Blog z roku 2011
Hits: 5828

Rok zdominował rejs na "Annie" czyli trzymiesięczne opływanie Czukotki. W moim dotychczasowym żeglarskim życiorysie był to najtrudniejszy z rejsów, zarówno ze względu na warunki żeglarskie (sztormy, lody, a na 10,5 metrowej łupince tylko my: ja i Borje), ale także problemy z Rosjanami (dwukrotne postawienie przed sądem, 5-letni zakaz wjazdu do Rosji etc.). Oczywiście na eksplorowaniu Oceanu Arktycznego moje podróże się nie skończyły - do tych szczególnie fajnych zaliczam wielkanocny wypad do Oslo i trekking w Himalajach. Aaaa, i jeszcze dostałam Zlatną Penkalę - nagrodę chorwackiego ministerstwa turystyki za artykuły na temat ich kraju.

 

24 grudnia, Wigilia
Życzeniowo...

Grudzień zleciał, a nic nie napisałam. Plama...

choinka.jpgZ życzeniami będę mało oryginalna, bo zamiast wysilać się na własną twórczość, a poetyckiej weny mi brak, przytoczę życzenia które dostałam w zeszłym roku, szczerze mówiąc nie pamiętam od kogo :). Najważniejsze że są fajne i prawdziwe. Czyli:

Wszystkich Tych, którzy rok temu życzyli mi "wesołych Świąt", "dużo zdrowia", "kupy pieniędzy", "wszystkiego najlepszego", "Dosiego Roku 2010", itp. uprzejmie informuję, że życzenia te nie ziściły sie (to znaczy zdały się psu na budę  ).
W celu uniknięcia podobnych rozczarowań w tym sezonie, zamiast życzeń z przyjemnością przyjmę konkretne dowody życzliwości takie jak: przekazy pieniężne, paczki z wykwintną żywnością, dobrymi alkoholami, markowymi ciuchami (nowymi), itp.
Ja zaś z kolei życzę wesołych świąt, dużo zdrowia, itd...

Zamiast kartki świątecznej posłuchajcie kolędy "Cicha Noc" w wykonaniu... kotów! Wystarczy kliknąć tutaj



 2 grudnia, w pociągu do Poznania
Pociągowe tele-gadanie

Kurde , może jestem przewrażliwiona i nietolerancyjna, ale jednak o tym napiszę… Wsiadałam do pociągu w świetnym humorze, ale w międzyczasie przerodził się on w ból głowy i przytłoczenie sprawami otaczających mnie ludzi. Chodzi o to, że jadę w ogólnym wagonie, takim na sto osób czy więcej, a dla wielu z nich podróż pociągiem to najlepsza pora na telefoniczne pogaduchy. Tacy jak m.in. ja,  czyli z typu tych, żejeśli ktoś zadzwoni, obiecują oddzwonić później, albo wychodzą na korytarz, to relikty. W porządku są również ci, którzy mówią ściszonym głosem i nie przedłużają za bardzo rozmów, ograniczając się do konkretów. Natomiast prawdziwą katorgę stanowią telefonomaniacy, którzy bez komórki przy uchu nie umieją żyć. Dla nich inni pasażerowie po prostu nie istnieją – ich sprawy są najważniejsze, a najlepiej jeśli uda się w nie wciągnąć wszystkich dookoła. Ktoś może powiedzieć, że nie muszę podsłuchiwać, ale innej opcji nie mam, bo stoperów do uszu nie mam, a telefono-maniacy mówiący tak głośno, że o spaniu czy skupieniu się na gazecie nie mowy i chcąc niechcąc (raczej to drugie) słuchać ich trzeba. W ten to sposób przez bite 20 minut mój sąsiad wprowadzał współpasażerów w sprawy sprzedaży swojego samochodu (rozmawiał z bratem), bizneswoman dwa rzędy przede mną poświęciła kwadrans na objeżdżanie swojego pracownika, który według jej słów jest ostatnim palantem i półmózgiem, a młode dziewczątko opowiadało koleżance o kupionych właśnie butach. A, jeszcze nobliwa pani spod okna dyktująca przyjaciółce przepis na tort i łysawy gość  siedzący z tyłu, specjalizujących się w rozmowach ukraszanych dosadnymi przekleństwami. No cóż, chyba w drodze powrotnej zainwestuje w stopery do uszu…

A co do przekleństw… Właśnie przeczytałam w jednej  z gazet, że użyte przeze mnie na początku „kurde” zostało uznane przez Kościół za słowo grzeszne.   :)


Ps. Następnego dnia...


Wracam właśnie do Warszawy, czyli znowu jestem w pociągu. Tym razem wsiadłam do wagonu z normalnymi przedziałami, licząc,  że trochę odeśpię zarwaną noc. W przedziale pięć osób, też kimających, czyli dobrze jest – pomyślałam sobie. I właśnie wtedy, kiedy pociąg już ruszał, dosiadł się młody chłopak. I co? Ledwo usiadł, wyjął komórkę!!! Pierwszy telefon, czyli 10 minut rozmowy z dziewczyną (bynajmniej bez ściszania głosu) i robienie sobie wzajemnych wyrzutów o jakąś imprezę, jakoś przeżyłam. Po pięciu minutach od rozłączenia telefon znowu zadzwonił – nadawali przez kolejne 10 minut ostatecznie się godząc, a następnie przechodząc na obgadywanie znajomych (z podawaniem nazwisk). Wyraźnie widać było, że nie tylko ja, ale wszyscy współpasażerowie mają dość, ale cóż…  Kiedy skończyli części osób udało się usnąć, ale po jakimś czasie koleś się stęsknił i znowu wyciągnął telefon… Ponieważ się pogodzili, przeszli na czułości, używając przy tym takiej liczby infantylnych zdrobnień, że można było dostać mdłości. Cały przedział słuchał już na resztkach cierpliwości, ale rozumieliśmy, że serce nie sługa, buzujące hormony itp.  Po kolejnym kwadransie „żabcia” tudzież „pysia” (dziewczyna) znowu oddzwoniła do swojego „dziubaska”. Tym razem jednak był kiepski zasięg, tak więc kolejne minuty minęły na coraz głośniejszym wykrzykiwaniu: -Co? Co mówisz? Nie słyszę! No, powtórz! Kiedy ku ulcze ogółu połączenie zostało przerwane, zapytałam chłopaka, czy naprawdę uważa że pełen ludzi przedział to dobre miejsce do załatwiania prywatnych spraw? Nie odpowiedział. Zaraz potem znowu wyjął telefon i zaczął pisać smsy. Ok, niech sobie pisze, tylko mógłby wyłączyć opcję pikających klawiszy.

Czepiam się? Może, ale mam wrażenie, że coraz więcej osób nie dostrzega,  ze nie są na tym świecie sami…


Pół godziny później…

Telefon chłopaka znowu zadzwonił. Ku zaskoczeniu wszystkich z przedziału tym razem chłopak się podniósł i wyszedł na korytarz. Czyli lekcja wychowawcza zadziałała!



 1 grudnia, Warszawa
Algierski zawód

Kto mnie zna, wie,  że do moich ulubionych krajów należy Algieria. Przejeździłam ją na własną rękę, autostopem lub lokalnymi środkami lokomocji wzdłuż i wszerz, przekonując potem kogo się dało, że warto tam jeździć, bo kraj piękny, a ludzie mili i gościnni. W każdym razie wracałam do Algierii kilkakrotnie, a moja "miłość"  została z czasem odwzajemniona dobrymi kontaktami z ambasadą tego kraju w Warszawie. Zapraszano mnie na przyjęcia i kameralne kolacje z kolejnymi ambasadorami, a na Święta kierowca ambasady przywoził mi w prezencie dobre algierskie wina (notabene ów kierowca to ojciec Mounira Bouamrane`a, chłopaka który pracując jako kamerzysta zginął w Iraku razem ze znanym dziennikarzem, Waldemarem Milewiczem).

Niestety, moja sympatia do Algierii teraz jednak przygasła. Powód? „Afryka Nowaka”. Pewnie wiele z Was słyszało o tym niezwykłym projekcie, polegającym na przejechaniu na rowerze przez całą Afrykę, po trasie którą w latach 30-tych ubiegłego wieku zrobił nasz rodak, Kazimierz Nowak (więcej na ten temat na: http://afrykanowaka.pl/ ). W ponad dwuletnią akcję mającą formę wielopokoleniowej sztafety, zaangażowanych było dziesiątki, czy nawet setki osób. Teraz przyszedł czas na zamknięcie projektu, a zarazem moment kulminacyjny – dojazd do Algieru. Wszystko dopięte, ponad dwadzieścia osób ma kupione bilety lotnicze, pobrane urlopy, a tymczasem na tydzień przed wylotem Algierczycy nie wydali wiz! Wnioski złożono ponad miesiąc temu, tak żeby był zapas czasowy, bo oficjalnie załatwianie wiz trwa dwa tygodnie. O problemie z wizami (z brakiem jakiejkolwiek odpowiedzi) powiedziano mi w sobotę, tak więc w ramach obietnicy interwencji w poniedziałkowy poranek wykonałam pierwszy telefon do ambasady. Potem tefonów było wiele, ale odpowiedź i tak ciągle ta sama: -Nie mamy informacji z Algieru. Niestety przed chwilą (dziś już czwartek, 5 dni do wylotu) przyszła informacja. Krótko: odmowa!

Mimo że do Algierii na rowerową eskapadę się nie wybierałam, odmowę przyznania wiz przeżyłam równie przykro jak ci, którzy mieli tam wyjechać. Przede wszystkim przestałam widzieć sens promocji tego kraju – to nie w porządku zachęcać do odwiedzenia kraju, którego urzędnicy robią wszystko, aby potencjalni turyści i tak tam nie wjechali (problem „Afryki Nowaka” to już kolejna sprawa, o której wiem, kiedy wiz nie przyznano). Co ciekawe, najczęściej za przyczynę podaje się „bezpieczeństwo” – słowo-wytrych, podczas gdy jeśli oficjalnie, jako dziennikarka pytam jak w Algierii z bezpieczeństwem, słyszę że nie ma problemu, wszystko jest pod kontrolą i że tylko szukające sensacji media przedstawiają Algierię w niewłaściwym świetle (z tym akurat mogę się często zgodzić).

