Blog z roku 2010
Hits: 13369

Wydarzeniem roku była bez dwóch zdań Katastrofa Smoleńska i emocje z nią związane. Z bardziej przyjemnych rzeczy mających wpływ na moje życie był rejs w trakcie którego w ciągu 3-miesięcznej żeglugi naszym dzielnym "Solanusem" pokonaliśmy Przejście Północno-Zachodnie (uproszczając: przepłynęliśmy trudny arktyczny szlak morski z Grenlandii na Alaskę).
Poza tym z ciekawszych miejsc udało mi się zobaczyć malezyjskie Borneo, po raz kolejny odwiedziłam Islandię, miałam fajną grupę do Botswany i Zimbabwe, a także po bardzo ciekawej trasie: Liban-Syria-Jordania. Zwłaszcza Syria zwalała z nóg swymi zabytkami!

 

31 grudnia, Warszawa
Sylwestrowo…


Wszystkim, którzy to czytają, życzę żeby mieli takiego Sylwestra jakiego chcą. Do wyboru: hucznego, spokojnego, na imprezce, przy górskim ognisku, nadmorskim ognisku (pozdrawiam ekipę „Kowies i inni!”) albo w domowym zaciszu…No i oczywiście – by nadchodzący 2011 rokł był dobrym rokiem! Dla każdego z nas i wszystkich razem, żyjących w tym naszym polskim "piekiełku".

Wiem, mało wyszukane to życzenia, ale z wymyślaniem życzeń zawsze brak mi pomysłów. Nic więc dziwnego, że tak spodobał mi się świąteczny liścik, jaki do swoich znajomych rozesłał Marek K.:
”Wszystkich Tych, którzy rok temu życzyli mi "Wesołych Świąt", "dużo zdrowia", "kupy pieniędzy", "wszystkiego najlepszego", itp. uprzejmie informuję, że życzenia te nie ziściły się (to znaczy zdały się psu na budę  ).
W celu uniknięcia podobnych rozczarowań w tym sezonie, zamiast życzeń z przyjemnością przyjmę konkretne dowody życzliwości takie jak: przekazy pieniężne, paczki z wykwintna żywnością, dobrymi alkoholami, markowymi ciuchami (nowymi), itp.
". Święta się skończyły, ale tego typy wyznanie-wezwanie na Nowy Rok też jest aktualne. W stosunku do mnie również... :-)

Pozdrawiam wszystkich i do zobaczenia na nowym już "blogu na 2011 rok".

25 grudnia, Boże Narodzenie, Warszawa

Choinka, której miało nie być…

Święta mijają mi pod hasłem remontu jednego z pokojów na naszym strychu. Oznacza to totalny bałagan, co się da pochowane w kartonach albo przerzucone do innych pokojów, rozkute ściany i dość grubą warstwę wszechobecnego kurzu. Nic dziwnego, że przyszła Wigilia, a my zostaliśmy bez choinki. Zawsze kupował i ubierał ją Paweł, ale teraz nawet głupio mi było pytać, co z choinką, skoro Paweł jeszcze na godzinę przed wyjściem na Wigilię do rodziców, malował ściany.

Wróciliśmy od rodziców, usiedliśmy w jedynym jako tako wyglądającym miejscu i - nieco się rozkleiłam.
–To moje pierwsze Święta bez choinki… - wyrwało mi się z nieukrywanym żalem.
Paweł nic nie powiedział. Pewnie myślał to samo.
Minęły ze dwie godziny, z telewizora dochodziło wesołe "Przybieżeli do Betlejem..." w wykonaniu znanych artystów.
–A bardzo zależy ci na choince? – ni stąd, ni zowąd zapytał mój mąż.
Co miałam powiedzieć? Nie chciałam nakręcać spirali żalu, więc bąknęłam coś, że rozumiem, ten remont, tak wyszło…

To było wczoraj… Dzisiaj rano się budzę, nieco później niż normalnie, schodzę z naszej sypialni na antresoli do pokoju telewizyjnego, a tu – choinka! Śliczna, z lampkami, bombkami…Prawdziwa, pachnąca…

Oniemiałam! Nie wiem skąd się wzięła, poza tym że Paweł rano gdzieś wychodził. Skąd ją wytrzasnął – nie chce powiedzieć. W każdym razie teraz już czuję, że są Święta!

11-19 grudnia, Francja (Trzy Doliny)

Hurra, znowu narty!


No to rozpoczęłam sezon narciarski. Po raz pierwszy wybrałam się w osławione Trzy Doliny, do Francji. Nasłuchałam się o tym miejscu niesamowicie dużo, w rezultacie nastawiłam na Bóg wie jakie tereny, kosmiczne wyciągi, tudzież trasy, które powalą mnie na kolana (no, może lepiej nie dosłownie), a tymczasem…

No cóż, będę szczera. Wcale nie uważam że jest to miejsce lepsze od innych. Mało tego – ośrodki narciarskie Austrii czy Włoch stawiam osobiście wyżej, uważając Trzy Doliny za mocno przereklamowane. Dlaczego w Austrii jest lepiej? A no choćby dlatego, że bliżej, taniej (mam na myśli m.in. ceny w knajpkach), trasy może nawet i lepiej przygotowane (choć to już zależy gdzie, i jakie warunki pogodowe panują), standard zakwaterowania – na pewno w innych krajach alpejskich - lepszy (we Francji w pokoikach ciasnota że hej).Poza tym cała otoczka, czyli muzyka na stokach czy imprezy apres ski przy wyciągach w Austrii czy Włoszech nie mają sobie równych (szczerze mówiąc w  Trzech Dolinach zabawę na stoku widziałam tylko w jednym miejscu). A, i jeszcze karnety – 240 euro za 6 dni w Trzech Dolinach to jednak sporo; to chyba najdroższy ośrodek jaki znam. Poza tym wciąż nieco denerwujący są sami Francuzi, którzy twardo uważają, że cały świat powinien posługiwać się językiem francuskim, a wszystko co francuskie, to najlepsze.

Ale żeby nie było, że tylko narzekam na Francję to przyznaję też, że ogólnie to jednak bardzo lubię ten kraj (naprawdę!), uwielbiam francuskie wina i sery, a góry jakie mają, takzę w okolicach Trzech Dolin uważam za przecudne. Jedno jest pewne – jeśli jesteśmy w stanie uzbierać trochę kasy, a jeździmy na nartach, przynajmniej raz powinniśmy w Trzy Doliny pojechać. Choćby po to, by mieć na ich temat swoje zdanie. Być może inne od mojego?



3 grudnia, Warszawa
O tym jak wraz z samochodem stałam się główną „gwiazdą” skrzyżowania


Kilka dni temu pisałam o odśnieżaniu samochodu. Teraz już nie mam takich „problemów”, bo i nie mam samochodu. Był wtorek, 1 grudnia, zima w pełni, choć oficjalnie to wciąż jesień, pieruńsko zimno, a w moim kalendarzu grafik spotkań sugerował, że będzie to wyjątkowo ciężki dzień. Ulice nieodśnieżone, wypadków mnóstwo, tak więc troskliwy małżonek zalecił mi telefoniczne meldowanie co jakiś czas, czy na pewno wszystko w porządku.

-A co niby może się stać? – pomyślałam sobie, zasiadając za kierownicą mojej wspaniałej Corsy. Silnik coś tam zarzęził, no ale w tych warunkach ma prawo, bo skoro wszyscy dokoła kaszlą, to czemu autko miałoby być gorsze.

Wyjechałam z osiedlowego parkingu zastanawiając się kiedy zasypie nas tak, że już się wyjechać nie da, podjechałam do skrzyżowania, stanęłam na światłach i… To już był koniec jazdy. Silnik znowu zarzęził i – zgasł!

Różnorakie próby przekonania silnika, że nie powinien się tak zachowywać, a już na pewno nie na ruchliwym skrzyżowaniu, nie dały rezultatu. Na dodatek zmieniło się światło, na zielone, a ja stałam pierwsza, więc wszyscy zaczęli na mnie trąbić. Nie pozostało mi nic innego jak włączyć światła awaryjne, pokazać tym trąbiącym żeby sobie jechali, po czym złapałam za telefon, wystukując numer Pawła. Niestety, mój mąż nie odbiera! Dzwonię drugi i trzeci raz – nic! Nie będę ukrywać, w myślach coś tam sobie burknęłam, no ale w końcu kilku facetów na tym świecie jeszcze znam. Minęło kilka mintut, a tymczasem seria „telefon do przyjaciela” też nie dała rezultatów. Jak na złość wszyscy moi kumple albo na wyjazdach, albo na spotkaniach, albo gadają jak najęci i nijak nie da rady się do nich dodzwonić.

Tymczasem trzeba było odblokować skrzyżowanie, czyli zepchnąć autko w jakieś mniej eksponowane miejsce. Rzecz jasna ubrana byłam jak do samochodu, czyli w lekką bluzeczkę, zakładając że przecież jeżdżę, a nie chodzę po mrozie. Po minucie szczękałam zębami, ale tylko przez moment, bo dość szybko się rozgrzałam. Cóż, Corsa duża nie jest, ale znam bardziej kobiece ćwiczenia fitnessowe niż pchanie samochodu. Zapieram się, wypinam, bo trudno żeby nie jak się pcha, zastanawiam się, co myślą sobie kierowcy, którzy mnie mijają.

–Może pani pomóc? – usłyszałam w pewnym momencie, nie posiadając się z radości. Uczynnym człowiekiem okazał się mocno starszy pan, na oko z 80-tką na karku. No pewnie, że pomóc! Mam ochotę rzucić się panu na szyję.... Tymczasem na przejściu pojawiła się grupka młodzieży. Ponieważ głupio mi było, że eksploatuję starszego pana, poprosiłam młode pokolenie o pomoc. Efekt? Żaden! Potraktowali mnie jak powietrze, jeszcze wygłaszając jakieś opinie na temat mojego samochodu.

Jakoś zepchnęłam autko z pomocą starszego pana na pobocze (na koniec dołączył do nas jeszcze inny, ciut młodszy pan). Potem już zajął się nim (samochodem, nie panem) mój mąż, którego w końcu udało mi się namierzyć. Teraz samochód stoi w warsztacie, a mnie przez najbliższe dni przyjdzie poznawać uroki poruszania się komunikacją miejską.

30 listopada, Warszawa

O krasnoludku co odśnieża samochody...


Nie piszę ostatnio bloga, no bo o czym tu pisać? Siedzę w domu i praktycznie nie odchodzę od komputera pracując równocześnie nad dwiema książkami i kilkoma artykułami, a poza tym ciesząc się, że przynajmniej chwilowo jestem w domu. Wyjazdy wyjazdami, ale pobyt w domu też może być frajdą.

Chociaż... Dzisiaj z domu wyszłam. Miałam poumawianych na mieście kilka spotkań, a tu rano mój kochany małżonek dzwoni, że śnieg taki, że lepiej abym założyła z pół godziny na odśnieżanie samochodu. Pół godziny? Założyłam dwadzieścia (minut), ale jak przyszło co do czego i tak się okazało że wyszłam za późno i właściwie to już wychodząc z domu jestem spóźniona. Na domiar zbiegając na dół, już na pierwszym piętrze, zaczęłam się zastanawiać, czy wyłączyłam żelazko, więc w tył zwrot i znowu sprint na te moje piąte piętro (windy w bloku nie mam). Żelazko było wyłączone, ale jak to ze mną bywa, nie mogłam jeszcze w pośpiechu znaleźć kluczy, więc miałam "w plecy" kilka kolejnych cennych minut.

Dobra, zbiegam ponownie na dół, wychodzę na podwórko, a tam ileś autek pod czapami białego śniegu! Cholera, które to moje? Wszystkie wyglądają jednakowo, a ja oczywiście nie pamiętam gdzie te swoje postawiłam. W międzyczasie zrobiło mi się słabo, bo wielkie śniegowe czapy uprzytomniły mi, że odśnieżanie rzeczywiście trochę czasu zajmie. Wśród tych zaśnieżonych autek było jednak jedno odśnieżone. Granatowe. -To jak moje...-pomyślałam sobie, no ale ciągle tego swojego szukam. Nacisnęłam guzik "Unlock" w kluczykach licząc że może któryś z tych białych, zaśnieżonych pojazdów piknie. No i pika! To odśnieżone! Już nawet nie chodzi o to, że jestem krókowidzem, ale w najśmielszych przypuszczeniach nie liczyłam, że jakiś krasnoludek odśnieży mi moją corsę. Zaraz zresztą do "krasnoludka" zadzwoniłam. Kochany mąż...

6 - 21 listopada - Jemen


Kraj ten uważa się aktualnie za jeden z najniebezpieczniejszych krajów świata. Jak jest naprawdę? Dziennik wyjazdu - po kliknięciu tutaj .


6  listopada, Warszawa-Londyn-Doha (Katar)-Sana (Jemen)
W samolotach, na lotniskach


Lecimy do Jemenu. Póki co jesteśmy nad Turcją, a samolotowa mapka wskazuje, że zmierzamy w kierunku Bagdadu.
 
Trochę naokoło ta podróż, bo przez Londyn, ale dla mnie akurat dobrze, bo mogę trochę odespać zaległości. Na szczęście nie lecimy jemeńskimi liniami, które są na czarnej liście przewoźników lotniczych (zresztą trudno byłoby nimi lecieć, skoro mają zakaz wstępu na lotniska Europy), tylko Qatar Airways, które są naprawdę dobre. Samolot – Boeing 777-300, każdy ma indywidualne monitorki (z zestawem kilkudziesięciu filmów do wyboru), jedzonko pyszne (wzięłam sobie kotlet z kraba). Nawet alkoholu  nie żałują, a i obsługa  bardzo w porządku. Pasażerowie to głównie Europejczycy i Azjaci (chyba lecą przez Katar dalej, do siebie) – rodowitych Arabów jak na lekarstwo.

A co do tych linii jemeńskich z czarnej listy – jeden przelot nimi zaliczymy, w ramach połączeń wewnętrznych na terenie Jemenu.


Około północy…

Teraz już kolejny lot, bo w Doha, stolicy Kataru, mieliśmy przesiadkę. Ale wielkie lotnisko tam mają! Zrobiło nam mnie wrażenie, bo sam dojazd autobusem od samolotu do terminala trwał i trwał. A terminal jaki! Widać, że Katar to bogaty kraj.

Tym razem samolot już jest mniejszy, a Westmenów (Europejczyków i Amerykanów_ jak na lekarstwo. Poza nami tylko jeszcze jedna para i jakiś biznesmen. Nie liczę stewardess, bo te to jakiś międzynarodowy miks – kilka skośnych i kilka Europejek.

Do kolacji wzięłam sobie do picia winko – nie wiadomo kiedy będzie następna okazja napić się czegoś alkoholowego, bo w Jemenie prohibicja (choć cudzoziemcy mogą przywieźć ze sobą dwa litry czegoś procentowego).


25 października, Warszawa
O Arturku spod trzepaka...


Przed chwilą zadzwonił telefon… Sąsiad z innej klatki naszego bloku poinformował nas, że nie żyje niejaki Arturek. Bardzo lubiłam Arturka – tu muszę zaznaczyć, że pieszczotliwe zdrobnienie odnosiło się do masywnego faceta, na oko trzydziestolatka, którego spotykałam wieczorami przy osiedlowym trzepaku, a który słynął między innymi z tego, że potrafił całkiem solidnie przywalić. Przez długi czas Arturek należał do grona osiedlowej "elity" (trudno mi znaleźć jakieś właściwe określenie, bo za "żule" niektórzy mogą się obrazić), co niektórzy się trochę tego grona bali, choć nie powiem – ja akurat nigdy nie miałam Arturkowi niczego do zarzucenia. Przy każdym spotkaniu Arturek kłaniał mi się niemal w pas, rzucając swoje charakterystyczne "Uszanowanko!", zawsze ucięliśmy choćby krótką pogawędkę, a przy okazji której mogłam się dowiedzieć, kto mi zwinął z samochodu antenę albo po co przyjechał policyjny radiowóz (na naszym podwórku to norma).

Ostatnio Arturek się zmienił. Na plus. Przestał pić, zaczął się lepiej ubierać, jakoś tak ogólnie spoważniał. Chwalił się że dostał pracę, z której bardzo się cieszy, że czuje się potrzebny, że odżył i ma mnóstwo planów. Jeszcze dwa dni temu z nim rozmawiałam, a wczoraj dyskutowaliśmy z moim Pawłem, że to wartościowy bardzo chłopak i dobrze, że wreszcie zaczął układać sobie życie.

Niestety… W nocy Arturek miał zawał i już go więcej przy trzepaku nie zobaczę. Jakoś wyjątkowo mi żal, że nie udało Mu się zrealizować tych wszystkich planów...



23 października, Warszawa
Politycznego jątrzenia ciąg dalszy


Po tych prawie trzech miesiącach na jachcie i ograniczonym dostępie do informacji o tym co się dzieje w kraju, wcale nie odczuwam specjalnej potrzeby czytania różnych newsów. Jakoś mi tak tam dobrze było na morzu bez różnych sensacji, prania brudów, jątrzenia itd. Inna sprawa, że po wyborach wreszcie przestałam się wstydzić Prezydenta swojego kraju, a i w rozmowach z ludźmi z innych krajów widzę, że Polska jest teraz postrzegana zupełnie inaczej, a na pewno poważniej.
 
W każdym razie broniłam się przed polityką, a zwłaszcza przed wszystkim co się wiąże z katastrofą 10 kwietnia, uznając że szkoda na to czasu i moich nerwów, ale dzisiaj mną zatrzęsło. Powód? Wypowiedź Małgorzaty Wassermann, córki Zbigniewa Wassermana, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Otóż kochana córcia, ogłosiła, że wystąpi o ekshumację zwłok ojca, bo (tu cytuję depeszę PAP): „do tej pory nie otrzymała wyników sekcji zwłok  i nie jest jej wciąż znana bezpośrednia przyczyna śmierci ojca”.

Jak to mówi mój mąż, „Pan Bóg stworzył i zapłakał…”. Nawet mi się komentować tego nie chce, bo mogłabym co najwyżej polecić wizytę u psychiatry… Zresztą to już kolejna osoba, która śmierć bliskich wykorzystuje po to, by mieć swoje medialne "pięć minut” (miała, bo nawet na konferencji prasowej z tej okazji wystąpiła). Przypomnę, tez że w lipcu do Prokuratury Wojskowej wpłynął wniosek o ekshumację zwłok Przemysława Gosiewskiego. No cóż, żyjemy w wolnym kraju, więc każdy ma prawo mówić i robić co chce, ale mam nadzieję, że koszty takich akcji (i kolejnego pochówku) pokrywają sami wnioskodawcy.



20 października, Warszawa
Usprawiedliwienie  :)


Wiem, że zaniedbuję się z pisaniem bloga (z odpisywaniem na maile zresztą też), ale moje lądowe życie przebiega w naprawdę szalonym tempie. Jestem zawalona pracą, a wszystko „na wczoraj”. Poza tym za dwa tygodnie wylatuję do Jemenu, co oznacza konieczność robienia mnóstwo rzeczy „na zapas”, choć jeszcze nie wyszłam z megazaległości rejsowych. 



28 września – wypad do Bydgoszczy
Konferencja prasowa rejsu „Solanusa”

konferencja.jpgMimo zawalenia sprawami służbowo-prywatnymi (tym którzy w międzyczasie pisali do mnie maile od razu mówię – mam ich na skrzynce kilka tysięcy i trochę potrwa zanim to jakoś ogarnę), wyrwałam się na organizowaną w Bydgoszczy konferencję prasową związaną z rejsem „Solanusa”. Pierwsze miłe zaskoczenie to fakt, że Bydgoszcz to takie ładne miasto. Wstyd się przyznać, ale byłam tam po raz pierwszy w życiu, bo jakoś tak wychodzi że łatwiej mi odwiedzić po raz kolejny Rio de Janeiro czy Pekin, niż niektóre miejsca w Polsce. Nie wiem czy to zasługa ładnej pogody, ale wrażenia miałam bardzo na plus i już sobie obiecałam, że kiedyś do Bydgoszczy wrócę na spokojne zwiedzanie.

A co do konferencji – jak wypadła moja prezentacja na podstawie zdjęć z rejsu, nie mnie oceniać, ale ogólnie było niezwykle sympatycznie. Bardzo ucieszyły mnie rozmowy z rodzinami moich kolegów z załogi, pojawili się legendarni kapitanowie o których do tej pory tylko słyszałam, a teraz mogłam uścisnąć im rękę, no i ogólnie poznanałam mnóstwo przemiłych ludzi, którzy byli zaangażowani w sprawy naszego rejsu, a których wcześniej nie znałam.

Szczególnym przeżyciem była dla mnie okazja do rozmowy z panią Bogucką, żoną nieżyjącego już słynnego kapitana Dariusza Boguckiego, o którym wspominałam kilkakrotnie w moim rejsowym blogu. To właśnie spełnieniem jego marzeń był nasz rejs. Prowadzony przez niego w 1975 roku jacht „Gedania” miał ogromne szanse jako pierwszy w świecie po Amundsenie przepłynąć Przejście Północno-Zachodnie. Niestety, po dojściu do kanadyjskiego portu Resolute, już głęboko w cieśninach North West Passage, polscy żeglarze zostali zawróceni. Tylko dlatego że byli z komunistycznego wówczas kraju…

Tak jak pisałam w czasie rejsu - płynąc przez Morze Baffina po raz kolejny czytałam książkę kapitana Boguckiego "Gedanią za oba kręgi polarne", zaś  w ramach nawigacji korzystaliśmy na „Solanusie” z oryginalnych map "Gedanii". Nasze pozycje często się pokrywały, choć różnica czasowa wynosiła 35 lat! Te mapy to trochę jak sztafeta pokoleń…


25 września – nareszcie w kraju
Jak fajnie być w domu!


Co tu będę się rozpisywać – miło po tych prawie 3 miesiącach na jachcie znowu zobaczyć bliskich, wejść do wanny, położyć się we własnym łóżku, zjeść to o czym się tak długo marzyło (jak choćby zupę grzybową ugotowaną przez moich rodziców z uzbieranych dzień wcześniej grzybów). A co do łóżka to mam problem ze spaniem. I nie chodzi bynajmniej o tzw. jeg lag czyli zmianę stref czasowych (w stosunku do Nome na Alasce, naszego ostatniego portu, jest 11 godzin różnicy). Problem w tym, że mój organizm ciągle funkcjonuje w systemie wacht, co oznacza że nie może spać dłużej niż przez jakieś 4 godziny. No i ciągle mi się śni rozhuśtane, a raczej rozfalowane morze.   :-)



23 września, wylot z Nome - Anchorage – przelot do Chicago
Powrót z rejsu


Nie wiem dlaczego, ale Anchorage, stolicę stanu Alaska, wyobrażałam sobie jako przytulne, sympatyczne miasteczko otoczone górami. Góry są, ale bardzo daleko, natomiast o przytulności można zapomnieć, bo to naprawdę wielka metropolia. Dopiero po wylocie doczytałam się, że mieszka tu prawie 300 tys. ludzi! W każdym razie jest tu wszystko, co znajdziemy w każdym większym amerykańskim mieście - drapacze chmur, autostrady pełne samochodów, mnóstwo fast-foodów i będący następstwem tego faktu monstrualnie otyli ludzie, itp. itd. A ponieważ są też turyści, nie brak sklepów pełnych kiczowatych pamiątek. Na przykład biały miś, z którego zadka, jak się go ściśnie, wychodzi… kupa. Urocze, nieprawdaż?

Byłam tak rozczarowana tym miastem i porażającą mnie po Arktyce cywilizacją, że już nawet nie chciało mi się chodzić po żadnym downtown, jak w Stanach nazywa się centrum. Niestety, mieliśmy z Damianem 8 godzin przerwy między lotami i coś trzeba było robić. Na szczęście okazało się, że jest w Anchorage super muzeum z ciekawą ekspozycją na temat Alaski i Aleutów, dzięki czemu zdobyłam wiele cennych informacji przydatnych dla mojej kolejnej, planowanej na przyszły rok podróży do Arktyki. Z co do jedzenia, to niezależnie od produktów McDonaldsa można kupić w ulicznych budkach hamburgery z renifera! Kupiłam oczywiście, z ciekawości jak smakują, choć przy każdym kęsie majaczyło mi się, że zjadam kawałek Velveta (sympatycznego, oswojonego renifera z Nome, portu z którego przyleciałam). Tak na marginesie, to w ofercie hot-dogowej są też „hot-dogi polskie”. Okazało się że „Polish Hot-dog” znaczy, że wołowe. Kiedy powiedziałam sprzedawczyni, że to jakaś ściema, bo u nas parówek wołowych raczej się nie jada  - szczerze się zdziwiła.

Z różnych ciekawostek to wypatrzyliśmy w jednej z witryn sklepowych bieliznę z futerka niedźwiedzia polarnego! Gapa, nie zobaczyłam ile kosztuje. Pewnie strasznie drogo, ale wyglądała śmiesznie. Z poważnych natomiast tematów to poszliśmy do parku gdzie jest Pomnik Weteranów, czyli tych co polegli w Wietnamie i Korei. Co do tej Korei to tablica zawiera 10 nazwisk, z których aż dwa są polskobrzmiące (Demoski i Zapala). A skoro o  polskich nazwiskach, to podobnie jak i w Nome, w Anchorage również, duże poparcie ma pani senator Lisa Murkowski, której polityczne plakaty widać dosłownie na każdym kroku.




od 9 lipca do 20 października - rejs przez Przejście Północno-Zachodnie
"Solanusem" przez arktyczne wody


Blog z rejsu, a także informacje o trasie, jachcie, załodze - tutaj .



5 lipca, Warszawa

Errata wyborcza

A jednak prezydentem został Bronisław Komorowski! Hurra! Po ostatecznym podsumowaniu głosów okazało się, że było za nim 53,01 proc. głosujących, podczas gdy za Jarosławem Kaczyńskim - 46,99 proc. Frekwecja wyborcza wyniosła 55,31 proc.

Ale nawet mimo takiego wyniku, swojego zdania odnośnie głosowania Polonii (o czym pisałam w nocy) - nie zmieniam.

Noc z 4/5 lipca, Warszawa

O wyborach i żalu do amerykańskiej Polonii


Nie piszę ostatnio bloga, bo na pełnych obrotach szykuję się do rejsu (wylot za 5 dni),a tu jeszcze milion spraw, które muszę załatwić przed tą trzymiesięczną eskapadą. No ale o dzisiejszych wyborach prezydenckich napisać muszę, bo choć polityka nigdy mnie specjalnie nie pociągała, to jednak zależy mi, w jakim kraju mam żyć i jak jest on postrzegany za granicą.

Wybory przebiegają w dość gorączkowej atmosferze. W sondażach około godziny 20-tej podano, że ilością około 5 proc. głosów wygrywa Komorowski. Jako, że to "nasz" kandydat (tzn. rodziny zarówno mojej, jak i Pawła), otworzyliśmy z tej okazji winko, no bo co tu kryć – zdążyliśmy się ucieszyć. W końcu taki wybór rokuje nadzieję na lepsze rządy, no a już na pewno bardziej wyważone i kulturalne. Tymczasem około północy okazało się, że po zliczeniu głosów sytuacja się zmieniła – wygrywa Kaczyński! Teraz jest godzina pierwsza i o zgrozo!, Kaczyński nadal jest na czele. 

Okej, nie chodzi mi o to, że „nasz” kandydat prawdopodobnie jednak przegrał. Żyjemy w wolnym kraju i każdy ma prawo do SWOJEGO głosu. Podkreślam „swojego”, a nie zmanipulowanego, bo niestety duża część wyborców Kaczyńskiego własnego zdania nie ma, za to daje sobą manipulować ulegając populistycznej demagogii. W tej kwestii mam pretensje przede wszystkim do Kościoła. Zresztą nawet dzisiaj, mimo ciszy wyborczej, księża prowadzili proPISowską agitację, a znalazł się nawet i taki, który otwarcie nazwał Komorowskiego wysłannikiem szatana. 

Ale to pal sześć - na tym polega demokracja, że każdy z nas może mieć inny pomysł na to, jak Polskę ulepszać. Tyle że "każdy z NAS”, znaczy dla mnie: "każdy z Polaków z Polski". Tymczasem o tym, kto będzie naszym Prezydentem, kto nas będzie reprezentował w świecie i kto będzie nadawał Polsce kierunek rządów, zdaje się, że zdecyduje Polonia - głównie amerykańska! Ci, którzy w Polsce nie mieszkają, często nawet dobrze swojej Ojczyzny nie znają, bywa że w ciągu kilku lat zapominają polskiego języka (to o młodszej generacji), a niekiedy jeszcze na tę naszą Polskę na prawo i lewo narzekają lub się wręcz do niej nie przyznają (za wyjątkiem wyborów). Wszyscy dobrze wiedzą, że Polonia amerykańska murem stoi za Kaczyńskim i to właśnie głosy stamtąd zaważają na głosowaniu.

Nie będę kryć, że ten znaczący głos Polonii, mnie denerwuje. Bo niby jakie oni tam za Oceanem mają prawo decydować o naszym życiu, w którym w ogóle nie uczestniczą? W końcu jeśli ktoś wyjechał z kraju, to dlatego że prawdopodobnie mu się tutaj nie podobało, nie mógł sobie ułożyć życia, choć rozumiem że mógł mieć też i inne powody - rodzinne, światopoglądowe, czy np. takie, że tam miał większe możliwości realizowania swoich pasji czy naukowego dorobku. Powody nie ważne - chodzi o sam fakt wyjazdu, który sprawia że owszem, Polakiem się zostaje, ale pytanie czy ma się moralne prawo decydować za tych, którzy nie wyjechali. Pamiętam jak za komuny bardzo mi się w Polsce nie podobało (od strony politycznej), ale mimo  że miałam propozycje "ustawienia się", m.in. w Stanach, jednak nie wyemigrowałam. W swoich może trochę idealistyczno-patriotyczno poglądach emigrację uważałam wówczas za tchórzostwo. W końcu Polska jest jaka jest (wolna i demokratyczna) właśnie dzięki tym, którzy zamiast stawiać na kasę i wygodne życie zostali i często mocno ryzykując - działali. Również i teraz nie stworzą lepszej Polski ci, którzy obnoszą się ze swoim patriotyzmem tysiące kilometrów stąd, a jakoś nic nie wskazuje, że kiedyś chcieliby tu wrócić.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że Polonia jest różna. W tym co napisałam wyżej może za bardzo uogólniam, bo przecież są wśród Polonii ludzie, których wyjazd jak najbardziej rozumiem - choćby ci z emigracji wojennej lub zaraz po wojnie, albo wyjazdy o których wspomniałam - np. ze względu na większe możliwości wykorzystania swojego zawodu i pasji. Mamy wolność po to, by z niej korzystać. Chcesz - wyjeżdżaj, ale jeśli nie zamierzasz wracać, to tak jak już pisałam wyżej - nie powinieneś zabierać głosu w sprawach które przecież Ciebie nie dotyczą. Sorry, ale myślę, iż każdy kto ma podwójne obywatelstwo lub amerykańską Zieloną Kartę, ewentualnie nie był w kraju przez okres dłuższy niż 5-10 lat, nie powinien mieć prawa głosu w wyborach parlamentarnych czy prezydenckich, ani w żadnych referendach. Skoro ktoś żyje "tam", dlaczego ma decydowac o tych, co żyją "tu"?

