się nad dziećmi, niedopilnowanie i molestowanie małolatów (niektóre zabawy wymagały np. złapania w pół), a przede wszystkim o  nieodpowiedzialność (np. gdy piątoklasiści szli przenocować w lesie i musieli zbudować sobie szałas, myć się w jeziorze, ugotować jedzenie na ognisku). Na szczęście komórek nie było, rodzice nie robili nam nalotów, bo nam ufali, dzieciakom krzywda się nie działa, a nawet jak czasem dostali w kość, to byli z tego dumni i teraz wspominają to bardzo miło, wdzięczni za dobrą a zarazem pełną wrażeń szkołę życia.

A jak ognisko? Było baaardzo sympatycznie. Tzn. nie chcę oceniać swojego wystąpienia, mówię o całej reszcie, tzn. obozowej atmosferze, ekipie, piosenkach przy wtórze gitary. Co do piosenek to akurat pod tym względem najmniej się zmieniło – większość repertuaru znałam.

Po ognisku zostałam już do rana, dzięki czemu miałam czas na nocne pogaduchy, a rano, zupełnie dobrowolnie, wstałam wcześniej i wraz z koleżankami-instruktorkami poszłam na mszę. Od pewnego czasu nie jestem zbytnio religijna (dlaczego, to długi temat – uwagi mam nie tyle do religii, co do kościoła jako instytucji), ale ta polowa msza przy skromnej kapliczce była akurat takim nabożeństwem, w którym aż chciało się uczestniczyć. Swoją drogą widać kryzys wiary w harcerstwie – na 800 uczestników zlotu, na mszę przyszła z dwudziestka, podczas gdy w „moich czasach”, biegaliśmy do kościoła całą drużyną, przy każdej okazji. Fakt, że wtedy był też inny tego podtekst, bo miało to charakter w dużej mierze polityczny, a w kościelnych murach odbywały się utajnione zbiórki na których można było spotkać się z działaczami "Solidarności", będącymi wtedy dla nas ogromnymi autorytetami (niestety, część z nich już dawno do autoryterów nie należy).

Wracając do Mszy. Odprawiało ją trzech kapelanów- młodych chłopaków (harcerzy), były dwie gitary, po prostu aż chciało się modlić. Potem Jola oprowadziła mnie jeszcze po obozie, opowiadając o programie zlotu. Podoba mi się, że oprócz tradycyjnych zajęć harcerskich (Puszczaństwo, Kurs Pierwszej Pomocy itp.), są też zajęcia przydatne w "cywilnym" życiu, czy prywatnym, czy zawodowym – np. nauka szybkiego czytania, negocjacje, pisanie umów prawnych, wykorzystywanie Internetu. Świetny pomysł, bo kto powiedział, że instruktor harcerski ma kojarzyć się wyłącznie ze specem od terenoznawstwa?
 
W drodze do domu pomyślałam sobie, że trochę żałuję że te harcerskie lata to przeszłość. Inna sprawa, że zawsze mi wpajano, że „raz skautem, całe życie skautem” i rzeczywiście, sporo tego harcerstwa zostało mi w duszy na zawsze. Zresztą obydwu moim Pawłom również – Paweł-mąż (Misiek) co i rusz przegląda harcerskie zdjęcia, Paweł-brat (Brombek) pieczołowicie przechowuje archiwum drużyny, a swojego syna, Szymka, ciągle uczy harcerskich piosenek. Ja odeszłam z harcerstwa przez podziały – w dobie rozdziału na ZHP i ZHR , czyli dwie konkurujące z sobą do tej pory organizacje harcerskie. Po prostu przestała mi się podobać wojna podjazdowa jednych i drugich, to że wcześniejsi kumple z jednej drużyny nagle stawali się wrogami. Ale przy zdrowym rozsądku jakoś można to jednak pogodzić. Przykładem jest choćby Jola, która jest aktywną instruktorką w ZHP, zaś Zuzia, jej nastoletnia córka, działa w ZHR, bo akurat ta organizacja jest w ich miejscu zamieszkania silniejsza. W każdym razie trzymam za  harcerstwo kciuki (nie ważne pod jaką nazwą). Zawsze to jakaś szansa, żeby pokazać dzieciakom, że można inaczej spędzać czas niż przesiadując przed telewiorem czy grając w gry komputerowe, zaszczepić im ideały inne niż bohaterowie ogłupiających filmów i wychować na normalnych, wartościowych ludzi.

ps. Pamiątką po "wyczynach" w parku są siniaki jakie nie wiem skąd mam na rękach i nodze. I tak pewnie niektórzy będą myśleć, że mąż mnie bije   :-)

19 sierpnia
Spotkanie z Anią B.


Dzisiaj wreszcie udało mi się spotkać z Anią Barańską, tą która w tym roku weszła na Everest, i to od strony północnej (tybetańskiej), czyli trudniejszej. Anię mogę uznać za „matkę chrzestną” tego bloga, bo w sumie to ona mnie zainspirowała do pisania tutaj (może właściwie nie tyle ona, bo jej wtedy jeszcze nie znałam, tylko fakt mojego oburzenia, że dziewczyna mimo wielkiego sukcesu nie została zupełnie zauważona przez media).

Niezależnie od tego, że chciałam z Anią pogadać w kontekście mojego przyszłorocznego wchodzenia na Górę Gór tą samą, północną drogą, postanowiłam też coś o niej napisać do Wyborczej i Extremium.

Tak jak się zresztą spodziewałam, Ania okazała się bardzo fajną dziewczyną. Drobna blondynka, która pozornie nie wygląda wcale na taką, co pcha się z plecakiem na duże wysokości. Pytałam się, jak się przygotowywała. No więc wyszło na to, że te moje 5 kilosów dziennie plus ćwiczenia na siłowni jakie robię (tzn. chwilowo nie robię), to pikuś – ona ćwiczyła wprawdzie co drugi dzień, ale w weekendy robiła pętelki po 22 km! Inna sprawa że zaczęła od listopada, czyli trochę do tego czasu nadgonię

Ze sprzętem mnie pocieszyła – maskę tlenową, kombinezon itp. ona pożyczała na miejscu, przez co nie musiała płacić za cargo z Polski (i wydawać kasy na sprzęt, który potem może się już nie przydać). Ja też chyba tak zrobię.

W ogóle dużo ciekawych rzeczy Ania powiedziała. A w ogóle to jak wyjechała na wyprawę, to poza jej partnerem, nikt nie wiedział że zamierza wspinać się na Everest – oficjalna wersja była taka, że chodzi o treking przy Evereście. Nawet kiedy gdzieś tam spotkała się z ekipą Krzyśka Wielickiego, też im nie zdradziła planów. Dobra metoda – jak by się nie udało, to przynajmniej nikt nie wie. No ale Ania była w stanie sfinansować sobie wyprawę sama, a ja nie mam na to szans. Czyli niestety – muszę znaleźć sponsorów, a przez to – ileś ludzi o pomyśle wie.

Ania wchodziła jako jedyna Polka w ramach wyprawy międzynarodowej. Wygląda to tak, że w Nepalu są firmy, które zbierają wszystkich chętnych i w zależności od tego ile zapłacą, zapewniają im to, za co zapłacili. Czyli jak kogoś stać to ma Szerpów, którzy mu noszą bety, gotują etc., a jak ma mniej kasy to tylko gwarantują mu transport bagażu do tzw. bazy ABC, a potem bracie (siostro) – radź sobie sam! Podobnie z tlenem – jak ma się fundusze, to można sobie kupić butli tlenowych tyle, ile nam się podoba, a mając ograniczony budżet na tlenie się oszczędza.

W ekipie Ani było bardzo mieszane towarzystwo – ludzie z Nieiec, Francji, Czech, Chile… Na szczycie stanęła tylko czwórka, w tym Niemiec, który wszedł bez tlenu, ale już nie zszedł. Ponoć chciano mu pomóc, sprowadzić, ale facet zasnął i już się nie obudził. Również Czech (polskiego pochodzenia) został w górach na zawsze – zmarł na atak serca, w obozie na całkiem niskiej wysokości, bo chyba 6400 m. Smutne, no ale co komu pisane...

Na szczęście Ani się udało i chylę przed nią czoła. Na szczyt wniosła skarpetki swojej dwuipół letniej córeczki. Sympatyczne. Mam wrażenie, że to taka na zewnątrz twarda, ambitna dziewczyna (ale nie przeambitna – w rozsądnych granicach, co bardzo cenię), a wewnątrz – bardzo ciepła i wrażliwa. W ogóle się z nią miło rozmawia, bo to po prostu równa "dziewczyna z sąsiedztwa". Lubię takich ludzi i szlag mnie trafia, że właśnie ci skromni, wartościowi ludzie giną w tłumie tych, którzy nie mają takich (albo żadnych) sukcesów, ale umieją zadbać o autopromocję.

A`propos autopromocji. Szukając wczoraj w internecie różnych namiarów, wytropiłam na Wikipedii opisy prezentujące kilka znanych mi osób ze środowiska dziennikarskiego i podróżniczego. Zbaraniałam czytając co niektóre z nich! Szczerze mówiąc mam wrażenie, że część tych laurek na temat "wybitnych" sukcesów została wyklepana na komputerze przez samych zainteresowanych. To chyba jakaś pomyłka! Wikipedia to rodzaj encyklopedii, czyli wypadałoby rzeczywiście zasłużyć, aby się tam znaleźć. Chyba że w obecnych czasach inne są kryteria "zasług" i "wybitności", nad którymi górę wzięły "tupet", "samozadowolenie" i "autopromocja".

13-16 sierpnia 2009 r. - Belfast i okolice


bel-bus.jpgJest niedziela - od trzech dni jestem w Belfaście. Jeśli komuś mylą się Irlandie to wyjaśniam: w północnej części „Zielonej Wyspy” należącej do Wielkiej Brytanii.  Innymi słowy, chodzi o tę część kojarzoną przez długi czas jako „bombową” (IRA, zamachy, snajperzy etc.), no ale to już przeszłość, a to co można powiedzieć o Befaście teraz, to przede wszyskim że to dość rozrywkowe i całkiem nieźle rozwijające się miasto. Mam skalę porównawczą, bo byłam tu 3 lata temu - zresztą napisałam wtedy artykuł, który zainteresowani mogą znaleźć klikając tutaj .

Oczywiście jak to w Irlandii - Polaków zatrzęsienie, choć tu akurat mniej niż w Dublinie, stolicy „południowej” Republiki Irlandii. Co do naszych rodaków, to w każdej knajpie czy pubie, w których byłam, jest jakaś bratnia polska dusza, również w każdym hotelu (mieszkam w SAS Radissonie, gdzie np. na recepcji rządzi Marcin z Gdyni), a z tego co mi mówiono, to Polacy obstawili jeszcze lokalną fabrykę grzybów (tzn. chyba pieczarek?).

bel-parada.jpgPrzyleciałam do Belfastu w sumie służbowo (dziennikarsko) – na zaproszenie Irlandczyków, a konkretnie na Zlot Żaglowców będący metą transatlantyckich regat Tall Ships Atlantic Challenge. Uzbierała się nas całkiem spora grupka dziennikarska -  kilkanaście osób reprezentujących media prasowo-radiowe ze Stanów, Belgii i Irlandii „południowej”. Najgorsze, że razem z Belgami, mało co rozumiemy, co nasz miejscowy przewodnik mówi. Każdy z nas lepiej lub gorzej po angielsku „spika”, no ale zrozumieć irlandzki akcent i slang, przemieszany ze słówkami gaelickimi, wcale łatwo nie jest. Amerykanom łatwiej (choć i oni też się czasem o jakieś słowa dopytują), przy czym na nic zdają się prośby, by gospodarze zwolnili tempo mówienia. A co do różnic w wymowie to np. nasz przewodnik nie powie mając na myśli godzinę 16-tą, że to 16 albo 4 po południu, tylko „sixteen hundred”, czyli „szesnaście setek” (pewnie od zapisu: 16.00).