Sama w końcu nie wiem, czy Algierii są potrzebni turyści? Co roku tamtejsze Ministerstwo Turystyki organizuje w Algierii huczne targi , jak rozumiem mające na celu promowanie tego kraju. Ostatnio Algieria stała się też aktywna na polskich imprezach targowych – na wrześniowych TT Warsaw, słynących w branży jako targi wyjątkowo drogie jeśli chodzi o ceny stoisk, kraj ten zainwestował dość mocno, nie tylko w samo stoisko, ale także ściągnięcie berberskiego zespołu ludowego.  I co? Jeśli ktoś się do tej promocji przekonał i zapragnął Algierię zobaczyć, duża szansa że kupi bilet lotnicze, opłaci hotele, po czym nie dostanie wizy. Po co w takim razie inwestować w promocję? Wyrzucone bez sensu pieniądze.

Jedno jest pewne… Szkoda tych wszystkich zaangażowanych w „Afrykę Nowaka”. Szkoda też,  że Algieria nie wykorzystała szansy na reklamę, jaką można było przy okazji zrobić.



28 listopada, Kraków
Obietnica poprawy  :)

Przy okazji krakowskiego Festiwalu Podróżniczego "Travenalia" (dzięki organizatorom za zaproszenie!) usłyszałam słuszny "zarzut", że nie uzupełniam bloga! No cóż, święta racja. Nepalskich wrażeń już nie uzupełnię (brak czasu, bo siedzę nad pisaniem książki z ostatniego rejsu), ale obiecuję poprawę! A sympatyczne rodzeństwo które śledzi te zapiski i mnie zmobilizowało, serdecznie pozdrawiam!  :)



30 października, Phakding
I dzień trekingu do Mt Everest Base Camp
Uwaga! Jaki!

I już jesteśmy w górach. Lubię Katmandu, ale po zgiełku jaki tam panuje teraz chłonę ciszę, którą mąci jedynie szum płynącej niedaleko rzeki Dudh Kosi, czyli w tłumaczeniu: Mlecznej Rzeki (rzeczywiście wypływająca z lodowca woda nadaje jej mleczną barwę).

Dzien zaczał się wczeesną pobudką (5.30) i adrenalinowym lotem do wioski Lukla (wysokość 2840 m n.p.m.), stanowiącej punkt startowy na treking. Lotnisko w Lukli nie bez powodu ma opinię jednego z najniebezpieczniejszych na świecie – ląduje się na skalnej półce, wcześniej lecąc bardzo blisko ściany gory. Niestety nie każdemu pilotowi udaje się skutecznie wylądować. Wyciągnięty z przepaści wrak samolotu po ostatniej katastrofie (chyba miesiąc temu) stoi z boku pasa startowego chyba po to by ci którzy cało i szczęśliwie dolecieli, mogli bardziej się swoim szczęściem cieszyć. Co do tej katastrofy to oczywiscie wszyscy zgineli.  Dojechać się do Lukli nie da, bo nie dochodzą tu żadne drogi, można jedynie dojść, o ile ma się czas na taki około tygodniowy spacer.

Oprócz Janakiego z nepalskiej agencji turystycznej, przyleciał z nasza grupa jeszcze Kusejn Sherpa – lokalny przewodnik, młody ale bardzo rezolutny chłopak, którego rodzinna wioska znajduje się „o dzień drogi” od Lukli. Sherpów-tragarzy wzięliśmy już na miejscu – swoją drogą trochę głupio się człowiekowi robi jak przy bramie lotniska widzi tłum zebranych mężczyzn liczącyc, że akurat im się da szansę zarobić.

Pierwszy dzień trekingu jest dość łatwy – ponoć da się to zrobić w dwie godziny, ale nam zajęło więcej bo z przerwą na lunch i liczne foto-stopy. Nie wiem co będzie dalej, ale po dzisiejszym odcinku mogę powiedzieć że niesamowicie zmieniła się ta trasa w stosunku do tego, co widziałam tu 10 lat temu. Przede wszystkim jest dużo więcej turystów, co z kolei wpływa na to, że urocze, zapomniane przez cywilizację wioski które tak mi się podobały, teraz są zbiorowiskiem hoteli i sklepików. To że żyjącym w tym rejonie Szerpom-bagażowym znacznie lepiej się powodzi widać choćby po butach – wtedy biegali po górach w klapkach lub kaloszach, teraz prawie wszyscy mają adidasy albo  normalne buty trekingowe. To że wszędzie jest sieć komórkowa, a w każdej wiosce – dostęp do Internetu to kolejny szok… Życzę lokalesom jak najlepiej, ale trochę mi żal, że „tamte Himalaje” minęły już bezpowrotnie. Plusy jednak też są – pojawiły się przy szlaku kosze na śmieci, a miejscowi przewodnicy wyrabiają sobie nawyk schylania się po papierki, dzięki czemu jest czysto.

Nie zmieniły się jedynie jaki, które jak dawniej – objuczone bagażami – chodzą po szlaku całymi karawanami obiewieszczając zbliżanie się zawieszonymi na szyi dzwoneczkami. Chociaż… tak naprawdę to na tych wysokościach to nie jaki czystej krwi, ale mieszanki jaka i krowy. Samica z takiego „związku" nazywa się dzum - jest bardzo ceniona za dawanie znacznie większych ilości mleka niż klasyczna „jaczyca”, natomiast nazwa samca to dzopkio. Atutem dzopkio jest to że jest bardzo wytrzymały i może pracować na niższych wysokościach, gdzie jest dość ciepło (jaki czystej krwi źle znosza gorąc, przez co używa się ich na dużo większych wysokościach), a do tego taki mieszany byk jest dużo bardziej spokojny i łatwiej go udomowić. I jeszcze jedno – dla miejscowych „jak” to tylko pan jak, natomiast pani jaczyca nazywa się nak.

Co do lokalnych nazw, to dla wielu osób Szerpa to synonim tragarza. Tymczasem to jedna z licznych w Nepalu grup etnicznych, zajmująca się m.in. prowadzeniem wypraw (coraz rzadziej jako tragarze, częściej jako przewonicy), a także lokalne nazwisko. Krótko mówiąc pytanie w stylu: „A w jakim wieku został pan Szerpą?” – jest kompletnie nie na miejscu.

Żadnych sensacji dziś po drodze nie było. Minęliśmy dwa mosty wiszące – solidne, metalowe konstrukcje, zjedliśmy po drodze zupę czosnkową (bo czosnek osłabia atak choroby wysokościowej), daliśmy o łaska na nieszczęśników którzy zostali bez niczego, po tym jak domostwa zabrało im osuwisko ziemne, poza tym porobiliśmy mnóstwo zdjęć (u mnie „gwiazdą dnia” była małoletnia, może 5-6 letnia dziewczynka robiąca pranie). Aaa, jeszcze widzieliśmy czorteny, czyli rodzaj buddyjskich kapliczek stawianych ku czci zmarłych osób (te akurat, bo czorteny nie zawsze mają taką funkcję). Jak powiedział Janaki wiele elementów religijnych jest wspólnych dla buddyzmu i hinduizmu (choć ta druga religia w rejonie Everestu akurat nie występuje). Jedną z różnic jest to, że jak wyznawcom hinduizmu ktoś umrze, to wszelkie uroczystości pogrzebowe odbywaja sie poniżej domu – przy rzece, natomiast buddyści wynoszą ciało zmarłego  i robią stos kremacyjny zawsze powyżej miejsca zamieszkania, w tym przypadku gdzieś na zboczach czy nawet szczytach gór. Jeśli to bogata rodzina, stawia taki czorten spełniający funkcję pomnika pamiątkowego, wkładając do niego należące do zmarłego rzeczy (na przykład zawinięte w ubranie kosztownosci). Jeśli to biedacy, ograniczają się do postawienia białej flagi z zapisanymi mantrami, i pod nią chowają owe rzeczy. A, jeszcze nie powiedziałam że prochy rozsypuje się – dokadniej jest to uroczystość odbywająca się 39 dni po kremacji.

Dość tych ponurych tematów – pora spać. W ciągu dnia był upał (wersja króki rękaw), ale wraz z zapadnięciem zmroku zrobiło się zimno, więc wszyscy pochowali się już w śpiworach, odpuszczając sobie dokładniejsze mycie. Nie chodzi o kasę (prysznic kosztuje 3 dolce), ale o to, że w tej temperaturze wszystkim przeszła ochota do kąpieli. Zresztą to dopiero pierwszy dzień więc nie zdążyliśmy się jeszcze specjalnie wybrudzić  :-).



29 października, Katmandu (Nepal)
Od kremacji do Nowego Roku

Zza okna dobiega taki hałas, że nie mogę pozbierać własnych myśli. Powód? Nepalska dyskoteka, dzisiaj wyjątkowo głośna, bo to tutaj Nowy Rok (a zarazem ostatni dzień świąt Dipawali). W Nepalu ogólnie obowiązuje kalendarz ogólnoświatowy, czyli aktualnie 2011 rok, ale jest też kalendarz nepalski, a w Kathmandu jeszcze newarski (Newarowie to jedna z ponad pięćdziesięciu tutejszych grup etnicznych). W każdym razie według kalendarza nepalskiego od dzisiaj mamy rok 1123.

Dzień spędziliśmy głównie na zwiedzaniu miasta. Zaczęliśmy od hinduistycznej świątyni Pashupatinath, do której pielgrzymi przybywają głównie dla posągu Złotego Byka, ale że innowiercom wchodzić tam nie można, główna uwaga turystów skupia się na palonych nad rzeką stosach kremacyjnych. Akurat paliły się dwa ciała… Ponoć spalenie wraz z drewnem na opał to wydatek 4 tys. rupii (50 dolarów), bez drewna około tysiąca-półtora (20 dol.). Dla miejscowych to bardzo drogo.