W czasie relacji telewizyjnych widziałam w sztabie wyborczym Komorowskiego Elżbietę Dzikowską. Myślę, że ludzie, którzy sporo jeździli nie raz mieli okazję zauważyć, ile Kaczyński narobił nam „tyłów” w innych krajach. Raczej nie był lubiany, ani szanowany. Po katastrofie rządowego Tupolewa wielu cudzoziemców, z którymi rozmawiałam, czy to w Norwegii (tam właśnie byłam pamiętnego 10 kwietnia) czy zaraz potem w Libanie (pojechałam tam w końcu kwietnia) mówiło, że to straszna tragedia, współczują, rozumieją itp., po czym dodawali, że po tym wszystkim życzą nam... lepszego prezydenta! Podobne maile i smsy dostawałam z całego świata - od kolegów z Australii, Chile, Gwatemali…

I jeszcze taki szczegół. Prezydent reprezentuje naród, a  Kaczyński w swoim przemówieniu po ogłoszeniu wyników kilka razy powiedział „przede wszystkIEm” albo „wolontEriusze”. Jak może sprawować urząd Prezydenta RP ktoś kto ma problemy z poprawnym wysławianiem się po polsku? Może Polonii z USA to nie przeszkadza, ale mnie tak…
 

21-27 czerwca, Chorwacja

O tym co można zwiedzić na północy Chorwacji przez tydzień


To był naprawdę szalony tydzień. W ramach tzw. wakacji razem z Pawłem (moim mężem) objechaliśmy trzy wyspy (Krk, Cres i Losinj), zaliczyliśmy ileś miast i miasteczek, odwiedzieliśmy sierociniec niedźwiadków i szpital dla sępów i ogólnie tak sobie wypełniliśmy plan, że nawet 5 minut nie leżeliśmy na adriatyckiej plaży. Szczegóły na tzw. blogu chorwackim - po kliknięciu tutaj .

18 czerwca, Reykjawik - Warszawa

O islandzkich więzieniach i polskich kombinacjach


isl-rzad.jpgPo śniadanku poszliśmy na pożegnalny spacer po stolicy Islandii. Zobaczyliśmy ratusz, parlament, protestancką katedrę, w której odbywają się msze z błogosławieństwem posłów rozpoczynających sesję parlamentu, obfotografowaliśmy biuro premiera i kilka innych miejsc. Także – więzienie! Niepozornie wyglądający budynek (żadnych drutów, straży) służy jedynie jako „więzienie nocne”, bo skazani w ciągu dnia idą normalnie do pracy i właściwie tylko na noc wracają nawet nie tyle za kraty, co za mury. Więzienie o zaostrzonym rygorze też jednak na Islandii jest, ale trochę dalej od Reykjaviku. Jednak nawet tam są bardzo przyzwoite warunki – więźniowie mogą korzystać z sauny, basenów, w celach mają telewizory plazmowe, nie mówiąc o tym że jeśli trochę popracują, to dostają pieniądze (i to jak na warunki polskie - całkiem niezłe). W każdym razie Polacy stanowią całkiem sporą grupę wśród więźniów. Wprawdzie wśród skazanych wciąż dominują Islandczycy, ale w końcu to ich jest na wyspie najwięcej. Drugie miejsce zajmują Litwini, a trzecie właśnie my. Chętnych na miejsce w celi jednak uprzedzam, że coraz trudniej załapać się do więzienia - na odsiadkę czeka się w kolejce, w związku z czym cudzoziemców z wyrokami coraz częściej się deportuje.

isl-wiezienie.jpgWładze zabrały się też za naszych rodaków którzy na zasadzie „Polak potrafi” nielegalnie wykorzystywali islandzki zasiłek dla bezrobotnych. Popracowali rok, czasem tylko pół, a potem przestawiali się na ów zasiłek, wynoszący jak mi powiedziano około 140 tys. koron (3600 zł). Ponieważ taki zasiłek można brać przez nawet 3 lata, sprytni Polacy powracali w międzyczasie na ojczyzny łono, a odbiór przelewanej na konto kasy kwitowali internetowo. Tyle że w końcu ktoś z urzędników połapał się co i jak, a że według prawa można brać pieniądze tylko jeśli jest się na Islandii, kazano takim spryciarzom pieniążki oddawać. Czy rzeczywiście oddają – nie wiem…

No cóż, niestety jako naród zdążyliśmy już sobie popsuć dobrą opinię, jaką kiedyś mieliśmy. Kradniemy, pijemy, nie możemy dostosować się do panujących obyczajów. Chłopak który leciał koło mnie w samolocie, mieszkający od 10 lat na Islandii, mówił że notorycznie jest proszony przez Islandczyków aby napisał po polsku hasła typu „nie palimy na klatce schodowej”, bo rysunek przekreślonego papierosa nie wystarcza. Mówił też, że nie chcemy korzystać z darmowych kursów języka islandzkiego i ogólnie mamy problem z asymilacją, jak to mówią nasi emigranci, z „pierd…. Islandusami”.

isl-dom prezydenta.jpgW ramach pożegnania z Islandią, podjechaliśmy jeszcze zobaczyć jak mieszka prezydent tego kraju. Żadnego płotu, ochroniarzy, po prostu zwykły domem nad fiordem… Nie jest to jednak stała rezydencja, bo na ogół prezydenci wolą swoje normalne mieszkanka.

A co do samego powrotu to samolot się opóźnił dobre dwie godziny, bo nie przyleciał na czas ze Stanów. Najważniejsze, że wulkan nam nie namieszał z wylotem. Ale trzeba powiedzieć, że Islandia znakomicie wykorzystała marketingowo wybuch wulkanu. Wszędzie można kupić zdjęcia z wybuchu, ksiązki o wulkanach, a nawet koszulki z napisem: „Nie mamy pieniędzy, ale za to mamy wulkaniczny popiół”.

17 czerwca, Reykjavik (Islandia)

Spotkanie z „Solanusem” i poszukiwania wielorybów


Dzisiaj grupa miała do południa wolne, co większość osób wykorzystała na odespanie nocnego clubbingu (czyli inaczej – włóczenia się po klubach nocnych). Reykjavik ma całkiem bogate życie nocne, bo Islandczycy lubią się bawić, a choć alkohol jest tu drogi, to miejscowi wcale go sobie nie żałują. Hitem wieczoru stały się mojito, czyli pochodzące z Kuby drinki na bazie rumu . Bardzo mojito lubię, ale jednak pod palmami jakoś lepiej mi smakuje…

isl-solanus.jpgWolny poranek wykorzystałam na wizytę na Solanusie. Chodzi o jacht, na który będę dosiadać się na Grenlandii i na którym mamy zamiar zrobić tzw. Przejście Północno-Zachodnie, czyli przepłynąć z Grenlandii na Alaskę i dalej – do Vancouver, przebijając się przez lody ponad północną Kanadą. Trochę się obawiałam jak wypadnie to spotkanie, bo przecież nie znałam się wcześniej z załogą, ale okazało się, że to naprawdę fajna ekipa. Jacht zresztą też zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Typ jachtu oczywiście znałam, bo to klasyczna J-80, ale chodzi o utrzymanie kadłuba i osprzętu – widać dobrą rękę bosmana i klubu, który jest troskliwym i odpowiedzialnym armatorem. Przy okazji zostawiłam na jachcie trochę swoich rzeczy – kalosze,  ciepłe ciuchy, śpiwór etc.,  dzięki czemu jest szansa że lecąc w lipcu na Grenlandię nie wpadnę w płatny nadbagaż. Bądź co bądź 14-metrowy Solanus na 2,5 miesiąca (jak dobrze pójdzie) będzie moim pływającym domem…

isl-stek.jpgPo spotkaniu z grupą i obiadku w portowej tawernie, wypłynęliśmy na rejs, którego celem było oglądanie wielorybów. Chodzi o gatunek zwany po angielsku minke whale (moja grupa wolała nazwę „milky way”), a po polsku to po prostu wieloryb karłowaty. Jak sama polska nazwa sugeruje, nie jest on za duży – dorasta do długości 8-9 metrów, ale szczerze mówiąc i tak żadnego z nich nie widziałam. Tak na marginesie to Islandczycy wbrew międzynarodowym konwencjom na wieloryby polują, a  w miejscowych knajpach często można znaleźć „stek z wieloryba”.

Z wielorybami było kiepsko, ale rejs i tak był fajny, bo widzieliśmy sporo delfinów i maskonurów (chodzi o takie śmieszne ptaszki z wielkim, kolorowym i zakrzywionym dziobem, po angielsku zwane puffin). Zresztą na nie też Islandczycy polują, zjadając zarówno ich mięso, jak i jaja. Niestety, nie wszystkim z naszej grupy było dane cieszyć się morzem – rufa statku zamieniła się w lazaret ze „zwłokami” tych, których zmogła choroba morska. Cóż, ludzka rzecz, ale zawsze szkoda tych, których dopada.

isl-maskonury.jpgPo rejsie, ponieważ w międzyczasie trochę zgłodnieliśmy, wybraliśmy z częścią grupy na hot-dogi. To praktycznie tutejsza narodowa potrawa – Islandczycy uwielbiają hot-dogi, przy czym dodają do nich zarówno prażoną cebulkę, jak i drobno posiekaną surową. Stojąca przy porcie buda z hot-dogami została zarekomendowana przez samego Makłowicza, który kiedyś kręcił tu swój program, ale niezależnie od jego opinii chyba to rzeczywiście cenione hot-dogi, bo była do nich niezła kolejka lokalesów. Przyzwoita była też cena – 2 euro, co jak na Islandię jest naprawdę w porządku.

Po hot-dogach z kilkoma kolegami z grupy jeszcze raz poszłam na Solanusa, jako że obiecałam że zabiorę do naprawy do Polski uszkodzony telefon satelitarny.  Potem pokręciliśmy się jeszcze po mieście, bo z racji przypadającego dzisiaj Święta  Narodowego, centrum Reykjaviku przypomina miejsce wielkiego festynu. Nawet piramidę można było na tej Dalekiej Północy zobaczyć  :-)  (dokładniej była to dmuchana piramida dla dzieciaków).

16 czerwca, okolice Reykjaviku (Islandia)

Jaskinia, elfy i zakupy


Ale wczoraj była impreza! Dawno nie miałam tak rozśpiewanej grupy! Oczywiście duży wpływ na owe rozśpiewanie miały spore ilości lokalnego piwa „Viking”, ale podejrzewam że takiego wykonania „Góralu czy ci nie żal…”, tudzież innych piosenek, okoliczne pola lawy nigdy nie słyszały. Impreza trwała do rana, bo chłopcy stwierdzili, że jak się tylko ściemni to pójdą spać, no ale teraz na Islandii są tzw. białe noce, więc ciemno nie robi się w ogóle.

isl-zielen.jpgW każdym razie dzień był dla niektórych ciężki, a program bezlitosny, gdyż mieliśmy zaliczyć tutejsze jaskinie. I to nie żadne jaskinie typu wybetonowane chodniczki i przestronne groty, tylko „dzikie” jaskinie na lawowym pustkowiu, gdzie trochę gimnastyki trzeba zaliczyć. Zrobiliśmy dwie grupy - "relaksową" i "ekstremalną", która poszła ze mną i trochę poschylać  i poczołgać się musiała. Dobrze że mieliśmy kaski, bo sama kilka razy przywaliłam głową o kamienny sufit.

Obiadek zjedliśmy już w cywilizacji, w Hafnarfjordur, na 19 piętrze szklanego wieżowca, który jest najwyższym budynkiem na całej Islandii (w sumie ma 20 pięter). Ten dość charakterystyczny „drapacz chmur” to własność pewnego businessmana z Wysp Owczych – należy do niego również sieć „Jysk” czyli obecne również w Polsce sklepy z wyposażeniem domów.

Potem było trochę czasu wolnego w centrum handlowym – z myślą o znajomych zainteresowanych różnymi osobliwościami, poszłam do Hagkaup`u (takie islandzkie Tesco, którego właściciel rozpoczynał biznes w 1959 roku od sprzedaży w… stodole). Kupiłam paczkę wodorostów, a przy okazji sprawdziłam – nadal w isl-pp.jpgmiejscowych spożywczakach można kupić polskie batony Prince Polo! Eksportujemy je na Islandię od czasów komuny i jak widać cały czas cieszą się powodzeniem. Co do innych sklepów to jest sporo sieci takich jak w Polsce – m.in. Zara, gdzie ceny są wyższe niż u nas, ale ponieważ można wziąć kwit na tzw. Tax Free, czyli zwrot 20 % podatku (załatwia się to przy wylocie, na lotnisku), to w rezultacie często wychodzi nawet taniej. Kto lubi odzież outdoorową, to polecam sklepy sieci „66 North” (chodzi o przechodzący przez Islandię 66 równoleżnik  szerokości geograficznej północnej) – jest w nich sporo fajnych polarów, windstoperów, bielizny oddychającej, czyli to co w podróży nie tylko po Islandii się przydaje.

Po drodze do Reykjawiku Monika-przewodniczka opowiadała trochę o trollach i elfach, o których zresztą pisała swoją tutejszą pracę magisterską! Można się śmiać, ale ciągle w takie dziwne stworki na Islandii się wierzy. Trolle, czyli istoty z wielkimi nosami wychodzą na świat tylko w nocy, a jeśli nie zdążą się schować przed wschodem słońca, światło dzienne sprawia, że zamieniają się w kamienie. Krótko mówiąc to jest właśnie odpowiedź na pytanie, dlaczego na Islandii jest tyle kamieni  :-) . Z kolei pośród kamieni, w różnych zakamarkach żyją sobie elfy – dobre duszki, z którymi wypada trzymać sztamę, gdyż jak wieść gminna niesie, elfy potrafią zrewanżować się np. woreczkiem złota (w islandzkim isl-domek.jpgMuzeum Narodowym jest garnuszek w którym zostawiły taki właśnie prezent). Nic dziwnego, że w dawnych czasach ludzie wystawiali na progach domów miseczki z mlekiem – właśnie dla elfów, i jak twierdzą niektórzy, mleko znikało. Trzeba jednak uważać, bo jeśli ktoś elfom zakłóci spokój, potrafią być złośliwe. Co ciekawe, ich obecność bierze się pod uwagę nawet przy budowie domów czy dróg, a w razie potrzeby korzysta się z pomocy „specjalistów od elfów”, którzy jakoby elfy widzą. Ponoć kiedyś na jednym z pól golfowych chciano się pozbyć wielkiego kamienia, ale nijak nie można było tego zrobić, bo ciągle psuły się maszyny, którymi głaz chciano usunąć. Ostatecznie sprowadzono kobietę, która pogadała z elfami i ostatecznie obiecała im, że żadna maszyna kamienia nie dotknie, w zamian za co elfy miały pozwolić na strzyżenie trawy dookoła kamienia. Podobnie jest z budową dróg – jeśli przeszkodą jest jakiś „elfowy kamień”, droga zamiast iść prosto, okrąża głaz.

A co do innych ciekawych zwyczajów i wierzeń, to dawnym sposobem Islandczyków na zapewnienie sobie szczęścia, zdrowia i pomyślności było rozpalanie w dniu 23 czerwca wielkich ognisk i obieganie ich na nagusa dookoła, po czym tarzanie się w rosie. Oczywiście od razu padła w grupie propozycja, by do tradycji się dostosować, no ale tego dnia nie będziemy już na Islandii.

15 czerwca, gdzieś w islandzkiej głuszy

Gejzery, lodowce, śmierdzący rekin i "czarna śmierć"


isl-zloty krag.jpgFajny dzień. I nawet pogoda nam dopisała! Oczywiście bez przesady - słońca nie było, no ale przynajmniej nie lało. Najgorsze są tu "deszcze poziome", kiedy przy silnym wietrze rzeczywiście zacina niemal poziomo.

Wyjechaliśmy z Reykjawiku na dwa dni/jedną noc. Zaczęliśmy wycieczkę od zwiedzania Parku Narodowego Thingvellir – to takie dość niezwykłe miejsce, gdzie przez wieki, od 930 roku, zbierał się islandzki parlament. Z całego kraju zjeżdżało się nie tylko wydelegowane, uprawnione do głosowania  towarzystwo, ale też liczni obserwatorzy, szarzy obywatele, no i przez jakiś czas na tym rozległym polu ze skałami, pod gołym niebem bo żadnych budynków tu nie było (pewnie stawiali namioty) dyskutowano i podejmowano różne ważne decyzje. Przy okazji orzekano też  wyroki  (np. kobiety zdradzające mężów zrzucano ze skał - brrr!). To że się przy okazji dobrze bawiono, a piwo lało się strumieniami to chyba jasne, no bo w końcu nie samą polityką Wiking żyje. Podsumowując: jest to najdłużej, nieprzerwanie działający parlament świata, choć rzecz jasna teraz obrady odbywają się już w normalnych warunkach, czyli w budynku stojącym w Reykjawiku.

Ale niezwykłość Thingvellir to także budowa geologiczna tego terenu. Jest tam sporo ciekawych skalnych pęknięć, tworzących liczne wąwozy, przy czym najważniejsza jest poszerzająca się o 1-2 cm rocznie szczelina stanowiąca granicę między dwiema płytami geofizycznymi – euroazjatycką i amerykańską. Reykjawik jest już po stronie amerykańskiej, większość wyspy - po euroazjatyckiej.

isl-gejzer.jpgPotem pojechaliśmy zobaczyć gejzery. Na Islandii każdy gejzer ma swoje imię, przy czym najsłynniejszy, najwyżej wybuchający, choć od pewnego czasu bardzo rzadko pokazujący swoją siłę, jest gejzer o nazwie Geysir. To właśnie od niego przyjęło się określanie wszystkich podobnych wodotrysków mianem „gejzer”. Na szczęście dla turystów po sąsiedzku jest inny gejzer o nazwie Strokkur, który wybucha co kilkanaście minut, więc rozczarowania nie ma i zdjęcia "wybuchu" można zrobić. Szczerze mówiąc z pięciu miejsc na świecie gdzie występują gejzery (poza Islandią są to jeszcze rosyjska Kamczatka, park narodowy Yellowstone w USA, Wyspa Północna w Nowej Zelandii i pustynia Atacama w Chile) islandzkie gejzery są najmniej ciekawe.

Wysokie miejsce w moim rankingu Islandia zajmuje za to jeśli chodzi o wodospady. Tym razem zobaczyliśmy tylko Gullfossa, czyli Złoty Wodospad, który nie ma co zaprzeczać – robi wrażenie! Potem, na tej samej rzece, choć oczywiście już za wodospadem, mieliśmy rafting. Uwielbiam raftingi, ale ponieważ wcześniej miałam już okazję spływać pontonami dokładnie w tym samym miejscu, teraz odpuściłam już sobie moczenie się w zimnej, wypływającej z lodowca rzece, a na to konto porobiłam trochę zdjęć. Swoją drogą chyba spływ był łatwiejszy, bo nikt jakoś nie wypadł do wody (poprzednio załoga mojego pontonu już na pierwszym bystrzu straciła 3 osoby :-)   ).

isl-raft.jpgSpływ zakończyła „uczta po islandzku”, czyli rekin i tutejsza wódka-kminkówka nazywana oficjalnie Brennivin, a  mniej oficjalnie słynąca jako „czarna śmierć” (ma czarną etykietkę). Smakuje moim zdaniem obrzydliwie, ale Islandczycy ogólnie mają dość specyficzny gust jeśli chodzi o smaki. Do tutejszych specjałów należy np. łeb barani, jedzony włącznie z językiem i oczami, albo trzymany wcześniej przez kilka miesięcy podgniły rekin o takim zapachu, że nawet najbardziej nosy nie wytrzymają (dlatego też ów specyfik spożywa się na świeżym powietrzu). W autobusie spróbowaliśmy natomiast zakupione w supermarkecie  wodorosty, które pocięte w długie paski, jada się niczym chipsy. Ktoś z grupy określił że wyglądają jak dekoracja sylwestrowa, a smakowo porównano je do chińskiego ortalionu. Chyba coś w tym jest.  :-)

W trakcie jazdy Monika-przewodniczka opowiadała też trochę o islandzkiej codzienności.  Z ciekawostek – niedawno odbyły się w Reykjawiku wybory burmistrza, w których wystartowała grupa żartownisiów zwąca się „Najlepszą Partią”. Obiecali, że jeśli wygrają, to „lepiej może nie będzie, ale weselej na pewno”! Mówiono na przykład, że załatwią białego misia do zoo, że na basenach będą darmowe ręczniki, a w ogóle to spełniać swoich deklaracji wyborczych wcale nie będą.  I co? Wygrali! Z kolei w sąsiednim Hafnarfjordur, gdzie też były wybory, zwycięstwo odniosła inna grupa zwąca się... „Drugą Najlepszą Partią”.  Muszę powiedzieć  że zaimponowali mi Islandczycy takim poczuciem humoru…

isl-gulfoss.jpgW ogóle podoba mi się ten kraj. Przede wszystkim krajobrazy, choć może trochę brak mi trochę drzew.  Na ogół to taka kamienna, a raczej lawowa pustynia, a jeśli już widać coś większego od trawy, to zwykle to takie raczej skarłowaciałe drzewa.  Jedynie w miastach można spotkać normalne, oczywiście sztucznie posadzone. O tym jak wyglądają te tutejsze lasy świadczy jeden z tutejszych dowcipów: - Co ma zrobić Islandczyk jak się zgubi w lesie? –Jak to co? Wstać i się rozejrzeć!

Tak na marginesie to teraz akurat jest na Islandii pora kwitnienia łubinów, których fioletowe dywany bardzo ożywiają te szaro (kamienie)-czarno (lawa) –zielone (mchy) przestrzenie. Ponoć łubin to efekt nasionek przywiezionych przez kogoś niechcący, a że wyjątkowo szybko się rozprzestrzenia, to mają z tą rośliną sporo problemów. Podobnie jak z tchórzofretkami, które też jakoś niekontrolowanie się rozprzestrzeniły w mocno nadmiernych ilościach.

A jacy są Islandczycy? Na ogół fajni. Wszyscy zwracają się do siebie zwykle po imieniu, przy czym imiona na ogół coś znaczą. Np. nasza kontrahentka ma na imię Audur co znaczy „skarb”. Prawda, że ładnie?  Tak w ogóle to islandzka książka telefoniczna (która funkcjonuje także w bezpłatnej formie internetowej) ułożona jest nie nazwiskami, lecz imionami! (plus zawód). A co do nazwisk to kobiety nie zmieniają nazwisk po wyjściu za mąż. Typowe islandzkie nazwiska to imię ojca plus dopisek „-sson” (syn) albo „-dottir” (córka). Czyli np. jak ktoś ma ojca o imieniu Jon to w zależności od płci jest albo Jonson albo Jondottir. Proste i logiczne, choć może nam akurat trudno zrozumieć, że w czterooosobowej rodzinie każdy ma inne nazwisko!  Przy okazji – w alfabecie islandzkim nie ma w ogóle litery „c”, natomiast w zaniku jest „z”. Kiedyś „z” było częściej, ale zaczęto je zastępować „s”, więc teraz prawie się go nie widzi. 

isl-bialy mis.jpgWrócę jeszcze do tego, co mi się na Islandii podoba. Np. to, że kraj dba o swoich obywateli. Okej, kryzys jaki ich dotknął, utraty oszczędności życia itp., to przykra sprawa, ale mimo to nikt tutaj jakoś wcale nie pluje na swój rząd, gospodarkę, politykę (przynajmniej nie przy cudzoziemcach) i wszyscy sprawiają wrażenie zadowolonych z życia. Przeciętna krajowa to 200 tys. koron (ok. 5200 zł), więc może na tutejsze ceny tak sobie, ale jest całkiem niezły socjal. Dobry układ mają rodzice po urodzeniu dziecka – i matka, i ojciec (oboje) mają po 3 miesiące urlopu macierzyńskiego/tacierzyńskiego, czyli w sumie 6, a potem przysługują im jeszcze 3 miesiące do podziału (umawiają się, kto w jakim zakresie je wykorzysta). Czyli dzieciak ma 9 miesięcy opieki rodzicielskiej.

W ogóle to wydaje się, że to taki „przemyślany” kraj. Wszystko wygląda przyzwoicie, jest czysto, widać ogólne zorganizowanie. Nie ma żadnych wydatków na armię, bo choć Islandia należy do NATO, to… nie ma armii! Policja owszem jest, ale… nie ma broni! Duży nacisk kładą tu za to na ekologię. Turystów upomina się, aby nie chodzili po mchach, bo długo odrastają, aby nie wyrzucali na ziemię niedopałków papierosów, no i w ogóle szanowali przyrodę. Właśnie w tym celu wiele samochodów (ok. 30 tys.) korzysta z gazu (metanu) otrzymywanego w wyniku spalania śmieci. Co ważne, takiego ekologicznego myślenia uczy się już od małego. Modne stają się "naturalne przedszkola", w których dzieciaki zamiast zabawek z plastiku czy metalu korzytają jedynie z takich zrobionych ze zwykłego, nie barwionego nawet drewna, albo z tego co dała natura (kamyki, patyki itp.). Zawsze to zdrowiej, ekologiczniej, no i kreatywność czy też wyobraźnia takich dzieci rozwija się lepiej niż ich rówieśników mających podane pod nas kolorowe "gotowce".

isl-koszulka.jpgA skoro zaczęłam o przyrodzie i naturze… Ponoć nie ma tu burz z piorunami! Wyjątek stanowią sytuacje kiedy zdarzają się trzęsienia ziemi lub wybuchy wulkanów – tylko wtedy dochodzi do burz. Co do tych aktywnych wulkanów, to zniszczenia z tym związane pokrywa polisa ubezpieczeniowa. Tak na marginesie to pierwotnie główną atrakcją naszego przyjazdu na Islandię miało być zobaczenie słynnego wulkanu, który spowodował chmurę paraliżującą ruch lotniczy. Tymczasem wulkan się uspokoił, no i wyszło na to, że musimy go sobie odpuścić, bo nic tam teraz spektakularnego nie ma. No ale wreszcie nauczyłam się nazwy  tego wulkanicznego delikwenta: Eyjafjallajokull! Jest to zlepek trzech wyrazów: „eyja” to wyspa, „fjalla” – góra, i „jokkul” – lodowiec.  Mam nadzieję, że wulkanisko nie obudzi się w dzień naszego wylotu...

14 czerwca – w Reykjawiku (Islandia)

Na wyspie gejzerów


isl-wiking.jpgTrudno mi znaleźć czas na pisanie, kiedy jestem w Warszawie. Moje życie toczy się w zbyt szalonym tempie.  Na wyjazdach jest trochę łatwiej, bo choć też się dużo dzieje (tym bardziej, że większość moich wyjazdów to rodzaj pracy), jakoś łatwiej wygospodarować chwilę na postukanie przez chwilę w klawiaturę w celach prywatnych. Łatwiej ze względu na inaczej się toczący czas, a także dlatego, że przeskakuje się w zupełnie inne realia. Kampania wyborcza, powodzie i inne istotne, aktualne sprawy wagi państwowej stają się bardziej odległe, a "ważniejsze" zaczyna być to, jaka jest pogoda, czy uda się zobaczyć to, co sobie zaplanowaliśmy, jakich ludzi tego dnia spotkamy...

W każdym razie znowu jestem na Islandii. "Znowu" bo to mój trzeci raz na tej wyspie w charakterze pilota grupy. Wylecieliśmy z Okęcia w małym zamieszaniu, bo na terminalu 2, czyli tym nowym, ogłoszono ewakuację - powodem był jakiś  pozostawiony bez opieki bagaż. Na szczęście my, z racji biletów na samolot linii Iceland Express, lecieliśmy z terminala 1, więc ewakuowani nie byliśmy.

Lot w dużej mierze przespałam, bo jak zwykle jestem po kilku zarwanych nocach. Od chłopców z grupy wiem, że w międzyczasie było widać  Wyspy Owcze. Islandczycy opowiadają, że w czasach, kiedy Islandia była zasiedlana, dopłynęli na nią najmężniejsi Wikingowie, tacy z krwi i kości, prawdziwi mężni faceci. A kto osiadł na Wyspach Owczych? Też Wikingowie, tyle że tacy, którzy nie mogli sobie poradzić z chorobą morską, więc dlatego zostali na tych pierwszych wyspach, na które trafili. 

isl-laguna.jpgW drodze do hotelu wpadliśmy na baseny Błękitnej Laguny. To jedna z największych atrakcji Islandii – można się tam kąpać w naturalnie ogrzanej wodzie. Pochodzi z oceanu, ale przepływa pod polem lawy przez co jej temperatura wynosi 70 stopni (oczywiście ta do kąpieli jest odpowiednio schładzana). Jeśli nie patrzeć na kominy pobliskiej elektrociepłowni (kominów zresztą często nie widać, bo zasłaniają je dymy unoszące się ponad basenami), miejsce wygląda niesamowicie bo intensywnie niebieskie baseny otacza zastygła lawa.

Błękitna Laguna to miejsce w dużej mierze turystyczne, choć Islandczycy też przychodzą się w niej wykąpać. Swoją drogą na Islandii prawie każda miejscowość ma swoje geotermalne baseny, na które wchodzi się po symbolicznej cenie ok. 1 euro (Błękitna Laguna jest dużo droższa). Pływać uczą się już noworodki – ponoć to bardzo tutaj popularne, że maluchy od 3 miesiąca życia zabierane są dwa razy w tygodniu na zajęcia na basenie.

Co do samej wody, to nawet w kranach czuć, że jest tu woda pochodzenia wulkanicznego. Dziś nawet przeżyłam z tego powodu lekki stres, bo wchodząc pod prysznic i czując specyficzny zapach zgniłych jaj, zaczęłam podejrzewać, że coś ze mną nie w porządku.  Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, że to nie ja tak śmierdzę siarką, tylko woda.

isl-panorama rkv.jpgA co do dzieci – od Moniki, naszej przewodniczki (mieszka na Islandii już 15 lat) dowiedziałam się, że na Islandii maluchy wierzą nie w jednego Świętego Mikołaja, ale w trzynastu! To trochę inne Mikołaje niż znany nam nobliwy starzec z białą brodą – tutejsza historyjka mówi o strasznej z wyglądu wiedźmie która miała około stu synów, ale ponieważ zjadała swoje dzieci, to ostało się ich tylko kilkunastu. Że nie byli oni zbyt grzeczni świadczą ich imiona – był np. wśród nich taki którego imię tłumaczy się „Kradnący Świece”, a co do ubioru to owszem, czerwone czapeczki mają, ale noszą szare worki, takie jakby od kartofli. W każdym razie codziennie od 11 grudnia dzieciaki wystawiają jakiś but i każdego dnia znajdują w nim jakiś drobiazg, wierząc że przychodzą do nich kolejne z Mikołajów. Potem, od 24 grudnia, Mikołaje stopniowo wracają do siebie  - ostatni żegna się z dziećmi dopiero 6 stycznia i wtedy organizuje się wtedy dla dzieci różne bale albo ogniska. Podejrzewam, że taka wersja opowieści świętomikołajowych znalazłaby sobie wielu zwolenników wśród dzieci z Polski, no bo zawsze to lepszy układ niż Mikołaj jednorazowy.