bel-bounty.jpgCo do żaglowców to szczerze mówiąc w Polsce mamy lepsze zloty żaglowców (choćby tegoroczny, jaki w lipcu odbył się w Gdyni). Nie chodzi tylko o organizację (u nas więcej się dzieje), ale przede wszystkim tutaj pojawiło się mniej jednostek (choć cieszę się, że przynajmniej inne niż te które można spotkać na Bałtyku). Z Polski niestety nic nie przypłynęło, z Rosji też nie (a akurat Rosjanie mają sporą i widowiskową flotę, no i do nich należy „Siedow” – największy żaglowiec świata). Zacumowały za to żaglowce brytyjskie (m.in. „Stavros S Niarchos” czy przystosowany do żeglugi niepełnosprawnych  „Tenacious” ), amerykański „Bounty” (znany z filmów – „Bunt na Bounty” i „Piraci z Karaibów”), portugalski „Sagres”, z Urugwaju „Capitan Miranda”, z Brazylii „Cisne Branco”, z Holandii „Europa”  i „Atlantis”, a do tego trochę „drobnicy” w stylu niemieckiego jachtu „Peter von Danzig”, holenderskiej „Uranii” i „Tecli” czy „Etole” z Francji.

bel-europa.jpgWłaśnie wróciłam z parady – cała flotylla wypłynęła do Amsterdamu, a ja na holowniku oddanym do użytku prasy, trzaskałam foty. Najładniej wypadła „Europa” bo postawili wszystkie żagle i „Bounty” bo choć to współczesna replika, to wywołuje nutkę nostalgii. Tak w ogóle to wczoraj poszłam zobaczyć, jak wygląda „Bounty” w środku, a przy okazji zrobiłam mini-wywiad z Adamem , chłopakiem który jest tam III oficerem. „Bounty” był zbudowany na potrzeby filmów, ale teraz zarządza nim fundacja dzięki której do załogi może trafić każdy kto chce (tzn. raczej prawie każdy, bo doświadczenie żeglarskie nie jest potrzebne, za to trzeba mieć na to sporą kasę – od 150-250 dolców za dzień). Jak przystało na dokładną replikę XVIII-wiecznego żaglowca, wszystko wygląda bardzo staro – na pokładzie są nawet tradycyjne kabestany obracane przy pomocy handszpaków. Nie przeszkadza to jednak wykorzystaniu najnowszej techniki pomocnej w nawigacji – jest więc GPS i odbiorniki prognoz satelitarnych, dwie odsalarnie (maszyny do robienia wody pitnej z zzaburtówki), a i warunki mieszkaniowe są całkiem niezłe czyli pojedyncze kajuty dla oficerów i dwu-trzyosobowe dla zwykłej załogi (na polskich żaglowcach aż tak luksusowo na ogół tak nie ma). Bardzo mi się podobał na „Bounty” kubryk – stoły które mogą być podnoszone na linach, beczułki i oryginalnie podwiązane, pobuchtowane liny. Jednym słowem jest „klimat” dawnego marynarskiego życia.

Fajnie, bo pogoda w końcu się zlitowała i przestało padać – momentami było nawet błękitne niebo, w które w przypadku Irlandii przestałam wierzyć, że istnieje. Oglądanie parady urozmaicał nam dudziarz ubrany jak typowy Szkot, choć ponoć to rodowity Irlandczyk. Co bardziej dociekliwi zastanawiali się, czy pod spódniczką nosi bieliznę (bo prawdziwi Szkoci nie noszą, a jak z Irlandczykami nie byliśmy pewni). Kiedy przy jakimś podmuchu wiatru podwiało mu spódniczkę, wieść gminna rozniosła, że chyba rzeczywiście nic nie ma. Oczywiście nie było chętnych, by zapytać się wprost.

Podzas rejsiku na holowniku poznałam przesympatyczną parę Irlandczyków – Eoin i Edel. Tydzień temu wrócili z wesela polskich znajomych, które było gdzieś tam w jakiejś małej wsi pod Szczecinem. Byli zachwyceni, no bo dwudniowa impreza na której za darmo, do oporu się je i pije, no i tyle się dzieje. Bardzo im się spodobało zwłaszcza nasze „Sto lat” – mimo braku talentów wokalnych musiałam im dla przypomnienia naszą "narodową" pieśń odśpiewać. Bardzo miło nam się gadało – nie wiem czy tacy są przeciętni Irlandczycy, ale jeśli tak, to dadzą się lubić.

bel-giant caseway.jpgOczywiście w ciągu trzech dni pobytu w Belfaście był też czas, by coś zobaczyć. Piątek spędziliśmy wyjazdowo – na całodniowym wypadzie do Grobli Gigantów. Chodzi o wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO miejsce, gdzie nad brzegiem morza jest ok. 40 tys. niesamowitych granitowych bloków. Nazwa wzięła się stąd, że wg legendy było dwóch gigantów – jeden mieszkający w Irlandii, drugi w Szkocji. Ten z Irlandii postanowił wyzwać na pojedynek tego ze Szkocji, zbudował więc przez morze groblę i poszedł do rywala. No ale kiedy zobaczył że tamten jest dużo większy, spanikował, wziął nogi za pas i szybko wrócił do siebie, prosząc żonę, by go ukryła. Zmyślna kobieta nie mając za wiele czasu wpakowała męża do kołyski ubierając go przy tym jak niemowlę. Kiedy gigant ze Szkocji przeszedł groblę i zobaczył kołyskę z ogromnym brzdącem, przeraził się, że skoro w Irlandii tak wyglądają dzieci, to jaki musi być dorosły gigant! Teraz on wziął nogi za pas i uciekł profilaktycznie niszcząc groblę.

bel-mostek.jpgTo był już drugi mój raz przy Grobli Gigantów i drugi raz lało, tak że sesja zdjęciowa nie należała do udanych . Szkoda. No ale warto było pojechać bo zobaczyliśmy też kilka innych ciekawych miejsc, m.in. zawalony zameczek (zamkowa kuchnia runęła do morza po tym jak podmyło klif) i inny zamek, a obecnie hotel, z „pokojem Izabeli” czyli inaczej mówiąc „pokojem duchów”. Owa Izabela to jakaś dawna nieszczęśnica, która urodziła córkę, a że mąż oczekiwał syna, to za karę zamknął ją w wieży, z której wyskoczyła (oczywiscie zabijając się, choć to wcale nie tak wysoko). Teraz po nocy rozlega się jej lament i płacz dziecka.

Żałuję, że nie starczyło czasu na słynną destylarnię Bushmills. Kiedy zapytaliśmy dyrektora lokalnej organizacji turystycznej, co myśli na temat porównania szkockiej i irlandzkiej whisk(e)y (Szkoci piszą be „e”, Irlandczycy z „e”), facet nawet się nie wahał – stwierdził że porównania nie ma, bo irlandzka jest bezkonkurencyjna. Oczywiście pita sama albo z niewielką ilością wody mineralnej (niegazowanej). Mieszanie z lodem czy colą to dla Irlandczyków barbarzyństwo.

bel-ratusz.jpgBelfast też ma się rozumieć zwiedziliśmy. Objechaliśmy centrum, zaliczyliśmy zameczek z mnóstwem sztucznie zrobionych kotów (rzeźbionych, z kwiatów itp.), bo jest legenda, że jak już nie będzie żadnego kota to zamek zniknie, przeszliśmy się też po centrum (opera, ratusz, wielkie diabelskie koło z którego jest chyba ładny widok; „chyba” bo nie było okazji sprawdzić). Jak to w Belfaście, obwieziono nas również po dzielnicach związanych z „Troubles”, czyli okresem walk między katolickimi zwolennikami zjednoczenia Irlandii i probrytyjskimi protestantami. Do tej pory stoi mur który wystawiono dla rozdzielenia zwaśnionych dzielnic, pokazuje się tablice upamiętniające tych co zginęli po każdej ze stron, no a najciekawsze są polityczne malowidła na ścianach domów. W stosunku do tego co widziałam trzy lata temu wiele z tych malowideł się zmieniło, choć wciąż ich treść jest podobna – u katolików widać solidarność z Palestyńczykami, nawoływania do wycofania wojsk z Iraku, u protestantów są m.in. portrety królowej, po obu stronach – wizerunki zabitych w zamachach lub w egzekucjach. Oczywiście nie muszę mówić, że pokazywanie tego wszystkiego to całkiem niezły biznes – wycieczki tego typu są w ofercie miejscowych biur podróży, chyba że ktoś woli skorzystać z usług chętnych do tego taksówkarzy.

bel-w pubie.jpgBelfast jest dumny także ze swoich pubów, tak więc koleją propozycją dla turystów jest wycieczka z przewodnikiem po różnych lokalach. Niektóre pamiętają jeszcze XIX wiek (lokale, nie przewodniczki) i rzeczywiście mają niesamowitą atmosferę. Nam  taka „Pub-tour” wypadła akurat w piątek, tak więc był tłum ludzi i typowo irlandzka atmosferka. W ilu pubach byliśmy i jakich – nie pamiętam, ale wiem już że za typowo irlandzkim „Guinessem” jednak nie przepadam, bo za ciężki. Za to zasmakował mi „Brass”.

bel-titanic1.jpgNo ale nie napisałam jeszcze o "Titanic`u". Właściwie to poza żaglowcami, po to tu przyjechałam (zebrać materiały do artykułu). "Titanic" był w Belfaście zbudowany, tak więc teraz jest tu cała trasa związana z historią statku (i jego bliźniaczych jednostek – „Olympica” i „Bratanica”). Pokazuje się budynek gdzie powstawały plany statków, dok gdzie cumował, pompownię która pompowała wodę do doku. Nie będę się teraz na ten temat rozpisywać, bo mam całą teczkę różnych informacji – jak to uporządkuję, to napiszę jakiś ambitniejszy tekścik.

 

 

 

Już w autobusie do Dublina

 

Ponieważ samolot mam z Dublina (Irlandczycy z północy mówią „DAblin”, ale ci z południa, czyli Dublińczycy podkreślają, że poprawnie jest „DUblin”), muszę z Belfastu dostać się do w sumie innego już kraju. Nie jest to oczywiście żaden problem, bo między Belfastem a lotniskiem w Dublinie kursuje ekspresowy, wygodny autobus za przystępną w sumie cenę 11 euro (2,5-3 godziny jazdy). Po drodze nie ma typowej granicy z posterunkami, zero formalności, różnica polega głównie na tym, że zmieniają się tablice rejestracyjne na samochodach, no i w Irlandii Północnej są brytyjskie flagi (ale też nie za wiele i nie wszędzie) plus trochę brytyjskich symboli takich jak czerwone budki telefoniczne (przynajmniej w Belfaście), a w południowej części brytyjskich symboli się nie uświadczy – wszystko co można jest za to w zielonym kolorze, często jeszcze z  shamrock`iem, czyli trójlistną koniczynką – symbolem Republiki Irlandzkiej. Poza tym w Irlandii Północnej obowiązują funty brytyjskie, a w południowej Republice Irlandzkiej – euro.

Czekając na autobus pogapiłam się trochę na ludzi. Muszę powiedzieć, i to bez żadnej złośliwości, że co jak co, ale Polki w kwestii wyglądu biją Irlandki na głowę. Urody nie chcę oceniać, bo natura nie jest sprawiedliwa, a kryteria piękna też są różne. Chodzi o ubiór. Rozumiem, że różne są trendy mody, może nawet za nimi nie nadążam, ale nie da się ukryć, że dziewczyny irlandzkie albo rzeczywiście podchodzą bezkompleksowo do tego jak wyglądają, albo nie patrzą w lustro. Ja z takimi nogami jak niektóre z nich szpilek i spódniczki mini bym nie założyła, ale tu, proszę, zero samokrytyki. Biust wylewający się ze zbyt obcisłej bluzeczki i pokaźne tłuste fałdy na brzuchu wystające z przykrótkiej koszulki, to też standard. W ogóle widzę tu tendencję do dość wyzywających strojów. Daleko mi do zakonnicy, nie mam nic przeciwko seksownym ubiorom, ale pod warunkiem, że jakoś to wygląda i nie zniechęca do patrzenia. Jedno jest pewne – utwierdzam się w przekonaniu, że większość Polek umie ubrać się z klasą, a poza tym przeciętna Polka jest dużo zgrabniejsza od koleżanki z wysp (choć nie powiem, ładne Irlandki też widziałam).

Co do poczucia estetyki to miałam okazję je dziś mocno wyostrzyć, bo przed wyjazdem zdążyłam zaliczyć pierwszą część kolacji w belfaskim Hotelu Merchant. Nie wiem czy jest najlepszy w mieście, być może, ale jeśli chodzi o elegancką otoczkę w restauracji, to pewnie tak. Wystrój w stylu pałacowym, elegancko ubrani goście, nadskakująca obsługa i ogólny bon ton sprawił, że można się było poczuć niczym VIP-arystokrata. Nie żebym jakoś tego bardzo pragnęła, ale od czasu do czasu miła jest taka dawka luksusu, zwłaszcza po podróżach z plecakiem kiedy jada się w najtańszych knajpkach dla lokalesów i śpi w hotelach z tysiącem pluskiew w jednym łóżku.