Przy okazji spoktaliśmy może nie tyle świętą krowę, ale byka. Byk jak byk, leżał rozleniwiony nie reagując na migawki aparatów (cóż, gwiazdor), ale wyglądał dość niezwykle, bo otaczały go setki gołębi.  Gołębie też są święte, bo wierni przynoszą je w ofierze do świątyni, ale na szczęście nie zabijają (bo wiele ofiar, typu kozy, kurczaki, na miejscu się zabija), tylko wypuszcza na wolność. W sumie to gołębie mogłyby uciec, ale rozumne ptaki połapały się że to bez sensu – lepiej siedzieć i gruchać wokół byka, a w zamian można liczyć na dokarmianie.

Potem  podjechaliśmy do Bodhnath – świątyni dla odmiany buddyjskiej, a raczej – ogromnej stupy wybudowanej w IV wieku. Póki co jest to wciąż największa stupa świata, ale jak mówił Janaki – nasz lokalny przewodnik, już niedługo będzie dzierżyć ten tytuł, bo w Bangkoku budują większą.

Stupa Bodhnath to jedno z moich ulubionych miejsc w nepalskiej stolicy. Panuje wokół niej jakiś taki uduchowiony, no może nie licząc sklepów sprzedających kiepskie podróbki koszulek Adidasa. Ponieważ w pobliżu znajduje się osiedle tybetańskich uchodźców, można obserwować Tybetańczyków którzy przy dźwiękach mantry „Om mani padme hum” obchodzą stupę dookoła, przy okazji obracając młynki modlitewne.

Zwiedzanie zakończyliśmy na Durbar Square czyli Placu Królewskim w Kathmandu. Panów z grupy najbardziej zainteresowała statuetka Małpiego Boga – jak się owy pomniczek pogłaszcze, to można liczyć na przypływ siły – m.in. seksualnej. Dotyczy tylko panów – panie nie powinny dotykać.
Odwiedziliśmy też Pałac Kumari, czyli tzw. żywej bogini, na którą wybiera się 4-5 dziewczynkę sprawującą swoją funkcję do pierwszej menstruacji. Dzieciak ma przechlapane – nie może wyjść ze swojej „złotej klatki” – jedynie kilka razy do roku obnosi się ją po ulicach w specjalnej lektyce. O żadnych zabawach z rówieśnikami nie może być mowy. Kumari od czasu do czasu pokazuje się turystom, odziana w czerwone szaty i bardzo ekstrawagancko wymalowana, ale dzisiaj z okazji święta do balkoniku nie podeszła.

Na koniec był jeszcze czas na zakupy. W Kathmandu nie da się nie zrobić zakupów – tu wszystko jest tanie, że żal nie kupić. Bagaż rośnie w oczach i z przerażeniem myślę o nadbagażu w samolocie. Chyba odpuszczę już sobie zakup Everest Whisky czy rumu Kukhuri (całkiem dobrego – od wczoraj jesteśmy jego fami). Od jutra – koniec z alkoholem, no bo startujemy w góry. Pobudka już o 5.30. Czas spać…



28 października, Kathmandu (Nepal)
Zakupowy szał

Dzisiaj mieliśmy dzień luzu – odpoczywamy po podróży. Większość z nas wykorzystała ten czas na tutejsze sklepy, bo Kathandu to zakupowy raj, zwłaszcza jeśli chodzi o sprzęt turystyczny. Oczywiście nie należy wierzyć sprzedawcom kiedy zachwalają, że wszystko jest „orginal”, wyciągając kolejne rzeczy firmowane przez North Face, Mamuta, Lafumę czy inne renomowane marki, ale trzeba przyznać że w podróbach są coraz lepsi. Niektórzy uważają, że niektóre produkty faktycznie są oryginalne, ściągane z fabryk w Chinach czy w Bangladeszu. Może…

Tak czy owak wyszłam kupić kijki trekingowe, a kupiłam polar dla Pawła, koszulkę oddychającą dla siebie, herbatę nepalską dla znajomych, statyw do aparatu i kilka innych rzeczy które miały super atrakcyjną cenę, więc grzechem byłoby nie kupić. Oczywiście kijków nie kupiłam…  :-)

W Nepalu kończy się właśnie kilkudniowe święto hinduistyczne – Dipawali, zwane też Tihar. Każdy dzień poświęcony jest czemu innemu. Zaczyna się od Dnia Wron, jako że wrony uważane są w Nepalu jako ptaki zwiastujące nieszczęście,  a więc najlepiej zyskać sobie ich sympatię. Sposobem na to jest wystawianie miseczek z ryżem, licząc że wrony najedzą się i odfruną w siną dal. Potem jest Dzień Psów kiedy psom, tkaże tym bezdomnym, zawiesza się girlandy z kwiatów, karmi się je i maluje tikę – kropkę na czole, potem jest Dzień Krów (tak samo – otrzymują wieńce kwiatowe, tikę, a często jeszcze całe się je maluje), natomiast kulminacją jest Dzień Braci kiedy to siostry zakładają girlandy braciom i również robią mu tikę, która jak się wierzy, ma uchronić ich w następnym roku od śmierci. Jak się nie ma siostry, zwyczaj ten może wypełnić jakaś ulubiona kuzynka lub przyjaciółka. Dzień Braci wypada jutro i rzeczywiście musi być przez Nepalczyków bardzo poważany, skoro nawet większość sklepów jest pozamykana!

Dzień Braci wypada jutro, w związku z czym mamy problem aby znaleźć jakiegoś kierowcę, który zabierze nas na wycieczkę – wszyscy rano muszą udać się po „błogosławieństwo” sióstr.  Dzisiaj natomiast, w ramach Dnia Krów, po ulicach chodziły grupy tutejszej odmiany „kolędników”, ekipy głównie dzieci, ale nie tylko, które śpiewając i tańcząc zaglądały do domów, sklepów a nawet hoteli i w zamian za swój program artystyczny dostawały pieniądze albo słodycze.

Nepal to biedny kraj, ale trzeba powiedzieć że ludzie umieją się tu bawić i cieszyć życiem. Różnych świąt i festiwali jest tu mnóstwo i nie ważne czy ktoś wyznaje hinduizm czy buddyzm -  święta obchodzene są przez wszystkich. Ciekawy miks – nawet w świątyniach elementy obydwu religii się przeplatają – przy świątyni buddyjskiej są kapliczki poświęcone bóstwom hinduistycznym. Ale o świątyniach jutro, bo mamy w planie kilka ich zobaczyć…


27 pażdziernika, w samolocie do Kataru
I znowu w podróży…

Dopiero zdążyłam po powrocie z rejsu przestawić się na nasz czas (między Alaską a Polską jest różnica 10 godzin), a już przeskakuję w drugi koniec świata. Właśnie lecę z Monachium do Dohy, stolicy Kataru, gde mamy przesiadkę na samolot do Katmandu. Piszę w liczbie mnogiej („mamy”), bo jest nas w smumie siódemka – ja i moja grupka, którą prowadzę do bazy pod Mount Everestem. Czekają nas 2 tygodnie w górach, więc już się cieszę… W tym samym samolocie leci też ekipa Ryśka Pawłowskiego (jeden z najwybitniejszyh polskich himalaistów) – oni z kolei zamierzają się wspinać na Ambadablan – prawie siedmiotysięcznik, który można zaliczyć do najpiękniejszych gór świata. Mnie się też Amadablan kiedyś tam marzy, ale niestety to dość droga „przyjemność”, tak więc na razie muszę sobie odpuścić.




lipiec-październik - Arktyka (północna Kanada, Czukotka, Alaska, Aleuty_
O tym jak nam się żeglowało z Borje (moim szwedzkim kumplem-kapitanem) na 10,5 metrowej "Annie" po wodach pięciu mórz (Beauforta, Czukockie, Wschodniosyberyjskie, Beringa i Pacyfik), oraz o tym jak dwukrotnie wylądowaliśmy przed rosyjskim sądem czytajcie na stronie wyprawy:  www.arcticexpedition.eu albo od razu wchodząc na tamtejszego bloga (tutaj )



5 czerwca, Zagrzeb, na lotnisku
Żegnaj Chorwacjo!

Szkoda wyjeżdżać. Sporo zobaczyłam, poznałam fajnych ludzi. Stworzyliśmy fajną, międzynarodową „paczkę” w składzie: Jurgen – Niemiec którego żeglarski przewodnik po wybrzeżu Chorwacji właśnie się ukazał w polskim tłumaczeniu, Milan - kolega fotograf ze Słowacji i Brice – niesamowicie fajny Francuz, który jest fanem polskich zamków krzyżackich (pokazywał mi wydany we Francji album swojego autorstwa). Wracam chyba ze dwa kilo grubsza (wczoraj Bojan zaprosił mnie na pyszne lody, ale przy tym ciągłym obżarstwie w połowie odpadłam) i ciężką jak diabli torbą, bo niezależnie od masywnej statuetki „Złotego Długopisu” jest tam jeszcze kilka butelek chorwackiego wina. Już od lipca, podczas swojego trzymiesięcznego żeglowania w Arktyce, będę tęsknić do słonecznej Chorwacji.


4 czerwca, Osijek, Vukovar
Miasta "po przejściach"
 
Rejon Chorwacji w którym jesteśmy to zupełnie inna Chorwacja niż ta, którą zwykle znamy z folderów i reklam. Do morza daleko, niewielkie pagórki trudno nazwać górami, lasów też jak na lekarstwo, choć zamiast nich są ciągnące się po horyzont winnice. No właśnie – na pewno powinni tu przyjechać miłośnicy win, bo to jeden z atutów Sławonii. A poza tym pobyt tutaj pokazuje, że bez morza może być ciekawie.