9 czerwca, Warszawa

Książka, rejs, wielkie zamieszanie...


Wczoraj w Klubie Podróżnika (mamy w Warszawie taki podróżniczy pub przy ul, Chłodnej 39) odbyła się promocja mojej świeżo co przysłanej z drukarni książki (sama też owe dziełko zobaczyłam dopiero na promocji  :-)  ). Dzięki wszystkim, którzy przyszli! Stremowana byłam strasznie, no bo w końcu nie jestem przyzwyczajona do takich imprez, ale fajnie jest mówić do osób, które rzeczywiście są zainteresowane tematem. Mam nadzieję, że dzięki książce kilka kolejnych osób odważy się wyruszyć w świat na samodzielną włóczęgę.

A teraz z innej beczki…PŁYNĘ NA REJS. Tak jak niektóry z Was wiedzą, byłam w składzie załogi, która miała w tym roku próbować zrobić tzw. Przejście Północno-Wschodnie, czyli traskę od Norwegii na Alaskę (i dalej do kanadyjskiego Vancouver), w lodach ponad Rosją. Niestety plany nie wypaliły, no bo brak pieniędzy na doekwipowanie jachtu, a poza tym jak stwierdził Sławek – nasz kapitan, jest duże ryzyko że w newralgicznym miejscu Przejście się nie otworzy, czyli po prostu lody nas nie przepuszczą.

Z wielkim żalem sprawę rejsu odpuściłam, a tymczasem wczoraj zadzwonił do mnie Antek Bigaj - komandora Yacht Clubu z Bydgoszczy, i zaproponował, że mogę dołączyć do załogi płynącej na Przejście Północno-ZACHODNIE, czyli odcinek w lodach Arktyki ponad Kanadą. To również teren dziewiczy jeśli chodzi o turystykę czy żeglarstwo, bo do tej pory było tam w skali świata zaledwie kilkanaście jachtów. Dostałam jeden dzień (a raczej – jedną noc) do namysłu, co przyprawiło mnie o niezły ból głowy, no bo już za miesiąc musiałabym się stawić w stolicy Grenlandii gdzie dosiadałabym się na jacht, a potem czekałoby mnie ok. 2-2,5 miesiąca żeglowania w gronie ludzi, których de facto nie znam! Oczywiście zakładam, że to sympatyczne towarzystwo, no ale taki kawał czasu na jachcie o długości zaledwie 14,5 metrów (s/y "Solanus" - stalowy, typ J-80), ciągle w gronie tych samych ludzi, sprawia że to bardzo trudna próba charakterów wszystkich z nas. Ja w każdym razie postaram się być miła i grzeczna  :). 

Najgorszy dylemat miałam jeśli chodzi o Pawła – oczywiście wcale się nie spodziewałam, że mój kochany mąż okaże zachwyt pomysłem. Paweł jest naprawdę w porządku facetem – nie mówi, że czegoś nie mogę i pozwala żebym samym zdecydowała, co kończy się tym, że tym bardziej jest mi głupio, gdy jednak wyjeżdżam i go zostawiam. Widzę, że jest mi coraz trudniej z takimi decyzjami – staję się chyba coraz większą domatorką i dobrze jest mi w rodzinnym gronie, a jeszcze nie wyjechałam i już mi mojego męża psychicznie brak. 

Wracając do rejsu – po przeanalizowaniu różnych „tak” i „nie” stanęło na tym pierwszym. Uznałam że pewne okazje już się nie powtarzają, a w moim żeglarskim rozwoju jeśli się uda, to będzie bardzo mocny punkt. Swoją drogą nie wiem ile kobiet było na Przejściu Północno-Zachodnim, ale myślę że można je policzyć na palcach jednej ręki.

Decyzja o rejsie sprawiła, że zaczęłam wariacki wyścig z czasem. Niby do wylotu mam miesiąc, no ale w międzyczasie mam jeszcze tygodniowy wypad na Islandię i potem –do Chorwacji (to już na szczęście wspólnie z Pawłem). Czyli zostają dwa tygodnie i milion spraw do załatwienia. Nawet z wyjazdu na wspinanie na Jurze zrezygnowałam!

28 maja, Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu

Plac zabaw z 1% od podatku


plac zabaw3.jpgO tym wydarzeniu muszę wspomnieć, bo: a) dla dzieciaków z Centrum Zdrowia Dziecka było to naprawdę Wydarzenie przez duże „W”;   b) część z tych, którzy czytają tego bloga wpłaciła pieniądze z 1% swoich podatków na działającą przy Oddziale Onkologii CZD i popieraną przeze mnie Fundację „Nasze Dzieci”, więc teraz mogą przekonać się na co te pieniądze idą. Co robi Fundacja na co dzień, można przeczytaj na jej stronce (tutaj), ale tak w skrócie to organizuje czas chorym dzieciakom, ale także – wspomaga rodziców, zwłaszcza będących „w żałobie”, czyli tych, którzy stracili dzieci, albo w najbliższym czasie ich to dotknie. No ale tym razem skorzystały dzieci nie tylko z Oddziału Onkologii, bo staraniem wolontariuszy z Fundacji, powstał wreszcie plac zabaw, z których będą mogli korzystać wszyscy pacjenci, a przewija się ich rocznie przez szpital około 40 tysięcy!

Słowo „wreszcie” jest bardzo na miejscu, bo jak do tej pory Centrum Zdrowia Dziecka nie miało placu zabaw! Dzieciaki, które miały od lekarzy zezwolenie na spacer, bawiły się zwykle na huśtawkach pobliskiego osiedla, co nie za bardzo podobało się tamtejszym mieszkańcom. Teraz już się problem rozwiązał, bo plac zabaw2.jpgplac zabaw powstał tuż przy szpitalnym budynku i jest naprawdę super. Na jego otwarcie przyszło mnóstwo dzieciaków (i ich opiekunków, bo same ze szpitala wychodzić nie mogą) i widać było, że nie mogą się doczekać, kiedy wreszcie zostanie przecięta symboliczna wstęga. Dopóki to nie nastąpiło, wstępu pilnował Sławek (mój dawny harcerz) i Wiciu (kumpel z ławki szkolnej mojego brata), czyli dwóch rosłych facetów, ale nawet im nie łatwo było utrzymać na dystans sprytne maluchy. Największą inicjatywę w próbach przejścia pod wstęgą wykazywał niejaki Wojtuś ze szwami na twarzy (-Ja prosę pani mam już 5 latek i 8 miesięcy – pochwalił mi się). W końcu jednak nastąpił moment kiedy formalności stało się zadość, wymieniono różnych sponsorów którzy w budowie placu pomogli i dzieciarnia mogła cieszyć się tym co na placu czekało.

Plac nawet na mnie zrobił wrażenie, może dlatego że „za moich czasów” o czymś takim nikomu się nie śniło. Szczerze mówiąc kilka razy łezka mi się w oku zakręciła, widząc na przykład jak jedna z matek pomaga schodzić z wózka inwalidzkiego córce, która po raz pierwszy w życiu mogła zjechać na zjeżdżalni. Oczywiście wszystko jest przystosowane do wymagań dzieci o różnym stopniu rozwoju fizycznego i psychicznego, choćby to że nie ma żadnych ostrych krawędzi, a całość wyłożona jest specjalną, miękką wykładziną (jak mi powiedział mój brat, który jest w Fundacji członkiem Zarządu, jeden metr kwadratowy takiej wykładziny kosztuje 300 zł!).

plac zabaw1.jpgFajnie, bo otwarcie placu przerodziło się w bardzo fajny festyn. Znajoma cukiernia przyjechała z darmowymi ciastkami, pojawił się gadający robot przywieziony przez jakieś stowarzyszenie fanów „Gwiezdnych Wojen”, przyjechało też trochę aktorów, którzy rozdawali autografy (m.in. Małgosia Kożuchowska, Rafał Królikowski), a jakiś koleś z „Tańca z Gwiazdami” (sorry, nie znam go, bo nie oglądam tego programu) tańczył z dzieciakami makarenę (dzieci na wózkach też się po części włączyły). Nawet chmury deszczowe, które nachodziły, zmieniły kierunek i nie zepsuły pogody!

W każdym razie ogromne dzięki tym z Was, którzy nawet niewielką kwotą się przyczynili do radości tych dotkniętych chorobą mniejszych i większych dzieci. Swoją drogą sponsorów też trochę w tym przedsięwzięciu było. Największym – PZU, ale było też np. jakieś nieznane mi z nazwy biuro podróży, które dało transport na przewiezienie wyposażenia, a takie gesty też są bardzo ważne. Albo tacy wolontariusze z Braniewa, którzy co roku w tej odległej od Warszawy miejscowości, organizują koncerty, z których dochód idzie na Fundację. Fakt, motorem akcji w Braniewie jest małżeństwo, które zna Fundację i potrzeby szpitala "od podszewki", bo miało na Onkologii syna. Wydawało się, że chłopiec wyjdzie z choroby, ale niestety, po kilku miesiącach radości że jest w porządku, nastąpiła „wznowa” i nie dało się dziecka uratować. No ale teraz może Piotruś patrzy z Nieba na plac zabaw, który służy teraz innym maluchom poniekąd dzięki Niemu…

21 maja – w samolocie z Singapuru do Monachium

Tysiąc dolców za plucie


Lubię powroty. Po tej bardzo intensywnej serii wyjazdów stęskniłam się już za rodzinką, przyjaciółmi i znajomymi. Obiecałam sobie, że przez najbliższe trzy tygodnie nie wyjeżdżam – muszę nacieszyć się domem, nadrobić  zaległości nie tylko w pracy, ale i towarzyskie.

singapur-pomnik-lwa.jpgPobyt w Azji zakończyliśmy ekspresowym zwiedzaniem Singapuru. Dziesięć lat temu spędziłam w tym mieście bity tydzień i muszę powiedzieć, że wcale się nie nudziłam. Wbrew pozorom wcale nie jest to tylko skupisko nowoczesnych wieżowców – całkiem sporo tu do zobaczenia. Wiele się tu przez tę dekadę zmieniło, tzn. jest tu jeszcze nowocześniej, choć ciągle utrzymana jest swoista harmonia pomiędzy budowlami ze szkła i stali i reliktami poprzednich epok w postaci kolonialnych budynków, enklawami zieleni czy etnicznymi dzielnicami takimi jak np. Little India czy Chinatown.

Mówi się o Singapurze „Fine City”. Chodzi o dwuznaczność słowa „fine”, które po angielsku oznacza zarówno „fajne”, „miłe”, jak i „kara finansowa, mandat”. Mandaty są tu dosłownie za wszystko – po 1000 dolarów singapurskich (1 dolar amerykański to 1,3 „singapury”) płaci się za śmiecenie, wniesienie jedzenia lub picia do metra, palenie papierosów poza wyznaczonymi miejscami, za żucie gumy, plucie, karmienie ptaków, zerwanie kwiatka z trawnika, za sikanie poza ubikacją czy nie spuszczenie wody w ubikacji, a także za zostawienie niezakręconego kranu.  Ludzie mandatów się boją, więc porządek jest taki, że można pozazdrościć.

W sumie to niewiele widzieliśmy, bo cała wycieczka trwała raptem 4 godziny. Zwiedziliśmy jedną świątynię hinduistyczną, zrobiliśmy trochę zdjęć przy pomniku lwa który jest symbolem miasta (nazwa „Singapur” to zlepek dwóch wyrazów – singa, co po tutejszemu znaczy lew i tinga – miasto), potem jeszcze wpadliśmy do singapur--ulica.jpgnajsłynniejszego tutejszego hotelu „Raffles” (jeszcze z XIX wieku), z barem w którym wymyślono kultowy drink „Singapore Sling” (można go zamówić za równowartość ok. 45 zł), no i oczywiście była jeszcze krótka chwila na zakupy. Nie jest to jednak już taki zakupowy raj jak dawniej, nie mówiąc o tym, że wbrew temu co mówią sprzedawcy, wypisywana tutaj gwarancja wcale w Europie nie jest respektowana. Zresztą w sklepach wcale tak nie widać Europejczyków - dominują „swoi”. Nawet nasza przewodniczka mówiła, że Singapurczycy mają dwie główne pasje – pierwszą jest jedzenie (rzeczywiście, liczba knajp i barów jest tu imponująca), drugą są właśnie zakupy. W międzyczasie musi być też czas na pracę, tym bardziej żę oficjalnie pracuje się tu dłużej niż u nas – 44 godziny tygodniowo.  Z drugiej strony Singapur słynie z wyjątkowo częstych świąt państwowych – wolne robi się w każde większe święto którejś z głównych tutejszych grup etnicznych (aktualnie 77 proc. mieszkańców stanowią Chińczycy, 14 proc. Malajowie, pozostali to gł. Indonezyjczycy, Indusi i inni). Nic dziwnego że każdy z mieszkańców jest przynajmniej dwujęzyczny – na co dzień, w domu, porozumiewa się swoim rodzimym językiem (chiński, malajski itp.), a do ogólnonarodowej komunikacji służy nauczany w szkołach angielski.

20 maja – Sabah (malezyjskie Borneo)

O nurkowaniu z papugorybami, które jedzą z ręki i nowej mojej miłości – orangutanie Reg


borneo--wioska-na-wodzie.jpgAle fajny dzień! Przedpołudnie spędziliśmy na wyspie Pulau Mamutik oddalonej od Kota Kinabalu o jakieś 20 minut płynięcia szybką łodzią. My płynęliśmy dłużej, bo po drodze zobaczyliśmy jeszcze wioskę wybudowaną na palach wbitych w zatokę. To dość popularny tutaj system budowania domów przez tych, którzy nie mają wystarczającej kasy na wykupienie sobie ziemi, a za dom na wodzie nie płacą.

Mamutik to wyspa dla miłośników plaż i kąpieli w morzu. Co do plaż, to akurat dla mnie to żadna atrakcja, bo nie znoszę bezczynnego leżenia na słońcu, ale na szczęście była alternatywa, czyli morze. Razem z  kolegą-Czechem pożyczyliśmy sobie płetwy, maski i fajki, zakupiliśmy po plastikowej butelce pełnej kawałków chleba i popłynęliśmy karmić ryby. Swoją drogą że też mi ten patent z zabieraniem chleba na nury nigdy wcześniej nie wpadł do borneo---z-rybami.jpggłowy! W każdym razie to było coś niesamowitego – wystarczyło wyciągnąć trochę chleba i momentalnie byliśmy otoczeni ławicą kolorowych ryb, które jadły wprost z ręki, delikatnie skubiąc palce. Musiałam być naprawdę nieźle zaaferowana, bo nawet nie zauważyłam kiedy zsunął mi się kostium, a konkretnie jego góra. Że mam po części goły biust widać nawet na zdjęciach, bo na zmianę robiliśmy sobie fotki moim podwodnym Olympusem. Niestety, tym razem aparat nie okazał się wodoodporny, bo w pewnym momencie, pod wodą rzecz jasna, wyświetlił mi się komunikat, że jest nieszczelna pokrywa karty pamięci. Wściekła musiałam dopłynąć do dość odległego brzegu, trzymając aparat nad wodą i odpuszczając już sobie kolejną podwodną sesję zdjęciową. Na szczęście wieczorem okazało się, że z zamoczonej karty część zdjęć udało się uratować.

Wracając do ryb… Z tych najładniejszych były mieniące się kolorami papugoryby (parrot fish), a co jakiś czas pojawiały się jeszcze iglicznie (takie długie, podobne do pływających poziomo patyków), które sprawiały, że wszystkie inne rybki uciekały. Poza tym było też sporo strzykw ze względu na kształt nazywanych ogórkami morskimi, do tego malutkie meduzy których praktycznie nie było widać, ale co jakiś czas parzyły, pojawiła się też jedna „dyżurna” kałamarnica.

borneo--orangutar-z-opiekun.jpgPo obiedzie wróciliśmy na stały ląd i przejechaliśmy do hotelu „Shangri-La” (jakieś 20 km od miasta), gdzie na dzisiejszą noc nas zakwaterowano, a koło którego jest też rezerwat orangutanów. Bądź co bądź orangutany to jeden z głównych powodów, dla których przyjeżdża się na Borneo (to jedno z dwóch miejsc w skali świata, gdzie można owe naczelne małpy zobaczyć w naturalnym środowisku – drugim jest niedaleka Sumatra). Nie mieliśmy co prawda czasu, aby pojechać do znajdującego się na wschodnim wybrzeżu wyspy ośrodka rehabilitacyjnego tych małp, ale w tutejszym rezerwacie też nie było źle, a nawet lepiej, bo to sierociniec, w którym jest 7 małpich maluchów, trenowanych do tego, aby wróciły do dżungli. My widzieliśmy w sumie trzy orangutany – dwa hasały wśród drzew, a trzeci, dwuletni Reg, przyszedł do strażnika parku, wpakował mu się na ręce i zaczął się do niego tulić niczym mały dzieciak. A jakie miny przy tym robił (orangutan rzecz jasna)! Ponoć orangutany mają 96,4% ludzkiego DNA, tak więc ich zachowanie jest bardzo zbliżone do ludzkiego. W niewoli próbują chodzić nawet na dwóch łapach, w pełni wyprostowane, ich ciąża trwa tyle samo co u ludzi (9 miesięcy), charaktery też są pokrewne.

borneo--orangutan-solo.jpgWspomniany Reg jest ogólnym ulubieńcem obsługi rezerwatu. Nic dziwnego – ma sympatyczny wyraz pyska, no i dobry z niego showmen, a do tego niezła przylepa. Jednak nie wszystkie orangutany są takie. Przykładem samiec Gembira, który słynie ze swojej złośliwości i złodziejskich zdolności (na Borneo jest nawet określenie dotyczące przywłaszczania sobie różnych rzeczy – „małpie ręce”). Najbardziej lubi podkradać aparaty fotograficzne, a jak ktoś mu podpadnie, potrafi obrzucić odchodami. A tak na margiensie to słowo "orangutan" poprawnie powinno się pisać „Oran-gutan” co znaczy dosłownie „leśny człowiek”.

No i na koniec jeszcze o hotelu. Na ogół wszystko mi jedno w jakich warunkach śpię. Tzn. lubię wygodne łóżko, czystą łazienkę itp., ale na luksusy nigdy się nie nastawiam. Zresztą jak jeżdżę na własną rękę, nie stać mnie na dobre hotele, często to naprawdę podłe miejscówki albo wieloosobowe dormitoria, jednak na wyjazdach służbowych zdarza mi się sypiać w obiektach o standardzie pięciogwiazdkowym i rzecz jasna - wcale tak bardzo mi to nie przeszkadza  :-).  Tym razem jednak pokój przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.  Ogromny, super gustownie urządzony, można sobie nawet wybrać, jaki chce się zapach do spania (wybrałam „trawę cytrynową” bo poza tym że uspokaja i borneo-pokoik.jpgrelaksuje to jeszcze odstrasza komary, których jest tu mnóstwo, choć jak przekonują lokalesi - nie są one malaryczne).  Najlepszy jest jednak taras – wielkości połowy mojego warszawskiego mieszkania, z ogromną dwuosobową wanną z poduszkami i z różnymi prądami morskimi, których nawet ustawić nie umiem. Z kolei obok  wanny stoi kusząca leżanka na której aż prosi się, by położyć się z kieliszkiem wina, gapiąc się na słońce w czasie zachodu chowające się w oceanie. Nie wytrzymałam i zapytałam w recepcji ile ten mój „skromny” pokoik (skromny, bo lepsze też są) – kosztuje. Myślałam że usiądę z wrażenia – 455 dolców! Widząc moją minę recepcjonista dodał wyjaśniająco: „Ale to ze śniadaniem, Madam”. No tak, jak ze śniadaniem, to rzeczywiście taniocha!  :-)

19 maja, Sabah (malezyjskie Borneo)

O winie palmowym i małpach z długim nosem


borneo--wino-ryzowe.jpgPrzedpołudnie spędziliśmy w znajdującej się jakieś 20 km od Kota Kinabalu „Mari-Mari Cultural Village”. „Mari-mari” w języku malajskim znaczy „witamy”, a ogólnie chodzi o taki niby-skansen, w którym pokazuje się zwyczaje różnych plemion (na terenie malezyjskiego Borneo występują aż 32 plemiona). Można się czepiać, że wioska to sztuczna „cepelia”, ale mnie akurat się podobało, bo to w sumie jedyna okazja, by bez wgłębiania się w dżunglę coś z tutejszej etnografii liznąć i porobić zdjęcia ludzi w strojach, w których na co dzień wcale nie chodzą. Przy okazji spróbowaliśmy różnych lokalnych specjałów – m.in. halucynogennego w większych ilościach betelu (żuty w specjalny sposób orzech azjatyckiej palmy), a także wina ryżowego zwanego montoku, podawanego w bambusowych „kieliszkach”, które robim się w wersji damskiej i męskiej (męskie są ostro zakończone, mogą więc w zastępstwie noża służyć do obrony). Poza tym nauczyliśmy się stosowanej w dżungli metody rozpalania ogniska (też przy pomocy kawałka bambusa), zrobiliśmy sobie miejscowe tatuaże z henny (zmyją się za 3 tygodnie) i obejrzeliśmy różne lokalne tańce.  A jeszcze co borneo-rozpalanie-ognia.jpgdo tatuaży: w czasie II wojny światowej, kiedy żyjący w dżungli wojownicy jednego z plemion po raz pierwszy zobaczyli samoloty, pomyśleli że to jakieś święte ptaki zesłane przez bogów. Finał był taki, że zaczęli sobie tatuować wizerunki samolotów!

Popołudniu przejechaliśmy kawał drogi od Kota Kinabalu, w okolice miasta Beuafort, gdzie dopadła nas burza. Jak przystało na tropikalny deszcz, był on krótki, ale intensywny, urozmaicony grzmotami i błyskawicami. Jak już się uspokoiło, wypłynęliśmy na rejsik łodzią po rzece obrośniętej trudno dostępnymi zaroślami mangrowymi. Głównie chodziło o zobaczenie endemicznych na Borneo  długonosych małp, co się zresztą udało, bo małpy były. Ponoć te ich długie nosy, kojarzące się z Pinokiem, to taki oryginalny system chłodzenia. Oficjalna, łacińska nazwa tych zwierzaków brzmi proboscis, po polsku – nosacze sundajskie, ale tutaj nazywa się je powszechnie „Holendrami”, jako że wśród pierwszych białych, jacy tu przed wiekami dotarli, byli właśnie Holendrzy, zadziwiający lokalesów swoimi długimi nosami .

borneo--nosacz.jpgNosacze są urocze – ten ich nos to rzeczywiście coś niezwykłego. Co ciekawe – świetnie pływają i wykonują niesamowite skoki z bardzo dużych wysokości. Jak nam mówił przewodnik – mają dwa żołądki, dzięki czemu mogą jeść liście roślin uważanych za trujące. Nie trawią natomiast cukru, co sprawia, że zwykle jabłka lub banany mogą się okazać dla nich zabójcze.

W międzyczasie, w trakcie rejsu, pojawiła się śliczna tęcza, przez co znowu zeszło na powszechne tutaj tematy duchów. Ponoć niektórzy miejscowi wierzą, że tęcza to symbol duchów czatujących aby porwać małe dzieci. Aby temu zapobiec, matki wkładają dzieciom za prawe ucho listek, mający sprawić że maluch jest dla duchów niewidoczny. Zdaniem naszego przewodnika który mimo swojego nowoczesnego podejścia do życia, jak najbardziej w duchy wierzy, sposobem na to, by odpędzić złe moce jest umieszczenie na drzwiach wejściowych do domu limonki. Mam nadzieję, że nie podpadnę tym tutejszym duchom i nikt na mnie "złego uroku" nie rzuci.  :-)

18 maja, Park Narodowy Kinabalu (malezyjskie Borneo)

O ogromnej raflezji, dzikich orchideach, duchach i łowcach głów


borneo--mt-kinabalu.jpgDzisiejszy dzień spędziliśmy na stokach Mt. Kinabalu – najwyższej góry nie tylko Borneo, ale całej Azji Południowo-Wschodniej. Myślałam wcześniej, że to wulkan, ale jak się okazuje - źle myślałam. Góra cały czas rośnie - w tempie 5 mm na rok. Zdobycie szczytu (4095 m n.p.m.) to normalnie dwudniowa wyprawa z noclegiem w schronisku, ale w czasie corocznego tzw. climbmaratonu, nazywanego zresztą „najtrudniejszym maratonem świata”, są tacy, którzy wbiegają na szczyt w zaledwie 3 godziny! 

Trzeba przyznać, że Mt Kinabalu wygląda z daleka ślicznie – ogromnie żałuję, że nie mam teraz jak się tam wdrapać.  Ale nawet gdybym miała czas, też bym tak z marszu nie mogła, bo: a) to całkiem droga przyjemność (ok.300 dolców, których aktualnie nie mam);  b) ze względu na limit wydawanych zezwoleń na wejście (200 osób dziennie), trzeba zapisywać się w około półroczną kolejkę, a tak ad hoc ponoć nie da rady. Na szczęście wiem, że będę na Borneo ponownie w październiku, czyli mam borneo--canopy-walk.jpgczas aby sobie wszystko na spokojnie zorganizować. Poza tym może wtedy zamiast wchodzić zwykłą, turystyczną drogą, dałoby radę wybrać się na drogę wspinaczkową, czyli jednak ambitniejszą.

Ale wracając do tego, co dziś się działo - pierwszym punktem programu były gorące źródła, które mówiąc szczerze na kolana nie rzucają, choć rzeczywiście gorące są (temperatura 40-70 stopni).  Właściwie to w basenach (nieco schłodzonych rzecz jasna) kąpią tylko miejscowi, przy czym kobitki nie pływają, tylko siedzą na brzegach, zamaczając się w pełni ubrane, bo tutejsza kultura (połowa populacji to muzułmanie), raczej nie skłania do rozbierania się.  Właściwie to głównym powodem aby tutaj przyjechać są nie tyle źródła, co tzw. canopy walk, czyli chodzenie na wysokości koron drzew (jakieś 30 m nad ziemią), po wiszących mostkach, co jest całkiem fajne, tym bardziej że dookoła roztacza się prawdziwa dziewicza dżungla.

Zaliczyliśmy też całkiem interesujący ogród botaniczny, w którym Osman (nasz przewodnik) opowiadał jakie rośliny rosnące w dżungli można stosować np. do zatamowania krwi, do wywołania aborcji czy przeciwbólowo, a poza tym oglądaliśmy dzikie banany, borneo-raflezja.jpgdziki imbir, owadożerne dzbaneczniki i różne orchidee. W parku występuje ok. 1200 gatunków orchidei, ale i tak rośliną nie do przebicia w rankingu rozmiarów i oryginalności, jest ogromna raflezja, zwana też bukietnicą. W stanie rzeczywiście dzikim występuje ona jedynie na terenie deszczowej dżungli Borneo i Sumatry, a jej kwiat osiągający średnicę do 120 cm i wagę 10 kg, jest największym kwiatem w świecie roślin. Miejscowi robią na owych kwiatach niezły biznes – jak tylko ktoś ma kawałek dżungli na którym raflezja zakwitnie, stawia przy drodze znak informujący że zaprasza do obejrzenia roślinki, no i interes się kręci, bo od każdego chętnego kasuje się po 3 dolce. Chętnych nie brakuje, bo to jedyna szansa na zobaczenie tego monstrualnego kwiatka, tym bardziej że kwitnie on jedynie 5-7 dni. Kwiat który my widzieliśmy miał już 4 dni.

Z innych ciekawostek dnia to w czasie jazdy Osman poopowiadał trochę o miejscowych wierzeniach. Niezależnie od występujących tu „cywilizowanych” religii, wciąż ważne są różne zwyczaje, a każde plemię (jest tu ich ponad 30), ma swojego szamana. Okazało się, że Osman jest muzułmaninem, nasz kierowca chrześcijaninem, a obaj wierzą w duchy. Kierowca spotyka je ponoć często – są bez twarzy, a ich obecność się po prostu czuje (tak przynajmniej opowiadał). Jednym z lokalnych przesądów jest np. to, że jeśli się mija cmentarz, mając przy sobie świeże mięso, trzeba kawałek takiego mięska rzucić w krzaki, właśnie dla duchów. No to już wiem, co znaczy "rzucać mięsem"  :-)

borneo-lowcy-glow.jpgPrzy okazji zeszło też na słynne plemię łowców głów, z których Borneo dawniej słynęło. Rzeczywiście, polowano na ludzi (ale tylko na mężczyzn – kobiety i dzieci oszczędzano), zabijano ich zatrutymi strzałami wystrzelanymi ze specjalnej dmuchawki, a potem wyprawiano ich czaszki chwaląc się nimi jako trofeami. Oficjalnie tego typu praktyk zakazano w 1910 roku, a dokładnie to zakazali ich władający wówczas wyspą Brytyjczycy, ale ponoć jeszcze w czasie II wojny światowej, kiedy Borneo przeszło w ręce Japończyków, nie brakowało lokalesów, którzy za punkt honoru stawiali sobie, aby mieć takie wyprawione japońskie głowy.

A co do Japończyków, to przejeżdżaliśmy dzisiaj koło pomnika postawionego ku czci australijskich i brytyjskich jeńców wojennych którzy w lipcu 1945 roku (czyli już po oficjalnym zakończeniu II wojny), byli zmuszani właśnie przez Japońców do tzw. marszów śmierci i morderczej pracy przy głodowych racjach żywieniowych. Z około 2400 żołnierzy, ocalało jedynie sześciu (!), którym jakimś cudem udało się uciec.  A teraz? Szczerze mówiąc trochę dziwnie wygląda, kiedy Japończycy i Brytyjczycy siedzą obok siebie w knajpie i popijają piwo, uśmiechając sie do siebie i prześcigając się w dżentelmeńskich uprzejmościach. No ale lepiej już tak, niż ciągle żyć w nienawiści i w atmosferze rozdrapywania ran.

17 maja – Kota Kinabalu (malezyjska część Borneo)

Krewetki i jackfruty


borneo--kota-kinabalu.jpgNo i jestem wreszcie na Borneo. Resztę naszej dziennikarskiej ekipy (bo jesteśmy w składzie:  trzech dziennikarzy z Czech, trójka z Polski i dwie Niemki) złapałam na lotnisku w Singapurze. Zdążyłam na kolejny samolot rzutem na taśmę, bo na przesiadkę na rejs Singapur-Borneo miałam tylko pół godziny, a lotnisko singapurskie jest ogromne, no ale na szczęście czekali na mnie pracownicy Singapore Airlines, którzy przerzucili mnie między terminalami pędzącym na sygnale meleksem.
 