A propos pluskiew, przypomniał mi się kawał:
- Poproszę z kierownikiem recepcji!
- Tak. Słucham.
- Panie, znalazłem w swoim łóżku martwą pluskwę. To skandal!
- No cóż, rzeczywiście, proszę pana. Ale skoro martwa, to czemu się denerwować?
- Bo w nocy na jej pogrzeb przyszło dwa tysiące jej krewnych i znajomych!


Ale wracając jeszcze do Belfastu i zakończonego press-tripu. Bardzo sympatycznie pożegnała mnie reszta ekipy (oni zostają do jutra). W sumie jak też ich polubiłam, zwłaszcza Johna z Irlandii „południowej”. Facet mógłby być moim dziadkiem, ale jest jak dobry kumpel, a poza tym ma w sobie coś wyjątkowego, po prostu na kilometr widać, że to dobry człowiek. No i co ważne – mówił tak, że można było go zrozumieć. :-)

Przed wyjazdem zrobiłam też dobry uczynek i pomogłam Kidowi z Belgii odnaleźć jego byłą dziewczynę – Polkę. Dziewczyna przez wiele lat mieszkała w Belgii, na studiach stanowiła z Kidem parę, no ale poznała innego Belga i wyjechała z nim do Chin, więc kontakt z Kidem się urwał. Kid próbował ją nawet odnaleźć, m.in. przez polską ambasadę, ale nie wiedział jak dokładnie pisze się jej nazwisko (rzeczywiście nazwisko było typowo polskie, dość skomplikowane), więc w końcu się poddał.  Mnie akcja poszukiwawcza zajęła 5 minut, czyli tyle co wpisanie nazwiska do wyszukiwarki. Kiedy informacje o dziewczynie wyskoczyły na Facebooku, a potem jeszcze na Naszej Klasie, myślałam że Kid oszaleje z radości i wzruszenia. Mamy pewność, że to ona, bo są jej zdjęcia i wpis, z którego wynika że teraz już mieszka w Polsce. Kid wyraźnie się ucieszył, że nie w Chinach i że może znowu ma szansę. Napisał do niej maila – ciekawe co z tego dalej wyniknie? W każdym razie niesamowicie romantyczna, a zarazem skomplikowana historia – odnaleźć kogoś, kogo się znało z Belgii i kochało (może kocha nadal?), a teraz trafiło na ślad dzięki dziennikarce z Polski spotkanej przypadkowo w Irlandii.

Ok, koniec pisania bo pada mi bateria w laptopie.

6-9 sierpnia 2009 r.  - Anglia (Nottingham-Londyn)
O tym jak się jeździ wyścigowym Lamborghini (i nie tylko), czym się różni whisky od whiskey i jak zostać Robin Hoodem


Ostatnie cztery dni spędziłam w Anglii. Znowu jako pilot wycieczki – tym razem z mocno wyluzowaną i bardzo wesołą ekipą, której wyjazd zafundowała jedna z firm.

anglia  - ja i lambo.jpgGłówny punkt programu wyjazdu stanowił dzień na torze wyścigowym koło Nottingham. Ponieważ nigdy nie zaliczałam się do fanek motoryzacji, czekającymi nas atrakcjami specjalnie się nie ekscytowałam. No  ale jak to w życiu – potwierdziło się, że kobieta zmienną jest, bo z każdą kolejną godziną spędzoną na torze, temat ryczących samochodów coraz bardziej mnie wciągał. Dość powiedzieć, że dzisiaj z rana obeszłam kilka kiosków aby kupić polskie wydanie magazynu „Top Gear”, gdzie opisano większość samochodów, na których mieliśmy okazję poszaleć. Niestety, pisma nie znalazłam, przez co pewnie jutro będę musiała zrobić wyprawę do EMPiKu.

Ale wracając do przygody z samochodami rajdowymi… Zaczęło się od przeszkolenia, tzn. filmu pokazującego zasady obowiązujące na torze i co grozi jak się nie zwolni, tam gdzie każą (trzeba przyznać, że widok skasowanego niemal dokumentnie Ferrari podziałał na wyobraźnię).  Była też mowa o chorągiewkach, z których każda coś symbolizuje, a którymi w razie czego obsługa by machała (np. żółta – trzeba uważać, czerwona – wstrzymanie jazd, czyli nakaz zjechania z toru, czarna – coś nie tak z naszym autkiem). Wreszcie, podzieleni na drużyny, zaczęliśmy jeździć. Część z nas poszła na bok na jazdę po żwirze, reszta została na torze. Po lunchu miała być zmiana.

Szczerze mówiąc miałam duży problem , na który z samochodów dostępnych na torze mam się zdecydować (z tych rajdowych mogłam przetestować tylko jeden). Do wyboru były: Audi R8, Lamborghini Gallardo, znany z „Bonda” Aston Martin DB 9, Ferrari F430, Nissan GTR i śmieszny,w stylu retro Caterham. Koledzy najbardziej chwalili Nissana, ja jednak wahałam się między Ferrari (no bo ładny, czerwony, a zawsze takie autka mi się podobały) i Lamborghini (ten dla odmiany był zielony). Wygrał "Lambo", i to nawet wcale nie dlatego że zielony  :-), ani że najdroższy (za 3 okrążenia ludzie płacą 95 funtów, czyli jakieś 456 zł).

angla-ferrari.jpgSzczerze mówiąc stresowałam się trochę jak sobie poradzę, no bo nigdy nie jeździłam z takimi prędkościami, a tu na dodatek kierownica z prawej strony, no i z biegami też zupełnie inaczej. Okazało się, że jednak nie jest tak źle, bo co do biegów to w Laborghini operuje się tylko „skrzydełkami” przy kierownicy (jak chce się obniżyć bieg to jest klawisz z lewej strony, jak podwyższyć to z prawej), no i co ważne – nie używa się pedału sprzęgła, czyli lewą nogą nic się nie robi. Oczywiście jeździliśmy z instruktorami, tak więc kiedy trzeba było, facet podpowiadał, na jaki bieg wejść i jak jechać, tzn. gdzie ścinać zakręty i której strony toru się trzymać.

Jaką szybkością jechałam, nie wiem, bo bałam się spojrzeć na prędkościomierz, aby nie wypaść z toru. Podejrzewam, że biorąc pod uwagę panów z mojej grupy, w konkurencji na najwolniejszą jazdę, zdobyłabym pierwsze miejsce, no ale tragicznie też nie było, bo w końcu ja również chciałam zobaczyć jak to jest, gdy się w takiej machinie wciśnie gaz niemal do dechy. Poza tym niezależnie od wszystkiego musiałam jechać na tyle szybko, aby potem  nie wysłuchiwać, że kogoś przyblokowałam. W każdym razie nawet jeśli pierwsze okrążenie wyszło trochę ofermowato, przy drugim już dociskałam, a przy trzecim upajałam się rykiem silnika. Jak to w takich sytuacjach bywa, właśnie się rozkręciłam, kiedy trzeba było kończyć.

anglia-radical.jpgJak wygląda prawdziwa jazda rajdowa, mieliśmy okazję przekonać się podczas jazdy Radicalem – autentycznie rajdową konstrukcją prowadzoną przez prawdziwego kierowcę rajdowego. To dopiero był szał! Tu już mogłam patrzeć na szybkościomierz – mimo zakrętów wskazywał 112 mil czyli 180 km/h. Wydaje się niby nie dużo, ale adrenalina skakała, bo wrażenie z jazdy czymś takim, na dodatku tak nisko zawieszonym i niemal o centymetry mijającym słupki, było rzeczywiście niesamowite.

Druga część samochodowych zabaw, czyli jazda po żużlu, też była fajna. Na dobry początek mieliśmy zabawę w tzw. Mini Moke – trzeba było pokonać slalom, ale żeby nie było za łatwo, każdy kto siadał na miejscu kierowcy miał zasłaniane oczy. Reszta ekipy mówiła oczywiście jak jechać, choć mnie uczynni koledzy postanowili "wkręcić", że przywaliłam w śmietnik (prawie im się udało). Potem było rajdowe jeżdżenie, już z pełną szybkością, na Subaru WRX, VW Polo, Fordzie Fokusie RS oraz Mitsubishi Lancer Evolution V (dokładnie w takim samym, w jakim mniej więcej 10 lat temu jeździł fiński team: Makinen i Mannisenmaki). Tu na szczęśćie mogłam pojeździć wszystkimi autkami. Mogę być z siebie dumna, bo tylko raz wypadłam z toru i skasowałam tylko jeden pachołek. Główną trudność stanowiło różne  ustawienie kierownicy i różne systemy operowania biegami, ale nie jest to wcale takie trudne, jak wcześniej myślałam.

anglia-gokarty.jpgNa zakończenie motoryzacyjnego dnia, pojechaliśmy jeszcze na tor gokartowy. Rezultat? Jeden chłopak z uszkodzoną nogą, co skończyło się koniecznością sprawdzenia miejscowej służby zdrowia. Teraz już wiem, że z pomocą medyczną, przynajmniej tą podstawową, Wielka Brytania wcale Polski nie przewyższa. Sami rodowici Anglicy twierdzili, że na pewno kilka godzin do lekarza postoimy i rzeczywiście tak się zanosiło. Po godzinie mieliśmy już dosyć tego czekania – skończyło się jedynie na wizycie w aptece i kupnie tabletek przeciwbólowych, z postanowieniem że jak nie będzie poprawy, to pójdziemy do lekarza w Londynie (w Londynie pechowy kolega uznał, że jakoś do Polski wytrzyma). A co do wypadków, to ja, jeszcze na torze, też zaliczyłam pomoc medyczną. No więc z rozmachem, waląc z całej siły, zatrzasnęłam drzwi do Ferrari, zapominając, że w drzwiach został mój palec! Drzwi o dziwo się zamknęły (mimo palca), a ja zwijając się z bólu stałam gapiąc się na nie, pewna że jak już ktoś je otworzy (ja nie miałam jak) to palec będę miała w dwóch częściach. Okazało się, że jakimś cudem paluch wszedł w uszczelkę, ale facet z obsługi toru jak to zobaczył, od razu wezwał karetkę. Bogu dzięki skończyło się tylko na bólu i ranie – sama się zdziwiłam jak to się stało, że nawet nie złamałam tego palca.

anglia-robin.jpgPrzedpołudnie kolejnego dnia spędziliśmy w słynnym Lesie Sherwood. Jeśli ktoś nie wie, dlaczego słynnym, to przypominam historię Robin Hooda – dzielny rozbójnik w rajtuzach według legendy właśnie w Sherwood Forest miał swoją bazę. Teraz na początku sierpnia odbywa się tam festiwal Robin Hooda. Jak się można domyślać, impreza jest głównie rodzinna, a każdy kto może (wcale nie tylko dzieci) zakłada sobie charakterystyczną zieloną czapeczkę udając że jest sklonowanym Robinem. Oczywiście sporo się dzieje - są pokazy walk średniowiecznym orężem, koncerty dawnej muzyki, poprzebierani aktorzy opowiadają różne historyjki. A tak na marginesie to wcale nie jest pewne, czy Robin Hood rzeczywiście istniał, czy też jego książkowa postać nie jest zlepkiem opowieści o kilku różnych bohaterach.

W każdym razie imprezą na pewno nie dla dzieci była wieczorna degustacja whisky. Przy okazji wyjaśnienie dla tych którzy nie wiedzą, czym się różni „woda życia”  w wersji szkockiej od ostro z nią konkurującej irlandzkiej. No więc irlandzka (a także amerykańska) jest destylowana dwukrotnie, a szkocka (i kanadyjska)  – dwukrotnie. Poza tym irlandzką opisuje się jako „whiskey”, a szkocką - „whisky”. Za to każda, niezależnie od nazwy, musi przeleżakować w beczkach minimum 3 lata.