Ładne miasteczka i bardzo porządne wsie nie zmieniają faktu, że ciąży na tym regionie trochę pamięć o wojnie, jaka toczyła się tu na początku lat 90-tych, w czasie rozpadu Jugosławii. Większość z nas pamięta zapewne doniesienia o bombardowanym Osijeku czy oblężonym Vukowarze. Do tej pory w obydwu miastach można zobaczyć domy, których ściany podziurawione są pociskami, są też tereny (oznakowane), gdzie do tej pory znajdują się miny, bo brakuje pieniędzy na ich oczyszczenie. Smutną pamiątką po tych tragicznych wydarzeniach jest Izba Pamięci koło Vukovaru, a dokładniej – hangar na maszyny, do którego Serbowie przywieźli 200 Chorwatów (były wśród nich 3 kobiety, z tego jedna w ciąży) i po torturach wszystkich rozstrzelano. Wśród ofiar (można obejrzeć ich zdjęcia) jest między innymi Goran Baketa – 30-letni wówczas kuzyn Bojana Bakety, obecnego szefa działającego w Warszawie Chorwackiego Ośrodka Informacji. Bojan, który był przy mnie, opowiedział mi trochę o tym jak wyglądała ta wojna, w której dotychczasowi sąsiedzi, wcześniej pożyczający sobie np. cukier, nagle zaczynali się wzajemnie zabijać. A tak apropos lokalnych antagonizmów , to lepiej przyjeżdżając do Chorwacji nie całować się „po polsku”, czyli cmokając kogoś w policzek trzy razy. Okazuje się, że tak robią też Serbowie, a Chorwaci za Serbami delikatnie mówiąc nie przepadają.



 3 czerwca – Osijek (Chorwacja)
Zlatna Penkala

Nie wiem czy wypada się chwalić, ale ponieważ trochę się cieszę (szczerze mówiąc to nawet nie trochę, ale bardzo!!!), w związku z czym zdradzę, że powodem mojej obecnej wizyty w Chorwacji jest nagroda, jaką dostałam za jeden z artykułów o tym kraju. Dzisiaj właśnie była wieczorna gala, w trakcie której nagrody wręczono (laureatami byli też dziennikarze z innych krajów) - dokładniej chodzi o artystyczne, limitowanej serii statuetki przypominające złotą stalówkę, a do tego piękne dyplomy w wielkiej ramie. Co do tej stalówki to odzwierciedla ona nazwę nagrody: „Złoty Długopis”. Po chorwacku jest to „Zlatna Penkala”, a ciekawostkę stanowi to, że artysta który to dzieło projektował, miał na nazwisko… Penkala! Swojsko brzmi? Otóż pan Penkala (niestety już nieżyjący) był mieszkającym w Zagrzebiu Polakiem!



2 czerwca – Osiek (Chorwacja)
Jak oni śpiewają...

Znowu jestem w Chorwacji. „Znowu” należy czytać z nutą mojej szczerej radości, bo wśród krajów Europy to jeden z moich ulubionych krajów. Tym razem przywiało mnie w najbardziej na wschód wysunięty region zwany „Sławonią i Baraniją”, a konkretnie bazą na kilka dni stał się Osijek, czyli miasto blisko serbskiej granicy.

Jak na razie jeszcze niewiele w Osijeku widziałam, za to – sporo słyszałam. Mam na myśli chorwackie śpiewy, które towarzyszyły nam przez cały wieczór w ramach kolacji. Owszem, był jak najbardziej profesjonalny zespół ludowy, ale nie o niego akurat chodzi. Mam na myśli śpiewy zwykłych Chorwatów. Oni po prostu wielbiają śpiewać i kiedy tylko słyszą muzykę, niezależnie od tego jaki mają głos (zwykle mają ładny), zaczyna ich "nosić". W przeciwieństwie do nas (Polaków) znają słowa piosenek i wcale nie muszą mieć we krwi dużo alkoholu, aby włączyć się w ogólne chóry. I nie jest to żadne nucenie pod nosem, ale takie śpiewy od serca, głośne i pełne emocji. Na dodatek te ich pieśni są naprawdę piękne… Jeśli ktoś mnie zapyta dlaczego lubię Chorwację na pewno jako jeden z powodów podam śpiewanie Chorwatów.


27 maja 2011 roku
O polskiej służbie zdrowia…

Ale długo tu nie pisałam! Do rejsu już tylko miesiąc, jestem więc zapracowana po uszy. Nie łatwo przygotować się do trzymiesięcznego odcięcia od cywilizacji. Doba jest za krótka, na bloga jak widać niestety brakuje czasu.

W ramach przygotowań do rejsu poszłam dzisiaj do lekarza. Kontrolnie, tak właściwie tylko po to, by odebrać potrzebny mi dokument, że mogę uprawiać żeglarstwo. Ogólnie jestem zdrowa, ale przy okazji pokazałam swoją nogę, która zaczyna mnie trochę pobolewać. Ta noga to pamiątką z mojego ubiegłorotygodniowego wyjazdu na Węgry (z grupą, jako pilot), kiedy nocując w bardzo dobrym hotelu, na łóżku z czyściutką, pachnącą pościelą, coś mnie użarło. Co to było nie mam pojęcia, choć dzisiejszy pan doktor sugerował że prawdopodobnie jakiś pająk. W każdym razie kiedy rano wstałam z wyrka, miałam na nodze sporą czerwoną pręgę, a wkrótce zrobił się na tym wielki pęcherz wypełniony płynem surowiczym.

Specjalnie się czerwoną pręgą nie przejmowałam, uznając że poboli i samo zniknie. Wróciłam do Warszawy, po dwóch dniach poszłam na EKG. Z sercem super, ale pielęgniarka wykonująca badanie widząc moją nogę, z miejsca zaciągnęła mnie do lekarza. Tyle że do lekarza czekał tłum ludzi, a ja się spieszyłam, obiecałam więc, że pojadę na ostry dyżur. Skoro dałam słowo to i pojechałam, bo pomyślałam sobie że może pielęgniarka ma rację. Poza tym przede mną perspektywa trzech miesięcy w Arktyce gdzie na pomoc lekarską trudno będzie liczyć.

Na ostrym dyżurze najpierw nie chciano na mnie patrzeć, no bo co tam zawracam głowę zwykłym ugryzieniem, ale ostatecznie na odczepnego zrobiono mi opatrunek. Wróciłam do domu z poczuciem obciachu, że się z tym ostrym dyżurem wygłupiłam, utwierdzając się w przekonaniu że do wesela się zagoi.

Niestety, nie za bardzo się goi. Rana przybrała kolor czerwono-czarny, więc dzisiaj w przychodni jednak nieśmiało wyciągnęłam przed oczy lekarza swoją spuchniętą łydkę. Lekarz spojrzał i… Najpierw się rozległo pełne uznania „Uuuuuuaaaa!”, a potem pełne sarkazmu „dłużej już nie mogła pani z tym czekać?”. Oczywiście bąknęłam, że byłam z tym na pogotowiu, gdzie dano mi do zrozumienia, że to nic specjalnego. Pan doktór stwierdził, że wygląda to fatalnie, rana jest zakażona i bez antybiotyków się nie obejdzie. Dostałam zestaw leków na całe 150 zł (prosiłam o wersję tańszą, aczkolwiek skuteczną) i szczerze mówiąc zastanawiam się, co by było gdybym zupełnie przypadkowo do lekarza dzisiaj nie trafiła.

A tak przy okazji to poprosiłam swoją drogą bardzo sympatycznego doktora, aby przepisał mi dodatkowe opakowanie antybiotyku, który wzięłabym z sobą na rejs. W odpowiedzi usłyszałam, że to niemożliwe, bo w świetle przepisów lekarz nie może mi przepisać podczas jednej wizyty drugiego opakowania. Wyszło na to, że muszę zapisać się na kolejną wizytę. Czyli: stracę czas, bo będę musiała jechać na drugi koniec miasta, zajmę cenny czas lekarza, do którego w tym czasie ktoś bardziej potrzebujący nie będzie mógł przyjść na wizytę, a państwo zapłaci za poradę, która ograniczy się do wypisania jednej recepty. Genialny system, nieprawdaż?

ps. Właściwie to ponieważ płyniemy we dwoje, to potrzebuję jeszcze jeden antybiotyk (umówiliśmy się, że ja kompletuję apteczkę). Czyli muszę zapisać się na kolejną wizytę...



23 kwietnia, Oslo
Śladami Amundsena i Nansena – dzień II

Dziś większość dnia spędziliśmy na Półwyspie Bygdoy. Chodzi o obrzeża Oslo, słynące z nagromadzenia różnych muzeów, a zarazem z tras spacerowych, ładnej mariny czy eleganckiej knajpki. Dla mnie to zarazem miejsce sentymentalne, bo byłam na Bygdoy pierwszy raz w roku 1989, jeszcze za czasów tak zwanej „Komuny”, kiedy w drodze na truskawki (czytaj: do harówy na truskawkowych plantacjach w środkowej Norwegii) wraz z moim braciszkiem chcieliśmy przy okazji zobaczyć Oslo. Problem polegał na tym, że trzeba było gdzieś przenocować, a nie za bardzo mieliśmy na to kasę. Mieliśmy za to namiot i ogromne, ciężkie plecaki wypełnione żarciem na półtora miesiąca, tak więc teoretycznie byliśmy niezależni. Rozbicie się na oficjalnym polu namiotowym nie wchodziło w grę, tak więc wymyśliliśmy sobie że może ten Półwysep Bygdoy, na mapie wyglądający jak zielona plama, będzie dobry. Kierowca, który nas do Oslo przywiózł (bo przyjechaliśmy autostopem) wysadził nas jakoś na peryferiach z drugiej strony miasta, doradzając jakim autobusem miejskim dalej pojechać, a my oczywiście przeliczając sobie ile ten autobus kosztuje (majątek!) drałowaliśmy dzielnie z tymi cholernie ciężkimi plecakami przez całe centrum i dalej. Jak już na Bygdoy dotarliśmy, patrzymy, a tam taki fajny zielony niby-park otaczający elegancką rezydencję, wyglądało że pustawą, na dodatek bez żadnych płotów - miejscówka na nocleg wprost wymarzona. Poczekaliśmy do jakiejś 22-ej, po czym rozbiliśmy nasz namiot, coś tam sobie w menażkach upichcililiśmy i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie zjawił się miły pan informujący że ten ładny pałacyk to jedna z rezydencji królewskich. Facet był jednak życzliwy, bo uznał że skoro już się tu rozłożyliśmy to okej, byleby rano nikt nas tu nie widział. Tak też zrobiliśmy – rano, już o 6-tej,  nie było śladu po naszym biwaku, no może poza ukrytymi w krzakach plecakami, bo przecież coś musieliśmy z nimi zrobić, a chcieliśmy trochę pozwiedzać. Co do pieniędzy to nie to, że nie mieliśmy ze sobą zupełnie żadnej kasy – bądź co bądź wyjechaliśmy z Polski 20 dolarami (na nas dwoje), co wydawało się sumą ogromną, z racji tego że stanowiło równowartość miesięcznej pensji naszej mamy-pielęgniarki. Po przyjeździe do Oslo kupiliśmy chleb, weszliśmy oboje do Muzeum Kon-Tiki, skansenu  i łodzi Wikingów i... To już był koniec naszych funduszy…

Dopływając dzisiaj na Bygdoy tramwajem wodnym z łezką w oku spojrzałam  na ten pamiętny pałacyk. W końcu nie każdy ma okazję spać w królewskiej rezydencji  :-).