Co do Borneo to jak na razie jest baaardzo cywilizowanie. Dziś mieliśmy czas na poznanie Kota Kinabalu, czyli stolicy malezyjskiej części wyspy (terytorium indonezyjskie jest bardziej dzikie). Liczące 350 tys. miasto nie rzuca na kolana, ale położenie ma całkiem ładne – między oceanem a porośniętymi tropikalną dżunglą górami. Zabudowa jest nieco chaotyczna – może dlatego raczej nie używa się tu nazw ulic, tylko operuje nazwami charakterystycznych budynków (korzystają z tego systemu m.in. taksiarze). Zabytków żadnych tu nie ma, bo w czasie II wojny światowej, kiedy był to teren zajęty przez Japończyków, Kota Kinabalu zostało totalnie zniszczone w czasie alianckich bombardowań. Jedynym ocalałym obiektem była niepozorna wieża zegarowa, która stoi do dziś, a którą widzieliśmy z punktu widokowego.

borneo-wieza.jpgSporo tu kontrastów. Są np. slumsowate osiedla domów stojących na wbitych w wodę palach (dzięki temu właściciele nie muszą płacić za ziemię), ale też i bardzo nowoczesne pod względem architektonicznym budynki ze szkła i stali. Co do obszarów miejskich, to ze względu na ograniczenie przez góry, przyjęto taktykę „wchodzenia” w morze, czyli sztucznego dobudowywania terenów użytkowych kosztem ograniczania przestrzeni morza.

Trochę jestem zaskoczona, że tak dużo tu turystów. No ale dopiero dzisiaj się dowiedziałam, że turystyka to w Sabah (tak się nazywa ta część Borneo, czy jak wymawiają miejscowi – „bonio”), to drugie co do ważności źródło dochodów w budżecie (pierwszym jest produkcja oleju palmowego). Co do gości zagranicznych to dyrektor „Novotelu”, hotelu w którym mieliśmy obiad, i który w efekcie musieliśmy pobieżnie zwiedzić, powiedział, że Polaków też tu nie brakuje. No ale pewnie nie mieszkają w apartamencie prezydenckim, do którego rzecz jasna zajrzeliśmy. Nie powiem, fajnie urządzony (nawet sauna jest). Ponoć spał w nim niedawno premier Malezji, a także sułtan Brunei.
 
Najciekawszym miejscem w Kota Kinabalu, przynajmniej jak na razie mi się wydaje, jest bazarek zwany „nocnym”  (bo zaczyna się około 17-tej, a trwa do późnego wieczora). Czego tam nie ma! Pamiątki akurat nie są zbyt ciekawe, za to stoiska z owocami - co chwila zaskakują czymś oryginalnym. Akurat jest sezon na tzw. jackfruit`y, czyli owoce drzewa bochenkowego (nieco podobne do drzewa chlebowego, choć to nie to samo). Najwięcej jest jednak  straganów z rybami i różnymi owocami morza. Nawet zapach jaki borneo---bazarek-w-kk.jpgtam panuje po kilku minutach już nie przeszkadza. Poza tym bazarek to także dobre miejsce aby tanio zjeść (oczywiście jeśli nie obawiamy się eksperymentowania z takich polowych gar kuchni), no i dobre na zachód słońca.

My akurat jedzenie na bazarku odpuściliśmy, bo pojechaliśmy na kolację do fajnej knajpki na łodzi („Kampung Nelayan Floating Restaurant”). Dziś pobiłam swój rekord w ilości jednorazowo zjedzonych krewetek, i to jakich – olbrzymich „krewetek tygrysich”. Rewelacja! Były też występy taneczne – polecam tę knajpę tym, którzy będą na Borneo, bo za te śpiewy i tańce nie ma już dodatkowych opłat – są w cenie zamówionego jedzonka.  Przy okazji już nie jedzonka, a drinków, nauczyłam się jak jest w lokalnym dialekcie „na zdrowie!” – „Aramai-ti”. Inne ważne i przydatne słówko to „dziękuję” – po tutejszemu (malajsku znaczy się) – „terima kasih”.

A teraz idę spać. Te dwie doby pod rząd w samolotach i na lotniskach trochę mnie dobiły…

16 maja, w samolocie z Londynu do Singapuru

Podróż Airbusem A-380 – największym w świecie samolotem pasażerskim


Ale żal mi się było dzisiaj rozstawać z grupą... To moja ulubiona ekipa – jeździmy razem już od kilku lat, skład jest w dużej mierze ten sam, a wszyscy – super fajni ludzie, z którymi aż chce się utrzymywać prywatne, kumpelskie kontakty.

Tym razem między kolejnymi  podróżami nie zdążyłam już wpaść do domu. Zresztą pal sześć do domu – brałam pod uwagę opcję, że Paweł mi podrzuci na Okęcie plecak z czystymi rzeczami i tam zmienię samoloty, ale okazało się, że tak też nie zdążę. Finał jest taki, że miejscem przesiadki między Afryką a Azją został Londyn, czyli po całonocnej podróży z Zimbabwe via Johannesburg do stolicy Wielkiej Brytanii, teraz już znowu lecę, docelowo na Borneo.  W sumie to mam farta, że w ogóle lecę, bo od wczoraj straszono kolejną chmurą wulkaniczną i pod znakiem zapytania było, czy samolot z Afryki wyląduje w Londynie.  Wylądowaliśmy, ale chmura ponoć nadciąga. Jak na razie pozamykano lotniska w Szkocji, jednak w przypadku Heathrow też cały czas brane jest to pod uwagę. Moja grupka, którą pilotowałam, do Polski odleciała planowo, ale nie było pewne, czy ja za to nie utknę w Londynie, bo mój lot był kilka godzin później. Zostanie tutaj nie byłoby przyjemne, tym bardziej że jutro ma się zacząć strajk pracowników lotniska, a poza tym mogłoby dojść do sytuacji, że do Singapuru nie opłacałobymi się już lecieć (wyjazd trwa zaledwie 5 dni), natomiast nie miałabym jak dolecieć do kraju (niewykorzystany bilet przepadł, a kasy na kupno nowego przy sobie nie posiadam).

Kilka godzin w Londynie wykorzystałam całkiem miło, bo miałam wejściówkę do poczekalni biznesowej, gdzie popijając pyszną cappuccino i siedząc w wygodnym fotelu mogłam w przyzwoitych warunkach postukać w mojego laptopika. Teraz natomiast jestem gdzieś nad Kanałem La Manche - jak by powiedzieli Francuzi, albo Kanałem Angielskim – jak wolą Anglicy i też stukam, tyle że zamiast aromatycznej kawy jest samolotowa lura.  Według danych z ekraniku, który mam przy swoim siedzeniu  wynika, że w ciągu  12 godzin lotu (z małym haczykiem) na trasie z Londynu do Singapuru, mamy pokonać dystans 11,1 tys. km. Na miejscu będziemy o 8-mej rano, ale przy różnicy czasu wynoszącej w stosunku do Polski 7 godzin, oznacza to, że dla mojego organizmu będzie to środek nocy (w Zimbabwe mieliśmy taki sam czas jak w Polsce).
 
singapur-airbus.jpgA teraz o Airbusie A-380. Ale wielka to maszyna! Jakby nie było - aktualnie największy samolot pasażerski świata! Ma 73 m długości, 24 m wysokości (czyli tak jak 9-piętrowy budynek), rozpiętość skrzydeł wynosi 80 metrów, a ich powierzchnia – 845 m kw.! Obliczono, że powierzchnia pokładów pasażerskich wynosi mniej więcej tyle, ile trzy boiska do tenisa! Niesamowite jak coś takiego jest się w stanie unieść – waży to-to na starcie nawet i 560 ton, choć przy lądowaniu już "tylko" max. 386 ton. Sama farba pokrywająca kadłub waży 531 kg!
'
Nie powiem, przy wsiadaniu zrobił ten „kolos” na mnie wrażenie. Że jest wielki widać zwłaszcza wtedy, kiedy  stoją przy kadłubie samolotu samochody dostawcze, albo sąsiednie samoloty. Nawet jumbojet (czyli największy samolot konkurencji, Boeing 747-400), wygląda przy tym ogromnym Airbusie jakoś tak mikro.  W swoich materiałach prasowych Airbus chwali się ekologicznymi zaletami swojego produktu, w czym jakoby ma przewyższać Boeingi. Wyczytałam na przykład, że Airbus jest przy lądowaniu o 35 km/godz. wolniejszy od Boeinga, co ogranicza hałas wokół lotnisk. Inna ważna sprawa -  zużywa o ok. 20 proc. mniej paliwa niż jumbojet.

Szczerze mówiąc to trochę jestem rozczarowana, bo liczyłam na fajne zdjęcia z ciężko wywalczonego miejsca przy oknie, a tu kiepsko - widok mam na wielkie skrzydło, które zasłania wszystko inne. Ponoć przy starcie skrzydło Airbusa 380 odchyla się o około 4 m w górę!  Muszę uwierzyć na słowo, bo akurat tego nie przyuważyłam.

Co do porównania standardu Airbusa-380 i Boeinga-747 to mam w tej kwestii dokładne rozeznanie, bo do Londynu przyleciałam właśnie na pokładzie jumbo (czyli B-747).  W każdym razie obie maszyny mają pięterko, identyczny też jest układ siedzeń (czyli w klasie ekonomicznej po trzy miejsca przy oknach, a w środku cztery. Za to na plus dla Airbusa jest to, że pasażerowie mają więcej miejsca, przy czym fotele są nie tylko większe ale i wygodniejsze (odchylają się nie tylko oparcia, lecz przesuwa też siedzisko). Oczywiście taki układ w miarę przestronnych siedzeń dotyczy kadłuba samolotu, do którego linia nie wpakuje 800 pasażerów ( teoretycznie można wstawić  853 fotele). Na szczęście Singapore Airlines, którymi lecę, stawia orzede wszystkim na jakość i na komfort lotu, w związku z czym zabiera „tylko” 525 pasażerów.

Oczywiście każdy z pasażerów ma swój prywatny ekranik, na którym można popatrzeć na mapkę z trasą lotu, info ile godzin lotu zostało, jaka jest temperatura na zewnątrz, jaka wysokość itp. Do tego dochodzą jeszcze jakieś filmiki, wideoklipy, gry – w Airbusie do wyboru jest około tysiąca różnych kanałów! Swoją drogą w Airbusie ekranik jest większy od tego w Boeingu, za to ten z Boeinga - sporo prostszy w obsłudze, tym bardziej że można przejść na przejrzystą wersję dotykowego operowania ekranem. Natomiast co do samej organizacji lotu, to oczywiście jest to już kwestia nie tyle typu samolotu, co raczej linii lotniczej. W każdym razie British bardziej pasował mi jedzeniowo, dał też lepszy zestaw gadżetów na lot (szczoteczka i pasta do zębów, skarpetki, opaska na oczy itp.), za to Singapore Airlines bezsprzecznie wygrywa konkurs na urodę i wygląd stewardess. Dziewczyny z obsługi są rzeczywiście śliczne, filigranowe, do tego bardzo elegacko wyglądają w tych swoich długich spódnicach. W każdym razie Brytyjki nie dorastają im do pięt. 

Po kilku godzinach…

Jesteśmy 10 tys. metrów ponad Morzem Kaspijskim. Jeszcze 7 godzin lotu! W międzyczasie obejrzałam sobie dość ciężki i mający dość zaskakujące zakończenie film „Shutter Island” z Leonardo DiCaprio w roli głównej. Lubię latać na długich trasach, bo przynajmniej mogę nadrobić sobie zaległości filmowe. W poprzednim samolocie wybrałam sobie dla odmiany film w reżyserii Clinta Eastwooda  „Invictus” – o tym jak Mandela, dzięki narodowej drużynie rugby, jednoczył naród po wyjściu z apartheidu. Teraz dla odmiany zamierzam pouczyć się hiszpańskiego – mają tu taki fajny programik do nauki słówek (nie tylko hiszpańskich – można wybrać sobie choćby chiński-mandaryński, czy hindu).

A teraz jeszcze wrócę do lotu z Afryki do Londynu. Moim sąsiadem był starszy, niepozorny pan mówiący bezbłędnym angielskim, więc myślałam, że jakiś Angol. Zresztą nie było za bardzo okazji pogadać, bo lot był nocny, a noc zazwyczaj służy do spania. Tymczasem nad ranem pan, który było widać, że z labiryntami lotnisk nie jest za bardzo obyty, zaczął tą swoją superangielszczyzną dopytywać stewardessę o przesiadkę na lot do… Warszawy. Stewardessa nie za bardzo wiedziała, wiec oczywiście powiedziałam mu co i jak, a nawet, skoro człowiek taki zagubiony, zaproponowałamm by trzymał się mojej grupy. Potem do lądowania już cały czas rozmawialiśmy, bo okazało się, że to niezwykle barwna osoba. Pan wyjechał z Polski w 1939 roku i od tego czasu nigdy w kraju nie był! Teraz ma ponad 80 lat, no i zapragnął ziemię ojców zobaczyć. Zaskakujące jak ten człowiek który tyle lat mieszka za granicą, świetnie mówi w języku przodków. Trochę może w stylu Kargula i Pawlaka, czyli z takim charakterystycznym akcentem, ale myślę że może być wzorem dla młodzieży, która już po kilku latach czasem zapomina rodzimego języka.

Ale wracając do życiorysu tego człowieka… No więc na początku wojny wyjechał wraz z rodziną do Anglii, gdzie jego ojciec – pilot RAFu, walczył w bitwie o Anglię. Kiedy zginął śmiercią lotnika, 12-letniego chłopaka zabrano do Kanady, a że biegle umiał mówić po niemiecku i francusku, przeszkolono na komandoso-szpiega. Wkrótce został zrzucony na spadochronie w okolice Strassburga (wciąż jako dzieciak!), a następnie wykorzystywano go jako łącznika do przekazywania mikrofilmów.  Żałowałam że lot się skończył, bo to były naprawdę niesamowite opowieści - świetny materiał na książkę! 

15 maja, Victoria Falls (Zimbabwe) – wylot do Europy

Były sobie lewki dwa…


zimbabwe---lwy.jpgPo pobudce, a jakże, o szóstej (czyli tak jak codziennie na tym wyjeździe) mieliśmy zaplanowany „Spacer z lwami”. Powiem szczerze, że dość sceptycznie się do tego odnosiłam,  zakładając że to pewnie coś pomiędzy cyrkiem, a ogrodem zoologicznym, ale  choć lwy rzeczywiście były w dużej mierze oswojone, było naprawdę fajnie.

Każda z grup (bo musieliśmy się podzielić na mniejsze zespoły) dostała po dwa przydziałowe lewki, z którymi chodziła po buszu, oczywiście pod czujną ochroną strażników.  Lwy przydzielone do naszej ekipy były rodzeństwem – samiec Mvuthu i samica Monde, oboje w wieku  6 miesięcy, choć już całkiem sporych rozmiarów. Lewki szły sobie przodem przez busz, a my kilka metrów za nimi, z przerwami na sesje fotograficzne, w trakcie których można było zrobić sobie zdjęcia z kociakami. Oczywiście wcześniej zostaliśmy przeszkoleni co wolno, a czego nie. Ma się rozumieć, nie było mowy aby podrapać lewka np. za uszkiem albo go przytulić – można było podejść jedynie od tyłu, kładąc rękę co najwyżej na jego zadzie (nie dotykając ogona). Przestrzegano, by nie patrzeć lwom w oczy, bo mogą uznać to za prowokację, chęć rywalizacji, no a tak na wszelki wypadek każdy miał w ręku kijek, który służył do wymuszenia respektu i w razie czego – do odwracania uwagi od swojej osoby.

zimbabwe-ja-z-lwem.jpgPotem mieliśmy jeszcze spotkanie z jeszcze dwoma, bardziej rosłymi okazami, czyli mającymi po 13 miesięcy samcami o imionach Jabari i Jelani. Tu już było widać, że nie ma żartów – w ramach wzmocnienia bezpieczeństwa, była z nami dość mocna obstawa pracowników rezerwatu, którzy robili różne głupie miny, podskakiwali, machali, byleby lwy nie zainteresowały się fotografującymi się przy nich turystami. Zabiegi obsługi były skuteczne – do miasta wróciliśmy w tym samym składzie, w jakim przyjechaliśmy.  :-)

Na koniec pobytu w Victoria Falls pojechaliśmy jeszcze zobaczyć „Big Tree”, czyli ogromnego baobaba stojącego na obrzeżach miasteczka (zdaniem naszego przewodnika to drzewo mające około 2 tys. lat), a potem była jeszcze chwila czasu wolnego na lokalnym bazarku, co  w moim przypadku skończyło się całkiem zadowalającym mnie barterem – wymianą niepotrzebnej mi w sumie torby na dwie fajne miski pomalowane niczym żyrafa.

zimbabwe-big-tree.jpgSpecjalne atrakcje czekały na nas na lotnisku, z którego wylatywaliśmy do Johanesburga (bo dopiero stamtąd był bezpośredni samolot do Europy). Ponieważ wcześniej chłopcy „narzekali”, że nie widzieli węży, więc na lotnisku zjawił się jeden, a właściwie jedna, bo chodzi o kobrę. Trzeba powiedzieć, że ciekawski gad zrobił dużo zamieszania, bo wpełzł do zatłoczonego terminala, więc można sobie wyobrazić paniczne reakcje ludzi. Finał był fatalny – dla węża rzecz jasna, bo zjawili się ochroniarze, wyrzucili węża na zewnątrz, na trawnik, po czym zabili zwierzaka maczetą.

Chwilę później mieliśmy kolejne mocne wrażenia, a przynajmniej ja miałam, bo kiedy zostało jeszcze z naszej grupy do odprawy siedem osób, żująca gumę pani z obsługi lotniska oznajmiła, że właśnie skończyły się  miejsca w samolocie, no bo jest overbooking. Można sobie wyobrazić poziom mojego wkurzenia, tym bardziej, że byliśmy po godzinie stania w niesamowicie wolno przesuwającej się kolejce, a pani miała chyba ochotę zamknąć okienko bez żadnych wyjaśnień i sobie pójść. Ostatecznie po awanturze miejsca się znalazły – po części w klasie biznes. No to żegnaj Afryko - jutro będę już w Azji!  :)

14 maja -Chobe National Park (Botswana) – Victoria Falls (Zimbabwe)
Zambezi z różnych poziomów


Chyba muszę uważać na swój „mądry” komputer, bo w nazwie Victoria Falls, automatycznie zmienia mi wyraz „falls” (ang. wodospady) na „fallus” (wiadomo co :-) ! ).

zimbabwe-slon-na-drodze.jpgAle do rzeczy… Dla utrzymania tradycji wstaliśmy oczywiście o 6-tej. Swoją drogą dawno się tak nie wyspałam - bardziej służy mi namiot niż standard Hiltona. Ponieważ mój namiot był na końcu całego obozowiska, pewnie mogłabym spać jeszcze długo, gdyby nie to, że zostałam brutalnie (okej, przesadzam – tak naprawdę to delikatnie) obudzona przez Fricka, który w ramach pobudki poopowiadał mi trochę o Angoli, do której chciałabym się niebawem wybrać. Frick jest świetnym źródłem informacji, bo jako biały obywatel Namibii, doskonale zna te rejony Afryki, a poza tym sam dużo jeździ w stylu globtroterskim, więc doskonale wie, co mnie interesuje.

Zanim wróciliśmy do cywilizacji, pojeździliśmy jeszcze trochę po buszu, ale dziś już o dziwo słoni nie było. Tzn. był jeden, ale już po wyjeździe z terenu parku narodowego i nie w żadnym buszu, tylko na środku ruchliwej drogi (po prostu przechodził sobie przez jezdnię!). Pojawiło się za to więcej bawołów i wszelakiego ptactwa, z wielkimi, ociężałymi marabutami na czele.

zimbabwe-tyrolka.jpgPo powrocie do Victoria Falls mieliśmy w programie coś co się nazywa tutaj „zip-line”, choć w Europie nazywamy to przeważnie „tyrolką”. Chodzi o zjazd na zamontowanej pod skosem linie, do której jest się podpiętym w specjalnej uprzęży. Zabawa jest dość adrenalinowa, bo przynajmniej tutaj mknie się z prędkością 100 km/godzinę, wysoko ponad wąwozem przez który płynie wzburzona Zambezi. Tuż obok jest jeszcze platforma do skoków na wahadle (nie do końca można nazwać to bungy jumping bo zupełnie inna jest konstrukcja liny i technika skoku). Szkoda, że dopiero na końcu obsługa zapytała mnie, czy przypadkiem nie chcę skoczyć. Pewnie że chciałam, ale że z grupy nie było żadnych chętnych, więc nie wypadało mi już opóźniać wyjazdu, tym bardziej że mieliśmy bardzo napięty czas. No cóż, trzeba zostawić jakieś zabawy na przyszłość, bo pewnie tu jeszcze kiedyś wrócę.

zimbabwe-helikopter.jpgPo obiadku wyskoczyliśmy zobaczyć „tradycyjną wioskę”, która szczerze mówiąc okazała się niewypałem, bo „tradycja” przypominała nudnawy skansen, w którym w dodatku nie było prawie ludzi. Za to lot helikopterem nad wodospadami, był rzecz jasna rewelacyjny! Nawet lepszy od tego, który zaliczyłam w lutym, bo teraz i widoczność była lepsza.

Wieczorem, w ramach „pożegnania z Afryką” popłynęliśmy na rejs statkiem z oglądaniem zachodu słońca nad rzeką. Jednym słowem po tym jak w ciągu dnia mieliśmy widoki na Zambezi z góry, teraz mogliśmy popatrzeć na nią z poziomu wody. Skończyło się na tańcach stanowiących miks rytuałów afrykańskich i greckiego tańca Zorby, w efekcie czego na pewno wypłoszyliśmy wszystkie okoliczne kobry. Z tymi kobrami to nie żarty – w lutym jedna z moich turystek spotkała jedną na hotelowym trawniku przy basenie! Za to prawdziwe chwile grozy przeżyliśmy w drodze do hotelu, kiedy to w świetle reflektorów naszego busa zobaczyliśmy stojącego ze 20 metrów od nas słonia! No cóż, jest większy, więc daliśmy mu pierszeństwo, czekając aż sobie pójdzie.

13  maja, Victoria Falls (Zimbabwe) – Chobe National Park (Botswana)

Dzień pod znakiem słoni


zimbabwe-slonie2.jpgJak ja nie lubię rano wstawać! Tymczasem na tym wyjeździe o wysypianiu się nie ma mowy – codziennie śpimy maksimum do 6-tej! No ale dziś jak najbardziej warto było zwlec się tak rano z łóżka, bo w nagrodę mieliśmy fantastyczny „poranek  z życia słonia”. Oczywiście tym razem nie było to dzikie słonisko z poprzedniego wieczoru (osobnik spacerujący po torach kolejowych), tylko grupka odpowiednio obytych już w kontaktach z ludźmi trąbalińskich, na których mieliśmy jeździć. 

Słoniki były urocze. Najpierw nam je przedstawiono – najstarsza była Nkanyezi (33 lata), najmłodsza Elly - mająca zaledwie 3 miesiące (tej oczywiście nie siodłano, szła jednak z nami, żeby przyzwyczajać się do przyszłej pracy). Furorę zrobił Jambo - wielki samiec, który spodobał się Maćkowi, i chyba vice versa, sądząc po ogromnych rozmiarów penisie jaki słonisko zaprezentowało patrząc na dwunożną postać. 

zim-slonik.jpgFajne było to, że można było słonie pogłaskać po łbie, czy trąbie – zresztą one same nawet się do tego napraszały, zaczepiając trąbami. Szczerze mówiąc jak mi taki jeden przytknął trąbę do bluzki, miałam wrażenie że to potężnej mocy odkurzacz i zaraz bluzkę mi wessie.

Niestety, dla mnie słonia do jazdy zabrakło, bo ponoć zachorował, no ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo pozwolono, abym poszła na wycieczkę pieszo, dzięki czemu mogłam porobić trochę zdjęć ze słoniami w różnych ujęciach.  Muszę przyznać, że to niezła adrenalina tak  chodzić tuż obok słoni w trawie momentami po pas. Strażnik rezerwatu, który został przydzielony do pilnowania mojego bezpieczeństwa, co i rusz raczył mnie opowieściami  o groźnych wężach, od których roi się w okolicznym buszu (a my właśnie przez ten busz musieliśmy zasuwać). Potem dla omiany zeszliśmy na tematy wypadków z udziałem słoni – posłuchałam więc na przykład o parze amerykańskich turystów którzy wypadli z siodła i o tym, że słoń, no cóż, czasem kogoś niechcący zdepcze, a kiedy stanie na głowę czy klatkę piersiową, to już nie ma ratunku (tego typu historie dotyczą jednak nie turystów, lecz chłopców z obsługi).

zimbabwe-slonie1.jpgNa koniec przejażdżki mogliśmy słonie nakarmić specjalną karmą. Sposoby karmienia były dwa – albo wsypywać karmę wprost do otworu nadstawionej trąby, albo niczym przy grze w kosza robić wrzuty do otwartego pyska. No a ledwo zabrano słonie do zagrody, pojawiły się na ich miejscu pawiany – trzeba powiedzieć, że sprytne małpy doskonale wiedzą jak wykorzystać sytuację.

Po słoniach pojechaliśmy już do Botswany. Na granicy mogliśmy się trochę dowartościować, bo Polacy przy wjeździe do tego kraju nie potrzebują wiz i nie muszą za nic płacić, za to tacy Czesi wizę muszą mieć i płacą za nią około 80 dolców! No cóż, nie od dziś wiadomo, że nic tak nie cieszy jak krzywda przyjaciela  :-).  

Do Botswany wpadliśmy specjalnie aby zobaczyć Chobe National Park. Główną jego atrakcją są słonie – jest tu ich największe zagęszczenie w skali całej Afryki!  Zaczęliśmy od rejsu po rzece granicznej między Botswaną a Namibią (rzeka Chobe), no i rzeczywiście, poza licznymi hipopotamami i krokodylami rzeczywiście słonie też były. Jednak to co zobaczyliśmy trochę później, podczas jeżdżenia po parku samochodem terenowym, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania! Sama byłam w szoku, bo słonie były wszędzie! Najbardziej podobały nam się maluchy, które żeby przypodobać się matce, pokazywały gotowość zaatakowania naszego samochodu. Oczywiście żaden z nich ostatecznie nie atakował, bo kończyło się na bojowej postawie i śmiesznym kiwaniu.

botswana-impale.jpgNadmiar słoni sprawił, że po pewnym czasie już nawet nie chcieliśmy ich fotografować! Zresztą podobnie jak impali – antylop zwanych tutaj potocznie „Mc Donaldsami”. Powody tej śmiesznej ksywy są dwa – raz że te sarenko-podobne zwierzaki stanowią łatwy i wszechobecny łup dla wszlakich drapieżników, dwa – że na zadzie mają czarne paski rzeczywiście przypominające logo słynnej sieci fast-foodowej.

Po urokliwym zachodzie słońca nad rzeką, pojechaliśmy na camp. Dziś nocujemy w prawdziwym buszu – do najbliższej cywilizacji jest jakieś 30 km, nie ma elektryczności, zamiast luksusowych pokoi są skromne namiociki, a ubikacja to wykopany w buszu dół.  Warunki polowe, ale właśnie dlatego jest tak fajnie.

Po kolacji ugotowanej przez Józka na ognisku, poszliśmy wyszukać na niebie Krzyż Południa. Bądź co bądź jesteśmy już na półkuli południowej, a to najsłynniejszy z tutejszych gwiazdozbiorów. A jak się miło zasypiało! Zewsząd dobiegały odgłosy aktywnego w nocy buszu - ponoć był wśród nich również ryk lwów.

12 maja – Victoria Falls (Zimbabwe)

Larwy Józka i słoń na torach


zimbabwe-wodospady-wiktorii.jpgI znowu jestem nad Wodospadami Wiktorii. Nie będę ich szczegółowo opisywać, bo już to zrobiłam poprzednio na "blogu Południowo-Afrykańskim", który można znaleźć pod datą 23-24 lutego klikając tutaj .

W każdym razie zaraz po przylocie poszliśmy słynne wodospady zobaczyć. W przeciwieństwie do mojej lutowej wizyty w tym miejscu, kiedy była totalna mgła, teraz przynajmniej coś widziałam, choć też było pieruńsko mokro (tyle, że tym razem mieliśmy peleryny).

wodospady-wiktorii---widok-.jpgW przeciwieństwie do poprzedniego razu, kiedy zakwaterowano nas  6 km od miasteczka, z tą grupą zamieszkaliśmy w samym centrum Victoria Falls, w hotelu który jest ponoć najlepszym w całym Zimbabwe. Fakt, obiekt ma dość oryginalny klimacik, bo pamięta jeszcze czasy kolonialne, a do tego jest przepięknie położony (z tarasu jest widok na most nad Zambezi). Inna sprawa, że trzeba brać pod uwagę, że słowo „najlepszy” w Afryce trzeba traktować z pewną rezerwą. Ja chyba zbyt serio wzięłam sobie do serca wszechobecne napisy , że to obiekt należący do „sieci najlepszych hoteli świata”, więc trochę zdziwiłam się, kiedy nie mogłam dostać się do pokoju, bo w ręku została mi klamka (potem takie zdarzenie miała jeszcze inna osoba), a kiedy wymieniłam pokój okazało się, że nie mam co liczyć na światło w łazience.  No ale nie ma co narzekać – w swoich globtroterskich podróżach na własną rękę, o takich luksusach jak tutaj, nawet nie marzę…

zimbabwe-mile.jpgWieczorem pojechaliśmy na kolację nad brzegiem Zambezi. Po drodze, przejeżdżając przez centrum miasteczka, spotkaliśmy się ze słoniem! Kolega-słoń dziarsko maszerował wzdłuż torów kolejowych, sprawiając wrażenie, że idzie na stację. Owe tory to część budowanej na początku XX wieku linii kolejowej, która miała biec przed całą Afrykę pomiędzy Kapsztadem i RPA. Projektu ostatecznie nie zrealizowano, ale śladem śmiałych planów jest tabliczka stojąca na hotelowym tarasie: „Kair - 5165 mil, Kapsztad - 1647 mil”. Mile, bo to przecież niegdyś kolonia brytyjska.

W każdym razie wracając do czworonożnego bydlaczka - to niesamowite: tuż przy głównej ulicy spotkać spacerującego słonia! Widać, że nie ma tu z nimi żartów – efektem nocnych spacerów tych największych lądowych ssaków są powywracane kosze na śmiecie, powalone drzewa. Z innych zwierząt jakie kojarzą się z safari, a jakie również można spotkać w centrum Victoria Falls, albo choćby wokół naszego hotelu, są guźce – urocze dzikie świnki żerujące w dziwnej pozycji, bo na klęczkach.