Degustacja była bardzo fachowa, bo prowadzący ją pan Martin to prawdziwy spec od whisk(e)y. Z 6 buteleczek, które przyniósł ze sobą na pierwszy rzut poszła znana dobrze ze sklepów wolnocłowych 12-letnia Chivas Regal, czyli whisky mieszana (blended) na zasadzie miksów trunków z różnych destylarni. Potem dla odmiany były już tylko produkty z regionalnych, szkockich destylarni, w większości w wersji whisky słodowej (tzw. anglia-whisky.jpgsingle malt) i jedna zbożowa (single grain). Jak się można było spodziewać, Martin udowodnił, że gusty i nawyki Wyspiarzy różnią się mocno od naszych. To że podaje się whisky w kieliszkach w kształcie kwiatu tulipana, a nie w żadnych szklankach, to drobiazg, ale często nie zdajemy sobie sprawy, że za barbarzyństwo uznaje się mieszaanie dobrej whisky z colą czy dodawanie do niej lodu. Jedyne co jest wśród koneserów dozwolone, a ze względu na moc alkoholu wręcz wskazane, to wlanie trochę niegazowanej wody mineralnej. Co do oceny smaku to butelka (a raczej jej zawartość), którą Martin się zachwycał najbardziej (24-letnia Caol Ila Single Malt) nam w ogóle nie smakowała – ktoś z grupy porównał ją trafnie do perfum. Co ciekawe, to właśnie była najdroższa butelka – jej cena sklepowa wynosi 57,70 funta, podczas gdy cena Chivas Regal to jedynie 25,45 funta. Nam najbjbardziej smakowała Glenrothes Select Reserve za niecałe 30 funciaków za 0,70 l, ale Martin daleki był od zachwytów pod jej adresem. Co do mnie to za whisk(e)y akurat nie przepadam. Wolę dobre wino.

anglia-londyn.jpgEfekty degustacji plus nocna wyprawa do słynącego z nocnych rozrywek Soho (dzielnica Londynu) sprawiły, że na niedzielne, przedpołudniowe zwiedzanie Londynu wybraliśmy się w mocno okrojonym składzie. W ciągu czterech godzin zrobiliśmy całkiem niezły spacer – zaczęliśmy od kolumny Nelsona na Trafalgar Square i stamtąd do Parlamentu i wieży z Big Benem (słynny dzwon akurat przy nas raczył wybijać godzinę). Po drodze zaliczyliśmy jeszcze most z widokiem na tzw. London Eye, czyli ogromne diabelskie koło którym warto przejechać się dla panoramy miasta (my nie mieliśmy czasu), potem krótka wizyta w Opactwie Westminsterskim (kościół koronacyjny wielu monarchów, także miejsce pochówku znanych Brytyjczyków), dalej zmiana warty pod Pałacem Buckingham i powrót przez Hyde Park do hotelu. Po drodze mieliśmy oczywiście sporo ciekawych obrazków. Policjantki na koniach stojące między samochodami na światłach, oryginalne ubiory (chyba dobrze, że nie zawsze zagraniczna moda przyjmuje się w Polsce – co innego oryginalność, a co innego brak gustu i samokrytyki co do swojej figury), byli też bezdomni śpiący na kartonach tuż obok eleganckich restauracji i rozstawione na ulicach namioty uczestników pikiety przeciwko zachodnim wojskom w Iraku. Jak to w wielkim mieście – ciągle coś się dzieje!

2 sierpnia, niedziela
Szalony Downhill


w-kolarz.jpg Dzień upłynął nam pod znakiem zawodów w rowerowym downhillu. To znaczy my nie startowaliśmy, tylko obserwowaliśmy,bo będę musiała coś o tej imprezie napisać.

Jedno jest pewne - to sport dla prawdziwych szaleńców, bo w końcu normalny człowiek nie zjeżdża na pełnej szybkości z wielkiej góry, po torze urozmaicanym skoczniami, a potem przez las stromą ścieżką po kamieniach i wystających korzeniach. Oczywiście są do tego specjalne rowery, takie na których można właściwie tylko zjeżdżać, bo do wjazdów nie za bardzo się nadają. Takie cacko (mowa o rowerze) to zresztą dość droga zabawka – przeciętnie trzeba liczyć około 10 tys. zł plus jeszcze kilka stów na obowiązkowe ochraniacze, kask etc. Zapytałam dzisiaj takich nastoletnich zawodników, skąd mają na to kasę. Odpowiedz była prosta: -Albo trzeba mieć sponsora, albo dzianych starych.

w-rower w niebie.jpg Nawet nie przypuszczałam, że ten downhill nas tak wciągnie. Ganialiśmy z aparatami robiąc zawodnikom zdjęcia z góry (z wyciągu) i z dołu (kładąc się pod skoczniami), razem z nimi przeżywaliśmy każdą „glebę” czy przebitą dętkę, kibicowaliśmy tym, którzy stali się naszymi ulubieńcami. Niestety, chłopak z którym robiłam wywiad (aktualny Mistrz Polski – Maciek Jodko) jednak nie wygrał – był drugi. Za to wśród dziewczyn wygrała „Sojeczka”, czyli Ania Sojka, dziewczyna z Wisły, którą przypadkowo zagadałam i która okazała się bardzo miłą osóbką, więc jak widać skutecznie trzymałam za nią kciuki. Wielu zawodników nie dojechało do mety, ze względu na problemy techniczne. Np. Aga, którą spotkałam jak prowadziła rower. –Snake… - powiedzieli mi szeptem zorientowani w sprawie kibice. „Snake” to po angielsku wąż, a że pełzającej zwierzyny w tutejszych lasach jest sporo (wiem, bo widziałam dzisiaj dwa rozjechane zaskrońce), więc przez moment pomyślałam że biedne dziewczę pewnie się przestraszyło i wypadło z trasy. Tymczasem okazało się że „snake” to  „złapanie gumy”.

Co jak co, ale w tym środowisku jest mnóstwo slangu. I przekleństw. Czasem aż uszy puchły. Pewnie wyszłam na czepliwą babę, ale w pewnym momencie nie wytrzymałam i zwróciłam uwagę grupie małolatów, dla których wszystko było „jeb…”, „wyjeb…” oraz „przejeb…”. Wyszłam na zrzędliwą jędzę, bo powiedziałam im, że język polski ma też inne określenia, ale o dziwo, okazało się, że chłopcy inne, bardziej kulturalne słowa jednak również znają.
 
w-skok.jpg No ale wracam do zjazdów. Rzeczywiście robiło to wrażenie. Czatowaliśmy na ujęcia typu rowerzysta w locie i nawet trochę dobrych zdjęć nam wyszło. Przy okazji byliśmy z Pawłem świadkami jednego wypadku – koleś zwichnął sobie obojczyk. To i tak nic przy „Siarze”, chłopaku który tym razem na zawody przyjechał w ramach obsługi sklepiku z częściami. Dwa miesiące temu „Siara” był w Wierchomli jako zawodnik. Miał wypadek, i to bardzo poważny. Wersja Siary jest, że tylko troszeczkę się poharatał. –Nie było tak źle. Mam tylko (!) pękniętą nerkę,  przebite płuco i kilka innych obrażeń. Już nie długo wrócę do jazdy – mówi, wyraźnie nie mogąc się tego doczekać.

Najdłużej udało mi się pogadać ze wspomnianym Maćkiem Jodko, jednym z niewielu zawodników, których można nazwać w tym sporcie prawdziwymi profesjonalistami. Bardzo sensowny koleś – poukładany, rozsądny, niezwykle poważnie traktujący to co robi. Narzekał na sędziów i Polski Związek Kolarski, który oskarża o niekompetencje i zupełny brak opieki nad zawodnikami. Maciek nie kryje, że downhill to dla niego tylko hobby, uzupełnienie do snowboardu, a dokładniej boarder crossu w którym ma startować na przyszłorocznej olimpiadzie zimowej w Vancouver.

w-cerkiew i.jpg Zawody skończyły się dość późno, około 18-tej, ale że dzień póki co jest jeszcze długi, pojechaliśmy więc zobaczyć cerkiewkę w Wierchomli-wiosce. Podobnie jak te które widzieliśmy wczoraj, ta również służy teraz jako kościół katolicki, ale ikonostas w jej wnętrzu na szczęście zachowane. Co ciekawe - na poddaszu cerkeiwki żyją chronione nietoperze.

Potem jeszcze, za radą Rysia K., poszliśmy na spacer w las zobaczyć ciekawą kapliczkę w formie słupa, a przy okazji zaliczyliśmy źródełko miejscowej mineralki. Smakuje lepiej niż pachnie (tzn. śmierdzi), ale jeśli ktoś chce mieć wrażenie że pije ugotowane na twardo jaja, to polecam. W każdym razie siarką jedzie strasznie.

Oj, szkoda stąd wyjeżdżać! Jutro z rana, bladym świtem o 4.30 wracamy do Warszawy.

1 sierpnia, sobota
Dzień "górski"


Dziś 1 sierpnia - rocznica Powstania Warszawskiego! Gdybym była w Warszawie, pewnie poszłabym na Powązki albo do Muzeum Powstania. Razem z bratem przywiązujemy duże znaczenie do takich rocznic - to efekt naszej harcerskiej przeszłości, tym bardziej że byliśmy w Hufcu im. Szarych Szeregów. Szczerze mówiąc bulwersuje mnie jak młode pokolenie warszawiaków nie kojarzy, co to za data: 1 sierpnia.

No dobra, ale jestem na drugim końcu Polski, więc o tym co tutaj.
Fajny dzień mieliśmy! Poszliśmy wraz z Ryśkiem i Pawłem w góry, co skończyło się tym, że Paweł leży teraz prawie nieżywy na łóżku i mówił, że „czuje się jak zajeżdżony koń”. Ale tak naprawdę bardzo mu się podobało, choć ze względu na problemy z kolanami nie kryje, że fanem chodzenia po górach nie jest.

w -widok.jpg Swoją drogą zrobiliśmy rzeczywiście kawałek drogi. Najpierw poszliśmy na łatwiznę, to znaczy wjechaliśmy wyciągiem krzesełkowym na zbocza góry Pusta Wielka (na marginesie to są to w naszym kraju najdłuższe, bo mające 1600 m krzesełka czteroosobowe). Wyciągi są tu ważne, bo w końcu Wierchomla słynie przede wszystkim jako nowoczesna stacja narciarska (7 wyciągów wychodzących z dwóch dolin i łączących się na grzbiecie, obsługujących 15 km nartostrad).

Pierwszy przystanek zrobiliśmy sobie przy kapliczce, w której jest figurka z małym Jezusem, o tyle ciekawa, że Jezus ma na głowie kapelusz góralski. Ze względu na jelenia z krzyżem mówi się, że to kapliczka św. Huberta, patrona myśliwych, ale Rysiek sprostował że przewodnicy miejscowi twierdzą, że raczej św. Wigelanda – patrona pasterzy. Pasterzy jeszcze do niedawna bylo tu widać, ale baca wypasający największe stado, około 400 sztuk, zmarł w ubiegłym roku, a jego żona nie chce się już tym biznesem zajmować. Została jedynie widoczna spod kapliczki bacówka z innym bacą, ale ten ma już stadko o połowę mniejsze.

w-cerkiew ii.jpg Jak już napatrzyliśmy się na widoki (ładna panorama m.in. z pasmem Radziejowej i głównym grzbietem pasma Jaworzyny), zeszliśmy po części stokiem narciarskim na drugą stronę góry, do wioski Szczawnik. Głównym powodem aby tam zajrzeć była cerkiewka, dawniej greko-katolicka, obecnie służąca katolikom. Na szczęście utrzymano tradycyjny wystrój wnętrza, czyli jest i typowy dla cerkwi ikonostas i obrazy ścienne opisane cyrylicą. Niedaleko jest zresztą druga cerkiew, należąca już do osady Złockie. Tam również jest ładny ikonostas, chociaż największe wrażenie zrobiły na mnie stare łemkowskie groby na przykościelnym cmentarzu. Niektóre z nich są jeszcze sprzed I wojny światowej; zdobią je charakterystyczne grekokatolickie krzyże.

Potem była wędrówka pod górę. Kawał drogi, w sumie przyjemnej, choć momentami stromej. „Zdobycie” Jaworzyny (1114 m) uczciliśmy pójściem do knajpy na naleśniki. Teoretycznie miały być z jagodami, w praktyce okazały się z dżemem jagodowo-wiśniowym.

w-jaworzyna.jpgNa Jaworzynie oczywiście tłum ludzi. Piszę „oczywiście”, bo od strony Krynicy Górskiej dochodzi tam kolejka linowa, a dokładniej czerwone gondolki z których co chwila wysypują się kolejni „turyści” w sandałkach i z pieskami pod pachą.