Dzień spędziliśmy głównie muzealnie, przy czym najważniejsze dla mnie było muzeum Frama. Chodzi o statek Nansena, potem wypożyczony przez Amundsena na wyprawę w trakcie której Norwegowie jako pierwsza w świecie ekipa zdobyli Biegun Południowy. Dla mnie jednak ważniejsza była Gjoa – statek na którym Amundsen, też jako pierwszy w świecie,w latach 1903-06 przepłynął Przejście Północno-Zachodnie. Gjoa stoi przed muzeum, nikt na nią nie zwraca uwagi, bo wszyscy skupiają się na Framie, ale jak mi powiedziała pani z obsługi, od przyszłego roku ma mieć swój własny hangar.

Potem przyszła na Muzeum Morskie (nic specjalnego), Muzeum Tratwy Kon-Tiki na której Thoh Heyerdahl przepłynął z Ameryki Południowej na Polinezję (oprócz Kon-Tiki stoi tam też inna tratwa – Ra II), potem wpadliśmy do Muzeum Łodzi Wikingów i do skansenu, w którym moim ulubionym obiektem jest śliczny drewniany kościółek przeniesiony z miejscowości Gol (w Gol byłam w ubiegłym roku i widziałam wtedy replikę świątyni). Do atrakcji skansenu zaliczyliśmy jeszcze ogromną mewę – nie wiem czy tak spasioną, czy to po prostu inny gatunek niż nasze mewy. Ptaszysko zaprzyjaźniło się z nami na tyle, że po jakimś czasie odważyło się zjadać podsuwane kawałki kanapki prosto z ręki, choć trzeba powiedzieć, że co jak co, ale dziób to ma ostry!

Po powrocie do centrum Oslo zwiedziliśmy jeszcze tutejszy zamek, który nie jest specjalnie imponującą budowlą, ale zawsze jak byłam w stolicy Norwegii to chciałam go zobaczyć, a nigdy nie było czasu. Na koniec wpadliśmy jeszcze do ulokowanego w zabytkowym dworcu kolejowym Instytutu Noblowskiego, gdzie oczywiście wyszukaliśmy wszystko co wiąże się z naszym laureatem, czyli Lechem Wałęsą (chodzi o nagrody pokojowe, bo te właśnie przyznaje się w Oslo; pozostałe w Sztokholmie). Najciekawsza ekspozycja dotyczy jednak Nansena, który też Pokojowego Nobla otrzymał.  O jego działalności opowiada wystawa skierowana niby do dzieci, chociaż ja widziałam tam samych dorosłych. Jest komiks z Nansenem w roli głównej, gra w której możemy dysponować funduszami dla uchodźców (to z racji tego, że Nansen  przeznaczył kasę z Nobla na pomoc rosyjskim dzieciakom umierającym z głodu), no i można sobie wydrukować czołówkę gazety ze zdjęciem typu „my i Nansen”. Jak widać, muzea wcale nie muszą być nudne…



22 kwietnia, Wielki Piątek, Oslo (Norwegia)
Od Nansena po Małysza

Tegoroczna Wielkanoc wypada nam z Pawłem w Norwegii. Postanowiliśmy połączyć przyjemne z pożytecznym i poza tropieniem świątecznych zwyczajów z dala od kraju, zbieramy także materiały do artykułów związanych z przypadającym obecnie Rokiem Amundsena i Nansena. Opisywać żadnej z wymienionych postaci tu nie będę, bo w końcu od czego encyklopedia, tudzież internetowa Wikipedia, powiem tylko że po lekturze wygrzebanej w jakimś antykwariacie bardzo starej książki  państwa Centkiewiczów „Fridtjof, co z ciebie wyrośnie?”, Nansen jest moim idolem, zarówno jako eksplorator, jak i jako człowiek. A Amundsen? On z kolei jest mi bliski, bo w końcu pokonując w ubiegłym roku arktyczne Przejście Północno-Zachodnie, płynęliśmy poniekąd po jego śladach, zaś w ramach tegorocznej wyprawy (trzy miesiące z kolegą-Szwedem na malutkiej "Annie"), też będę w kilku miejscach z Amundsenem związanych.

Wracając do Wielkanocy  w wydaniu norweskim, to atmosfera świąteczna jest widoczna głównie w tym, że wszystko jest pozamykane. Nawet kantory wymiany pieniędzy, jedna z dwóch głównych informacji turystycznych i sklepy spożywcze, w związku z czym mieliśmy problem z zakupem głupiej butelki mineralki (tak na marginesie to tutejsza woda w kranach jak najbardziej nadaje się do picia, ale trzeba mieć jeszcze w co ją nalać). I właściwie na tym owa atmosfera się kończy…  Kto mógł wyjechał z miasta, bo ci co się szwendają po ulicach to raczej turyści. Jedyne świąteczne akcenty jakie przyuważyliśmy, to stojący w Operze żółty fortepian wypełniony zielonymi niby-jajami i jakąś abstrakcyjna sztuka nowoczesną przed Uniwersytetem przedstawiająca zamkniętego w szafie zająca.

Za to mamy super pogodę! Śmiesznie, bo zabraliśmy ze sobą narciarskie kurtki (w końcu lecieliśmy na północ), a tu większość ludzi paraduje w koszulkach z krótkimi rękawami albo i bez rękawków, a do tego w krótkich spodenkach! Dla kontrastu widzieliśmy też na ulicach ludzi tachających narty, bo 20-minut od centrum miasta, na jednym z okolicznych wzgórz, wciąż działają wyciągi i można jeździć na nartach.

Na narty nie pojechaliśmy (byłam tam w ubiegłym roku), za to mając tzw. Oslo-Passy (specjalne karty, które warto wykupić  bo uprawniają do przeróżnych, darmowych atrakcji) zrobiliśmy sobie wycieczkę po Oslofjordzie statkiem o wyglądzie starego żaglowca (żagle to miał wyłącznie dla picu). Potem pojechaliśmy na obrzeża Oslo, do Lysaker, zobaczyć dom w którym przez pół życia mieszkał Nansen. Mimo że to teraz siedziba „Instytutu Nansena”, a sam Nansen był przecież norweskim bohaterem narodowym i laureatem Pokojowej Nagrody Nobla) nie łatwo było ową posiadłość odnaleźć, bo nawet miejscowi o niej za bardzo nie wiedzą. Szkoda trochę, że w związku ze Świętami w środku nie zastaliśmy żywej duszy (nawet ciecia!), za to do woli obfotografowaliśmy ceglany budynek z zewnątrz. Zupełnie przypadkowo trafiliśmy też na skromną, jakby przypadkowo położoną na trawniku płytę z imieniem i nazwiskiem polarnika. Tylko tyle… Po powrocie do hotelu sprawdziłam w Internecie swoje przypuszczenia: tak, to był grób! Smutny, bo człowiek który tak dużo zrobił dla światowych odkryć, ale także dla pokoju, działalności charytatywnej etc. ,zasługuje na coś więcej niż tylko zapomniana przez wszystkich betonowa płyta. Kolejny przykład na to, że jesteś skromny, nie pchasz się na świeczniki – nie istniejesz. Paradoksalnie możesz nie mieć żadnych osiągnięć, ale jesteś „medialny” i dbasz o autopromocję – masz szansę „zaistnieć”. Mimo wszystko pozostanę przy wersji numer jeden...

Po południu pojechaliśmy jeszcze na Holmenkollen – miłośnikom sportów zimowych miejsca pewnie doskonale znanego. Najważniejsza jest tam oczywiście wielka skocznia, na której kilkukrotnie zwyciężał nasz Adaś Małysz (choć ta skocznia która jest teraz to nowa konstrukcjam, która od października ubiegłego roku zastąpiła poprzednią). Oczywiście wjechaliśmy sobie na szczyt skoczni (wchodzi się jak do windy, ale jest to pochyła kolejka-zębatka), popatrzyliśmy z góry na Oslo, obfotografowaliśmy pomnik poprzedniego króla biegającego na nartach ze swoim psem (ku niezadowoleniu swoich ochroniarzy król bardzo lubił te narciarskie wypady w okoliczne lasy) i wróciliśmy do miasta, na koniec zaliczając słynny Park Vigelanda.