Kolejne dzikie zwierzęta nie stroniące od ludzi, mieliśmy na kolacji. I to wcale nie mam na myśli zawartości talerzy, ale jak najbardziej żywe i groźne osobniki. Szczerze mówiąc to chyba nikt za bardzo nie wierzył, kiedy lokalni opiekunowie mówili, aby nie kręcić się blisko rzeki, bo mogą być tam hipopotamy i krokodyle. Wkrótce okazało się, że to święta prawda – jedne i drugie siedziały tuż przy brzegu.

botswana-z-jozkiem.jpgA co do kolacji, to gwiazdą wieczoru był Joseph Seeletso, czyli po prostu "Józek". Józek jest rodowitym Botswańczykiem, ale od lat mieszka w Polsce, pracując aktualnie jako szef kuchni w „Centrum Wina” w Warszawie, a poza tym gotuje w programie „Dzień Dobry – TVN”.  Swoją żonę – Karolinę z Krakowa, poznał na studiach w Londynie (był tam na stypendium ufundowanym przez swój rząd), potem mieszkali trochę w Krakowie, potem na 4 lata przenieśli się do Botswany i ostatecznie wrócili do Polski, o której w Botswanie wyedukowani ludzie wiedzą tyle, że to biedny kraj (w każdym razie biedniejszy od mającej diamenty Botswany). Krótko mówiąc Józek to świetny facet – mówi śmiesznie po polsku (cóż, angielski jest ponoć dużo prostszy), poza tym niezły showman, no i znakomity kucharz. Największą atrakcją kolacyjnego menu były gotowane larwy mopane, oczywiście tylko dla chętnych. W każdym razie lepiej smakują niż wyglądają, choć muszę powiedzieć że australijskie pędraki, jedzone na żywo, smakowo są lepsze.

11 maja – w samolocie z Londynu do Johanesburga

Znowu w drodze...


Nie nabyłam się w domu. W czwartek wróciłam z Bliskiego Wschodu, teraz (jest wtorek) lecę już do Afryki. Znowu  Zimbabwe i Botswana) – trzeba sprawdzić co się tam zmieniło przez dwa miesiące  :-). Niestety, przed wyjazdem na Borneo już nawet nie zdążę wrócić do Polski – w drodze powrotnej z Afryki od razu w Londynie przesiadam się na samolot do Singapuru i dalej – docelowo do Azji. Czuję się trochę jak w roller coasterze który pędzi z niesamowitą szybkością, przez co przestaję mieć kontrolę nad niektórymi sprawami. W każdym razie po powrocie z Borneo obiecałam sobie, że na pewien czas, może nawet i na miesiąc, przystopuję z wyjazdami aby mieć trochę czasu na swoje sprawy.

Z ważnych rzeczy – ostatecznie skończyłam książkę! Przez ostatnie dwa dni robiłam jeszcze ostatnie korekty, no i teraz dziełko jest już w druku. Jak wrócę do Polski, powinna być już księgarniach. Zainteresowanym dam znać  :-).
 
A co do lotu, to dawno nie leciałam w tak komfortowych warunkach. Wielki jambo-jet, a prawie pusty! Paradoksalnie najgorzej mają ci z klasy biznes, bo choć siedzą w wygodnych fotelach, to mają przydział jednego fotela na osobę, natomiast w klasie ekonomicznej na każdego przypadają po 2-3 siedzenia, a niektórym (tak jak choćby mnie) udało się upolować rządek czteromiejscowy. Przy 11-godzinnym locie to akurat istotne – mam szansę odespać zarwane ostatnio noce i to w wygodnej pozycji horyzontalnej.

10 maja – Warszawa

Kawa czy herbata, czyli o tym, jak to jest, gdy wstaje się o 4 rano!


Ale poranek dzisiaj miałam! Ale po kolei...

Kilka dni temu zadzwonili do mnie z telewizyjnej „Kawy czy herbaty”, czy mogłabym wpaść do programu. Ponieważ ostatnio kilkakrotnie z różnych przyczyn odmawiałam, dla równowagi tym razem się zgodziłam, tym bardziej że bardzo lubię ekipę z którą mam tam do czynienia.

Swoją drogą wydawcy programu dobrze wiedzą, że ponieważ pracuję do późna w nocy, nie znoszę wczesnego wstawania, tak więc starają się wcisnąć mnie na jak najpóźniejsze godziny. Tym razem jednak zastosowano inną, podstępną taktykę, tzn. najpierw ustalono o czym mam mówić (chodziło o RPA, no bo wkrótce będą tam piłkarskie Mistrzostwa Świata), potem padło pytanie czy potrzebuję transportu, a jak powiedziałam że nie, bo przyjadę swoim autkiem, delikatnie wyjaśniono, że tym razem to będzie wcześniej, to znaczy wejście na antenę o 6.15, co oznacza że o 5.45 muszę zameldować się u pań od makijażu.

No cóż, wycofać się było  głupio. Klnąc w duchu tak wczesną porę, postanowiłam iść wcześniej spać, czyli około północy, no ale plany to jedno, a rzeczywistość co innego, więc udało się położyć dopiero o 1-wszej. Ponieważ normalnie nigdy nie kładę się przed drugą, więc oczywiście nie mogłam zasnąć. Jak już zasnęłam – chwilę potem obudziło mnie chrapanie Pawła. No cóż, byłam bezwzględna. Skuteczna próba sprawienia, aby Paweł przestał "nadawać"  (gwizdanie, świstanie etc.) trochę czasu jednak zajęła, a więc kolejne cenne minuty snu mi uciekły.

Budzik ustawiłam na 5.15. Nieprzytomna ubrałam się, poczłapałam do łazienki, potem do autka i pojechałam do telewizji. Nawet się zdziwiłam że taki mały ruch, na skrzyżowaniach wyłączone światła – po prostu aż przyjemnie się jeźchało! Tuż przy dojeździe na Woronicza spojrzałam na samochodowy zegar. A tam – zamiast oczekiwanej 5.40, widniała 4.40!!! Przez moment mnie zmroziło, uznałam jednak, że pewnie po wiosennej zmianie czasu zapomnieliśmy przestawić zegarka. Na moim zegarku na ręce też jednak była 4.40. To też jednak dawało się logicznie wytłumaczyć – nie pamiętałam czy przestawiłam zegarek po powrocie z Jordanii, a tam właśnie była godzina różnicy. Ale… Coś mnie tknęło! Postanowiłam zapytać o godzinę kogoś z przechodniów. Tylko że nikogo nie było! Nawet wyprowadzających psy! Kompletne pustki! No i wtedy usłyszałam przez radio, że jest 4.45. Możecie wyobrazić sobie moją wściekłość! Godzina cennego snu!

Finał? Wróciłam oczywiście do domu, bo głupio było przyjechać do telewizji  jak ta ostatnia sierota na godzinę przed czasem. Po godzinie znowu mknęłam ulicami Warszawy, na których już nie było tak pusto.

Na szczęśćie program poszedł całkiem fajnie, co jest w dużej mierze zasługą fajnych prowadzących – Marka i Odety. No ale w ciągu dnia byłam śnięta straszliwi! Wypiłam rekordową ilość kaw ale i tak obiecałam sobie – nikt mnie już o tak barbarzyńskiej porze do telewizji nie ściągnie!

21 kwietnia- 6 maja - Liban, Syria, Jordania

Jeśli kogoś interesuje jak było, zapraszam na BLOGA BLISKO-WSCHODNIEGO, który można znaleźć klikając tutaj .

21 kwietnia – w samolocie do Bejrutu


A jednak wyleciałam! Do końca nie było to pewne, bo szczerze mówiąc wychodziłam z domu na zasadzie że pewnie za kilka godzin do niego wrócę, tym bardziej że nasz lot Warszawa-Frankfurt był odwołany. No ale znalazły się wolne miejsca na lot następny, kilka godzin później, tak więc mam teraz pod sobą morze chmur, a pod nim morze prawdziwe (Śródziemne) i niebawem będę lądować w stolicy Libanu. Ale tak swoją drogą niesamowite, ile problemów może narobić jedna chmura z wulkanu który wybuchł tysiące kilometrów od nas. Będąc na Islandii widziałam go – wtedy nie sprawiał wrażenia takiego groźnego. No cóż,natura przytarła ludziom nosa – pokazała że na nic różne nowoczesne wynalazki, machiny kolejnej generacji, skoro nie umiemy sobie poradzić z taką jedną złośliwą gór.

Powoli wracam do życia. Ostatnie dni miałam mocno wykańczające – minimum snu maksimum pracy. Ale za to książka prawie skończona! Za miesiąc już będzie w księgarniach.

W ostatnie dni nie pisałam o polityce. Trochę z braku czasu, trochę z przesytu emocji, by się nie denerwować. Pogrzebu Pary Prezydenckiej na Wawelu z założenia komentować nie zamierzałam, bo nie wypada – pogrzeb to pogrzeb. Jedyne co muszę odnotować ku pamięci swojej i innych to dość dziwne słowa arcybiskupa Polski który powiedział o L.K. „zastałeś Polskę zniewoloną, a zostawiłeś wolną”. Trochę nie rozumiem…

Zamykając definitywnie temat pogrzebu i Prezydenta. Zgadzam się z tym co napisano w „Washington Post" : "L. Kaczyński, był prezydentem, który jak żaden inny podzielił polskie społeczeństwo za życia i na chwilę zjednoczył go przez swoją śmierć.
Dla mnie, jako Polaka to przykra opinia. Jednak - bez względu na okoliczności nikt nie ukryje, że to był najmizerniejszy okres prezydentury w powojennej Polsce.  Oddaję cześć Człowiekowi: Lechowi i Marii Kaczyńskim. O prezydenturze - niestety miałem, mam i będę miał negatywne zdanie."

Z kolei w poniedziałek był pogrzeb Prezydenta Kaczorowskiego. Byliśmy z Pawłem w niedzielę w Belwederze oddać Mu cześć przy trumnie. Zdziwiłam się nawet że jest tak mało świeczek i tak mało ludzi (w ogóle nie było kolejki!). Tak jakby naród zapomniał o tym Wielkim Polaku. No ale podczas przewożenia trumny do Świątyni Opatrzności ponoć było już trochę ludzi. „Ponoć” bo z żalem, ale nie mogłam być, za to poszli pożegnać Prezydenta moi rodzice. Zbyt patetycznie brzmi że: „odszedł Bohater”, no ale akurat w jego przypadku to prawda.

A tymczasem od poniedziałku, zgodnie z przypuszczeniami, ruszyła już pełną parą kampania i wymiana „uprzejmości” między zwolennikami różnych opcji. Jarosław Kaczyński już oficjalnie ogłosił że będzie kandydował. Jeden z moich znajomych cudzoziemców, piastujący w Polsce poważne stanowisko dyrektorskie, skomentował to krótko: „To nekrofilia. Jak można robić karierę na czyjejś śmierci?”.

Ciekawe co będzie… Wybory już 20 czerwca!

16 kwietnia, Warszawa

O telegramie z Rosji i o tym, że nie jestem patriotką i mam sobie iść do swoich złodziei z PO


Dziś jestem naprawdę rozżalona… Nawet nie wściekła czy oburzona, tylko właśnie rozżalona. I powoli tracę wiarę, że można z naszym narodem coś sensownego zrobić. Ale po kolei…

znicze1.jpgRano miałam spotkać się z Krzysiem T. To jeden z moich najlepszych kumpli, a właściwie Przyjaciel przez duże P. Umówiliśmy się w kafejce koło Pałacu Prezydenckiego, tak więc przy okazji postanowiłam zajrzeć, co się tam dzieje. Szczerze mówiąc zniczy z założenia nie zamierzałam tam stawiać – stwierdziłam że zrobię to pod Torwarem, ku czci wszystkich ofiar, a nie tylko Prezydenta, któremu pewnych rzeczy nawet mimo tragicznej śmierci zapomnieć nie umiem. Wiem, pewnie podpadam niektórym, którzy to czytają, ale uważam że trzeba być konsekwentnym w swoich poglądach i obiektywnie oceniać sytuację, nie ulegając wpływom nadmiernie "poprawnym politycznie" mediów czy ogólnonarodowej histerii, przez owe media podsycanej.
 
Nie ukrywam, że zjawisko wielogodzinnych kolejek do Pałacu jest dla mnie dość niepojęte. Przede wszystkim nie za bardzo rozumiem skąd tyle ludzi w godzinach pracy czy nauki ma czas? Sam fakt stania po tyle godzin budzi we mnie z jednej strony pewien szacunek, z drugiej zdziwienie, niekiedy politowanie. Szacunek odnosi się do tych, którzy stoją z potrzeby serca – takich osób jest niewątpliwie wiele i to akurat rozumiem i doceniam. Mówiąc o politywaniu mam na myśli tych, którzy wpadli w rodzaj zaślepienia, fanatyzmu czy jakiejś przedziwnej histerii, a także takich osób jak wspominana dzisiaj w mediach ciężarna kobieta która stała kilkanaście godzin, aż w końcu zemdlała. To już w moich oczach graniczy z głupotą - jak można narażac życie dziecka dla jednego wpisu do księgi kondolencyjnej? Co do zdziwienia to dotyczy to zwłaszcza tych, którzy stoją po kilka razy znicze6.jpg(!), bo takich jak się okazuje trochę jest. Krzyś opowiedział mi dzisiaj o spotkanej kobiecie, która mieszka w domu opieki, ale że lepiej się czuje przed Pałacem, w otoczeniu ludzi, w związku z tym jak sama powiedziała, zaliczyła kolejkę już czterokrotnie. Jest jeszcze inna grupa która mam wrażenie najbardziej napędza tłum – chodzi o zorganizowane pielgrzymki parafialne i wycieczki szkolne. Ciekawa jestem jaki procent tej młodzieży zjawia się pod Pałacem, bo rzeczywiście ma taką duchową potrzebę, a jaki traktuje to jako okazję zerwania się z lekcji. Nawiasem mówiąc spora część ludzi spoza Warszawy wizytę przy trumnach pary prezydenckiej łączy z… zakupami w galeriach handlowych. Wiem, bo dzisiaj byłam przez moment w Złotych Tarasach (jedno z warszawskich centrów handlowych), po których snuły się osoby z biało-czerwonymi flagami, dokładnie takimi jakie sprzedawano pod Pałacem Prezydenckim. A tak w ogóle to mam wrażenie, że Krakowskie Przedmieście w okolicy Pałacu Prezydenckiego zrobiło się w pewnym sensie „modne”. Dużo osób spaceruje, handlarze rozkładają swoje kramy, grają orkiestry dęte, w okolicznych knajpkach ludzie opowiadają sobie dowcipy…

Spod Pałacu szybko się wycofałam, aby się nie denerwować już nie wsłuchując się w treść rozmów. Kolega który ma w tamtych okolicach biuro i jest z tematyką rozmów na co dzień, wspominał że dość typowe jest biadolenie o tym, kto teraz zbawi Polskę od komuchów, masonów i Żydów.
 
znicze2.jpgPo załatwieniu różnych spraw wybrałam się pod Sejm. Tam kwiatów i zniczy było dużo mniej niż pod Pałacem Prezydenckim, za to nastrój bardziej żałobny. Szczególnie działały na wyobraźnię zdjęcia parlamentarzystów. Jedyne co mi się nie podobało, to leżące między zniczami i kwiatami kartki z poetycką twórczością jakiegoś nowego narodowego wieszcza. Oto próbka jego patetycznych utworów:

”W katyńskim lesie
puste krzesła krzyczą
i krzyk ich niemy
całą Polskę rani.
PANIE PREZYDENCIE
TWÓJ NARÓD W BÓLU
GŁOSUJE ZNICZAMI…”


W tej sytuacji ochota do postawienia znicza mi przeszła, choć w sumie to nie wina zmarłych, że żywi się kłócą. Pojechałam na, jak mi się wydawało, apolityczny Torwar. Do środka gdzie stoją trumny wpuszczane są tylko rodziny, ale jest jedno miejsce, gdzie na chodniku można postawić znicz, co też tym razem wreszcie uczyniłam. Swoją drogą nie ma tych zniczy za wiele, co mnie trochę zdziwiło, bo przecież chodzi o prawie setkę ofiar, w tym też tych, którzy nie wywoływali żadnych kontrowersji.

znicze4.jpgWłaśnie byłam na etapie odmawiania „Wieczny odpoczynek racz im dać Panie…” gdy stojąca obok mnie mocno leciwa pani zaczęła ni z gruszki, ni z pietruszki: „A wiecie państwo co ta skrajna prawica robi???”. Przerwałam modlitwę, bo rzecz jasna byłam ciekawa co robi. Pani kontynuowała: „Wczoraj oglądałam uroczystości żałobne i przysnęłam. Obudziłam się około drugiej w nocy, a tu w telewizorze gołe baby! No jak to możliwe! Żałoba a tu taka golizna! To niepojęte jak ta prawica się zachowuje!”. W tym momencie jakiś pan, jak się okazało fan „Naszego Dziennika”, czyli pisma skrajnie pracowicowego z oburzeniem zaczął starszej pani tłumaczyć, że to nie żadna skrajna prawica puściła bulwersujący program, tylko PO – a dokładniej jak to powiedział „ci złodzieje z PO”. Pani, która nie odróżnia lewicy od prawicy czy środka poczuła w panu od Naszego Dziennika i towarzyszących mu osobach bratnie dusze, no i zaczęło się. Z obu stron głowy miałam jazgot, w którym co i rusz wracano do „złodziei i oszustów z PO”, przeciwstawiając im "wzorowych, prawdziwych patriotów z PiS”. Potem rozpoczął się „najazd” na Komorowskiego, bo „do rządów się rwie i ustawy podpisuje, choć to przecież jeszcze żałoba”. Nie wytrzymałam i powiedziałam, bardzo grzecznie, że to chyba nie miejsce na tego typu dyskusje, a poza tym żałoba też do czegoś zobowiązuje. Dodałam jeszcze, że przyszłam się pomodlić za tych co zginęli, a w takiej atmosferze nie za bardzo mogę to zrobić. Wywołałam burzę. Posypały się teksty (dokładniej - krzyki), że mam się nie odzywać, a w ogóle to mam sobie iść "do tego swojego PO, do tych złodziei”, bo sama na pewno nie jestem lepsza i co jak co, ale na pewno nie jestem patriotką. Rzeczywiście zaraz sobie poszłam, bo nie chciałam się kłócić. Zwłaszcza nie w tym miejscu. Pozostał niesmak, zawód że jednak nic się przez ten tydzień nie zmieniło i obawa, że chyba z takim narodem nie da się jednak nic sensownego zrobić.

znicze3.jpgA teraz jeszcze o Rosji… Wczoraj moi rodzice dostali telegram od znajomych Rosjan (tak na marginesie to nawet nie wiedziałam, że w dobie Internetu jeszcze istnieje coś takiego jak „telegram”). Dokładniej telegram był od ludzi, którzy wcale nie byli mojej rodzinie specjalnie bliscy. Na dostarczonej przez pocztę kartce było kilka prostych, napisanych z błędami słów: „Jesteśmy z Wami w bólu i biedzie”. Ludzki, szczery odruch, jakże sympatyczny…
 
Ja akurat Rosjan - szarych, prostych ludzi zawsze lubiłam, ale ostatni zaimponował mi też bardzo rosyjski rząd. Nie ma co kryć, że Rosjanie robią więcej niż muszą i ogólnie wykazują dużo dobrej woli aby nasze sąsiedzkie stosunki znormalniały. Mam nadzieję, że okazja pojednania obu narodów zostanie należycie wykorzystana, a Jarosław Kaczyński tych dążeń nie zepsuje. Niestety, po wpisach w Internecie widać jednak, że nie wszyscy nasi obywatele widzą potrzebę pojednania. Na odczytany przedwczoraj przez Olbrychskiego „apel o pojednanie” od razu zaroiło się od wpisów typu: „Panie Danielu, wstydu pan nie masz” czy „Jak świat światem, nigdy Ruski ani Niemiec nie będzie Polsce bratem”. Myślę, że jeśli kiedyś ktoś ogłosi konkurs na najbardziej kłótliwy i szowinistyczny naród świata to mamy szansę wygrać.

14 kwietnia, Warszawa

Warszawski protest przeciwko pochowaniu pary prezydenckiej na Wawelu


protest2.jpgProtesty wobec decyzji pochowania Lecha i Marii Kaczyńskich na Wawelu przybierają na sile. Zamiast pisać co na ten temat myślę, przytoczę słowa Pawła Piskorskiego, z jego prywatnego bloga:

Hołd tak, Wawel nie…
Wiem, że opinią tą narażę się na ataki i zarzut złamania jednolitego głosu uczczenia pamięci tragicznie zmarłych Marii i Lecha Kaczyńskich. Uważam jednak i chcę to dobitnie powiedzieć – należy z najwyższą dbałością i szacunkiem zadbać o upamiętnienie wszystkich wspaniałych ludzi, którzy zginęli pod Smoleńskiem na czele z Marią i Lechem Kaczyńskimi. Jest po temu wiele możliwości, sposobów i okazji. Jednak pochowanie ich na Wawelu u boku Józefa Piłsudskiego narusza moje poczucie symboli narodowych. Uważam, że ze współczesnych Polaków tylko dwóch – Jan Paweł II oraz Lech Wałęsa – zasługują aby znaleźć miejsce swojego wiecznego spoczynku obok królów na Wawelu. Zostałem zaskoczony inną decyzją, która prawdopodobnie jest już definitywna. Nie chcę wybudować wokół tego muru narodowego sporu niweczącego wspaniałą i godną atmosferę ostatnich dni. Czuję się jednak w obowiązku pogląd ten głośno i zdecydowanie wypowiedzieć.


Myślę dokładnie tak samo. Niestety, tak jak zdewaluowała się dla mnie Pokojowa Nagroda Nobla po przyznaniu jej Obamie (nie mówię, że kiedyś by mu się nie należała, ale nie teraz), tak teraz upadnie mit Wawelu, do tej pory miejsca szczególnego, symbolu zarezerwowanego dla królów i naprawdę wybitnych Polaków. Nie chcę, zwłaszcza teraz, rozliczać byłego prezydenta z jego rządów, rozumiem też, że różnie można definiować pojęcie „patriotyzm”, ale mimo wszystko nie mogę zapomnieć pewnych działań prezydenta Kaczyńskiego, które sprawiały, że w swoich podróżach po świecie było mi po prostu wstyd i często dla obrony honoru Polski musiałam tłumaczyć, że to nie był prezydent wszystkich Polaków.

Dzisiaj list protestacyjny przeciwko pochowaniu pary prezydenckiej na Wawelu napisał Andrzej Wajda. Konkretnie, rzeczowo, z klasą… No i zaroiło się na forum od wpisów: „Ile pan dostał kasy za to ?” "Chciał Pan rozgłos, to Pan ma (wiadomo dzięki komu), ale szacunek to Pan stracił!!!”. Ręce opadają... Już nawet nie chodzi o to, czy list Wajdy się komuś podobał, czy nie, bo ja w przeciwieństwie do fanatyków z PIS staram się szanować inne poglądy, ale o formę wypowiedzi. W moich oczach Wajda rzecz jasna zyskał. A tak na marginesie to przecież w Lesie Katyńskim zginął ojciec słynnego reżysera.

Wracając do protestu w Warszawie. W ciągu dnia, zupełnie przypadkowo, trafiłam na zamieszczona na Facebooku informację o dzisiejszym spotkaniu protestacyjnym. Zresztą polecam wejście na forum „Nie dla pochowania Kaczyńskich na Wawelu” (kliknij tutaj ). „O 20-tej na Placu Defilad” brzmiało "zaproszenie".

Szczerze mówiąc długo zastanawiałam się, czy iść. Dawno już nie uczestniczyłam w „demonstracjach” – ostatni raz chyba jeszcze za "komuny", kiedy dostałam gazem łzawiącym w twarz i przez tydzień nie mogłam do siebie dojść. No ale to były inne czasy  - martyrologia się skończyła, żyjemy w Wolnej Polsce i jak się okazuje – nie do końca takiej, o jakiej te dwadzieścia kilka lat temu marzyliśmy.

Wracając do moich dzisiejszych „rozterek”. Poszłam, bo organizatorzy zapowiedzieli, że ma być spokojnie, kulturalnie, bez krzyków. I rzeczywiście tak było. Przyszło ze 200-300 osób – może nie za dużo, ale w końcu to spontaniczna inicjatywa i w sumie słabo rozpropagowana. Nie najszczęśliwsze było też miejsce – pod Pałacem Kultury gdzie było dość ciemnawo i gdzie o tej porze już nie chodzi, więc nie było szans na dołączenie się przypadkowych przychodniów podzielających nasze poglądy.

protest1.jpgKu mojemu miłemu zaskoczeniu wcale nie było żadnej „zadymiarskiej” młodzieży, czego się trochę obawiałam, ale grono wyważonych w opiniach ludzi w różnym wieku. Młodzież owszem, była, ale taka wartościowa, poukładana, choć równie dużo było osób starszych. Spotkałam przy okazji trochę znajomych – co niektórzy to ludzie na tzw. stanowiskach, na co dzień zabiegani, którzy jednak znaleźli czas aby przyjść. W sumie  to mnie akurat bardzo NIE chciało się przyjść. "-Jestem zapracowana, nawet do Rodziców jeszcze nie miałam czasu wpaść…" - tłumaczył jeden głos. Drugi był silniejszy: "-Jak nie pójdziesz, będziesz potem mogła mieć sama do siebie pretensje, że nic nie zrobiłaś". Potem, w rozmowie z innymi, którzy przyszli okazało się, że każdy na poczatku myślał podobnie, czyli na zasadzie: „świata/Polski nie zmienię, szkoda więc zachodu”. Do tego dochodzi niepewność i obawa, że może tylko my mamy takie poglądy, lepiej się więc nie wychylać.

Ja w każdym razie bardzo się cieszę, że przyszłam. Przynajmniej mogę spojrzeć na siebie w lustrze ze świadomością, że dołożyłam swoją cegiełkę do pokazania, że ten pomysł to pomyłka, a  kardynał Dziwisz nie powinien mieć monopolu na rozporządzanie miejscami w najważniejszej polskiej nekropolii.

Pod Pałacem zresztą były transparenty (zrobione z tektury, bo było mało czasu na ich przygotowanie) typu „Wawel to nie prywatny folwark kardynała Dziwisz”. Albo: „Kraków - królów, Warszawa – prezydentów”, "Wawel dla wielkich" itp. Niektórzy zastanawiali się, gdzie w takim razie będzie pochowany Wałęsa, dlaczego na Wawelu nie spocznie prezydent Kaczorowski, któremu bardziej się to miejsce należy.

Tak jak wspomniałam, było kulturalnie i spokojnie, z poszanowaniem czasu żałoby. Szczerze mówiąc to dla ludzi którzy nie popierają PiS to trudny czas, bo mam wrażenie że druga strona wykorzystuje sytuacje, że nie wypada się kłócić i jednostronnie podjudza, szydzi i prowokuje. Jedna z pań która stała aby wpisać się do księgi kondolencyjnej mówiła, że ktoś przed nią wpisał: "To PO zabiło Prezydenta". Z kolei inna, rozrzalona opowadała że kiedy poszła pod Sejm zapalić znicze, były tam kartki „każda świeczka głosem poparcia dla PiSu”. Znicz mimo wszystko zapaliła, ale to rzeczywiście przykre, że zawsze znajdą się tacy, którzy chcą manipulować i jątrzyć, ugrać coś dla swojej opcji, zepsuć to co już powstało. Trudnym jesteśmy narodem. W każdym razie Tuskowi i Komorowskiemu bardzo współczuję, ale równocześnie w nich wierzę. Równocześnie mam nadzieję, że Jarosław Kaczyński i wpływowi ludzie z PiSu pohamują trochę własne ambicje i przynajmniej przez jakiś czas, dla dobra Polski nie będą wyżej wymienionym nadmiernie przeszkadzać.

Wracając do akcji pod Pałacem - przy okazji spotkania podpisaliśmy stosowną petycję. Kto żałuje że tego nie zrobił, może podpisać inny, internetowy list protestacyjny, zamieszczony w Internecie (kliknij tutaj ).  Czy coś zmieni? Myślę że nie, ale dobrze jest pokazać, że jako naród mamy swoje zdanie, z którym władze, każde - kościelne także, powinny się liczyć.


13 kwietnia, Oslo-Warszawa

Od Opery po Ice Bar i niestety, powrót do smutnej rzeczywistości


Dzień, wiadomo, zaczyna się od śniadania, przynajmniej jeśli chodzi o mnie. W Norwegii nie może na nim zabraknąć gofrów (które piecze się samemu, na wystawionej maszynce), pysznych dżemików (najlepszy malinowy!), jest też pasta kawiorowa i śledzie w różnych wersjach smakowych, najczęściej na słodko. Szczerze mówiąc liczyłam na wędzone łososie, ale tych jak się okazuje na śniadanie się raczej nie podaje (w przeciwieństwie do Szwecji, gdzie były prawie zawsze), za to standardem jest gjetost, mocno specyficzny ser, słodki w smaku a w kolorze brązowy ser. Co do sera, to warto wiedzieć, że właśnie w Norwegii wymyślono nożo-łyżkę do jego krojenia! Inny wynalazek, z którego potomkowie Wikingów sa dumni, to zwykły druciany spinacz!

Wracając do śniadań – zwyczajowy napój to kawa. Zresztą nie tylko na śniadanie. Ale ze względu na kawę, Norwegowie mają u mnie minus, bo piją ją bez mleczka czy śmietanki (nawet w dobrych knajpach jest problem z zamówieniem cappuccino czy cafe latte) i na dodatek – bez cukru. Oczywiście jak się bardzo uprzemy, to cukier nam podadzą, no ale dopiero jak się o niego upomnimy.

norw-opera.jpgBardzo udany dzień spędziliśmy w Oslo. Najpierw popłynęliśmy do Opery – stateczkiem pełniącym funkcję wodnego tramwaju. Opera to obecnie duma Oslo – oddano ją do użytku 2 lata temu i trzeba powiedzieć, że wygląda imponująco. Z wyglądu przypomina górę lodową spływającą do fiordu, a również w środku jej ściany mają kojarzyć się z fakturą lodu, sprawiając wrażenie jakbyśmy wchodzili do wnętrza bryły lodowej. Cały budynek jest bardzo jasny (ze wzgledu na przeszklone ściany) i „ciepły” (jest dużo drewna). Spore wrażenie zrobiło na mnie wejście „na zaplecze”, gdzie tworzy się scenografię do spektakli (szykowano m.in. olbrzymie figury słoni do przedstawienia „80 dni dookoła świata”), szyje się stroje, są garderoby i sale ćwiczeń (w jednej z nich widzieliśmy skośnooką baletnicę, która siedząc w szpagacie jakby nic pisała SMSy). Ponoć w budowie Opery brało udział bardzo wielu Polaków, za co burmistrz Oslo specjalnie im podziękował.

Z Opery pojechaliśmy zobaczyć skocznię wybudowaną w dzielnicy Holmenkollen. To już kolejny tego typu obiekt. W roku 2008 stojącą tam tzw. starą skocznię, tę na której sukcesy odnosił Małysz, rozebrano i na jej miejscu wybudowano nowoczesą, przez niektórych porównywaną do… kobiety na fotelu ginekologicznym. Ale Holmenkollen to nie tylko skocznia, a właśiwie skocznie, bo docelowo będzie ich chyba z 5. Ze stylowej knajpki w pobliżu jest ładny widok na otoczone lasami miasto, wyrosłe nad końcówką stukilometrowego Oslofiordu. W tych też okolicach (tzn. koło skoczni) znajduje się też rezydencja królewska, w której monarcha zawsze spędza Boże Narodzenie. Swego czasu, kiedy rządził jeszcze Olaf V (zmarły w 1991 roku ojciec obecnie panującego Haralda V), można go było spotkać jak spaceruje po okolicznych lasach, a zimą biega na nartach, w towarzystwie swojego psa. norw-vigeland.jpgKiedy próbowano go namówić do opieki ochroniarzy twierdził, że nie potrzebuje bodyguardów bo przecież ma 4,5 mln ludzi, którzy są jego ochroną (mowa o narodzie norweskim).