Po naleśnikach poszliśmy łatwym już szlakiem w kierunku Wierchomli, po drodze robiąc jeszcze postój w krzakach jagodowych. Tutaj wszystko dojrzewa później niż w okolicach Warszawy, tak więc po moich wcześniejszych narzekaniach, że  znowu nie zdążyłam na sezon jagodowy w mazowieckich lasach, tutaj przypomniałam sobie jak smakują jagody (tutaj mówi się: borówki) prosto z krzaka. W każdym razie jagody były pyszne – polecam, chyba że ktoś woli jeżyny – te dojrzeją pewnie za jakieś 3 tygodnie.

w-wierchomla.jpg Kolejną przerwę zrobiliśmy w Bacówce nad Wierchomlą. Śliczna miejscówka, bo sama bacówka, służąca jako schronisko, jest „klimatyczna”, a poza tym jest z niej ładny widoczek. Swoją drogą cenowo też jest tu bardzo ok – wszystko prawie o połowę taniej niż na Jaworzynie, włącznie z naleśnikami i toaletą. Dla zainteresowanych: spanie w schronisku - 25 zł, można też postawić namiot (6 zł + 10 od osoby).

Wycieczkę zakończyliśmy o 18 tej, czyli po 9 godzinach chodzenia (bo wyruszyliśmy o 9). Szczęśliwe zamknięcie pętli uczciliśmy w pizzerii przy wyciągu – pizza pizzą (pyszna!), ale jaki sosik czosnkowy do niej dali!

A w ogóle to Wierchomla żyje przygotowaniami do jutrzejszych zawodów w rowerowym downhillu czyli zjeździe po trudnej, terenowej trasie. To Puchar Polski, więc konkurencja jest poważna. Wszędzie widać chłopców (dziewczynę widzieliśmy tylko jedną) z niesamowitymi rowerami na potężnych oponach, ubranych w kosmicznie wyglądające kaski i tzw. zbroje, czyli zestaw ochraniaczy. Zaraz muszę się zabrać za doszkalanie w tej dziedzinie, bo mam o tych zawodach coś napisać, a póki co jestem zupełnie w temacie zielona.

31 lipca, piątek
Via Pacanów do Wierchomli


Żeby nie było, że podróżuję wyłącznie tam gdzie daleko i egzotycznie, postanowiliśmy spędzić ten weekend  w Wierchomli, w Beskidzie Sądeckim.

Właściwie to już tu jesteśmy – z okna mam widok na dolinę potoku Wierchomianka i zalesione góry. Od dawna chciałam tu przyjechać, bo dużo słyszałam o tym miejscu, ale ciągle coś się nie składało. Główną przeszkodą był brak czasu, a trzeba przyznać że dojazd z Warszawy jest tu jednak czasochłonny. Wyjechaliśmy z Pawłem o 6-ej rano, ale że wiadomo jak się jeździ po polskich drogach, to podróż zajęła nam bite 7 godzin. Tyle w przeliczeniu czystej jazdy, bo de facto wyszło więcej, jako że zrobiliśmy sobie jeszcze po drodze przerwę w Pacanowie. Wychowani na lekturze „Koziołka Matołka”, chcieliśmy zobaczyć to zapamiętane z dzieciństwa słynne miejsce, gdzie niby kozy kują. Przy okazji z dużą satysfakcją stwierdziliśmy, że skoro tyle dzieciaków przyjeżdża do Pacanowa, znaczy, że obecne pokolenie dzieciaków również kojarzy bajki Kornela Makuszyńskiego.

w-pacanow.jpg W sumie to Pacanów jest miasteczkiem jakich w Polsce mamy tysiące, z rynkiem otoczonym domami, takimi jak wszędzie. Ale jednak jest tu jakoś fajnie i bajkowo. Z tym "bajkowo" to dosłownie, bo wizerunki Koziołka Matołka są na każdym kroku. Sympatyczny Koziołek, zazwyczaj namalowany, zaprasza do sklepu, z kuflem piwa w garści – do baru, jest przy emblemacie poczty, na przystanku autobusowym, a przy rynku ma nawet pomnik i z drugiej strony – wizerunek z kwiatów. Nawet knajpa nazuwa się „Koziołek”, a jeden z narożnych sklepów – „Na kozim rogu”. Oczywiście wszędzie można kupić Koziołka Matołka w formie maskotki – obserwując rodziny, które równocześnie z nami przyjechały do Pacanowa, nie ma chyba dziecka, które by nie wyjechało z tego typu pamiątką.

Przy okazji odwiedziliśmy jeszcze działające w Pacanowie Europejskie Centrum Bajek. Nazwa szumna, choć póki co jeszcze niewiele w nim jest (warto jednak tam zajrzeć, ze względu na dobrze zaopatrzoną w różne przydatne broszury informację turystyczną). Wszystko jednak wskazuje na to, że już nie długo w dużo się tu zmieni – na lepsze oczywiście. Tak przynamniej wynikało z opowieści sympatycznej i bardzo starającej się dziewczyny, która zapewniała, że już wkrótce przyjazd z dziećmi do Pacanowa nie będzie ograniczał się tylko do kilku zdjęć na rynku, ale trzeba będzie jeszcze doliczyć kilka godzin na owe Centrum Bajek, które tworzone w nowym budynku będzie bardzo nowoczesne i ciekawe.

Muszę powiedzieć, że bardzo mi Pacanów zaimponował. Dzięki garstce pasjonatów miasto żyje, znalazło formułę na to, by wybić się z tłumu. I całkiem fajnie to wychodzi! W ogóle uważam że szansą Polski są pełni pomysłów, zaangażowani w różne idee ludzie. No i zawsze podkreślam, że Polska to bardzo ciekawy i piękny krajobrazowo kraj.

w-zamek w rytrze.jpg Następny przystanek zrobiliśmy sobie już w Rytrze, kilkanaście kilometrów przed celem naszej podróży. Wdrapaliśmy się nawet na wzgórze z ruinami zamku, przy których niestety nawet nie ma żadnej tablicy informacyjnej co to za obiekt, z którego wieku, nie mówiąc o tym, że drogę dojścia też można byłoby lepiej oznakować. Ruiny są obecnie w „budowie” , ale ekipa murująca (na szczęście robi to tak, że mury wyglądają jak zrobione w średniowieczu) nie przeszkadza w oglądaniu widoków na płynący w dole Poprad.

Zatrzymaliśmy się też w Piwnicznej. Z zawodowego obowiązku chciałam zobaczyć miejscowe muzeum, ale okazuje się, że jest czynne tylko w niektóre dni od 10 do 12, a my byliśmy później. Widać nikomu nie zależy, aby ktoś to zwiedzał. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – zaoszczędzoną na biletach kasę, wydaliśmy na oscypki, a raczej „średniaki” bo tak się tu mówi o owczych serkach, z racji tego, żę nazwa oscypek jest zastrzeżona.

A co do Wierchomli… Zwiedzanie okolicy zaczynamy od jutra, ale póki co spotkałam wieki nie widzianego znajomego. Chodzi o Rysia Kosterkiewicza, który od kilku lat pracuje w hotelu „Wierchomla”, choć w ogóle to jest z Przemyśla, a poznaliśmy się chyba w 1996 roku, kiedy robiłam z nim wywiad (był wówczas jednym z laureatów ministerialnej nagrody „Przebiśnieg” przyznawanej za nietypowe pomysły w branży turystycznej). Przy okazji takich nieoczekiwanych spotkań utwierdzam się w przekonaniu, że świat jest mały!

30 lipca, czwartek
Praca, praca, praca


Nic szczególnego się nie wydarzyło. Od dwóch dni praktycznie nie odchodzę od komputera – od 9 rano do 3-4 w nocy finiszuję z książką. Zrobiłam sobie jedynie przerwę na fitnesik, gdzie przy okazji wywołałam trochę konsternacji. No więc kolega-instruktor postanowił pokazać mi jakieś ćwiczenie, złapał mnie więc za nogi, a widząc że mam tam trochę krost, stwierdził, że chyba mam na coś alergię. Ja mu na to najspokojniej w świecie, że to nie żadna alergia, tylko pchły. Chłopak ćwiczący ze sztangą z wrażenia prawie jej na siebie nie spuścił! Po chwili jednak wyjaśniłam, że nie mam tych pcheł zawsze, tylko to pamiątką po wizycie w pałacu królewskim w Ugandzie (o czym więcej w przedostatnim dniu mojego afrykańskiego bloga).

29 lipca
Powrót do warszawskiej rzeczywistości


Wróciłam z Afryki dwa dni temu, a mimo to nie mogę dopasować się do tutejszej codzienności. W sumie to jednak lubię powroty. Doceniam własne łóżko, normalne jedzenie, wszystko wydaje mi się takie uporządkowane i cywilizowane (nawet jeśli większość z Polaków tak nie myśli).

To była ciężka trasa, najtrudniejszy wyjazd jaki miałam okazję prowadzić, tak więc teraz dochodzę do siebie i robię przede wszystkim psychiczny detoks. Inna sprawa, że przeraża mnie nawał rozmaitych spraw, głównie zawodowych. W skrzynce mailowej mam 692 nieprzeczytane maile (tak mało bo na wyjeździe kilka razy do skrzynki zajrzałam), a połowa z nich wymaga szybkich decyzji. W Afryce nie było pojęcia "szybko". Tam się nikt nie spieszy, będzie to będzie, bo przecież nie ma sprawy, która nie mogłaby poczekać do jutra.

Póki co zaczynam doprowadzać się do porządku. Na dobry początek ubrałam się w sukienkę i sandałki (na wyjazdach chodzę w wersji "podróżniczej" więc teraz totalna odmiana) i zaraz idę do fryzjera. Potem w planie fitnessik - zobaczymy jak ciągłe jeżdżenie autobusami wpłynęło na moją formę.

14 - 26 lipca 
Wyprawa do Afryki na trasie Burundi - Rwanda - Uganda, plus kawałek Konga


Kogo interesują moje afrykańskie przeżycia i informacje z wymienionych krajów, odsyłam na "bloga afrykańskiego", który można znaleźć klikając tutaj .
 

13 lipca
Tuż przed wylotem do Afryki


Dziś są moje urodziny. Nie będę mówić które, bo nie za bardzo to do mnie dociera. Spytałam się wczoraj Pawła, czy teraz już nie będzie wypadało mi wylizywać talerzy po mojej ulubionej sałatce – na szczęście mój mąż utwierdził mnie w przekonaniu że jak najbardziej (wypada!).

A co do Pawła… Wczoraj zadzwonił do mnie Łukasz K. z pytaniem czy wszystko u mnie w porządku. Okazało się, że w ostatniej Wyborczej, wśród nekrologów jest i taki, w którym ktoś składa kondolencje Monice, w związku ze śmiercią męża Pawła Witkowskiego. Słysząc to najpierw zaniemówiłam, a potem, no cóż - śmieliśmy się z Łukaszem (a potem z Pawłem) z tej tragikomicznej zbieżności danych. Współczuję oczywiście tym, których to rzeczywiście dotyczy, ale dla mojego Pawła to zapewne znak, że będzie długo i szczęśliwie żył.

Dawno nic nie pisałam, bo: 1) były pewne problemy techniczne z wejściem na serwer strony;   2) miałam istne urwanie głowy, związane z nawałem spraw, jakie musiałam załatwić przed wyjazdem do Afryki. Teraz jest 5 rano – kolejna nocka nieprzespana (przepracowana), ale za to udało mi się wreszcie wysłać do wydawnictwa drugą część pisanej obecnie książki (poradnik globtroterski który, ma ukazać się jakoś w październiku).

Za 12 godzin będę już lecieć. Cieszę się z tego wyjazdu, choć to w sumie wyjazd do pracy (w charakterze pilota grupy). Właśnie skończyłam drukować ściągi jakie sobie w ciągu ostatniego miesiąca przygotowałam o historii środkowej Afryki, ludobójstwie w Rwandzie (koszmarna sprawa!), tamtejszych plemionach, gorylach, szympansach, etc. Na same książki i mapy wydałam 400 zł (tylko tyle, bo sporo materiałów już w swojej biblioteczce miałam).