Główną atrakcją parku są liczne rzeźby autorstwa Gustava Vigelanda, uznawanego za najwybitniejszego norweskiego rzeźbiarza (zmarł w 1943 r.),notabene przyjaciela Stanisława Przybyszewskiego, który robił Vigelandowi dobrą reklamę nad Wisłą. Nie należę do osób pruderyjnych, ale zamiłowanie do nagich postaci, różne sceny męsko-damskie w którym wiele to jakby nie patrzeć - czysta przemoc ze strony samców-macho, a także trącące pedofilstwem scenki z dziećmi, sprawiają wrażenie (przynajmniej w mojej mózgownicy), że Vigeland nie był chyba do końca normalny, miał różne fobie, kompleksy, tudzież zboczenia. Oczywiście może w tym tkwi sedno jego artystycznego geniuszu? Niezależnie od mojego zdania na temat oryginalnego rzeźbiarza muszę przyznać, że ja bardzo lubię ten park… Oprócz rzeźb, także jego atmosferę. Dziś, przy ładnym dniu roiło się od piknikująco-grilujących grupek,  wśród których dominowali emigranci z krajów arabskich i Indii.  Nie wiem czy większość czystej krwi Norwegów wyjechała z miasta, czy tu zawsze tak jest, ale stwierdziliśmy z Pawłem, że coraz trudniej o „prawdziwych Wikingów”, takich z białą cerą i blond włosami. Większość "lokalesów" których widzimy na ulicach, to ewidentnie przybysze z Afryki (arabskiej i tej typowo „czarnej”),  Pakistanu lub Indii. Polaków też zresztą jest od groma – czasami w ogóle nie ma się wrażenia, że jest się za granicą, bo co chwila słychać polską mowę. 

I tym optymistycznym akcentem – na dzisiaj koniec…




13 kwietnia, Warszawa
Jak się nie dać zastraszyć, czyli uwaga na serwis Pobieraczek.pl

To, że dzisiaj trzynasty odczułam już na samym początku dnia. W kalendarzu zapisałam sobie, że z samego rana mam konferencję prasową poświęconą ślubowi księżniczki Monaco (szczerze mówiąc to zupełnie mnie ta uroczystość nie obchodzi, ale z różnych względów obiecałam, że wpadnę), tak więc w porannym amoku, choć nijak mi nie pasowało, na konferencję pognałam. Wpadłam lekko spóźniona, a tam… puchy! No nic, Pałac Prymasowski (właśnie tam miała być konferencja) wielki, więc chodzę, szukam, w końcu dopadam jakiegoś zaspanego ochroniarza, który trochę się dziwi, co ja tam robię. Po dłuższych dociekaniach okazało się, że konferencja jest, ale jutro! Możecie sobie wyobrazić poziom mojego wkurzenia…

No ale trzynasty objawił też swoje dobre oblicze. Konkretniej - można uznać, że zarobiłam sto złotych. „Nie chwaliłam się”, ale od jakiegoś czasu prowadziłam niezbyt przyjemną korespondencję z serwisem Pobieraczek.pl. Chodziło o to, że na początku marca, przygotowując pokaz zdjęć na gdyńskie Spotkania Podróżników i Żeglarzy, coś mnie podkusiło, by zrobić podkład dźwiękowy. Pokaz dotyczył rejsu, szukałam więc w internecie jakichś sensownych szant, a jedną z pierwszych stron jakie mi wyskoczyły, był właśnie serwis Pobieraczek.pl. Trudno nie było zwrócić uwagi na uderzający po oczach napis „pobierz za darmo” (czy „bezpłatnie”? już nie pamiętam). Trzeba było się wprawdzie zalogować i na koniec coś zaakceptować, ale za darmo to za darmo… Finał był taki, że szant nie ściągnęłam, bo nijak mi się nie udawało, ale zwaliłam to na brak dostatecznych umiejętności komputerowych i o sprawie zapomniałam.

Minęło ileś dni… W świetnym humorze zasiadłam do komputera, a tam liścik, od serwisu Pobieraczek.pl, że mam zapłacić 100 zł! Grzecznie odpisałam, że nie rozumiem, bo miało być za darmo, a poza tym niczego nie ściągnęłam i już myślałam że spokój, ale nie… W kolejnym mailu wyjaśniono mi, że gdzieś tam, podejrzewam że bardzo małymi literkami i w zakamuflowany sposób, było napisane że za darmo to mogę korzystać z serwisu przez 10 dni, a potem jeśli nie napisze się jasno, że się rezygnuje, to nalezy zapłacić ową stówę. Nawet korciło mnie, aby zajrzeć i dokładnie przejrzeć treść tego co tam dokładnie napisano, jednak rozsądek podpowiadał, że może lepiej nie, bo jeszcze coś znowu niechcący nacisnę i tylko zwiększę sumę roszczeń.

Cóż było robić? Znowu odpisałam... Że nie zauważyłam, że przepraszam itp., podkreślając ponownie że nic nie ściągnęłam, co oczywiście Obieraczka nie wzruszyło, bo następnego dnia w skrzynce miałam kolejnego maila. Tym razem było już ostro, czyli zaczęło się straszenie mnie wpisem do rejestru dłużników, komornikiem i innymi strasznymi konsekwencjami. Nie powiem trochę się przestraszyłam. Szczęście w nieszczęściu, że zupełnie przypadkowo, w trakcie rozmowy z Michałem G., którego mama przechodziła przez to samo (i w końcu stówę zapłaciła) wyszło na to, że z tym Pobieraczkiem to cała afera.

Faktycznie, po wrzuceniu w wyszukiwarkę słowa „Pobieraczek” okazało się, że mających podobny problem jak ja, jest mnóstwo. Trochę mnie to „pocieszyło” bo myślałam że może to tylko ja jestem jakaś wyjątkowo naiwna, mało inteligentna i nie umiejąca obchodzić się z komputerem, ale rzeczywiście to jakiś megaprzekręt.

A tymczasem przyszło kolejne pismo… Oto jego fragmenty:
” … będziemy zmuszeni wystąpić przeciwko Pani na drogę sądową w celu wyegzekwowania przysługujących nam wymagalnych należności. Pozew przeciwko Pani zostanie skierowany do właściwego miejscowo sądu przez współpracującą z nami kancelarię prawną.
Raz jeszcze przypominamy, iż zgodnie z zawartą Umową [jaką umową???], przysługuje nam kara umowna w wysokości stanowiącej wyrażoną w złotych polskich, równowartość 100 dolarów amerykańskich wraz z odsetkami w wysokości czterokrotności stopy procentowej kredytu lombardowego Narodowego Banku Polskiego – jako naprawienie szkody wyrządzonej wskutek nieuzasadnionego obciążenia infrastruktury i zasobów wykorzystywanych do świadczenia Usługi Usenet.”


Jak widać, ton listu to urzędowy bełkot mający na celu zapewne zastraszenie biednego użytkownika i wywołanie w nim poczucia winy. Ja jednak zamiast poczucia winy doznałam stanu rozjuszenia i zadzwoniłam do Urzędu Ochrony Konsumenta, gdzie można zasięgnąć bezpłatnej rady prawnika. Nie zdążyłam jeszcze dokładnie wytłumaczyć o co chodzi, kiedy po haśle „Pobieraczek” miła pani prawniczka wyjaśniła mi co następuje: kolejne maile od Obieraczka mam kasować, a najlepiej zapisać jako spam i tym samym przyblokować je na przyszłość. Na wszelki wypadek mam jednak wysłać listem poleconym pisemne odstąpienie od umowy z Pobieraczkiem (bo de facto coś tam klikając umowę zawarłam). I tyle… Ogólnie mam się nie przejmować…

Dziwi mnie tylko jedno… Jeśli z tym Pobieraczkiem to takie naciągactwo, dlaczego wciąż ten serwis funkcjonuje? Czy naprawdę nie można czegoś z tym zrobić? Ja się zastraszyć nie dałam, ale jestem pewna, że ileś osób żądaną stówę jednak wpłaciło…



10 kwietnia, Warszawa
Rok po katostrafie smoleńskiej

Dziś rocznica katastrofy samolotu pod Smoleńskiem. Miałam nic na ten temat nie pisać, bo po zeszłorocznym wyrażeniu swoich poglądów dostałam trochę mało przyjemnych maili od zwolenników PiSu, a ponieważ polityka zdecydowanie nie jest moim ulubionym tematem, stwierdziłam że daruję sobie polemiki i pozostawię ten blog apolitycznym. Inna sprawa, że ci, którzy mają odmienne poglądy, powinni uwzględnić, że żyjemy w wolnym kraju i zwłaszcza na swoim blogu mam prawo pisać co myślę.
Z drugiej też strony 10 kwietnia to od ubiegłego roku jednak ważna data w historii naszego Państwa i trudno od tego co się działo i dzieje zupełnie się odciąć.

Może to głupio zabrzmi, ale dziś z rodzinką pojechaliśmy na tor gokartowy. Wiem, znajdą się zaraz tacy, którzy mi wytkną, że ja, niby taka patriotka, zamiast pod Pałac Prezydencki wolałam beztrosko poszaleć na gokartach. Będę szczera - wolałam! Poza tym dzisiejszy dzień był jedynym od dawna terminem, kiedy wszystkim z nas rodzinna impreza wreszcie pasowała (bo umówiliśmy się na zawody w składzie: ja, mój tata, braciszek i mąż). Notabene na gokartach i tak nie dało się „uciec” od uroczystości rocznicowych, bowiem z jednej strony dobiegał ryk silników, z drugiej na ekranie telewizora pokazywana była transmisja z mszy, co nijak nie pasowało ani do miejsca, ani do atmosfery.

Gokarty gokartami, termin faktycznie niezbyt fortunny, ale jak sami zauważyliśmy, nikt z nas i tak nie miał ochoty uczestniczenia w żadnych obchodach. Mało tego – chociaż są rocznice, kiedy wieszamy choćby na  samochodzie narodową flagę (choćby dla upamiętnienia Powstania Warszawskiego czy 11 listopada), tym razem jakoś nie mieliśmy takiego odruchu. Wywiązała się nawet dyskusja na temat dewaluacji narodowych symboli, a konkretnie – że akurat dzisiaj trochę wstyd byłoby wywiesić flagę, bo od razu byłoby to odbierane jako deklaracja politycznych poglądów.