Potem byliśmy jeszcze zobaczyć słynny Park Vigelanda (swoista galeria prac najwybitniejszego norweskiego rzeźbiarza), a także „Frama”, czyli wybudowany w 1892 roku statek wykorzystywany podczas ekspedycji polarnych, m.in. przez Amundsena, norweskiego badacza, który jako pierwszy zdobył biegun południowy (1911 rok). Stamtąd, utrzymując się w klimatach „polarnych” wyskoczyliśmy jeszcze do „Ice baru” czyli klimatycznego lokalu zrobionego z lodu, z lodowymi rzeźbami i drinkami podawanymi w szklankach wydrążonych a jakże, z lodu. W tej sytuacji lód do drinków już nie jest potrzebny. Przed wejściem dostaje się jeszcze specjalne kurtki, dzięki czemu wszyscy wyglądają niczym „niebieskie kapturki”.

Już zupełnie na koniec, ponieważ zostało nam troszkę czasu do odjazdu na lotnisko, poszliśmy jeszcze do Galerii Narodowej. Głównie chodziło nam o obrazy Edvarda Muncha, a konkretnie o namalowany w 1893 roku słynny „Krzyk” który w 2004 roku został skradziony, ale po 2 latach jednak się odnalazł. Niesamowite wrażenie robi ten obraz – jakoś tak od razu przypomniała mi się norw-krzyk.jpgkatastrofa pod Smoleńskiem, no bo skojarzenie z krzykiem przerażonych ofiar oraz z krzykiem bólu, żalu i emocji ich rodzin. Do tematu katastrofy zresztą wkrótce wróciliśmy – w samolocie, kiedy dostaliśmy polskie gazety. Ogromnie przykro było to czytać , bo wiadomo - żal wszystkich tych ludzi, ich rodzin, nie zrealizowanych planów, marzeń... Ale już widać, że zaczęło się granie na emocjach. Wyczytaliśmy z nich m.in. o pomyśle pochowania prezydenta Kaczyńskiego na Wawelu. Myślałam że to tylko luźny pomysł, którego nikt nie traktuje na poważnie, ale niestety, tuż po wylądowaniu Paweł, który po mnie wyjechał, powiedział, że to już postanowione. Nie rozumiem… Aleja Zasłużonych na Powązkach, czy nawet katedra św. Jana w Warszawie, niech będzie – bądź co bądź chodzi o Prezydenta Polski, ale Wawel??? Śmierć w katastrofie to trochę za mało aby spocząć w miejscu będącym narodowym symbolem! Kilkoma nieprzemyślanymi zdaniami kardynał Dziwisz zaprzepaścił to, co mogła dać ta tragedia – zamiast integracji narodu, poczucia jedności, znowu tworzymy podziały.

12 kwietnia,  Oslo (Norwegia)

Metrem na narty


Miałam ze względu na żałobę narodową nie pisać o tym jak mi tutaj jest, ale po przejrzeniu informacji z Polski, a zwłaszcza po lekturze postów internautów, zaczęły mnie niektóre wypowiedzi nieco irytować, więc w ramach terapii uspokajającej, jednak opiszę Norwegię. Ale skoro zaczęłam, to co mnie irytuje? Między innymi to, że po sobotnim szoku, emocjach, łzach, wybuchu  patriotyzmu,  frazesach o jedności, rozsądku i dojrzałości narodowej,  znowu wracamy do naszych ulubionych polskich zajęć, czyli wzajemnego "ujadania", internetowego opluwania się, słownych prowokacji i wypowiedzi różnych oszołomów.

Oczywiście każdy ma prawo do swojego zdania – moje jest takie, że nawet tragiczna śmierć w czasie wykonywania obowiązków państwowych nie jest przepustką do tego, by z dnia na dzień stać się bohaterem. Mam tu na myśli Prezydenta, któremu owszem – szacunek jako głowie państwa, no i człowiekowi, rzeczywiście się należy, jednak pewne pomysły które pojawiły się odnośnie uhonorowania jego osoby, trochę mnie dziwią. Nie widzę na przykład powodu, aby  imieniem Lecha Kaczyńskiego nazywać Stadion Narodowy, tym bardziej że skoro ma być „Narodowy”, to powinien pozostać ponad podziałami, z neutralną nazwą, a w ogóle, to po co mieszać politykę do sportu? Albo inny pomysł - aby Prezydent Kaczyński został honorowym obywatelem Warszawy. Czyżbyśmy już zapomnieli, że jego kadencja jako prezydenta miasta była dość kontrowersyjna? Ulica czy plac imienia Lecha Kaczyńskiego to ok, tu się zgadzam, ale nie popadajmy w jakąś skrajną przesadę. Osobiście razi mnie też stawianie Prezydenta Kaczyńskiego na tym samym piedestale co Jana Pawła II!

norw-gazeta.jpgDobrze, a teraz o Norwegii… Polska nadal jest tu na czołówkach gazet. W tutejszym odpowiedniku „Faktu” na pierwszej stronie zamieszczono dziś fotografię pilota, przy której dopisano listę błędów jakie prawdopodobnie popełnił, w  środku gazety były jeszcze trzy pełne rozkładówki zdjęć i opisów jak Polska przeżywa żałobę.  

Co do naszego pobytu w Norwegii to dzisiaj już wróciliśmy do Oslo. Trochę żal było wyjeżdżać z sympatycznego Hemsedal, które okazało się dużo fajniejsze niż przypuszczałam. W każdym razie polecam jako pomysł na wypad narciarski, zwłaszcza dla osób które lubią spokój i kameralność (bliższe informacje o ośrodku - http://www.skistar.com ). Trudno to miejsce porównywać do topowych ośrodków alpejskich, bo w Hemsedal jest „tylko” około 50 km nartostrad, ale traski są fajne, widoki zresztą też. Do tego dochodzi jeszcze pewne "coś" - coś czego nie da się opisać, a co powoduje że jest tu jakiś niesamowity spokój, w którym można rewelacyjnie odpocząć.

norw-narty.jpgJeśli chodzi o trasy to swego czasu rozgrywano w Hemsedal Puchar Świata, a co roku odbywają się tu zawody FIS (taki niby Puchar Europy). Sporo tu terenów freerajdowych  - Odd, nasz opiekun, zachwalał m.in. stoki zwane "Kathmandu", a poza tym jest tu jeden z najlepszych znanych mi snowparków.  Moją ulubioną trasą stała się „czarna ósemka”, choć tutejsze czarne trasy (niby bardzo trudne) to tak jak nasze czerwone (średnio trudne). Jedyny wyjątek od tej reguły stanowiła "czarna piątka" - nartostrada oznaczoną trzema rombami, co ma sugerować wyjątkowy hard-core i gdzie rzeczywiście dostaliśmy w kość, choć nie tyle ze względu na stromiznę, co na muldy.

A co do ciekawostek ośrodka, to bardzo podobał mi się stokowy… supermarket taniej w miarę sieci ICA. Naprawdę stoi na stoku – można wejść do niego w narciarskich buciorach i potem z siateczką wypełnioną zakupami wjeżdzą się wyciągiem do swojego domku. Jak ktoś mieszka tak jak my tak, w apartamencie tuż obok górnej stacji jednego z krzesełek, to naprawdę super pomysł z tym supermarketem. Również dla tych, którzy zamiast iść na obiad do knajpy wolą kupić tanią przegryzkę.

norw-skuter.jpgSupermarket jest po sąsiedzku z wypożyczalnią. Kolejna ciekawostka - kask można tu wypożyczyć gratis! Po zakończonej jeździe wrzuca się go po prostu do specjalnej skrzyni - nikt nie pilnuje zwrotów kasków (to samo dotyczy kijków), bo po prostu liczy się na uczciwość ludzi.

Mieliśmy też atrakcje pozanarciarskie, a konkretnie - skutery śnieżne. Najpierw poszaleliśmy na 3-kilometrowym torze, gdzie można było pogazować, jak kto szybko chciał (w takiej Finlandii nie było mowy, aby przekroczyć 40 km/godz., a tu można było grzać ile mocy w silniku), potem zaś pojechaliśmy na jazdę terenową, już wolniejszą, bo przez las i pełną wertepów. Było świetnie, poza tym że dzisiaj rano wszyscy na coś narzekaliśmy – na kręgosłup, pośladki, łydki…

norw-kosciolek.jpgFajnie udał nam się też wypad do położonego o jakieś 50 km od Hemsedal miasteczka Borgund, gdzie znajduje się jeden ze słynnych norweskich stavkirke, jak nazywa się drewniane kościółki z czasów Wikingów (XII wiek). Ponieważ znałam owy zabytek z różnych folderów, bardzo chciałam go zobaczyć i nawet byłam zdecydowana wyskoczyć do Borgund autostopem, rezygnując z nart, ale Odd wpadł na cudowny pomysł, że pożyczy mi swój samochód.  Ostatecznie pojechaliśmy w czwórkę – z Konradem jako kierowcą, Zbyszkiem i Anią, a dzięki temu że był transport, nart wcale nie straciliśmy. Już dla samych krajobrazów po drodze warto było się przejechać – rozległy płaskowyż ograniczony górami, droga wijąca się niczym wąż, typowe norweskie domki  z dachem porośniętym trawą, sprawiły, że trochę nam się podróż przedłużyła, no bo co chwila stawaliśmy na zdjęcia. Sam kościółek też okazał się malowniczy, chociaż do środka mogliśmy zajrzeć jedynie przez dziurkę od klucza (wejść da się jedynie w sezonie turystycznym, tzn. od maja). Konrad przy wejściu pokazał ciekawy napis zapisany znakami runicznymi, coś w stylu „byłem tu…”  autorstwa jakiegoś Wikinga sprzed 800 lat.

norw-znak.jpgNasze turystyczne zapędy przypłaciliśmy spóźnieniem się na kolację. W ramach degustowania specjałów lokalnej kuchni mieliśmy m.in. sashimi z surowego łososia i małże św. Jakuba (nawet nie wiedziałam ,że to owoce morza hodowane w norweskich wodach), a na główne danie – kotlet z łosia.  Łosi w Norwegii jest tyle, że nikt nie myśli o ich ochronie – na łosie się poluje, a najchętniej widzi się je na talerzu lub w formie kiełbasy.

Przy okazji kolacji, do której zamówiliśmy też piwko (rzecz jasna norweskie – Hansa) Odd powiedział o tutejszych karach za przekroczenie limitu alkoholu we krwi. Oficjalnie można mieć 0,1 promila, a jak ktoś ma między 0,1 a 0,5, w razie kontaktu z policją traci prawo jazdy na 2 lata i płaci grzywnę równą wysokości swojej miesięcznej pensji (po odjęciu kwoty na zapłacenie podatków). Jeśli alkoholu jest więcej, czyli ponad wspomniane 0,5, dodatkowo idzie się na 3 tygodnie do więzienia.

Tak na marginesie odnośnie alkoholu – na norweskich imprezach przyjęte jest, że przychodzi się z własną butelką, którą stawia się przy swoim krześle, racząc się z niej w zależności od swojego uznania. Dzielenie się flaszeczką z sąsiadami przyjęte raczej nie jest, no bo przecież alkohol jest tu koszmarnie drogi, czyli kto się chce napić, musi zadbać o swoje zapasy. Ponoć nie ma też w zwyczaju częstowania się papierosami – dotyczy to nawet bliskich osób, np. chłopaka na randce z dziewczyną. Tzn. poprosić o papierosa można, ale duża szansa, że pytany spotka się z odmową. Dobrze że nie palę…

norw-ratusz.jpgTak jak pisałam, dzisiaj rano przeskoczyliśmy do Oslo, z przerwą na pyszne lody norweskiej firmy Diplom-Is, zdjęcia przy znaku "Uwaga, łosie" oraz postój przy kościółku w Gol (też drewniany, choć w tym przypadku jest to współczesna kopia oryginalnej świątyni, przeniesionej do skansenu w Oslo). W Oslo zamieszkaliśmy w samym centrum miasta. Wykorzystaliśmy to ze Zbyszkiem i w ramach 45 minut wolnego czasu po obiedzie wyskoczyliśmy zobaczyć słynny tutejszy ratusz okrzyknięty przez Norwegów najbrzydszym budynkiem miasta, a popularnie zwany „fabryką” (bo ma dwie wieże, przypominające fabryczne kominy). W ratuszu chodziło nam głównie o salę, w której co roku przyznawane są nagrody Nobla, a potem – organizowane  związane z tą ceremonią bankiety. Zdobienia wielkiej sali to osobliwe mozaiki trącące duchem socrealizmu (jest tam np. rybak, robotnik i inne postacie spokrewnione ze sztuką spod naszego Pałacu Kultury). Mam wrażenie że władze Oslo miały chyba kiedyś niezły odchył na punkcie tego typu sztuki, bo podobny styl widać także w rzeźbach rozstawionych w różnych punktach miasta.

norw-narty2.jpgPo południu pojechaliśmy dla odmiany na… narty. To w myśl przyświecającej nam na tym wyjeździe zasady, że "dzień bez nart jest dniem straconym"  :-). Znajdujący się ze 20 minut jazdy od centrum miasta „Tryvann Vinterpark” (szczegóły: http://www.oslovinterpark.com ) nie jest specjalnie duży – jest w nim 7 wyciągów i 14 tras, przy czym najdłuższa ma 1400 m i 381 m różnicy poziomów, ale nie ukrywam że zazdroszczę Norwegom, że mogą po pracy wsiąść w samochód albo metro (!) i pojechać sobie zamiast do fitness clubu to na narty! Widać, że to tutaj dość popularne, bo ok. godziny 18 jak schodziliśmy z nart (a słońce jeszcze było wysoko i dość mocno przygrzewało!), ludzie się dopiero zjeżdżali! Wygląda to trochę abstrakcyjnie, bo na dole, w centrum, jest prawdziwa wiosna, czyli cieplutko, niektórzy chodzą już w krótkich rękawkach, tak więc ktoś wsiadający z nartami do metra wygląda trochę anormalnie. Ośrodek jest zresztą przystosowany do takich narciarzy, co to zjawiają się na krótko, w ramach odprężenia po pracy, tak więc skipass można szybciutko kupić w automacie (takim samym jak do kupna biletów komunikacji miejskiej), jest też przechowalnia ubrań - ciuchy w których byliśmy w pracy możemy zostawić w szafce którą otwiera się tak jak w aquaparkach – przykładając zakodowany w skipassie kod w specjalny czytnik, dzięki czemu nie trzeba nosić żadnych kluczyków. Po prostu - wszystko dla ludzi!  Również obsługa jest tu wszędzie bardzo miła. Wczoraj jak w Hemsedal zagadałam się i mało czujnie wsiadając na wyciąg zrobiłam trochę zamieszania, pan wyciągowy zamiast mnie zasłużenie ochrzanić, uśmiechnął się tylko i bezbłędną angielszczyzną oznajmił: „Nie ma problemu! To są twoje wakacje, więc się nimi ciesz”.  Miłe…
 

10, 11 kwietnia – Hemsedal  (Norwegia)

Tutaj – narty, w Polce – żałoba


norw-narty-3.jpgJakoś niezręcznie pisać o tym, jak tu jest fajnie, bo super warunki narciarskie, rewelacyjna pogoda, fajna ekipa itp. , a tymczasem w Polsce trwa żałoba narodowa po katastrofie samolotu prezydenckiego. Dowiedzieliśmy się o tym wczoraj, w trakcie przypinania nart. Początkowo nawet się za bardzo nie przejęliśmy, bo wynikało że to jakaś awaria związana z pożarem, który zaraz będzie ugaszony.  Właściwie chyba dopiero po powrocie do naszego apartamentu, jak tylko podłączyliśmy się do Internetu, zaczęło do nas docierać, co się stało.  Nie ma co kryć - tragedia ogromna, choć niewątpliwie z perspektywy Norwegii nie ma takich emocji jakie są w kraju. Przyznaję, że za prezydentem i częścią polityków którzy zginęli w samolocie nie przepadałam, no ale wiadomo - każdego człowieka żal.  Poza tym zginęło również sporo ludzi których z całego serca szanowałam…

Media norweskie też dużo mówiły o katastrofie. Dzisiaj przeglądałam tutejszy odpowiednik naszego „Faktu”, mniej więcej w połowie poświęcony katastrofie i jej ofiarom. Inna sprawa, że jak obserwowałam Norwegów czytających gazetę, przez strony o katastrofie tylko pobieżnie przelatywali, wybierając raczej plotki z własnego podwórka, choć trudno się temu dziwić. Tym bardziej, że prezydent Kaczyński nie miał w Norwegii za dobrych notowań. Z kolei w relacjach BBC ważniejsze od tego że zginął prezydent, było to że zginął prezes NBP. To też naturalne, bo w końcu "business is bussiness".

A jak tutaj jest? Chyba jednak wrócę do tego później (może jutro, może za kilka dni…). Kogo teraz w Polsce obchodzą norweskie stoki, jak tyle się w naszym kraju dzieje, i krótko mówiąc są ważniejsze sprawy…

9 kwietnia, Hemsedal (Norwegia)


norw---domki.jpgDostało mi się od niektórych z Was, że nie piszę bloga… Przywalona pracą, w tym finiszem nad książką która ma się wkrótce ukazać, rzeczywiście zaniedbałam inne sprawy. Trochę łatwiej mi pisać na wyjazdach, bo wtedy przynajmniej odpada mi bieżąca praca. A swoją drogą to jakiś koszmar z tym warszawskim tempem życia. Ostatnio od kilku osób, które do stolicy przeniosły się z innych miast usłyszałam, że nie mogą się przystosować do tego, że tu tak wszystko biegiem, na nic nie ma czasu, pracuje się po kilkanaście godzin na dobę i nawet ze spotkaniami z najbliższymi jest problem. Fakt, to chore i… sama nie wiem jak to zmienić.

No ale teraz mam szansę odetchnąć, bo przyjechałam na kilka dni do Norwegii (wyjazd dziennikarski). Norwegię bardzo lubię, bo od tego kraju rozpoczęło się moje podróżowanie – 20 lat temu (ale ten czas leci!) przyjeżdżałam tu na tzw. wakacje polegające głównie na zbieraniu truskawek. „Głównie”, bo przy okazji stałam się też specjalistką od pielenia chwastów, sadzenia lasu, budowy płotów i wyganiania owiec na pastwiska. Jeżdżąc wtedy autostopem, a potem także autokarem – jako pilot wycieczek na Nordkapp, trochę ten kraj poznałam. No ale zimą tu jeszcze nie byłam!

norw-hemsedal.jpgJesteśmy w Hemsedal - jakieś trzy i pół godziny jazdy od Oslo, a przyjechaliśmy sprawdzić miejscowy ośrodek narciarski. Zamieszkaliśmy (jesteśmy ekipą 8-osobową) w dwóch kameralnych domkach przy górnej stacji jednego z wyciągów, mając pod sobą widok na położone w dole miasteczko. Polaków tu póki co jak na lekarstwo - większość gości to Norwegowie (około połowy),  następna ćwiartka to Duńczycy, a reszta to przeważnie Szwedzi, Finowie, Brytyjczycy i Holendrzy.

Niesamowite jak długo trwa tu, o tej porze roku, dzień – jeszcze o 21.30 jest zupełnie jasno! Typowej polarnej nocy tu nie ma, bo jesteśmy jeszcze kawał poniżej Kręgu Polarnego, ale oczywiście w grudniu-styczniu jest na odwrót - światła dziennego jest mało. Inna sprawa, że Odd, Norweg który jest tu naszym opiekunem, opowiadał, że i wtedy przyjeżdża się na narty, bo ponieważ ściemnia się już ok. 16, mają aż 15 podświetlanych tras! (w ośrodkach alpejskich robi się podświetlenie na zwykle jednej trasie). Pytałam o zorzę polarną, ponoć jest szansa na jej zobaczenie, choć rzadko (w tym roku Odd nie widział). No ale przynajmniej jest prześliczna zima (wyciągi działają do pierwszego majowego weekendu).
 

27 marca, Warszawa

Meczet w Warszawie, czyli dlaczego tacy jesteśmy?


Tych, którzy kontrolują mego bloga przepraszam, że dawno nie pisałam, ale jak zwykle między wyjazdami nie wyrabiam się z normalną pracą.

borneo-meczet.jpgTeraz jednak się zmobilizowałam, a właściwie to zmobilizowała mnie demonstracja, jaka dzisiaj odbyła się w Warszawie. Chodzi o protest przeciwko wybudowaniu w Warszawie meczetu. Swoją drogą niedawno temat muzułmańskiej świątyni został poruszony rzez osobę X na obiedzie, na który zostałam zaproszona. Już wtedy, w trakcie rozmowy, poraziło mnie jak nietolerancyjne mamy społeczeństwo, ale uznałam wówczas, że nie ma co się denerwować jedną osobą, która zresztą nic o islamie nie wie, a główny argument jaki wysuwa przeciwko meczetowi to taki, że nie życzy sobie żeby jakiś tam (chodzi o muezzina) hałasował wzywając do modlitwy. Profilaktycznie wstrzymałam się z uwagą, że w końcu budując kościoły katolickie, nikt się nie pyta mieszkańców okolicy, czy nie mają nic naprzeciw poranno-niedzielnemu biciu w dzwony. Zresztą w przypadku meczetu to akurat żaden argument, bo od razu ustalono, że ezanów (tych muzułmańskich śpiewnych nawoływań do modlitw) po prostu nie będzie.

W Warszawie mamy ok. 11 tys. muzułmanów. Szczerze mówiąc nie widzę powodów, dlaczego nie mogą mieć świątyni z prawdziwego zdarzenia? Mają wprawdzie niewielki meczecik (raczej niewielką salkę modlitw) w Wilanowie (obrzeża miasta), ale trudno się dziwić, że chcą mieć większy obiekt. Dziwne, że nikomu nie przeszkadzają istniejące w Warszawie dwie cerkwie prawosławne (a może i więcej?), kilka kościołów ewangelickich, świątynia Mormonów, kościół Adwentystów Dnia Siódmego (w samym centrum) i ileś innych przybytków różnego rodzaju pobożności.

Jeśli chodzi o tych protestujących "antymeczetowców" rozumiem, że każdy ma prawo mieć swoje zdanie, ale w tym przypadku mam wrażenie że zbyt pochopnie neguje się islam, nie mając zielonego pojęcia co to za religia (w rzeczywistości – bardzo pokojowa), nie będąc nigdy w krajach arabskich, powielając jedynie zasłyszane, płytkie i niesprawiedliwe opinie utożsamiające islam z terroryzmem. Nie będę tutaj tłumaczyć, że to zbytnie, nie mające racji bytu uproszczenie, krzywdzące 99 % muzułmanów będących przeciwko terroryzmowi. Wiem co mówię, bo w końcu kraje arabskie znam dosyć dobrze. A tak na marginesie to w świecie chrześcijańskim też stosowano terrorystyczne metody walki – wystarczy przypomnieć choćby Irlandię czy Greków na Cyprze.

No dobrze, ale zostawmy politykę – chodzi o czysto ludzką stronę tego problemu. Dlaczego muzułmanie mają czuć się dyskryminowani? Tym bardziej, że przecież część z nich to nasi rodzimi muzułmanie, obywatele Polski. Przy okazji przypominam, że na północnym-wschodzie kraju mamy całkiem sporą społeczność tatarską, która od dawna wyznaje islam, a tamtejsze meczety w Bohonikach czy Kruszynianach, to opisywane w przewodnikach cenne zabytki.

Poza tym wszystkim żyjemy w XXI wieku, uważamy się za Europejczyków pełną gębą, a tu nagle wychodzi z nas taka zaściankowość. W ogóle jesteśmy tak mało tolerancyjni, że aż wstyd!! Ostatnio jest też głośno o Czeczenach wyrzuconych z ośrodka uchodźców koło Łomży. Chyba zapomnieliśmy już (a młode pokolenie może nawet w ogóle o tym nie wie), jak w nie tak dawnych czasach "komuny" Polacy uciekający z kraju przebywali w obozach uchodźców np. w Austrii i jakoś ich nikt stamtąd nie wyrzucał, a wręcz przeciwnie - pomagał w dużo większym zakresie niż my owym Czeczenom. Ale ogólnie mało kto nam pasuje. Sąsiedzi? Niemców nie lubimy za całokształt, Rosjan za historię, Białorusinów za współczesność, Czesi to złośliwe Knedle. Dalsze nacje? Wietnamczycy są okropni, bo w swoich knajpach gotują psy (naprawdę tak się mówiło!), Chińczyków boimy się, bo nas zaleją i odbiorą pracę, o rasizmie w stosunku do przybyszy z Afryki nie mam co pisać, bo jeśli ktoś uważa, że w Polsce nie ma rasizmu, niech porozmawia z pierwszym lepszym czarnoskórym studentem.

Najgorsze jest to, że póki co nie widzę szans, aby poglądy i zachowanie naszego społeczeństwa się zmieniły. I żadne to pocieszenie, że są też wśród Polaków ludzie normalni, otwarci, tolerancyjni, szanujący inne nacje, kultury i religie - niestety opinię wyrabia ta druga część. To jakiś paradoks, bo przecież żyjemy w kraju katolickim, a jedno z podstawowych przykazań tej religii to zawarta w jednym zdaniu idea tolerancji: „miłuj bliźniego swego, jak siebie samego”.

16 marca, Warszawa

Cmentarne refleksje


Wczoraj po południu był pogrzeb Pawła Morzyckiego. Przyszedł tłum ludzi, bo Paweł był bardzo lubianym człowiekiem, a poza tym był ceniony też jako dziennikarz (pracował w redakcji magazynu „Żagle”), i jako kapitan. Do tego był jeszcze afrykanistą i poliglotą – znał biegle kilka języków, no i w ogóle w wielu dziedzinach stanowił chodzącą encyklopedię. Równocześnie był bardzo skromny. Jurek Klawiński (sekretarz redakcji w „Żaglach”) opowiedział mi, jak to kiedyś Paweł, będąc w Stanach, przyszedł na żaglowiec „Zawisza Czarny”, który tam akurat zawinął. No więc Paweł zapytał kogoś z kadry, czy nie mógłby przepłynąć się przez kilka dni na „Zawiasie”. Okazało się, że ok, może, ale przy okazji padło też pytanie, czy w ogóle zna się na żeglarstwie. Paweł bąknął że nie za bardzo, ale może płynąć choćby w kambuzie i tak też się stało. Dopiero po wyjściu w morze przydybał go kapitan, a że akurat kapitan go poznał, więc zrobiła się afera, że jak to, taki doświadczony facet, ze stopniem jachtowego kapitana żeglugi wielkiej (zrobił uprawnienia kapitańskie w wieku zaledwie 20 lat!), zasuwa w kambuzie. Speszony oficer wachtowy tłumaczył się potem, że jemu się nawet zdawało, że Paweł musi jednak coś o żeglarstwie wiedzieć, bo pomagał mu w obliczeniach nawigacyjnych.
 
Bardzo Pawła lubiłam. Ostatnio przez kilka miesięcy Go nie widziałam, tak więc nie przyszło mi do głowy, jak bardzo jest schorowany. Może i dobrze – dzięki temu zapamiętam Go jako sympatycznego, przystojnego faceta o rozbrajającym, zawadiackim uśmiechu wiecznego chłopca.

Wracając do pogrzebu. W tłumie żegnających Pawła osób było sporo znanych w kręgach żeglarskich osób, w tym m.in. Jurek Porębski i Marek Szurawski, znani szantymeni, dzięki którym zamiast grobowej ciszy (w tym przypadku dosłownej), była nastrojowa gra na trąbce i kilka szant.

Ale było też coś, co mnie poirytowało. Na przykład – panowie od noszenia trumny, którzy kilkakrotnie wchodzili do kościoła bez ogródek wyrażając głośno swoje niezadowolenie przeciągającą się uroczystością. Swoją drogą panowie mogliby się też bardziej przyzwoicie ubrać, a przynajmniej zrezygnować z nonszalanckich czapek baseballówek. Jeszcze bardziej zdenerwowali mnie jednak niektórzy uczestnicy pogrzebu, którzy przyszli do kościoła z włączonymi komórkami. Wszyscy klęczą, w kościele cisza, a tu zaczyna dzwonić komórka. Właściciel oczywiście nie może jej znaleźć, więc telefon dzwoni i dzwoni. W końcu facet go znajduje, ale że akurat dzwonić przestaje, więc panu nie przychodzi do głowy urządzenie wyłączyć. Rzecz jasna za chwilę dzwonek rozlega się ponownie! Pan wychodzi z założenia, że do trzech razy sztuka, w związku z czym dopiero wtedy (za trzecim razem) telefon wyłącza. Tylko, że wtedy zaczyna dzwonić komórka komuś innemu. Akurat przemawia brat Pawła, chwila, że łzy się cisną do oczu, a tu radosna melodyjka. Brak słów…

 

15 marca z rana, Warszawa

Ja i mój samochód


Według kalendarza za kilka dni wiosna, ale pogoda za oknem tego nie wskazuje. Znowu nas zasypało śniegiem, a ja zimę owszem, lubię, pod warunkiem, że jestem na nartach i nie muszę odśnieżać samochodu. Dzisiaj owa czynność (odśnieżanie, bo nie narty) zajęła mi bite 20 minut plus kolejne 10 minut na odkopywanie kół, żebym w ogóle mogła wyjechać z podwórka.
 
A co do mojego autka to przedwczoraj postanowiłam wreszcie go odkurzyć. Pojechałam na stację, gdzie oprócz paliwa są też odkurzacze, no i żywo zabrałam się do pracy. Tak żywo, że najpierw wyrzucając śmiecie wrzuciłam do kosza również kluczyki. Grzebanie w śmietniku trochę potrwało, no ale w końcu kluczyki wyjęłam, klnąc przy tym na czym świat stoi, bo przede mną ktoś wywalił jogurt (oczywiście wypaćkałam sobie nim ręce). Ponieważ nieszczęścia chodzą parami, chwilę później zachwycając się siłą ciągu odkurzacza ujrzałam jak ssąca rura w mgnieniu oka wciąga moją ulubioną kredkę do oczu. Cóż, wprawdzie rzadko się maluję, no ale jak już mi się zdarzy, to jak to bywa z kobietami, zdarza mi się robić poprawki makijażu w samochodowym lusterku.

Z tą kredką to już się wkurzyłam mocniej niż po jogurcie, no ale co tam... Ponieważ nieszczęścia jednak nie chodzą parami, lecz stadami, więc okazało się, że to jeszcze nie wszystko. Wyjechałam ze stacji, jak zwykle bardzo się spiesząc, bo powinnam być już dawno na drugim końcu Warszawy, a tymczasem po dobrych kilku kilometrach, przypomniałam sobie, że... na stacji zostały moje dywaniki, które wyjęłam do wytrzepania! Oczywiście musiałam wrócić. Bogu dzięki dywaniki jeszcze były. Wniosek? Chyba jednak nie mogę odkurzać samochodu   :-).