Na początek lecimy do Burundi (via Nairobi), a dokładniej do stolicy tego kraju o wdzięcznej nazwie Bujumbura. Potem będziemy się kręcić po Rwandzie i Ugandzie, w dużej mierze spędzając czas na obserwowaniu zwierzaków (goryle, szympansy etc.). Żałuję trochę, że nie udało mi się zrealizować swoich planów zostania potem w Afyce jeszcze na pewien czas i pojeżdżenia na własną ręką oraz popracowania w charakterze wolontariuszki w którymś z ośrodków pomocy tamtejszej ludności. Niestety, nie udało się zmienić biletów lotniczych wystawionych na grupę. Zakładam jednak, że jeszcze tam wrócę. Póki co namierzyłam kilka placówek misyjnych, w tym sierociniec dla ugandyjskich dzieciaków porzuconych na ulicy (w samej Ugandzie jest ponad milion osieroconych dzieci!). Wiozę im całe wielkie pudło różnych rzeczy, które wyszperałam ze swoich zasobów albo podostawałam od różnych ludzi z dobrym sercem. Tu od razu wielkie dzięki dla Artura – kolegi-dyrektora z Gerlinga, który przekazał od swojej firmy długopisy i balony – dzieciaki na pewno się ucieszą! Dzięki też Agnieszce P. z KLM, która postarała się o to, bym mogła te wszystkie rzeczy zabrać bez płacenia za nadbagaż. Z drugiej jednak strony jestem trochę zaskoczona, że choć tylu osobom mówiłam o tym, że zbieram zabawki czy ubrania z których w Afryce bardzo się ucieszą, tak mało osób coś rzeczywiście oddało, choć tyle deklarowało.

Być może uda mi się opisywać afrykańskie przygody na blogu. Nie jestem pewna jak będzie z dostępem do Internetu, ale znając inne kraje afrykańskie, przynajmniej w większych miastach nie powinno być problemu. Czyli zakładam że następny wpis – już z Burundi?.

5 lipca
Obiad jako okazja do przemyśleń


Zamiast na siłowni dzisiaj wyżywałam się w kuchni. To z okazji rodzinnego obiadu na jaki zaprosiłam moich rodziców, teściową i mojego braciszka, czyli Brombka z Anetą. Rzadko urządzam takie imprezy,  no bo rzadko jestem w domu, a poza tym jest jeszcze kwestia mam (mojej "osobistej" i "teśki"), dla których sporym problemem jest wdrapanie się na piąte piętro, na którym mieszkamy (windy nie ma, a w dodatku to blok o wyjątkowo wysokich schodach).

Daruję sobie opis tego co pojawiło się na stole, choć muszę powiedzieć, że udzielając się kulinarnie doceniłam jak użyteczny jest Internet – pomysł na nadziewane pomidory i tartę z truskawkami wzięłam właśnie z sieci! Teraz jednak chodzi mi o pewne przemyślenia natury prywatnej. Głupio mi, że tak rzadko mam czas dla swojej rodziny – mieszkamy tak blisko siebie, a tak rzadko się widujemy. Nie wiem czy to warszawski standard, czy to moje życie jest tak bardzo szalone i zagonione, bo wszystkie sprawy spiętrzają mi się na przerwy między wyjazdami. W każdym razie aż wstyd, że ciągle mam „coś” i wszystko „na wczoraj”, a cierpią na tym najbliżsi. Zresztą dotyczy to nie tylko Rodziców - także znajomych. Kiedyś gdzieś wyczytałam, że „kto dużo podróżuje ma wielu znajomych, mało Przyjaciół”. To fakt – poznaję setki osób, aż za dużo, bo części potem nie kojarzę (wiem, niektórzy mają o to żal, choć ja naprawdę mam kiepską pamięć do twarzy i nazwisk), a na utrzymywanie kontaktów zwykle już nie starcza czasu. Przyjaciół bardzo selekcjonuję – to słowo zarezerwowane dla zaledwie kilku osób, no bo Przyjaciół (przez duże P) z założenia nie można mieć wielu. Kilku jednak ich mam, i co? Dla nich też nie mam czasu. A co ze mnie za Przyjaciółka, jeśli nie można na mnie liczyć?

Jeśli już się z kimś umawiam, są to na ogół spotkania zawodowe (choć na szczęście zwykle z fajnymi ludźmi). Na zupełnie bezinteresowne, choćby i telefony, brak czasu. Z mailami to już w ogóle masakra – jak mam przerwę w podróżach to zwykle tyle czasu spędzam przy komputerze pisząc zamówione teksty (w końcu taka praca), że na stukanie w klawiaturę prywatnej korespondencji brakuje mi już energii. Czasem mam z tego tytułu naprawdę ogromne wyrzuty sumienia (te słowa kieruję zwłaszcza do Łukasza - mojego internetowego ulubieńca, który pisze tak fantastyczne listy, że traktuję go jak brata, czy Dietmara – Niemca z którym jeździłam po Grenlandii i który też od iluś lat systematycznie pisze). Za każdym razem obiecuję sobie, że jutro będzie więcej czasu na spokojne odpisanie, a w owe „jutro” jest kolejny nawał spraw i znowu nie daję rady. Kiedy w końcu się zbiorę, jest to zwykle środek nocy, czyli padam ze zmęczenia i trudno mi już coś sensownego napisać. I tak mało sypiam, a przed drugą, trzecią w nocy nigdy nie udaje mi się położyć spać.

 Podsumowując – do tych którzy do mnie piszą. To że z tym odpisywaniem tak wychodzi nie świadczy o tym że kogoś lekceważę czy nie lubię – często jest właśnie na odwrót. Najgorzej jest po wyjazdach, kiedy w skrzynce mam np. 2 tysiące maili – nie ma szans, by na nie odpisać. Zostają wyrzuty sumienia i wmawianie sobie, że od jutra to zmienię. No i oczywiście nic się nie zmienia… W każdym razie wszystkich których to dotyczy – Rodzinę, Przyjaciół, znajomych – gorąco przepraszam, ale zapewniam, że o Was myślę i pamiętam!

4 lipca


Trochę zła jestem na siebie, że zamiast teraz być w Gdyni na Zlocie Żaglowców, to siedzę w Warszawie zapracowana po uszy. No ale nie mam wyboru – za tydzień lecę do Rwandy, więc muszę obrobić się z milionem spraw.

W ramach przerywnika od komputera dzisiaj też wyskoczyłam na siłownię. Tym razem czułam się już pewniej – wiedziałam jak co poustawiać, jakie ćwiczenia robić. Na dzień dobry Robert (trener) dał mi wycisk, bo uznał że skoro ćwiczę przed wyprawą górską to ustawił mi bieżnię na „pod górkę”. No i goniłam te 5 kilosów do góry, w dodatku tempem ciut szybszym niż wczoraj. W każdym razie teraz dobrze wiem, co to znaczy „wylewać siódme poty”.

Ale nie o swoich ćwiczeniach chcę pisać tylko o "teatrze jednego aktora" jaki miałam w międzyczasie. No więc na początku poza mną nie było w klubie nikogo, ale w końcu przyszedł jakiś koleś. Chodził, przymierzał się do różnych urządzeń, podchodził do lustra przyglądając się swojej twarzy, potem znowu puszył się jak paw i paradował po całej sali. Narcyz i lanser, a do tego obibok. Szczerze mówiąc nie widziałam, żeby zrobił chociaż jedno ćwiczenie! Ciekawe, po co tacy ludzie przychodzą i potem opowiadają że ćwiczą. A poza tym – skąd mają czas na to, by nic nie robić?

Przy okazji siłowni, na której ścianach wiszą tablice dotyczące pulsu,  przypomniało mi się coś na temat naszej służby zdrowia. No więc w ubiegłym tygodniu mój brat powiedział mi, że jeśli nie wyjaśnię co z moim sercem, to zbuntuje rodzinę przeciwko mojej wyprawie na Everest. Co do serca to chodzi o to, że moim zdaniem mam zdrowe i mocne jak dzwon, EKG wychodzi super, ale kiedyś w efekcie przeprowadzanej w szpitalu próby wysiłkowej, wylądowałam na Odziale Intensywnej Terapii gdzie po odzyskaniu przytomności zaproponowano mi rozrusznik. Na rozrusznik się nie zgodziłam, uważając że badanie było źle przeprowadzone (chociażby dlatego że nie było przy nim lekarza, choć powinien), ze szpitala się wypisałam na własną prośbę i tyle. Ogólnie czuję się dobrze, a nawet świetnie i pomysł z rozrusznikiem wydaje mi się co najmniej abstrakcyjny (zresztą inni lekarze też sugerowali, że tamci od badania mocno się pośpieszyli w diagnozie). W każdym razie mój brat ze swoją dziewczyną – lekarką, postanowili zmusić mnie do zrobienia powtórnych badań. Przebrnęłam więc przez wizytę u lekarza pierwszego kontaktu, która sprowadziła się do napisania skierowania do przychodni kardiologicznej (i to ja sama pisałam te skierowanie, bo lekarz stwierdził że to dla niego zbytni wysiłek), potem zadzwoniłam do owej przychodni (szpital na Banacha w Warszawie, bo tam przeprowadzają te badania, które mam zrobić), a tam co usłyszałam? –Do końca roku nie ma miejsc! I to nie chodzi o samo badanie, a jedynie wizytę u kardiologa, który dopiero wypisze kolejne skierowanie! Nawet hasło że jestem pacjentką, która została zakwalifikowana na ew. rozrusznik, nie podziałało. Po prostu świetna ta nasza służba zdrowia! Zresztą jak wróciłam z Chin i rozbolał mnie ząb było podobnie. Pani w przychodni państwowej powiedziała wprost: -Pani z bólem? To w takim razie za dwa tygodnie znajdziemy jakieś miejsce. Fajnie! Oczywiście z zębem poszłam do przychodni prywatnej, gdzie było miło, szybko, no ale drogo.

 
3 lipca
Mój pierwszy raz (chodzi o siłownię   :-)  )


Dziś wielki dzień! Wreszcie się zmobilizowałam i zapisałam się na siłownię! Wszystko przez ten planowaną na przyszły rok wyprawę na Everest. Wprawdzie Leszek Cichy (jeden z najwybitniejszych polskich himalaistów), który mnie zna, twierdzi że moja aktualna forma powinna wystarczyć, no ale biorąc pod uwagę ekipę harpaganów, którzy się tam wybierają, doszłam do wniosku że choć ogólnie uchodzę ponoć za osobę wysportowaną, nie zaszkodzi popracować nad jeszcze lepszą formą i wydolnością. Niby jakiś czas temu przymierzyłam się do biegania, ale mam problem z systematycznością no bo albo za gorąco, albo za zimno, ciągle nie ma czasu, a poza tym samej to mi się po prostu nie chce.

blog-fitness.jpgNajgorzej to z czasem – ciągle mi go brakuje, ale znana to zasada, że im więcej czasu, tym człowiek jest lepiej zorganizowany. Doszłam do wniosku, że nie ma to jak zmotywować się finansowo – jak człowiek zapłaci, to żal mu marnotrawić kasę. Poza tym pojawił się jeszcze inny powód, o którym może nie powinnam pisać, no ale co tam. No więc jakiś czas temu stanęłam na wadze. Wskazanie na trzy kilogramy więcej niż normalnie zwaliłam na karb źle skalibrowanej podziałki. No ale przedwczoraj znowu trafiła się waga. Niestety, ta też zepsuta nie była, a pokazała, że nie wiadomo skąd te 3 kilo wpadły. To znaczy z tym "nie wiadomo skąd" to nie do końca prawda. Zrobiłam bilans tego tygodnia: poniedziałek – pudełko ptasiego mleczka na raz (no bo po jednym kawałku przecież nie wyczuję smaku, potem znika jeden rządek, jeden poziom i w końcu nie wiadomo kiedy, widać dno); środa – lunch`yk biznesowy w dobrej knajpie, więc wiadomo, czwartek – najpierw ploty z Ewcią czyli przy okazji kawa mrożona z bitą śmietaną i lodami, zaraz potem – spotkanie z Pawłem R. i wspólny obiadek, no bo nie widzieliśmy się od 3 lat i trzeba było tyle spraw obgadać.

Wracając do siłowni... Może wstyd się przyznać, ale nigdy w żadnym fitness klubie wcześniej nie byłam. To znaczy byłam popatrzeć, jednak nigdy nie ćwiczyłam, więc nawet nie wiedziałam jak te dziwaczne urządzenia wykorzystywać. Bogu dzięki poza jakimiś dwoma napakowanymi osiłkami-lanserami nikogo nie było, więc instruktor, sympatyczny Grzesiek, mógł się na spokojnie mną zająć (to znaczy moimi ćwiczeniami). Najpierw zarządził pół godziny na bieżni. Zaczęłam jęczeć, że pół godziny to na bank nie dam rady, a on na to że jak nie chcę biegać to mogę szybko iść. Tutaj w ruch już poszła moja ambicja, no bo jak to, bez przesady, w końcu bieżnia to bieżnia. Od razu podkręciłam sobie tempo na dwa razy niż było nastawione i… pół godziny minęło jak z bicza strzelił. Zrobiłam 5 km i specjalnie nawet się nie zmęczyłam, choć muszę przyznać, że nudne takie bieganie w miejscu. Następnym razem przyniosę sobie MP 3 z lekcjami hiszpańskiego.
 