Dlaczego o tym piszę? Bo jakby na to nie patrzeć, to dziwne i przykre... Każdemu z nas szkoda ludzi którzy zginęli, żal nam ich rodzin, rozumiemy, współczujemy i cały czas jesteśmy dumni, że jesteśmy Polakami. Z drugiej strony odcinamy się od tego wszystkiego, bo mamy serdecznie dość tych wszystkich politycznych awantur które podzieliły Polskę i Polaków. Kto temu winien? Politycy, media i po trochu my sami - wszyscy Polacy...


A jak było na Krakowskim Przedmieściu? Dobrze że tam nie poszłam. Oto fragment relacji z Onetu:

"Mężczyzna: - Przyszedłem złożyć hołd, zapalić znicz, chwilę się pomodlić. Ale lepiej było zostać w domu, pójść do swojego kościoła, tam zmówić modlitwę. W ciszy i spokoju. Z godnością. Tu tej godności nie ma. Jest polityka. A ludzie są gotowi zlinczować się nawzajem. Nie ma ani chwili na refleksję.
Tłum rzeczywiście nie ma czasu na refleksję. Kiedy punktualnie o 8:41 zabiły kościelne dzwony, bijąc długo, przejmująco, jakby przypominając nazwiska tych wszystkich, których brakuje, niejako przywołując tłum do zadumy, tłum akurat krzyczał „gestapo” w stronę stojących za zasiekami z metalowych barierek policjantów.
Kiedy z głośników popłynęła modlitwa "Ojcze Nasz" – tłum skandował "Jarosław, Jarosław". Kiedy wreszcie ktoś zaintonował Hymn – tłum już tratował metalowe barierki.





26-27 marca – Czeski Krumlov (Czechy) – powrót do kraju
Przystane

W drodze do Polski zrobiliśmy sobie przystanek w Czeskim Krumlovie. Niezupełnie było to po drodze, ale mieliśmy pewien luz czasowy, a poza tym jak urlop to urlop i nie ma sensu wracać do domu (czytaj: do pracy) zbyt wcześnie.

Przejazd przez Austrię skróciliśmy sobie przewożąc naszą Corsę… pociągiem. Uznaliśmy, że nasz samochód płynął już promem, ale pociągiem jeszcze nie jechał, więc warto skorzystać z okazji. Chodzi o specjalny pociąg przewożący samochody w wydrążonym w górach tunelu między Mallnitz a Bad Gastein. Tym, którzy będą jechać na południe Austrii (albo stamtąd wracać) polecam, bo fajna sprawa, ładne widoki (nie w tunelu; mam na myśli drogi dojazdowe), a biorąc pod uwagę że na równoległej autostradzie i tak trzeba zapłacić w sumie 9 euro za dwa tunele, no i autostrada zatacza wielkie półkole, to wpakowanie samochodu na pociąg za 14 euro jest bardzo sensowne (oficjalnie jest 17, ale kupując bilet w informacji turystycznej dostaje się zniżkę).

krumlov-widok.jpgNo a teraz o Czeskim Krumlovie… Miasteczko ŚLICZNE! W końcu nie bez powodu wpisano je na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dość szybko znaleźliśmy sobie tani i sympatyczny nocleg w hostelu (500 koron, czyli 80 zł za dwójkę), i to w obrębie starówki, tak więc całe popołudnie i dzisiejszy poranek spędziliśmy na włóczeniu się po wąskich, brukowanych uliczkach Krumlova. Ludzi było mnóstwo. Wśród turystów dominują skośnoocy – zwłaszcza Chińczycy z Tajwanu oraz Japończycy (tych łatwo rozpoznać po maseczkach, którymi zakrywają pół twarzy).

Niestety zimą mnóstwo atrakcji jest pozamykanych (m.in. zamek) ale i tak mieliśmy co zwiedzać. Mam wrażenie, że na starówce nikt nie mieszka – wszystkie domy to albo kwatery i hotele, albo knajpy, albo sklepy. Co do sklepów to patrząc na biżuterię z typowego tutaj grafitu (jeśli się przyjedzie do Krumlova między kwietniem a wrześniem, można zwiedzać kopalnię grafitu), z dużą radością odkryliśmy jak są po czesku "kolczyki". No więc całkiem logicznie: "nausznice"! 

Wieczorem, kiedy miasto już opustoszało, bo wyjechały jednodniowe wycieczki (proponuje się takie np. z  Wiednia czy Pragi), a na ulicach można było spotkać już tylko wspomnianych Japończyków z aparatami na statywach (oni robią zdjęcia chyba 24 godziny na dobę?), wybraliśmy się z Pawłem do pubu. Padło na „Svejka” (tak się nazywał pub). Miejscowe piwo Eggenberg akurat średnio mi pasuje, ale muszę przyznać, że zamówiony grog był świetny. No i atmosfera była też niczego sobie – tłum lokalesów (o dziwo – żadnych Azjatów), na ścianach podobizny Szwejka, a nad drzwiami portret wąsatego cesarza Franciszka Józefa.

krunlov-mis.jpgDziś na pożegnanie poszliśmy zobaczyć jeszcze słynne tutejsze niedźwiedzie. To poniekąd symbol miasta, nawiązujący do rodu będącego kiedyś właścicielami zamku i miasta. Misie mieszkają sobie pod zamkowym mostem i są urocze, choć nie zawsze raczą się pokazywać (za pierwszym podejściem ich nie widzieliśmy, ale rano dostają złożone z różnych warzyw śniadanie, więc chcąc nie chcąc stają się gwiazdami sesji zdjęciowych  (oczywiście momentalnie zjawiają się ze swoimi aparatami Japończycy i Chińczycy).

I na koniec jeszcze o pouczającej rozmowie z panią z kasy biletowej w zamku. Wnętrza zamkowe jak wspomniałam są zimą zamknięte, ale można wejść na wieżę. Chcieliśmy, no bo zależało nam na zdjęciach Krumlova z lotu ptaka. Tyle że jak się okazało część wieży to też muzeum. Bilet na samą wieżę kosztuje 70 koron (11 zł), w wersji z muzeum dodatkowe 100 koron (16 zł), tak więc zaczęliśmy się z Pawłem zastanawiać czy rzeczywiście chcemy iść i tu, i tu. Co to za muzeum nie wiedzieliśmy , w związku z czym zadałam pani kasjerce pytanie:
- A co jest w tym muzeum?
- W muzeum jest… - kasjerka się zawahała. – W muzeum jest... ekspozycja!!! – odpowiedziała dumna z siebie.
- No tak, ale jaka ekspozycja? – nie dawałam za wygraną.
- Nooo… Powiedziałam przecież, że ekspozycja… Jak to jaka? Ekspozycja! - ofuknęła mnie pani, a ton odpowiedzi pokazywał, że dalszego ciągu rozmowy pani sobie nie życzy.
Odeszłam, oczywiście biletu do muzeum nie kupując. Odchodząc usłyszałam jak pani kasjerka zburlersowana komentowała moje pytanie do swojej koleżanki, z którą wcześniej rozmawiała, a z którą przeze mnie musiała rozmowę przerwać. Dziwni ci turyści. Głupie pytania zadają i do tego przeszkadzają…




23-25 marca – Flattach- Lodowiec Molltaler- Ankogeln (Austria)
Słoneczne narty

Zmieniliśmy miejsce. Z Dachsteinu Zachodniego (teren tzw. Ziemi Salzburskiej) przeskoczyliśmy do Flattach w Karyntii, niewielkiej miejscowości stanowiącej dobrą bazę na niedaleki lodowiec Moltaller. Wjeżdża się na niego „kretem”, czyli wykutą w skale kolejką zębatą, potem jest przesiadka na gondolki, krzesła i już jesteśmy na wysokości 3122 m, skąd jest super widok na najwyższy szczyt Austrii - Grossglockner (nie chwaląc się, kilka lat temu go zdobyłam  :-) ).

Ponieważ na Molltalerze można jeździć na nartach przez cały rok, latem i wczesną jesienią, tuż przed rozpoczęciem cyklu Pucharu Świata, przyjeżdżają tu na treningi różne drużyny narodowe, włącznie z japońską i… turecką, o austriackiej nie wspominając. Ze szczególnie znanych narciarskich sław, tu właśnie wytrenowało się rodzeństwo Kostelićów. Przyjeżdżali ze swoim ojcem, który pełnił funkcję trenera, z braku funduszy mieszkali w przyczepie na parkingu, no i kiedy mogli – katowali narty, przygotowując się do mistrzowskiej kariery.

Przy dobrej pogodzie jest tu naprawdę fajnie, choć słońca ostatnio jest aż za dużo. Co z tego, że smarowałam się filtrem „pięćdziesiątką” (czyli bardzo mocnym), jak i tak jestem czerwona niczym Indianka, a co gorsze – odznaczyły mi się okulary i kask. Zwłaszcza moje czoło wygląda idiotycznie: czerwony pasek i zaraz nad nim porażająca biel, której nijak nie można zasłonić przyciętą niedawno grzywką.

aus-ankogel.jpgŚnieg ma oczywiście wpływ na warunki na stoku. W wyższych partiach lodowca jest jeszcze zupełnie znośnie, ale wczoraj pojechaliśmy do niedalekiego rejonu, objętego tym samym skipassem co lodowiec, a mianowicie  na Ankogel, gdzie słońce sklęliśmy solidnie. W przeciwieństwie do lodowca tam akurat zjeżdża się na nartach do samej doliny, co przy obecnych warunkach nie jest to proste, bo śnieg jest ciężki i brejowaty. Ja na szczęście również i tym razem zdradziłam narty na rzecz deski, więc było mi łatwiej, ale Pawła kolana dostały naprawdę niezły wycisk.

A tak w ogóle, to trochę się zdziwiłam, bo większość napisów w okolicach wyciągów jest w języku niemieckim (w końcu to Austria), angielskim (międzynarodowym) i… słowackim. Inna sprawa, że Słowaków rzeczywiście jest tu zatrzęsienie. Polaków też jest sporo, ale jednak mniej (zimą stanowimy 6% gości regionu, a cały blok "wschodni" - 30%). Co ciekawe – coraz więcej jest też Rumunów i Bułgarów.