7-8 marca, Saariselka (Finlandia) – Warszawa

Hit niedzieli: Narty w Laponii

Przykry news poniedziałku: śmierć Pawła M.


laponia-narty.jpgPobyt w Laponii zakończyłam jazdą na nartach. Saariselka reklamuje się, jako „najbardziej na świecie wysunięty na północ ośrodek narciarski”, tak więc uznałam że  choćby z zawodowego obowiązku wypada go przetestować. Czasu miałam nie dużo, bo wykorzystałam niedzielne, wolne przedpołudnie, ale z drugiej strony to nie Alpy, tak więc półtorej godziny wystarczyło, by wszystko objechać.

Niestety miałam pecha – zepsuła się pogoda, zaczął wiać porywisty wiatr, tak więc kiedy przyszłam pod wyciągi, usłyszałam, że niestety, ale w takich warunkach uruchomić ich nie można. Heta, przesympatyczna dziewczyna z wypożyczalni sprzętu załatwiła mi jednak …skuter (snowmobil) z ratownikiem (takim niby GOPRowcem), który mnie w charakterze pasażerki zabierał. Mało tego, przydzielono mi też instruktora-przewodnika, który objechał ze mną cały teren. Wyglą (pod górę wjeżdżał na ciągniętym za skuterem toboganie, na który ładowaliśmy też nasz sprzęt).

laponia-znak.jpgW sumie jest tu 11 stoków obsługiwanych przez 5 wyciągów (3-osobowe krzesełka oraz orczyki). Największa różnica poziomów wynosi 200 m, a najwyższy punkt do którego da się wjechać prawie kilometrowym wyciągiem, osiąga 450 m n.p.m. Trasy, jak się można domyśleć, długie nie są, ale muszę powiedzieć, że przygotowane są świetnie! Na jednej z nich jest nawet całkiem fajny snowpark – ponoć freestyle`owcy to w Saarislce całkiem spora klientela. Co do tras to są tu nawet odcinki… czarne (tzn. niby bardzo trudne), ale szczerze mówiąc tutejsze czarne to nasze czerwone (czyli średniotrudne). Reasumując: specjalnie na narty nie ma co tu przyjeżdżać, ale jeśli przyjedziemy do Laponii i potraktujemy je jako jedną z tutejszych atrakcji, to pewnie nam się spodoba.

Wyjeżdżałam z Laponii z żalem, bo… znowu nie zobaczyłam zorzy polarnej! Jak już wspominałam, w miejscowej gazetce wyczytałam, że każdej zimy występuje ona tutaj średnio 200 razy! Widoczne na niebie smugi są tutaj na ogół zielone, przy czym największa szansa, aby je zobaczyć, jest wczesnym wieczorem i z dala od miejsc oświetlonych.

laponia-narty-2.jpgIstnieje sporo legend związanych z zorzą polarną, powszechnie zwaną Aurora Borealis. Najczęściej opowiada się, że to czarny li biegnący przez niebiańskie wyżyny, który rozmiatając swoją kitą zaspy, robi to tak intensywnie, że powstają iskry tworzące kolorowe smugi. Z kolei Saamowie, czyli zamieszkujący Laponię autochtoni, wierzą, że zorza to duchy zmarłych, przez co w dawnych czasach, widząc zorzę, na wszelki wypadek nie wychodzili z domu. Zgodnie ze zwyczajem Saamów, w czasie pojawienia się zorzy, zabronione było gwizdanie, jako że mogłoby to zachęcić owe duchy zmarłych do złapania takiego człowieka za włosy i porwania go w zaświaty. Naukowcy nie mają jednak wątpliwości, że „winne” powstawania zorzy jest Słońce, które emituje przenikające do kosmosu cząsteczki – kiedy uderzą one w otaczającą Ziemię jonosferę, tworzy się zorza polarna.

Powrót do warszawskiej rzeczywistości okazał się przykry. Już w samolocie, w ramach przeglądania rozdawanej przez stewardessy Gazety Wyborczej, trafiłam na nekrologi informujące o śmierci Pawła Morzyckiego. Początkowo myślałam, że to zbieg okoliczności, ktoś o podobnym imieniu i nazwisku, ale kiedy trafiłam na zdanie „odpłynąłeś w ostatni rejs…”, już nie miałam wątpliwości. Pawła znałam od wielu lat – prowadził dział morski w redakcji „Żagli”, tak więc mieliśmy okazję wielokrotnie współpracować. Przesympatyczny facet, bardzo uczynny, zawsze pełen życia. Szczerze mówiąc nie wiedziałam, że jest ciężko chory – nigdy się nie skarżył na zdrowie. Każdego szkoda, ale dobrych ludzi przede wszystkim…


6 marca, Saariselka (Finlandia)
Hit dnia: reniferowe prawo jazdy, psie zaprzęgi


laponia-renifery.jpgPoranek był trudny, bo po dość krótkiej nocy (dopiero ok. 3-ej wróciliśmy z dyskoteki), wywieziono nas na farmę reniferów, gdzie przeszliśmy krótki kurs powożenia reniferowym zaprzęgiem.  Cała filozofia sprowadzała się do hasła „nie przeszkadzać”, jako że renifery doskonale wiedziały, jak mają jechać, a gdyby nawet chciały zrobić gdzieś „skok w bok”, to i tak nie było gdzie, bo półkilometrowy tor po prostu na to nie pozwalał.  Ja zresztą w ogóle kiepsko trafiłam, bo przydzielony mi Hans (tak nazywał się renifer) okazał się wyjątkowym flegmatykiem – idąc w żółwim tempie manifestował pogardę dla moich zachowań, zmierzających do tego, by choć odrobinę przyśpieszył. W każdym razie reniferowe prawo jazdy, wydrukowane, a jakże, na specjalnym druczku, zdobyliśmy wszyscy!

W ramach pobytu na farmie zjedliśmy też obiad (renifera oczywiście! Pewnie jakiegoś leniwego, niczym ten mój Hans), a na koniec posłuchaliśmy opowieści pani ubranej w regionalny strój Saamów (czyli Lapończyków, choć to niewłaściwa nazwa), o tym jak wygląda cykl życia reniferów. Na farmie mają wyłącznie samce, bo jako silniejsze i większe, nadają się do ciągnięcia sań, natomiast samice chodzą sobie całą zimę samopas po lesie. Tak dla nich lepiej, bo od listopada są  w ciąży, która trwa do maja.

laponia-saami.jpgSamce o tej porze roku zazwyczaj poroża nie mają – gubią je w listopadzie, najpóźniej w grudniu, po walkach o dominację, mającą odzwierciedlenie w posiadanym haremie (są samce, które mają nawet po 50 podlegających sobie samic). Napisałam w poporzednim zdaniu „zazwyczaj”, bo akurat osobniki na farmie miały rogi, ale to dlatego, że są wykastrowane. Co do poroża, to co roku na wiosnę znowu się pojawia i bardzo szybko rośnie – nawet po 2 cm na dobę! Początkowo rogi są bardzo miękkie, silnie ukrwione i pokryte niby-futerkiem, potem jednak przepływ krwi ustaje, tworzy się typowa kość, a „futerko” jest ścierane. Wbrew ogólnemu mniemaniu w przypadku reniferów nie obowiązuje zasada, że im starszy osobnik, tym większe poroże. Najbardziej okazałe rogi ma 3-4 latek, a potem wyrastają one już w mniejszych rozmiarach.  Samice reniferów również mają rogi, ale w ich przypadku są one niewielkie, a poza tym zostają na całą zimę – reniferowe damy zrzucają je dopiero w maju, tydzień po urodzeniu młodych.  Małe przy urodzeniu mają 5 kg, potem jednak szybko przybierają na wadze (do 2 kg dziennie).

Zapytałam przy okazji jak jest z hodowlą reniferów. Okazuje się, że kupienie sobie, ot tak, dla kaprysu lub z chęci zrobienia biznesu, stadka reniferów, jest praktycznie niemożliwe. Cała Laponia podzielona jest na strefy podległe pod różnych, działających już hodowców, i aby dołączyć do ich grona, albo trzeba mieć kogoś takiego w rodzinie, albo w taką rodzinę się „wżenić”.  Nie ma natomiast w Finlandii wymogu, że aby hodować renifery, trzeba być  Saamem (Lapończykiem) – taka zasada obowiązuje natomiast w Norwegii.

laponia-psy.jpgTyle o reniferach… Po południu znowu były zaprzęgi, tyle że już nie reniferowe, a psie.  Po krótkim instruktażu podzieliliśmy się na dwuosobowe ekipy – każda miała własne sanki ciągnięte przez siedem  ujadających psiaków.  Wraz z Marcinem, z którym jechałam, tym razem dobrze wybraliśmy – nasze psiaki były rzeczywiście rewelacyjne i miały wyścigową żyłkę – gnały tak, że momentami bałam się, że się potkną o własne języki. Nawet kiedy stawałam na maksa na hamulcu (bo jedna osoba siedziała w sankach, druga stała na płozach i kierowała), trudno było utrzymać sanki wyrywane przez skaczące do przodu psy. Jakoś udało nam się nawet nie wywrócić, bo były ekipy, które wylądowały w zaspach.

5 lutego – Saariselka (Finlandia)

Hit dnia: wycieczka na skuterach śnieżnych


Zorzy polarnej w nocy oczywiście nie było! W lokalnej gazecie wyczytałam, że w ciągu zimy można ją zobaczyć w tych okolicach przeciętnie 200 razy, co pewnie oznacza, że następnego dnia po naszym wyjeździe każdej nocy pojawi się po kilka razy, a teraz – nic z tego.

laponia-skutery.jpgAtrakcją dzisiejszego dnia były skutery śnieżne, czy jak kto woli – snowmobile albo ski-doo. Przewodnicy prowadzący takie śnieżne safari bardzo pilnują bezpieczeństwa, w związku z czym nie można za szybko jechać (tylko raz prędkościomierz w mojej maszynie przekroczył 40 km/h), ale i tak zabawa była fajna. Co do prędkości to niezależnie kto jedzie, i tak jest ograniczenie do 60 km/godz. na szlakach lądowych i do 80 km/godz. w przypadku jazdy po lodzie (po zamarzniętych rzekach lub jeziorach). Kiedyś jechałam z taką prędkością, właśnie po skutek lodem rzece, w Szwecji, ale nie na turystycznej wycieczce, tylko prywatnej przejażdżce z zaprzyjaźnionym hodowców reniferów. Wcale nie było to fajne, bo przemarzłam jak diabli.

Dziś z pogodą nam się udało – było względnie ciepło (tylko -10 stopni), a po południu wyszło nawet słońce. Widzialność była taka, że z jednego ze wzgórz ("imponująca" wysokość ok. 350 m n.p.m.), widzieliśmy pagórki rosyjskie, choć do granicy fińsko-rosyjskiej było ze 30 km.

laponia-przerebel.jpgMieliśmy też przerywnik na łowienie ryb. Najpierw każdy z nas specjalną wiertarką robił sobie przerębel, a potem otrzymaną wędką próbowaliśmy coś złowić. Próby okazały się nieskuteczne, chociaż nasi opiekunowie (jeden rodowity Fin, drugi… Belg), zapewniali, że przy odrobinie szczęścia można wyciągnąć spod lodu dwukilogramowe szczupaki, albo mniejsze – pstrągi.

Przy obiedzie (tym razem wyjątkowo nie renifer, tylko gotowany łoś), mieliśmy lekcję fińskiego.  Chyba nie jestem zdolna, bo nie jestem w stanie zapamiętać choćby prostego słowa: „lody truskawkowe”. Po fińsku brzmi to:  mansikanmakuinenjatelötterö. Jeden wyraz czytany: mansikanmakuinenjääteletetttere. Ograniczyłam się do zapamiętania tego, co bardziej potrzebne – „dziękuję”  to kiitos, zaś „na zdrowie!” (Finowie lubią sobie wypić) – kiipiss.

laponia-skutery2.jpgA co do rozrywek Finów. Wczoraj po kolacji mieliśmy okazję zobaczyć tutejszy dancing. Grała orkiestra, a na parkiecie aż tłoczno było od tańczących par. Okazuje się, że Finowie uwielbiają tańczyć! Wprawdzie uczestnikami dancingu byli wyłącznie fińscy wczasowicze, bo lokalesi niekoniecznie chcą płacić po 13 euro od osoby za wstęp plus 2 euro za szatnię, ale muszę przyznać, że aż było miło popatrzeć, jak się bawią. Może tylko z dżentelmeńskimi zachowaniami, przynajmniej w naszym mniemaniu, na tej dalekiej Północy nie za dobrze, bo szczerze mówiąc dziwnie wygląda jak facet schodzi z parkietu i nie ogląda się za kobietą, która truchta kilka metrów za nim.

Lokalesów w Saariselce tak swoją drogą to trudno spotkać – jest ich oficjalnie ok. 350 osób (nasz przewodnik od skuterów mówił nawet o 250), podczas gdy wioska oferuje aż 13,5 tys. miejsc noclegowych! Czyli w szczycie sezonu na jednego lokalesa przypada statystycznie 39 gości! Ale lokalesi nie mają wcale tak źle – wspomniany pan od skuterów mówi, że kiedy nie ma turystów, wyjeżdża sobie tam gdzie jest ciepło, co konkretnie oznacza, że co roku wrzesień, październik, listopad oraz maj spędza w Tajlandii lub Brazylii. Finansowo chyba źle też tu nie jest – w końcu nie bez powodu pracuje tutaj tylu cudzoziemców. Zresztą Ruth, nasza „lokalna” opiekunka rodem z Wielkiej Brytanii, też przyznała, że w Finlandii zarabia więcej niż na Wyspach.

4 marca – Saariselka (Finlandia)

Zimowa Laponia czyli o spaniu w igloo i nie tylko...


laponia-widok.jpgNie nabyłam się w domu – po trzech dniach od powrotu z Afryki, przyleciałam dla odmiany do fińskiej Laponii. Krótko mówiąc: zmiana krajobrazów (zamiast sawanny i zielonego lasu deszczowego – lasy zasypane śniegiem), zmiana klimatu (tam ponad 30 stopni na plusie, tu -21, przynajmniej dziś rano), zmiana jedzenia (zamiast mięsa antylopy – mięso renifera, a zamiast tilapii, typowo afrykańskiej ryby, mam podawane do każdego posiłku łososie). Bogu dzięki różnica czasu praktycznie żadna, bo i Zimbabwe/RPA/Botswanie czas jest taki sam jak w Finlandii, czyli w stosunku do Polski tylko plus jedna godzina.

Saariselka to niewielkie miasteczko stanowiące główne centrum turystyczne fińskiej Laponii. Odległościowo to 300 km na północ od Kręgu Polarnego, 990 km od Helsinek (z informacji w samolocie wynikało, że bliżej ze stolicy Finlandii jest do Warszawy, niż do Saariselki).

laponia-igloo.jpgTak w ogóle to przyjechałam tu jako pilot bardzo fajnej zresztą grupy, mającej dość aktywny, przygodowy program. Zaczęliśmy od spania w igloo – na łożach ze śniegu, na szczęście w ciepłych, puchowych śpiworach (w igloo jest przeciętnie minus 5-8 stopni C). Mimo że nie raz spałam na śniegu (na wyprawach górskich to normalka), z przyjemnością poszłam do igloo, rezygnując z przydzielonego mi jako pilotowi grupy ogrzewanego domku. Spałam jak zabita – szczerze mówiąc dawno mi się tak dobrze nie spało. Gorzej mieli ci, których męczył wypełniony pęcherz albo chrapanie współspaczy (zawsze powtarzam, że warto mieć pod ręką stopery do uszu). Jedyne czego nie lubię po takich noclegach, to porannego wygrzebywania się rano z ciepłego śpiwora.

Kolejne noclegi mamy już mocno cywilizowane – do tego stopnia że każdy pokój ma indywidualną saunę! Ale teraz to sauna elektryczna, natomiast wczoraj grupa miała okazję spróbować sauny parowej. Żałuję, że ze względu na sprawy służbowe nie miałam szansy, by "wysaunić się" razem ze wszystkimi. Sauna sauną, ale najlepsze było zwyczajowe wskakiwanie do przerębla! Finowie doradzili, by najpierw natrzeć się śniegiem, który ma jakieś minus 6 stopni, bo po takim zabiegu wskoczenie do wody mającej +2 stopnie, będzie już zabiegiem typowo rozgrzewającym!

laponia-w-igloo.jpgWolny czas dzisiejszego dnia wykorzystaliśmy po części na poznanie Saariselki – nie było to specjalnie skomplikowane, bo przejście z jednego końca „metropolii” na drugi zajmuje około 10 minut. Główną atrakcją stał się sklep spożywczy, gdzie można kupić lokalne specjały – pasztet i kiełbasę z renifera, konfitury i nalewki z maliny moroszki (taki pomarańczowy owoc przypominający malinę, choć rośnie podobnie jak poziomka i takie też ma liście), czy lokalną wódkę (moc 38% - wczoraj dokonaliśmy wstępnej degustacji).

Co ciekawe, jak na razie to nie mamy specjalnie okazji do obcowania z rodowitami Finami. Kelnerkami w wiosce igloo (posiłki serwowano w normalnej knajpce) były Tajki, z kolei naszą przewodniczką jest Ruth – Brytyjka, która wyszła za Fina. Swoją drogą bardzo fajna babka (mowa o Ruth) – bardzo uczynna, wesoła i kompetentna. Aż miło z nią współpracować. Latem, kiedy Ruth ma już dosyć zimy na dalekiej Północy, pakuje się i wyjeżdża do Grecji, gdzie zajmuje się organizacją ślubów dla Brytyjczyków. Grunt to pomysł!

7-27 lutego

 

 

RPA – Namibia – Botswana – Zimbabwe – Zambia


Znowu jadę do Afryki, tyle że tym razem bardziej na południe, niż ostatnio. Cieszę się, bo nie będę musiała odśnieżać rano samochodu  :-) , choć może trochę szkoda, że w międzyczasie przejdzie mi koło nosa wypad na narty do Korbielowa z ekipą moich ulubionych znajomych. W każdym razie chętnych do poczytania jak mi tam w tej Afryce będzie, odsyłam na „Bloga Południowo-Afrykańskiego”, którego znajdziecie klikając tutaj .

6 lutego, Warszawa
Everest w czarnych kolorach, czyli o sponsorach, a raczej ich braku


Trochę się zaczynam denerwować, jak z moim udziałem w wyprawie na Everest. Z moją nogą już dobrze, do wyjazdu półtora miesiąca, a obiecanego sponsora jak nie było, tak nie ma. Niezależnie od tego, co załatwia szefostwo wyprawy, sama też robiłam różne ruchy. Efekty? Żadne! No może poza wnioskiem, że jestem za mało przebojowa w proszeniu się o pieniądze. Dokładniej -  nie umiem prosić, nie umiem robić marketingowej otoczki wokół swoich projektów i opowiadać Bóg wie czego na swój temat, przekonując że, co jak co, ale warto we mnie inwestować. Grzęznę zwykle już na etapie sekretariatów, naiwnie pewnie myśląc, że moje pisma do kogoś trafią, choć mam wrażenie, że są w ogóle nie czytane.  Swoją drogą kilka znajomych osób, które akurat mają dobrze rozkręcone biznesy i które same z siebie prywatnie obiecywały jakiś wkład do wyprawy, już o obietnicach zapomniało… Trochę żal, że realizacja różnych ambitnych planów zależy przede wszystkim od kasy. Pieniądze to nie wszystko, ale bez nich czasem po prostu nie da rady.

Często dostaję pytania typu „jak załatwić sponsorów”. Nie to, że nie chcę dzielić się informacjami – gdybym wiedziała, to sama bym z tego korzystała. Trochę zazdroszczę tym, którzy mają takie umiejętności, zwłaszcza gdy widzę na jak nieistotne wyprawy pieniądze (i to grube pieniądze) jednak się znajdują. Są tacy, którzy z czegoś oklepanego, co nie jest absolutnie żadnym wyczynem, zrobią mega-wyprawę o epokowym znaczeniu. Nie tak dawno dostałam mailowe podsumowanie zdobywania Kilimandżaro przez dwóch doskanele umiejących się sprzedać kolegów. Czytając pełne dramatyzmu relacje, miałam wrażenie że koledzy byli na zupełnie innej górze niż ta, którą ja znam. Myślałam że przynajmniej chodzi o jakąś nową, trudną drogę – gdzie tam! Zwykły szlak jakim wchodzą setki najzwyklejszych turystów. Liczy się jednak efekt – ubarwienia akcji, odpowiednia dramaturgia, odpowiednio "ustawione" zdjęcia... Najważniejsze to być przekonywującym dla sponsora. Tylko ja już się chyba tego nie nauczę…

3 lutego, Warszawa
O tym, dlaczego tym razem nie popieram akcji UNICEFu


Przyszedł pocztą kolejny numer magazynu National Geographic. Ale nie o jego treść mi chodzi, lecz o ulotkę, która z niego wypadła. Ulotka dotyczy zbierania pieniędzy na niedożywione dzieci na Sri Lance (dawny Cejlon). „Za 1 zł możesz uratować dziecko” krzyczą litery, choć po wczytaniu się w treść wynika, że uratować trzeba co najmniej 69 dzieci, bo trzeba wpłacić minimum 69 zł. Do zbierania zachęca sam Artur Żmijewski, którego zdjęcie, zrobione a rzecz jasna na Sri Lance, widniej obok.

I tego właśnie nie rozumiem.  Pana Żmijewskiego jako aktora bardzo lubię i cenię, no i zakładam, że jako „Ambasador Dobrej Woli UNICEF” ma on jak najszczersze, dobre intencje, ale tym raziem jego wizerunek wcale do akcji mnie nie zachęca. Nie chodzi zresztą personalnie o niego - po prostu nie rozumiem idei wysyłania znanych ludzi na, co tu dużo kryć, wycieczki na drugi koniec świata, jedynie po to, byśmy potem mogli oglądać ich ckliwe zdjęcia. Szczerze mówiąc na zdjęciu z małym Cejlończykiem bardziej przemawiający do mojej wyobraźni byłby jakiś lekarz, wolontariusz albo po prostu – dziecko bez nikogo, niż w towarzystwie sztucznie wyglądającego celebryty. Podobne zdjęcia z różnych egzotycznych dla nas krajów mają również inne gwiazdy polskiego show-biznesu, m.in. Małgorzata Foremniak. Co innego, jeśli chodzi o osoby, które rzeczywiście się w jakiejś sprawie udzielają, tzn. pracują przy budowie tamtejszych szpitali, oddają na dany cel część swoich dochodów itp., ale uzasadnienia dla pustego zdjęcia typu "VIP z dzieckiem" - nie widzę.

Oglądając takie zdjęcia jak w ulotce UNICEFu, tuż obok kwitu wpłaty jaką miałabym zrobić, trudno mi nie przeliczyć, ile dzieci można byłoby za taki wyjazd znanej osoby uratować. Wyszukiwarka lotów znalazła mi, że najtańsze połączenie z Warszawy do Kolombo (i z powrotem), z dwoma przesiadkami (można z jedną, ale wychodzi dużo drożej) to wydatek 4400 zł. Czyli według tego co napisano w ulotce, można byłoby za to uratować 4400 dzieci (ok, ten przelicznik 1 zł = 1 dziecko to oczywiście chwyt marketingowy mający oddziaływać na ludzką wrażliwość). Oczywiście nie muszę wspominać, że celebryci, zwłaszcza przy tego typu wyjazdach nie śpią w hostelach, nie jeżdżą lokalnymi autobusami, nie jedzą w fast-foodach i ogólnie nie podróżują niskobudżetowo. Jednym słowem można uznać, że wpłacone przeze mnie 67 zł wcale nie trafi na odżywki dla dzieci, tylko na sfinansowanie wycieczki kolejnej znanej osoby, która szczerze mówiąc mogłaby tam pojechać za własne pieniądze.

27 stycznia, Warszawa
Amerykańskie rankingi i o braku pasji


Właściwie to miałam dziś nie pisać (jestem zawalona pracą), ale właśnie przed chwilą zadzwonił znajomy Kongijczyk z Demokratycznej Republiki Konga. Niesamowity zbieg okoliczności, bo właśnie chwilę wczesniej przeczytałam zamieszczoną na Onecie „Listę najbardziej niebezpiecznych krajów świata”, no i DR Konga jest tam na 7. pozycji. Nieco się zdziwiłam bo byłam w tym kraju pół roku temu, ale że krótko, to po wywiadzie wśród lokalesów (m.in. odnośnie poziomu bezpieczeństwa)  postanowiłam wkrótce tam wrócić. Kennedy (tak nazywa się mój kongijski znajomy) też się zdziwił, że niby żyje w takim niebezpiecznym kraju. Owszem, zarówno on, jak i ja wiemy, że we wschodnio- północnym rejonie DRK rzeczywiście są rebelianci, dochodzi do pacyfikacji wsi, tortur i gwałtów, ale w końcu to kraj 7,5 razy większy od Polski (jego powierzchnia wynosi 2,4 mln km kw.!), więc w końcu nie trzeba się pchać akurat tam gdzie jest niebeziecznie, podczas gdy gdzie indziej jest normalnie. Tak na marginesie to na owej liście krajów niebiecznych jest również Kolumbia, Algieria i Jemen – państwa które jako tako znam, i z których mam bardzo dobre wspomnienia. A, no i jest też Zimbabwe, gdzie z kolei będę za 3 tygodnie.

Wkurzają mnie takie rankingi, bo to tak jakby zaliczyć Polskę do krajów pustynnych, jako że przecież mamy Pustynię Błędowską i ruchome wydmy koło Łeby. Owszem, mogę zgodzić się, że Afganistan czy Irak nie są póki co bezpieczne, ale przy innych krajach trzeba wyraźnie zaznaczyć, że zwykle chodzi o dość lokalne konflikty. A co do Algierii to już w ogóle nie rozumiem – w końcu akurat to państwo zjeździłam w ostatnich latach wzdłuż i wszerz i zdecydowanie czułam się tam bezpieczniej niż w niejednym miejscu w Europie.

W sumie to takie a nie inne ustawienie rankingu tłumaczy fakt, że zrobili go Amerykanie, a dla Amerykanów rzeczywiście w wielu krajach jest niebezpiecznie, bo żadna to tajemnica, że ze względu na politykę w wielu miejscach na świecie są nacją non grata. Ja w każdym razie w rankingu tych niebezpiecznych krajów na jednym z czołowych miejsc umieściłabym USA, i to zarówno ze względu na zagrożenie terroryzmem, jak i pospolitą przestępczość jaka tam panuje, czy psycholi co i rusz dokonujących różnych masakr.

Oczywiście obok rankingu „krajów najbardziej niebezpiecznych” na tej samej Onetowej stronie zamieszczono analagicznie zrobiony ranking „najprzyjaźniejszych krajów świata”. I co? USA są tam na 10 pozycji! No cóż, na pierwszej trochę byłoby głupio się umieścić. Dziwne, że po kilku wizytach w raju za Oceanem jakoś nie zauważyłam, że stanowi ono wzór „przyjazności”.


A teraz druga sprawa, która mnie dziś zaskoczyła. No więc po raz pierwszy w mojej dziennikarskiej „karierze” trafiłam na kogoś, kto nie chce darmowej reklamy swojego biznesu! Ponieważ piszę tekst o bungy jumping, zadzwoniłam do niejakiego „Mario”, który organizuje w Warszawie skoki z dźwigu. Konkretnie to chciałam zadać mu jedno pytanie, które poszłoby przy tekście jako „opinia eksperta”, razem z informacją o tych skokach. Do tej pory wszyscy z którymi rozmawiałam przy okazji pisania podobnych artykułów byli ucieszeni i bardzo dobrze nam się rozmawiało, a ja przy okazji miałam pewność, że ktoś przejrzy fachowym okiem tekst, co będzie z pożytkiem zarówno dla czytelników, jak i dla tych, którzy dany sport mają w swoich komercyjnych ofertach. Tymczasem „Mario” niezbyt zresztą mile odpowiedział, że nie, rozmawiać ze mną nie ma zamiaru. Na pytanie czy są jakieś powody (no bo mogą być, np. to że być może zadzwoniłam w nieodpowiedniej chwili), usłyszałam obcesowe „Bo mi się nie chce”. Zamurowało mnie! Nie to nie, ale zawsze myślałam, że tego typu ludzie to ludzie z pasją, mogący godzinami o tych sportach rozmawiać i robiący wszystko, aby zarażać tym innych. Tym razem się jednak pomyliłam, albo może po prostu u „Mario” pasja się wypaliła? Ja w każdym razie do niego na skoki nie przyjdę – wybiorę konkurencję złożoną z pasjonatów i ludzi trochę większej kultury.

26 stycznia
Trento-Warszawa


Wróciliśmy do domciu! Trochę skonani, bo choć samolot z Bergamo do Warszawy (tanie połączenie Wizz`aira) mieliśmy o 8.50, żeby zdążyć, musieliśmy wstać o 3.45 rano. To dlatego, że mieliliśmy do przejechania jeszcze 200 km, a do tego przeczuwaliśmy problemy ze zdawaniem samochodu. Problemy owszem, były, bo wcale nie łatwo, nie znając terenu, znaleźć w okolicy lotniska stację benzynową (na autostradzie jest jakaś 25 km wcześniej, a następna od lotniska, po kolejnych 25 km). Jak już pakując się do miasta znaleźliśmy ulicę, gdzie tych stacji jest z pięć, okazało się że wszystkie są samoobsługowe, w okolicy żadnej żywej duszy, a jak obsłużyć machinę, instrukcja mówi tylko po włosku. Kiedy wreszcie już rozszyfrowaliśmy co i jak, okazało się że nie mamy drobnych euro, a machina oczywiście nie wydaje reszty.

it-auto.jpgKiedy już w końcu dojechaliśmy do lotniskowej wypożyczalni samochodów, okazało się, że nikogo tam nie ma (bo tak rano nie pracują), więc nie ma kto przejąć samochodu. Tzn. punkt oddawania kluczyków był, ale chcieliśmy, aby ktoś potwierdził, że samochód jest zatankowany na full, bo już kiedyś (też we Włoszech) wykłócaliśmy się o ściągnięte z karty pieniądze za rzekomo oddany pusty bak (choć też tankowaliśmy na ostatniej stacji przed lotniskiem). Szczerze mówiąc nigdzie indziej pożyczając samochód, nie mieliśmy takich problemów, jakie mamy w renomowanych wypożyczalniach we Włoszech.

Finał był taki, że na lotnisko wpadliśmy w ostatniej chwili. Tak na marginesie, to ważna informacja dla tych, co latają tanimi liniami, a zwłaszcza Wizzairem - na lotnisku w Bergamo bardzo dokładnie kontrolowano, czy ktoś nie ma więcej niż jedną regulaminową sztukę bagażu podręcznego. Wystarczyło że ktoś miał reklamówkę z zakupami ze sklepu wolnocłowego i już musiał się przepakowywać.
 
Póki co to cieszę się, że znowu jestem w domu i usiłuję zabrać się za jakąś pracę… Oj, ciężko z tym, a czasu na leniuchowanie nie ma, bo za 10 dni kolejny wyjazd - tym razem trzytygodniowa Afryka.