Po bieżni przerobiłam po kolei większość innych urządzeń. W międzyczasie kolega instruktor przekonał się już, że nie jestem jakąś ostatnią sierotą i że wcale się tak łatwo nie męczę, zaczął więc trochę podkręcać mi normy (obciążenia,c zasy). Przy okazji przeszłam przyśpieszony kurs anatomii – wcześniej zupełnie nie interesował mnie ani mięsień czworogłowy, ani przywodziciel, ani żaden inny. Zapamiętale robiłam brzuszki, wiosłowałam, machałam nogami na czymś co kojarzyło mi się z fotelem ginekologicznym, wzmacniałam nadgarstki. Efekty zobaczymy jutro – ciekawe czy będę się mogła ruszać? W każdym razie obiecałam sobie, że jutro też pójdę. I jeszcze jedno – w najbliższym czasie nawet nie spojrzę na ptasie mleczko!  To straszne, że aby spalić 200 kilokalorii trzeba biec całkiem przyzwoitym tempem przez 15 minut! Daleko mi do obsesji odchudzania i liczenia wartości energetycznej tego co jem, ale wolę nie sprawdzać ile kalorii ma cała paczka takiego ptasiego mleczka.

 
 
29 czerwca

 

Jak było w Budapeszcie i o tym dlaczego nie lubię już linii Malev


Boże, ale dziś upał! Z tęsknotą myślę o Spitsbergenie gdzie z natury rzeczy było chłodno. No ale Spitsbergen to już trochę ponad tydzień temu, a póki co wczoraj wieczorem wróciłam z Budapesztu.

blog-budapeszt.jpg Bardzo pechowa to była grupa (bo poleciałam do stolicy Węgier w ramach pilotowania wycieczki). Przynajmniej na początku jako pilot dostałam trochę w kość. No więc zaczęło się od tego, że linie Malev odwołały samolot. Siedzieliśmy już po odprawie, przy wejściu, czyli tzw. gejcie, a tu informacja, że samolot z Budapesztu owszem, przyleciał, a raczej - nadleciał, ale że była burza to nie wylądował, tylko zawrócił na Węgry. Kazano odebrać bagaże i zgłosić się do lotniskowego biura Malevu, gdzie urzędował jeden jedyny pan, tak więc kolejka praktycznie nie przesuwała się w ogóle. Gwoli ścisłości był jeszcze drugi pan, ale ten wolał siedzieć na zapleczu niż obsługiwać ździebko wkurzonych pasażerów. Niestety my akurat byliśmy na końcu kolejki, bo w międzyczasie jednej z moich turystek zginął bagaż. Pech do kwadratu - jeszcze nie wylecieliśmy, a już straty! Potem okazało się, że walizkę niechcący zakosiła pewna Chorwatka – spieszyła się, więc złapała pierwszą lepszą, która wydawała się jej (potem oddała, ale trochę nerwówki było).

W kolejce do pana w biurze Malevu straciliśmy bite dwie godziny. W międzyczasie okazało się, że linie Malev owszem, dają pasażerom bilety na pierwszy ranny lot następnego dnia, ale noclegów nie zapewniają. No a u mnie prawie cała grupa to ludzie z odległych zakątków Polski, w większości już od kilkunastu godzin na nogach, bo jakoś musieli do Warszawy dotrzeć. Telefon na prywatny numer szefa Malevu na Polskę (pozdrawiam, panie Jacku :-) ), nic właściwie nie dał, poza tym że chyba skutecznie popsuł moje wcześniejsze miłe kontakty z dyrekcją tych linii (znaliśmy się z targów turystycznych) i utwierdził mnie w przekonaniu, że od tej pory węgierskiego przewoźnika lubić nie będę, bo zupełnie nie troszczy się o swoich pasażerów. Argument, że zła pogoda, czyli tzw. siła wyższa jest oczywiście bardzo wygodny, bo jakoby zwalnia linię od odpowiedzialności.

Normalnie jeśli pasażer nie ze swojej winy nie leci, przewoźnik musi mu zapewnić hotel, jeśli trzeba to także transfery, jedzenie, a niekiedy jeszcze należą się pasażerowi rekompensaty finansowe. W tym przypadku na pieniądze nikt nie liczył, ale z tym brakiem noclegu dla pasażerów zamiejscowych to nie fair. Bądź co bądź bilety lotnicze trochę kosztują, tak więc pasażerowie powinni mieć gwarancję przynajmniej podstawowej opieki. Swoją drogą zapytałam pana Jacka - szefa Malevu, co z pasażerami którzy zamiast w Warszawie wylądowali w Budapeszcie. Czy im też linia powiedziała, że ma ich w nosie i to ich problem, gdzie spędzą noc? Z mętnej odpowiedzi wynikało, że niby tak. No cóż, gratuluję liniom Malev podejścia do klienta. W każdym razie ja jak będę miała kupić bilet na samolot, Malev będę omijać szerokim łukiem.

Po noclegu w hotelu (dziękuję hotelowi „Gromada” za zniżkowe taryfy!), i po różnych porannych  przygodach, wylecieliśmy. Z dwuipółdniowej wycieczki pół dnia mieliśmy już w plecy. Wychodzimy przed lotnisko, a tam wbrew ustaleniom nikt na nas nie czeka. Powinien być kierowca z tabliczką biura, ale gdzie tam. Dzwonię do kierowcy, a on mi coś terkoce po węgiersku, czyli równie dobrze mógłby gadać i po chińsku. Wywnioskowałam tylko, że stoi gdzieś tam i mam go znaleźć. Nawet próbowałam, ale lotnisko w Budapeszcie ma kilka terminali, więc za cholerę nie wiedziałam gdzie niby mam go szukać. Wściekłam się i w ponownym telefonie do kierowcy kazałam mu natychmiast przyjechać, na przyloty Malevu. Musiałam być przekonywująca bo  zjawił się niemal natychmiast i nawet kartkę z nazwą naszej firmy cudownym trafem znalazł.

Po wpakowaniu się do busa, powiedziałam grupie, że na pewno limit nieszczęść już wyczerpany i od tej pory już wszystko będzie dobrze szło. Przy okazji opowiedziałam też o tym co nas czeka, czyli m.in. o kolacji na statku płynącym po Dunaju. Ledwo przyjechaliśmy do hotelu, zadzwonił telefon, że… rejs odwołany ze względu na wysoki stan wody na Dunaju. Ręce mi opadły, no ale słyszę że w zamian mamy kolację w typowo węgierskim stylu, z występami ludowymi. Stwierdziłam że to nawet lepiej, i tak też to przedstawiłam grupie. Przychodzimy wieczorem do tej niby-ludowej restauracji, a tam się okazuje że owszem, występy tam normalnie są, ale wyjątkowo nie tego dnia. „Nieszczęścia chodzą nie parami, ale stadami” – mawia mój kolega Artur K. i chyba ma rację.

blog-most lancudhowy.jpg Co do kolacji to sytuację uratowała namiastka zespołu muzycznego i duża ilość wina. Na szczęście następnego dnia wszystko szło już lepiej i nawet słońce się pokazało (bo wcześniej nie było). Suma sumarum wyszedł z tego całkiem fajny wyjazd. Całkiem sporo zobaczyliśmy – z Alicją będącą pół Polką-pół Węgierką zwiedziliśmy to co najważniejsze, czyli Wzgórze Zamkowe, Parlament i inne słynne miejsca, wymoczyliśmy się w Łaźniach Gelerta (choć ten obiekt dla mnie akurat był rozczarowaniem – za bardzo trąci duchem socjalizmu), a w nocy poszliśmy zobaczyć Budapeszt by night, stwierdzając że życie nocne jest w tym mieście dość burzliwe i mocno urozmaicone (najbardziej podobał nam się zamieniony na deptak, rzęsiście oświetlony Most Łańcuchowy).

Ostatniego dnia byliśmy jeszcze na Wyspie Małgorzaty, na której w XIV wieku węgierski król Bela IV w jednym istniejących tam klasztorów (ostały się tylko jego ruiny) zamknął swoją córę, Małgosię właśnie. Bynajmniej nie za karę - 9 letnia dziewczynka (według innych wersji – 4 letnia) stanowiła ofiarę dziękczynną dlatokaj.jpg Boga za uratowanie kraju od najazdu tatarskiego. Biedne dziewczęcie w dziewictwie (ponoć) i w pobożności przeżyło ponad 20 lat – zmarła w wieku 29 lat. No cóż, nie chciałabym być w tamtych czasach królewską córką…

A co do Węgier – znajomi, którzy wpadną do mnie w najbliższym czasie mogą liczyć na kieliszek tokaju. „Wino królów i król win” mawiają o tokaju Węgrzy.

24 czerwca


Dziś bardzo wcześnie rozpoczęłam dzień, bo Telewizja Polska ściągnęła mnie do programu „Kawa czy herbata”. Bardzo lubię ekipę która przy nim pracuje, ale pora emisji jest dla mnie barbarzyńska. Dzisiaj i tak dobrze, że wejście na antenę było dopiero o 7.20, co oznaczało że mogłam zjawić się w studio o 6.45, bo ostatnio wyznaczono mi godzinę 6.00! Jako typowa „sowa” mogę długo siedzieć w nocy, ale nad ranem jestem nieprzytomna i potrzebuję sporo czasu, aby się rozbudzić.

W każdym razie zjawiłam się w telewizji śnięta, z  podkrążonymi oczami, czerwonymi jak u krórika (spanie 3 godziny na dobę jednak przestaje mi wystarczać), chociaż dzięki tonom pudru i makijażowi zrobionemu w charakteryzatorni, chyba nie było tego widać.

Temat był fajny – „Tanie podróżowanie”. Tylko, że co można powiedzieć przez 6 minut, z czego połowę to pytania prowadzących? Poza tym te 6 minut to i tak do podziału na dwie osoby, bo poza mną był jeszcze Tomek Michniewicz z radiowej Trójki, notabene bardzo fajny koleś.

Ogólnie jak zwykle po programie byłam z siebie nie zadowolona, uważając że wszystko powiedziałam inaczej niż powinnam, a na dodatek machałam rękami niczym wiatrak (nadmierne gestykulowanie to moja stała przypadłość). Przy okazji Paweł (mój mąż) stwierdził, że to co miałam na głowie świadczyło o tym, że telewizyjny fryzjer chyba mnie nie lubi. Myślę, że Paweł przesadził, bo facet jest bardzo sympatyczny, a pół tuby żelu jaki wpakowano mi we włosy wcale nie wyglądało tak źle, ale faktem jest, że pierwsze co zrobiłam po powrocie do domu, to wsadziłam głowę pod kran.

Dzień upłynął mi na załatwianiu różnych spraw zawodowych. Jutro znowu wylatuję, tym razem do Budapesztu, więc się wszystko spiętrza. Cieszę się z tego Budapesztu bo wreszcie spotkam się z Andrasem – moim węgierskim kumplem, też dziennikarzem,  z którym poznałam się kilka lat temu w Algierii. W zeszłym roku mieliśmy wyskoczyć razem do Sudanu (Andras ma podobne zamiłowania w podróżowaniu jak i ja, czyli głównie kraje arabskie i miejsca oddalone od głównych szlaków turystycznych etc.). Z Sudanu nic wtedy nie wyszło, bo nie mogliśmy się dograć terminowo, ale może teraz, przy węgierskim winie wymyślimy jakiś sensowny plan kolejnej wyprawy.

Wtorek 23 czerwca


Wróciłam ze Spitsbergenu! Było rewelacyjnie bo:  a) trafiła mi się rewelacyjna grupa, jedna z najlepszych w mojej karierze pilockiej (byłam tam jako pilot wyprawy)    b) Spitsbergen to naprawdę niesamowite miejsce!

spits-znak.jpg Już przy drodze z lotniska do „stolicy”, jeśli tak można nazwać 2-tysięczne Longyerbyen, największe w archipelagu Svarbaldu miasto (Spitsbergen to jedna z pięciu wysp tworzących Svarbald), stoi znak „Uwaga, białe niedzwiedzie!”. Nie jest to bynajmniej ściema, bo rzeczywiście o niebezpieczeństwie spotkań z misiami ostrzegają choćby rozdawane w hotelach ulotki, a ogólnie wszędzie poza miastem powinno się chodzić z bronią (my też mieliśmy przydziałowy sztucerek). Co do nas, to niedźwiedzi nie widzieliśmy, jeśli nie liczyć dwóch wypchanych – jednego dyżurnego na lotnisku, drugiego przed jednym ze sklepów, ale spotkany w powrotnym samolocie mój znajomy dziennikarz z Holandii, włóczący się trochę z miejscowymi traperami po północy wyspy, mówił że widział dwa! Za to widzieliśmy z bliska wielkiego, zblazowanego morsa z ogromnymi kłami, którego swoją drogą z daleka wzięliśmy za śpiącego niedźwiedzia :-). Nawet nie przypuszczałam, że te ospałe na lądzie, ociężałe zwierzaki są tak groźne – żeby nas nie stresować powiedziano nam o tym dopiero, kiedy wróciliśmy z eskapady kajakowej po fiordzie.

Co do zwierząt to powinnam wspomnieć jeszcze o reniferach, które na Spitsbergenie są nieco inne, mniejsze niż ich bracia z Laponii. Jednego z nich namierzyliśmy w samym centrum Longyearbyen – jak gdyby nigdy nic przechadzał się koło głównej ulicy centrum! Mam cichą nadzieję, że to nie jego zjedliśmy następnego dnia na obiad, bo na Spitsbergenie renifery stanowią jeden z lokalnych przysmaków (obok mięsa fok i wielorybów, co oczywiście budzi protest ekologów).

spits-mors.jpg Niesamowite były też kaczki. To znaczy kaczki jak kaczki, ale chodzi o ich bliskość w stosunku do ludzi. Niby to dzikie ptaki, a budują swoje gniazda tuż obok ludzkich gospodarstw. Jedno z gniazd było niemal przy schodach prowadzących do bazy radiowej w której przez jedną noc mieszkaliśmy – trzeba było uważać, aby nie zdeptać złożonych tam jaj! Niekiedy kaczki na widok ludzi nawet nie schodzą z gniazd, wiedząc że towarzystwo człowieka jest dużo lepsze niż ryzyko kontaktów z lisami.

Jeden cały dzień spędziliśmy na wycieczce statkiem. Najpierw popłynęliśmy do lodowca, który akurat trochę mnie rozczarował. No cóż, na Grenlandii czy na Antarktydzie widziałam lepsze, choć pewnie na Spitsbergenie też fajnych lodowców nie brakuje, tyle że pewnie nie tak łatwo do nich dopłynąć. Za to naprawdę duże wrażenie zrobiła na mnie wizyta w Barentsburgu – rosyjskim mieście (Longyearbyen należy do Norwegii), w którym żyje ok. 400 ludzi trudniących się oficjalnie wydobyciem węgla. Miasteczko wypisz-wymaluj niczym z zapadłej prowincji syberyjskiej, czyli takie jak lubię, bo należę do fanek jeżdżenia spits-lenin.jpgpo byłym Sojuzie. Jest więc pomnik Lenina, trochę propagandowych napisów i malutka cerkiewka upamiętniająca 145 Rosjan i Ukraińców którzy w latach 80. zginęli w katastrofie rozbitego na wyspie samolotu. Osadę przecina jedna ulica na której widzieliśmy tylko jeden samochód (paradoksalnie przy tym braku ruchu wygląda umieszczony tam znak „zakaz wyprzedzania”), stoi trochę domów nadających się do kapitalnego remontu i dymiące czarnym dymem kominy. A, i jeszcze jest dobrze zaopatrzony bar, w którym oglądając program telewizyjny stacji „Rossija” można napić się rosyjskiej wódeczki (z czego moja grupka chętnie skorzystała). Krótko mówiąc - wszędzie typowo rosyjski klimat, z ludźmi takimi jak to w dawnym Sojuzie. Właśnie ci ludzie byli dla mnie najciekawsi – aby z nimi na spokojnie pogadać, chętnie bym została w Barentsburgu nawet na kilka dni. Przy okazji zaliczyłam przykład typowo rosyjskiej, a raczej ukraińskiej serdeczności. No więc okazało się, że z braku rubli nie mogę kupić w sklepie albumu który mi się podobał, a sprzedawczyni – niejaka Lena z Rostowa, koron norweskich ani euro przyjąć nie mogła. Trudno, pogadałam trochę z sympatyczną Leną po rosyjsku i już miałam wychodzić, kiedy dziewczyna sprezentował mi nie album, bo to jednak trochę za droga rzecz, ale zestaw pocztówek. Rozbroił mnie ten gest – tacy właśnie są ludzie ze Wschodu. Podzielą się wszystkim czym mogą, są szczerzy i gościnni, jak żadne inne narody. Było mi głupio, bo nawet nie miałam co tej Lenie dać.

Co jeszcze było fajnego na Spitsbergenie? Nocne spacery po mieście. „Nocne” to pojecie dość umowne, bo o drugiej w nocy było najlepsze światło do robienia zdjęć. Jak to stwierdził jeden z kolegów z grupy - „fajne to miejsce, bo choć w dzień jest pochmurno, to w nocy wreszcie wychodzi słońce”. Oczywiście spits-longyear.jpgdzień polarny sprawia, że ciężko jest spać, no bo ciągle widno, ale za to mogliśmy na maksa ten czas wykorzystać. Przypadkowo trafiliśmy nawet na imprezę z okazji przesilenia letniego (20/21 czerwca)! Impreza polegała głównie na rozpaleniu wielkiego ogniska ze śmieci, opijaniu się alkoholem (Longyearbyen to strefa wolnocłowa, tak więc alkohol jest tani), no i zbudowaniu na tzw. plaży (czyli żwirowisku nad fiordem) czegoś w rodzaju tańcbudy gdzie odbywała się dyskoteka. Okazało się, że nie ma to jak Polacy – Norwegowie dawno już wymiękli, a my jeszcze szaleliśmy, do  2-giej w tzw. nocy (czyli przy słońcu jak u nas w południe), bo wtedy DJ miał już chyba dość i ku naszemu rozczarowaniu wyłączył muzykę.

Ok, za jakiś czas napiszę jakiś normalny artykuł o Spitsbergenie, czyli wcześniej czy później pojawi się on w zakładce Europa-> Spitsbergen. Poza tym w ramach "Galerii" obiecuję też wkrótce zestaw zdjęć z wyjazdu.

17 czerwca


Coś kiepsko mi idzie z pisaniem bloga - to ze względu na wyjazdy. Kilka godzin temu wróciłam z Berlina, za kolejne kilka lecę do Oslo, jutro już dalej - na Spitzbergen, a za tydzień z kolei będę lecieć do Budapesztu.

W Berlinie byłam na prezentacji najnowszego modelu Olympusa. Tzw. Nowy PEN, nawiązujący do modelu „Pen” z 1959, to, aparat o którym w branży foto mówiło się już od pewnego czasu, chociaż poza tym, że ma to być hit nad hity żadnych bliższych szczegółów nie ujawniano. W skrócie powiem tak: dość sceptycznie się do niego nastawiałam, no bo wiadomo – każda firma wychwala pod niebiosa swoje produkty. Kiedy w końcu przedwczoraj wieczorem zobaczyłam, uroczyście odsłoniętego niczym pomnik przez głównego prezesa Olympusa (pofatygował się specjalnie z Japonii) plus ok. 300 dziennikarzy z całego świata,, na kolana mnie nie rzucił. Wczoraj, kiedy w ramach testów dano nam aparaty do ręki i pozwolono przez kilka godzin porobić trochę zdjęć, zakochałam się w tym aparacie bez reszty. Po prostu ma coś w sobie. To trochę taka fotograficzna arystokracja – elegancki, w stylu niby-retro, ale technika rzeczywiście na miarę XXI wieku.
Szczegółowo o tym, co jest takiego fajnego w tej „lustrzance bez lustra”  - już jak wrócę z dalekiej Północy, czyli w przyszłym tygodniu.

 
12 czerwca


Okej, postanowione! Będę pisać bloga. Długo się przed tym broniłam, no ale żeby usatysfakcjonować tych, co mnie namawiali, spróbuję. Nie obiecuję codziennych newsów i przemyśleń, bo w moim zwariowanym życiu to nie zawsze możliwe, ale postaram się wstukiwać to i owo w miarę na bieżąco

Dziś piątek tzw. długiego weekendu (no bo wczoraj było wolne Boże Ciało). Plusem tego jest to, że nie dzwoniły mi dziś telefony (bo kto mógł – wyjechał), minusem – że nie można było nic załatwić (bo kto mógł – wyjechał). Dzięki temu mogłam skończyć na spokojnie mój męczony od kilku dni artykuł o Chorwacji i popracować nad książką, o którą już upominają się wydawcy, choć ja z robotą jeszcze wciąż w lesie. Inna sprawa że w przeciwieństwie do pisanych wcześniej przewodników, które wspominam bardzo traumatycznie (wysiadałam przy informacjach praktycznych), w tym przypadku praca jest dużo przyjemniejsza, bo i temat jest mi bardziej bliski (wademekum globtroterskie w oparciu o moje przygody).

Dobra, dość mimowolnej autoreklamy, teraz o tym co mnie w dniu dzisiejszym poruszyło. No więc grzebiąc w Internecie w poszukiwaniu czegoś pod kątem pisanego artykułu, trafiłam na krótką (bardzo krótką) notkę o wejściu niejakiej Anny Barańskiej na Everest. Teraz, w końcu maja.  Jako pierwsza Polka weszła od strony tybetańskiej, w ramach międzynarodowej ekspedycji organizowanej przez nepalską agencję Monterosa (prawie wszyscy Polacy którzy robią coś ambitniejszego w Himalajach kojarzą tę firmę).

Po prostu – rewelacja! Skromna dziewczyna, która pojechała zdaje się na własny koszt, nie robiąc wokół tego żadnego szumu (chyba że coś umknęło mojej uwadze, co zresztą możliwe bo w maju siedziałam w Chinach), jak wyszperałam w jej internetowych zapiskach – na co dzień matka i zarazem kobieta etatowo pracująca (jednym słowem: normalna babka), i tu proszę! Muszę ją poznać, bo już ją lubię! Niezależnie od wszystkiego i tak będę chciała z nią pogadać, bo w końcu ja też w przyszłym roku wybieram się na Everest tą samą północną drogą.

Tak w ogóle to o Ani B. dowiedziałam się już kiedyś, planując swoje wejście na Cho Oyu (8200 m) właśnie w ramach wyprawy proponowanej przez wspomnianą Monterosę z Katmandu. Właśnie na ich stronach, gdzie umieszczane są zdjęcia uczestników wypraw, zobaczyłam że była z nimi na wyprawie, z sukcesem, nie znana mi Polka. Już wtedy pomyślałam, że to pokrewna mi dusza (samodzielne wyjazdy, bez świateł jupiterów).

Będę trzymała za dziewczynę kciuki, bo czuję że jest tego warta (już choćby dlatego że zorganizowała sobie wszystko sama). Zresztą co do tego Everestu to wyprawa nie była dla niej łatwa, już pal sześć fizycznie, bo to indywidualna sprawa, ale przede wszystkim psychicznie. Z ich ekipy nie wróciły dwie osoby. Jeden chłopak zmarł na atak serca na 7000 m, czyli jeszcze stosunkowo nisko, drugi został na zawsze w wyniku wychłodzenia na 8700. No cóż, tak w górach bywa, ale zawsze to wielki żal, zwłaszcza jeśli już się zdążyło tych ludzi poznać.

Zakładam, że Ani B. mam nadzieję pogratuluję wkrótce osobiście. Teraz to co mnie w tym wszystkim wkurzyło. Zirytował mnie brak proporcji w podawaniu informacji i  nieobiektywność mediów. No bo więcej napisano o tym, że aktorka Małgorzata Foremniak marzy o zdobyciu Kilimandżaro i szuka sponsorów (akurat ją chyba stać, by wejść na Kili za własną kasę) niż o tym że Ani Barańskiej udało się wejść na Everest. Pominę nazwiska, ale oczywiście znam więcej takich przykładów pisania o nieznaczących pseudo-wyczynach osób które są znane, albo po prostu jak to się mówi są „medialne”, podczas gdy w tym samym czasie inni realizują naprawdę niesamowite, często niebezpieczne pomysły, osiągając sukcesy na światową skalę. Tyle że o tych drugich i tak żeby nie wiem co będzie cicho, tylko dlatego że nawet im przez myśl nie przejdzie, żeby się chwalić.

Kończę bo się nakręcam i może palnę coś niepotrzebnie. Mój mąż mówi, że szybciej mówię niż myślę (może z pisaniem też tak jest), więc dla własnego dobra powinnam uważać.  ?

Back to top