25 stycznia
Trento-Monte Bondone


it-krzeselka.jpgDziś dla odmiany jeździliśmy na Monte Bondone. To taki w sumie niewielki ośrodek narciarski koło Trento (ok. 20 km tras, choć tam akurat wolą mówić o przestrzeni - 70 ha), ale zwłaszcza dla rodzin z dziećmi miejsce to bardzo dobre, no i tańsze od konkurencji. Poza tym jest tu fajna, 4-kilometrowa traska, w plebiscycie włoskich mediów uznana za najfajniejszą w Trentino, no i dobrze zrobiony snowpark, z jedynym w całym Trentino halfpipem.

Poza tym to całkiem wysoko - góra na którą dojeżdża się wyciągiem krzesełkowym ma 2090 m, tak więc ze śniegiem raczej problemów nie ma. Ciekawe wrażenie było, jak wyjeżdżaliśmy rano z położonego w dolinie Trento - miasto otoczone jest winnicami, atmosfera niemal wiosenna i zero śniegu, potem wjechaliśmy w chmury, więc była totalna mgła, no i w końcu, serpentynami wyjechaliśmy poza te chmurzyska, gdzie mieliśmy już typowo alpejską zimę, a pod nami było istne "morze" obłoków.

Polaków – zatrzęsienie! Statysytki regionu Trentino mówią, że jesteśmy najliczniejszą w okrezie zimowym nacją, jaka tu przyjeżdża. Włosi chwalą nas że jesteśmy dobrymi gośćmi, bo nawet przy najgorszej pogodzie wychodzimy na narty, podczas gdy np. Włosi zostają w hotelach i narzekają.  :-)

it-trento.jpgTym razem, mimo że w sumie bardzo fajnie się jeździło, wróciliśmy z gór nieco wcześniej, bo chcieliśmy jeszcze zobaczyć Trento (to nazwa włoska, bo po polsku – Trydent). To właśnie w tym mieście w latach 1545-1563 odbył się słynny sobór zwany trydenckim.Obrady będące odpowiedzią na reformację, bunty Lutra itp., trwały przez 18 lat! Oczywiście nie non-stop, nie mówiąc  o tym że przenosiły się też do innych miast, ale mimo wszystko trudno mi pojąć, jak można tak długo roztrząsać jeden temat.

Co do samego Trento (Trydentu), to miasto okazało się całkiem sympatyczne (tzn. jego starówka). Zwiedziliśmy katedrę, podeszliśmy pod zamek (w poniedziałki, czyli akurat dziś - nieczynny), pokluczyliśmy obstawionymi kolorowymi domami uliczkami. Wszędzie widać ślady biskupiej władzy i majętności - it -willa.jpgpomniki, należące do nich dawniej pałace. Swoją drogą nasz hotel - "Villa Madruzzo", położony co prawda na obrzeżach miasta, ale za to z ładną jego (miasta) panoramą, to też dawna rezydencja biskupia. Pochodzący z XV wieku zabytek należy teraz do pana Battisty Polonioli - to jeden z najsympatyczniejszych Włochów, jakiego poznałam! Starszy, dystyngowany, a zarazem przeuroczy pan, dla którego widać, że prowadzenie takiego stylowego hotelu to prawdziwa życiowa pasja.

A skoro wspomniałam o soborze, czyli w podtekście – religii. Dzisiaj wyczytałam w Internecie (ale nie na żadnym eksponowanym miejscu, tylko tak między wierszami), że w jakiejś wiosce w Nigerii chrześcijanie wymordowali około 200 muzułmanów. Gdyby było na odwrót (tzn. mordercami byliby by wyznawcy Allaha), już byłyby dyskusje, głosy potępienia, protesty etc. A tak – wydarzenie przeszło praktycznie bez echa. W końcu to „tylko” muzułmanie. Wszyscy niby jesteśmy za pokojem i tolerancją, pod warunkiem, że jest to dobre i wygodne dla nas.

24 stycznia
Andalo - Paganella (Włochy)


it-miller.jpgPo przeniesieniu się z Madonny di Campiglio do miasta Andalo, cały dzień spędziliśmy na stokach regionu zwanego Paganella. Tym razem mogliśmy pojeździć trochę spokojniej, bo to praktycznie jedna góra z 50 kilometrami tras, tak więc do południa poznaliśmy już wszystkie stoki, co sprawiło że wreszcie i na bombardino znalazł się czas (chodzi o lokalny specjał – ajerkoniak na gorąco, z dodatkiem bitej śmietany). Z tym wolnym czasem to rzeczywiście bywa kiepsko. Chcąc poznać jak najwięcej regionów, często wpadamy do miejsca gdzie jest np. 150 km tras, a mamy na to jeden dzień. Mimo że jeździmy szybko, chcąc rzeczywiście poznać stoki i do tego jeszcze porobić zdjęcia, musimy odpuścić leniuchowanie i przesiadywanie w knajpach, co najwyżej wspomagając się jedzonymi w trakcie jazdy wyciągiem batonikami.

Traski Paganelli fajne! Najbardziej podobała nam się czarna, na której ponoć trenuje Bode Miller i cała narciarska reprezentacja USA. Przyjeżdżają tu po kilka razy do roku, a zdjęcia z Bode Millerem (w końcu to narciarska sława - mistrz świata i olimpijczyk) są dosłownie wszędzie. Pytałam gdzie Bode Miller mieszka – okazuje się, że nie w żadnym tam hotelu tylko w camperze, ewentualnie w zwykłym apartamencie.

it-paganella wyciag.jpgPo nartach Paweł coś tam majstrował przy samochodzie, a ja w sumie bardziej z zawodowego obowiązku niż z rzeczywistych chęci, wybrałam się do nowootwartego kompleksu AquaIn. Myślałam że popływam trochę w basenie, bo to dobre na moją nogę (na nartach z nią dobrze, gorzej z chodzeniem w dół), ale nie miałam czepka, a kupować go nie zamierzałam. Skończyło się na posiedzeniu w saunach, których jest tu trochę do wyboru (m.in. ziołowa, turecka i in.). O dziwo - w saunach nie było Polaków! To dziwne, przy tłumie rodaków, których spotkałam na stokach. Może to dlatego, że w saunach AquaIn jest zakaz chodzenia w kostiumach, a wielu Polaków ma z tym problem.

Na koniec jeszcze wyciągnęłam Pawła do miejscowości Spormaggiore, gdzie według różnych folderków są pokazowe niedźwiedzie – symbol tych okolic. To znaczy są latem, bo nie wzięłam pod uwagę, że każdy przyzwoity miś zimą śpi, a o tym jakoś w folderach  i na plakatach jakoś się nie doczytałam. Paweł się trochę wkurzył, bo nasz pożyczony samochód nie za bardzo nadaje się na wąskie i zlodzone drogi (taka właśnie jest na ostatnim odcinku dojazdowym do miśków), tym bardziej że i tak wyprawa okazała się stratą czasu.

26-28 stycznia
Madonna di Campiglio – Pinzolo (Włochy, region Trentino)


mdc-gory1.jpgUwielbiam Dolomity! Dla mnie to najpiękniejsze góry świata. Ich nazwa wywodzi się od minerałów, z których są zbudowane, czyli właśnie dolomitów, ale jest też legenda która mówi, że ich niesamowite, postrzępione kształty to efekt czarów, rzuconych na ten region po to, by odróżnić je od reszty Alp, po tym jak osiedliła się tu przybyła z Księżyca księżniczka.

Madonna di Campiglio do której na 3 dni przyjechaliśmy, to miejscowość położona w wyjątkowo pięknej scenerii tzw. Dolomitów grupy Brenta. Kiedyś byłam w tym masywie wspinając się na tzw. via ferratach (zabezpieczone drogi wspinaczkowe), ale cały czas lało, a w najlepszym razie była taka mgła, że nie było mowy o jakichkolwiek widokach.  Co straciłam – zobaczyłam dopiero teraz. Po prostu - odjazd!

W samej Madonnie, na nartach, to mój drugi raz. Kiedyś już tu byłam, raptem kilka godzin z Jarkiem K., który tak mnie przegonił po okolicznych stokach, że nic z tego nie zapamiętałam (ale ogólnie to bardzo lubię z kolegą jeździć  :)  ). Zresztą wtedy nawet po mieście nie mieliśmy czasu pochodzić, bo trzeba było wrócić na miejsce noclegu które było kilkadziesiąt kilosów dalej. Teraz, z Miśkiem mieliśmy trochę więcej czasu, mogliśmy więc sobie na spokojnie zjeździć wszystkie nartostrady których jest 60 km, plus kolejne 60  km jeśli przejedzie się kombinacją tras i wyciągów do sąsiedniej Val di Sole. W ciągu półtora dnia jakie mdc-napis.jpgmieliśmy na ten rejon, objeździliśmy praktycznie wszystko, włącznie ze słynną trasą Pucharu Świata, zwaną 3-Tre (czytaj: tre-tre) i mającą 70 % nachylenia czarną Dirrettisimą, która na najbardziej stromym odcinku nie powiem – robi wrażenie. No ale to i tak jeszcze nic  w stosunku do pamiętnej „Harakiri” z austriackiego Zillertalu, gdzie jest 78 % nachylenia i gdzie nauczyłam się, że przy takiej stromiźnie jedyna metoda to jechać, nie zatrzymywać się, bo jeśli trafimy na lód to i tak się polecimy, w sposób zapewne niezbyt kontrolowany. Oczywiście przed tego typu stokami są ostrzeżenia typu „Tylko dla ekspertów” etc. (jak to dumnie brzmi  :-) ) i szczerze mówiąc lepiej tego nie lekceważyć.

Przy okazji pobytu w Madonnie, wpadliśmy jeszcze na kilka godzin do niedalekiego Pinzolo (kilkanaście kilometrów dalej) skąd z kolei startują gondolki na górę, gdzie jest 25 km tras. Jak ktoś nie lubi zbyt rozległych przestrzeni to polecam, bo miejsce jest bardzo sympatyczne (chwalą je sobie zwłaszcza rodziny z dziećmi), a i trasy bardzo nam się podobały. Od przyszłego sezonu Pinzolo ma być ponoć połączone wyciągami z Madonną, tak więc można będzie z jednego miejsca w drugie przejeżdżać bez użycia samochodu.

Co do samochodu, to widzieliśmy koszmarny wypadek – samochód który wyleciał z drogi i przekoziołkował kilka razy dachując, całkiem spory kawałek w dół. Zatrzymał się dopiero na młodych jeszcze drzewach, które szczęście w nieszczęściu – jakoś go zamortyzowały. Kiedy się zatrzymaliśmy z myślą o ewentualnym ratowaniu ludzi (szczerze mówiąc przewidując  totalną masakrę), mdc-mgly.jpgokazało się, że kierowca jest cały i zdrów i całkiem żwawo wbiegł pod górę, co znaczyło że nic mu się nie stało. Po prostu cud – facet miał ogromne szczęście, a pasażerów żadnych nie miał. Ponieważ w międzyczasie zrobił się już tłumek Włochów, a nie za bardzo rozumieliśmy o czym gadają, zabraliśmy się i pojechaliśmy, choć już z dużo większą rezerwą podchodząc do górskich serpentyn. A swoją drogą jeśli ktoś zamierza korzystać z wypożyczonego we Włoszech samochodu (bo np. tak jak my – przyleci samolotem) to ostrzegamy, że autka, przynajmniej te z wypożyczalni na lotnisku w Bergamo (tam właśnie dolatują samoloty tanich linii Wizzair, obsługujące połączenia  z Polski), są absolutnie nieprzygotowane do warunków zimowych. Nie mają opon zimowych, paliwo – też letnie (my „uzdatniacz” na minusowe temperatury przytachaliśmy z Polski), zaś łańcuchy wypożycza się za dodatkową opłatą (nas kosztowało to na 6 dni 40 euro). Poza tym po raz pierwszy zdarzyło mi się, że skasowano nas dodatkowe 36 euro za to, że karta kredytowa była moja, ale kierowcą jest Paweł. W każdym razie po raz pierwszy wzięliśmy autko z renomowanej bądź co bądź wypożyczalni Hertz i jeśli nie będzie konieczności – na pewno dobrowolnie do tej firmy nie wrócę (przynajmniej we Włoszech).

mdc-na trasie maratonu.jpgRozwijając temat samochodów… Przyjazd do Madonny specjalnie dopasowałam do rajdu starych samochodów który odbywa się tu co roku w styczniu. Dokładnie to nazywa się to „Winter Marathon”, a w tym roku była to już 22 edycja tej imprezy. Od razu mówię, że motoryzacja nie jest wcale moim konikiem, wręcz przeciwnie – jestem totalna ignorantką w tej dziedzinie, uznając że samochód służy nie do szpanowania, tylko do jeżdżenia.  Może to wstyd, ale nawet marek samochodów nie rozpoznaję, a często mam problemy żeby powiedzieć czym sama jeżdżę, bo notorycznie mówię że Fiestą, choć to Corsa (ważniejsze jest dla mnie, że jest granatowa). No ale okazało się, że co jak co, ale stare autka są naprawdę fajne! W Madonnie pojawiło się ich 200 – najstarsze z 1935 roku. Niesamowite, że takimi, wydawałoby się eksponatami muzealnymi, można jeździć po górach! Trasa maratonu prowadziła przez prawie 400 km (dokładnie 392), po górskich drogach, z wjazdem na 11 przełęczy, dochodzących do wysokości 2239 m n.p.m.

mdc-zielony.jpgDo mety z tych 200 aut, dojechało 162. Najbardziej zaimponowali mi kierowcy kabrioletów – kilkanaście stopni mrozu, wiatr, a oni w tych odsłoniętych pojazdach przez bite kilkanaście godzin.  Tak w ogóle Winter Marathon nie jest typowym wyścigiem (chodzi o bezpieczeństwo – jeździ się w normalnym ruchu drogowym, no a poza tym ważne, żeby wszyscy mieli równe szanse). Liczy się punktualne przybycie na punkty kontrolne, których w tym roku było 36, a za każdą minutę obsuwu lub przyśpieszenia, lecą punkty karne.

Tak mnie impreza wciągnęła, że nieco złorzecząc na barbarzyńską porę, tzn. środek nocy, zwlokłam się o 1 z wyra (po nartach jakoś wcześnie zmorzył mnie sen) i wybrałam się na metę Maratonu (sama, bo Paweł się źle czuł). Pierwsze samochody miały przyjechać o 1.30 – ledwo zdążyłam, bo zamieszkaliśmy spory kawałek od centrum. W sumie zebrało się całkiem sporo ludzi – w większości wracających z dyskotek, więc ogólnie było dość wesoło.  Kierowca Lancii z 1936 roku powiedział, że 5 razy wymieniał akumulatory – nieźle! Najmilej rozmawiało mi się chłopakami z Peugeota z numerem 6 – Michelem i Andreo , którzy mdc-szosteczka.jpgjak się potem okazało, zajęli 2 miejsce. Zwyciężył Fiat 600 z 1957 roku - bardzo niepozorny z wyglądu, z kobietą w roli pilota.

Następnego dnia, jak już się ekipy wyspały, był jeszcze popołudniowy „wyścig” po zamarzniętym jeziorze, czyli MotoStorica Trophy – dla samochodów wyprodukowanych przed II wojną światową i Tag Hauer Barozzi

 

Trophy, do którego były dopuszczone 32 samochodów, które zajęły najwyższe miejsca w Winter Marathonie. Znowu – nie chodziło o to, kto pierwszy, tylko kto najbardziej precyzyjnie wpasuje się w czas 49 sekund. Pętla do przejechania miała 380 m, przy czym lodowa nawierzchnia była istną „szklanką”, po której nawet na nogach było trudno przejść. Tutaj nawet nie wiem kto wygrał – liczyła się głównie zabawa. Natrzaskaliśmy z Pawłem chyba ze dwa tysiące zdjęć!

 

 

18 stycznia 2010
Crans-Montana (wciąż Szwajcaria)

sz-wyciagi.jpgPo wyjeździe z Naters, położonego w części niemieckojęzycznej kantonu Wallis, przenieśliśmy się do części francuskojęzycznej i wylądowaliśmy w słynnym kurorcie alpejskim – Crans-Montana. Właściwie chodzi o dwa praktycznie połączone z sobą miasta – Montana jest bardziej swojska, nastawiona na usportowionych gości, Crans z kolei to miejsce, które jak nawet tutejsza przewodniczka określiła jest mocno "schicky-micky", czyli w tłumaczeniu – snobistyczne. Widać to choćby po sklepach – główna ulica Crans to salony Versace, Gucci itp., bynajmniej nie tanich firm.
 
Niestety, nie wypalił nam główny punkt wczorajszego programu, czyli latanie balonami. To w związku z tym, że trwa tu akurat festiwal balonowy, no ale plany wzięły w łeb, ze względu na pogodę. Dziś za to było pogodowo cudownie, co było ważne, bo cały dzień spędziliśmy na nartach. Trasy – super, zero kolejek do wyciągów, a śnieg – bajka! Z tym śniegiem to nawet byłam zaskoczona, bo nie jest to zbyt wysoko położone miejsce – najwyższy punkt do którego dociera się wyciągiem to jakieś 2900 m n.p.m. Jest tam niby lodowiec, ale mały i płaski – wykorzystują go narciarze biegowi. Za to okoliczne góry dają możliwości aby nieźle poszaleć - w sumie jest tu 140 km nartostrad.

cm-gondole.jpgZaczęliśmy jazdę praktycznie od otwarcia gondolek i jeździliśmy do oporu. Nawet sama się zdziwiłam, że moje kolano to tak dobrze zniosło – trochę boli, ale da się przeżyć. Pojeździliśmy m.in. trasą na której w marcu br. będą rozgrywane zawody narciarskiego Pucharu Świata kobiet.

Jutro już wracamy do kraju. Może to i dobrze, bo jeszcze trochę i po tych strasznych ilościach serów jakie tu zjadam, zacznę przybierać kształt kuli (mam koleżankę, która jest dość okrągła, ale tłumaczy, że kula jest kształtem doskonałym, a jej rodzice zawsze kazali dążyć do doskonałości…  :-) ). Wczoraj to już było serowe obżarstwo do potęgi, bo wybraliśmy się na rakietach śnieżnych na wieczorną wycieczkę górską zakończoną biesiadowaniem w tzw. Muzeum Alpejskim (Muzeum to stara chałupa wypełniona starymi sprzętami, ale obok jest też knajpka). Oczywiście głównym daniem wieczoru było jedno z narodowych szwajcarskich dań, czyli racletty – ser podtapiany w tym przypadku przy kominku i w formie półplynnej nakładany na talerze. Do tego ziemniaki w mundurkach i malutkie, marynowane cebulki, no i oczywiście doskonałe tutejsze wino (w ilościach umiarkowanych bo wracaliśmy w dół na sankach).

Mało kto kojarzy Szwajcarię jako winnego potentata, a tymczasem oni naprawdę mają świetne wina. To że nie są znane, to dlatego, że niewielka w sumie produkcja i tak ledwo wystarcza na zaspokojenie krajowych potrzeb, tak więc nie ma co reklamować produktu, którego nie ma jak eksportować. Swoją drogą w miejscowych sklepach wina szwajcarskie są dużo droższe od importowanych, np. z Hiszpanii czy Francji.
 
sz-riwela.jpgA co do napitków to jak będziecie w Szwajcarii to koniecznie spróbujcie rivellę! Można ją kupić w prawie każdym sklepie, czy zamówić w restauracji, a chodzi o  typowo szwajcarski napój (nie alkoholowy), zrobiony z… serwatki. Wcale się jednak nie czuje smaku serwatki – rivella jest naprawdę dobra. Mnie najbardziej smakuje z czerwoną etykietką (normalna) lub niebieska (wersja niskocukrowa), ale jest też zielona (niby zielona herbata) i żółta (sojowa, ale tej osobiście nie polecam).  


16 stycznia 2010
Naters – Belalp (Szwajcaria)


sz-flaga.jpgOd trzech dni jestem w Szwajcarii. Lubię ten kraj – pierwszy raz byłam tu w 1991 roku jadąc autostopem na winobranie do Francji, ale wraz z Wojtkiem M. z którym wtedy podróżowałam, tak byliśmy zafascynowani tutejszą scenerią, że postanowiliśmy odpuścić Francję i znaleźć jakąś pracę w kraju czekolad, zegarków i scyzoryków (ok - takżę banków, przemysłu farmaceutycznego, zegarów z kukułką itp. stereotypów z którymi Szwajcarię się kojarzy). Pracę znaleźliśmy, stając się specami od koszenia siana, dojenia krów (w oborze było sterylniej niż w naszych szpitalach) oraz pędzenia bimbru (tak, tak, Szwajcarzy też to robią i to mocno przekraczając dopuszczalne prawem ilości). W każdym razie były to naprawdę super wakacje, przy okazji też sporo zobaczyliśmy (nasz gospodarz ciągle zabierał nas na wycieczki), nic więc dziwnego, że ciągle chętnie tu wracam.

Tym razem jestem tu poniekąd służbowo, bo w ekipie dziennikarskiej, a przyjechaliśmy specjalnie, żeby zobaczyć… czarownice! Niesamowita impreza, przyciągająca tłumy ludzi, którzy przyjeżdżają tu właściwie tylko po to, aby poimprezować i zjechać na nartach 5 kilometrową trasą, uprzednio przebierając się za czarownice. W tym roku było ponad 1000 takich osób, na ogół grupek znajomych którzy szykują sobie takie same stroje, przygotowują okrzyki, piosenki, a co ważne - nie ma żadnej rywalizacji, bo zamiast oceniania w stylu konkursu, postawiono na dobrą zabawę.

sz-czarownice2.jpgImpreza odbywa się na stokach Belalp – mało znanego ośrodka narciarskiego położonego niedaleko miasta Naters. Jest tu kilka wyciągów na krzyż, coś koło 60 km tras (ale fajnych! na 1-2 dni warto tu wpaść), turystów jak na lekarstwo, no ale dzięki czarownicom przynajmniej w te kilka dni „sabatu” są tu  prawdziwe tłumy.

Większość czarownic pochodziła ze Szwajcarii, ale jak sprawdzałam na listach uczestników - były też grupki z Włoch, Niemiec i jedna z Holandii. Jak się okazuje, miotła to ważny atrybut wiedźmy (czy wiedźminów???, bo większość czarownich była płci męskiej), jednak najważniejszy jest tajemniczy drink który każda ekipa ma przy sobie w dużych ilościach. Składu specyfików nikt nie zdradza (każdy ma co innego), w każdym razie ich moc doprowadza do tego, że po jakimś czasie czarownice ledwo trzymają się na nogach (i na nartach). Mimo to jest bardzo kulturalnie, a zabawa jest świetna, także dla oglądających. Tak na marginesie to wszystkie czarownice są pełnoletnie.

13 stycznia
Kazimierz Dolny - Warszawa


kaz-pies1.jpgOj, coś z Nowym Rokiem nie najlepiej idzie mi z pisaniem bloga. Powód? Jak zawsze brak czasu. Doba jest za krótka, nawet na spanie brakuje czasu.

Inna sprawa, że miałam w międzyczasie małą odskocznię od nawału pracy, tzn. w ramach spraw tzw. służbowych wylądowałam na moment w Kazimierzu nad Wisłą. Bardzo mnie ten wypad ucieszył, bo naprawdę często mi wstyd, że łatwiej wybrać mi się w dalekie, egzotyczne strony niż w takie urocze miejsca jakie mam we własnym kraju, w sumie niedaleko domu.

O tej porze jest tam o tyle fajnie, że nie ma tłumów turystów (tłumów? w ogóle nie ma turystów!). Co trzeba w miasteczku zobaczyć pisać nie będę, bo o zabytkowych kamienicach, spichlerzach, studni na rynku itp. napisano już setki artykułów i przewodników, natomiast polecam uwadze stojący obok baru „Pod psem” skromny pomniczek sympatycznego psiaka. W informatorze o Kazimierzu wyczytałam że to „pomnik kundla uniwersalnego”, ale w rzeczywistości (przynajmniej tak wynika z informacji zamieszczonej na ścianie wspomnianego baru) chodzi o psa-przybłędę, którym zaopiekował się jeden z miejscowych artystów nazywając go „Werniks”. Jak wynika ze zdjęcia, psiak specjalnie urodziwy nie był, ale dobrze mu z oczy patrzyło i umiał wiernością odpłacić za przygarnięcie.

kaz-koguty1.jpgSpacer po Kazimierzu niestety wykazał, że z kondycją mojej nogi wciąż nie najlepiej. Everest coraz bliżej (tzn. decyzji od potencjalnych sponsorów wciąż brak, ale jestem dobrej myśli), a ja nadal mam przymusową przerwę w treningach. Na szczęście niedawna wizyta u pana doktora Andrzeja Jelskiego (pozwalam sobie wymienić po nazwisku, bo to jeden z najsympatyczniejszych i najbardziej kompetentnych lekarzy z jakimi miałam do czynienia) przyśpieszyła trochę obrót spraw – udało mi się zapisać na rehabilitację już na początek lutego. Biorąc pod uwagę, że do tej pory w kilku miejscach podawano mi terminy na koniec marca, to jednak duży postęp.

Ale co tam moje problemy z nogą, przy tym co mają inni. Np. przy dzisiejszym trzęsieniu ziemi na Haiti. Żal mi tych ludzi ogromnie - zawsze najgorzej cierpią najbiedniejsi (domy bogatszych jako solidniej zbudowane, zwykle jakoś się utrzymują). Haiti to jeden z najbiedniejszych krajów świata – szczerze mówiąc wciąż mi nie znany, choć już mało brakowało, bo byłam w sąsiedniej Dominikanie już bardzo blisko granicy (oba kraje dzielą tą samą wyspę – Hispaniolę). Zresztą chyba mało kto był Haiti. Dzisiaj zadzwonili do mnie ludzie z „Dzień dobry TVN”, którzy chcieli mnie na jutro ściągnąć do programu, abym o tym nieszczęsnym Haiti coś poopowiadała, ale nie ma sznas, bo jutro rano to będę w samolocie do Zurychu. W każdym razie TVN poprosił, by im kogoś polecić, a tymczasem jakoś nikt mi nie przyszedł do głowy.

Tak swoją drogą trzęsienie ziemi to straszne przeżycie. Z tych które ja miałam okazje przeżyć, najgorsze było w Wenezueli, gdzie byłam jako pilot grupy. Siedzieliśmy na lotnisku i przy kawie opowiadaliśmy sobie dowcipy, kiedy poczuliśmy dziwne wibracje i zaczęła się wylewać kawa z filiżanek. Szczerze mówiąc pomyślałam sobie wtedy, że to chyba trzęsienie ziemi, ale po chwili wytłumaczyłam sobie że to pewnie wylądował jakiś duży samolot. W międzyczasie cos tam przez głośniki mówiono, ale my byliśmy wciąż zajęci dowcipami, więc w komunikaty się nie wsłuchiwałam. Dopiero kiedy ktoś  z lokalesów krzyknął do nas: „terremoto”, czyli po hiszpańsku „trzęsienie ziemi”, widząc w dodatku uciekający tłum, ja tez nakazałam grupie ewakuację. Potem okazało się że wstrząsy były rzeczywiście silne – 7,2 stopnia (czyli tak jak na Haiti), ale na szczęście budynek lotniska okazał się na tyle mocny, że nic się nie stało. Finał był taki, że kolejne kilka godzin przestaliśmy na zewnątrz, w obawie czy nie będzie wstrząsów wtórnych, a potem czekaliśmy aż fachowcy sprawdzą czy nie ma żadnych poważnych pęknięć konstrukcji budynku.

Jeszcze inne, równie emocjonujące i mało przyjemne chwile przeżyłam w Stambule. Było to wkrótce po bardzo silnym trzęsieniu ziemi w którym zgineło tysiące ludzi, tak więc atmosfera w mieście była dość napięta. Ponieważ był to nasz ostatni wieczór przed odlotem do kraju, zrobiliśmy sobie z moim turystami wieczorem pożegnalny, w trakcie którego nie powiem, jakieś piwko machnęłam. Wszystko było dobrze do jakiejś trzeciej w nocy. Poczułam nagle że moje łóżko się buja, ale w pierwszej chwili pomyślałam że pewnie mi się śni, że żegluję i trochę kiwa jachtem. Gdy łóżko nadal się ruszało, przyszła chwilowo myśl, że to trzęsienie ziemi, ale zaraz potem wytłumaczyłam sobie, że z tym piwem to przeholowałam. Nie pozostało mi nic innego , jak odwrócić się na drugi bok i spać.
 
Rano obudził mnie telefon od mojej mamy, która była uczestniczką grupy, ale mieszkała w pokoju z koleżanką. Mama na dzień dobry spytała jak mi się spało, więc odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że dobrze, choć miałam wrażenie jakby było trzęsienie ziemi. Na to mama, że się zgadza, bo... było! Co się okazało – mój „dzielny” przewodnik turecki, który też spał z nami w hotelu, „bohatersko” uciekł na ulicę, w ogóle się grupą nie przejmując (mógł przynajmniej zadzwonić, żebym wyprowadziła turystów), a grupa owszem, w większości składu wybiegła na hotelowy korytarz, ale nikt nie miał śmiałości mnie obudzić, więc wszyscy się w końcu rozeszli z powrotem do pokojów. Proszę, jak turyści dbają o zdrowy sen pilotki!

1 stycznia
Nowy Rok


Wejście w Nowy Rok uczciliśmy rodzinnie obiadem, na jaki tym razem ja zaprosiłam rodzinkę. Przy okazji mogłam wreszcie podać trzymane na specjalną okazję, przywiezione z brazylijskiej Amazonii „serca palm”, nazywane przez lokalesów palmito. Chodzi o miąższ stożków wzrostu z czubków palm specjalnego, rosnącego w tropikach gatunku. Wiem, nie jest to ekologiczne, bo najpierw palma musi rosnąć przez 10-15 lat (osiąga przez ten czas nawet 20 metrów wysokości), a potem żeby taki miąższ mógł wylądować na stole, trzeba drzewo ściąć. Inaczej się nie da, bo stożek wzrostu nie może się regenerować. W dodatku na kilogram palmito trzeba ściąć aż dwie palmy. Dla tzw. poprawności politycznej powinnam mieć teraz wyrzuty sumienia, że kupiłam tę puszkę z palmito, no ale nie będę zaprzeczać, że lubię jak rodzinka czy znajomi mają okazję do spróbowania czegoś egzotycznego.

Boże, jak się cieszę że ten poprzedni rok już się skończył. Nie był niestety dobry, ale nie powiem, dobrych chwil też trochę było (niestety ogólny bilans wychodzi na minus). Mam nadzieję że ten będzie lepszy – jak na razie, na tzw. "dobry początek" popsuła się zmywarka (akurat po rodzinnym obiedzie, kiedy zostaliśmy ze stertą brudnych naczyń  :-) ).

Życzę Wam wszystkim, aby wszystko w tym nowym 2010 roku dobrze się układało, zdrowie dopisywało, szefowie w pracy Was doceniali i zgadzali się na urlopy, no i żebyście jak najlepiej te kolejne 365 dni wykorzystali (np. podróżniczo), no bo w końcu życie ma się tylko jedno i szkoda go marnować.

Back to top