I jeszcze co do „naszych”...  Dzisiaj wracając do hotelu mijałam siedzącą na murku polską ekipę, z piwem i flaszeczką, a jakże. Przy okazji, niechcący, podsłuchałam jedną z wygłoszonych „złotych myśli”:  „Co tam słońce. Co tam śnieg… Ważne by pić było co…”. No coments…


22 marca – Gosau
Zdradzone narty

Tym razem zamiast nart wybrałam snowboard.Dziś przesiadłam się na deskę.  Paweł co prawda nie znosi snowboardzistów, ale jakoś ścierpiał moją „zdradę” nart. Swoją drogą narty uwielbiam, ale snowboard też, i to wcale nie mniej.

W ramach objeżdżania stoków pojechaliśmy m.in. do miejsca zwanego Annaberg, gdzie znajduje się stok nazwany imieniem pochodzącego stąd Marcela Hirschera, czyli trzykrotnego nariciarskiego Mistrza Świata Juniorów i kilkukrotnego zwycięzcę zawodów Pucharu Świata. Niestety stok trącił już pełnią wiosny – na jego obrzeżach zaczęły pojawiać się kwiatki, a dolatujący zapach obornika przypominał, że zbliża się już pora prac polowych.

Swoją drogą nie możemy się z Pawłem nadziwić, jak przy tym warunkach Austriacy są w stanie utrzymać trasy narciarskie. Te które schodzą do doliny wyglądają niczym białe nitki przecinające zielono-brunatne przestrzenie lasów i  pól.  Jakoś to się opłaca i jakoś można…


21 marca – Gosau – Krippenstein – Hallstatt - Gosau (Austria)
Schodzimy na psy

Dzisiaj jeździliśmy na Krippenstein. Od Gosau to jakieś  15 km.  Krippenstein to góra o wysokości  2100 m (wielka gondola dociera trochę poniżej szczytu), polecana już raczej dobrze jeżdżącym narciarzom. Jest wprawdzie jeden stoczek dla początkujących, ale główne tutejsze atrakcje to  narciarstwo pozatrasowe  (off-piste) oraz 11-kilometrowa traska reklamowana jako najdłuższa w całej Austrii (po drodze pokonuje 1500 metrów różnicy wzniesień). Poza tym tutejsze stoki to świetny punkt widokowy na lodowiec Dachstein – przy dobrych warunkach śniegowych można urządzić sobie tam wycieczkę pieszą lub ski-tourową, połączoną z fajnym zjazdem.

W przerwie między zjazdami w schronisku przy górnej stacji kolejki linowej zrobiliśmy sobie przerwę na kawę, tradycyjny austriacki Apfel strudel (sztrudel jabłkowy) i... psy.  Miłe dziewczę o imieniu Monika (jak z takimi imieniem to powinna być miła), pokazało nam swoich podopiecznych – sześć wylegujących się na dachach swoich bud czworonogów będących skrzyżowaniem alaskańskich husky i samojedów. Nie jest to żadna komercja, bo psy tylko przez krótki czas ciągnęły sanie z turystami – teraz są hodowane na tzw. potrzeby własne, czyli w ramach hobby kilkorga zapaleńców.

Po nartach pojechaliśmy do Hallstatt – wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO miasteczka słynącego z kopalni soli (zimą czynnej tylko w środy, więc dla nas beznadziejnie) i osobliwej kaplicy czaszek na tutejszym cmentarzu. Ogólnie z tymi czaszkami chodzi o to, że z braku miejsca (wszędzie skały) trumny umieszczano tu pionowo, ale i tak po 25 latach wykopywano i zabierano pozostałe szczątki, aby tym samym zrobić miejsce innym. Co do wykopanych czaszek, to żeby było wiadomo czyja jest czyja, potomkowie zmarłego malowali  je w odpowiedni sposób i umieszczali w owej kaplicy. Kogo interesują szczegóły, odsyłam do artykułu który kiedyś na ten temat pisałam, a który można znaleźć klikając tutaj.

Swoją drogą miasteczko jest śliczne – ulokowane na wąskim pasie w miarę jeszcze dostępnego terenu (z tyłu są już tylko skały), nad malowniczym jeziorem (o dziwo zimą nie zamarza). Kolorowe, stylowe domy i wąskie uliczki nadają mu sympatyczny „klimat”. Poza tym zimą, jest tu niesamowity spokój, czego nie można powiedzieć o lecie, kiedy przez Hallstatt przewijają się prawdziwe masy turystów, a przy głównej ulicy stoją znaki "uwaga, przebiegający kelnerzy!" (trudno się dziwić, skoro knajpa jest z jednej strony drogi, a stoliki przy których siedzą klienci - z drugiej). O tym, że warto tu przyjechać, może świadczyć opinia mojego raczej oszczędnego w zachwytach męża. Tym razem Paweł stwierdził, że jest to jedno z najładniejszych austriackich miasteczek, jakie miał okazję widzieć (a widział ich sporo).
 



19-20 marca – Gosau (Austria)
Gdzie Franciszek Józef piechotą chodził (mowa o parku i cukierni)


Tym razem przerwa między moimi wyjazdami wyniosła 6 godzin. Z lotniska po przylocie z Norwegii zabrał mnie tata, potem miałam chwilę na przepakowanie się i załatwienie najważniejszych spraw (czytaj: wykonanie serii telefonów i wysłanie kilkunastu maili), po czym załadowaliśmy się do samochodu i po 12 godzinach byliśmy już w Gosau – sympatycznym mieście w austriackim Dachsteinie Zachodnim.

austria-gosau.jpgDziś już jeździliśmy na nartach. W rejonie w którym jesteśmy jest 130 km tras, obejmujących całkiem spory obszar. Nieco kiepskie warunki śniegowe (przy mocno grzejącym słońcu robi się on ciężki i „cukrowaty”) rekompensują piękne widoki na lodowiec Dachstein i potężny łańcuch Gosaukamm. Ale co do śniegu tak naprawdę nie można narzekać. Bądź co bądź jest końcówka marca, w dolinie już prawdziwa wiosna, tak więc z uznaniem należy traktować białe wstęgi nartostrad, na których wciąż można fajnie pojeździć.

Po nartach pojechaliśmy do odległego o 25 km Bad Ischl. To jedno z najsłynniejszych tutejszych uzdrowisk, którego sława sięga XIX wieku, kiedy zjawiła się tu cesarzowa Zofia. Ponieważ bardzo długo starała się o potomstwo (wiadomo – dziedzictwo tronu), a tymczasem nic z wszelakich prób nie wychodziło, nadworny lekarz polecił jej kąpiele właśnie w austria-bad ischl.jpgBad Ischl. Cesarzowa przyjechała i… wkrótce pojawił się na świecie syn, przyszły cesarz Franciszek Józef. On sam, już jako dorosły facet, też te rejony odwiedzał, no i tutaj w 1914 roku podpisał rozkaz ataku Serbii, co było początkiem I wojny światowej. W każdym razie do tej pory Bad Ischl jedzie na cesarskiej famie. Jest tutaj Cesarska Willa, Cesarski Park, Dom Zdrojowy w którym cesarz nie raz gościł i znajdująca się przy deptaku słynna cukiernia „Zaner”, w której można zjeść torcik zwany „cesarskim” (całkiem dobry – wiem, bo jadłam). Nie wiem czy cesarz go rzeczywiście jadał, za to wiadomo, że jego ulubionymi lokalnymi słodyczami były ciasteczka „Zaunerstollen”. Zafundowałam sobie jedno na spróbowanie (myślałam że za 2,20 euro dostanę ich kilka, ale było tego dosłownie pół ciasteczka nie wiele większego od naszej delicji). Ten miks orzechów i czekolady plus jeszcze kilku dodatków, produkowany jest ręcznie od 1905 roku, a przepis okryty jest tajemnicą.

austria-czolg.jpgW drodze powrotnej do naszego hotelu zatrzymaliśmy się jeszcze przy Muzeum machin wojskowych i innej różnorodnej techniki. Na wielkim otoczonym płotem terenie stał czołg, samolot i jakieś inne cywilne i wojskowe cuda techniki. Mówię o tym, bo może kogoś kto tu przyjedzie, miejsce zaciekawi. Niestety, otwarte jest dopiero od kwietnia – my musieliśmy zadowolić się patrzeniem przez płot.

A skoro wspomniałam o samolotach… Dzisiaj samoloty NATO zaatakowały Libię. Jakoś tak głupio – ja tu beztrosko o nartach, ciasteczkach, zwiedzaniu, a trochę dalej na południe – wojna w której giną ludzie…




17 marca, Trysil (Norwegia)
Od deski (snowboardowej) do deski (w Muzeum Narciarstwa)

Dziś jeździłam na snowboardzie. Super się jeździło! Razem z Konradem który z kolei  ćwiczył jazdę telemarkiem (nie wszyscy wiedzą – to taka specjalna technika narciarska z przyklękiem), tak się na te śniegowe szaleństwa zawzięliśmy, że postanowiliśmy jeździć do ostatniego wyciągu. Zakładaliśmy że oznacza to godzinę 18-tą, ale niestety – o 16.30 wyciągi wyłączono, zostawiając nas w stanie sporego rozczarowania.

W międzyczasie dostałam na godzinę instruktora. Fajnie, bo jak się człowiek sam czegoś uczy, to niestety nabiera też złych nawyków. Nie było chyba jednak tak tragicznie, skoro chłopak w połowie lekcji postanowił zabrać mnie do… snowparku. Ponieważ od razu zapowiedziałam, że skakanie mnie nie interesuje, wymyślił że w takim razie będę zjeżdżać po… boxach i poręczach. Myślałam że żartuje, ale nie! Twierdził że to proste, ale mnie nie przekonał. Przecież ja nawet na nartach na taką poręcz nie wskoczę, a tu na desce. Poza tym przecież ze złamaną nogą nie popłynę na naszą arktyczną wyprawę.

Po powrocie z nart obejrzeliśmy wreszcie Muzeum Narciarstwa które jest przy naszym hotelu. Muszę powiedzieć, że choć niewielkie, to naprawdę ciekawe. Bądź co bądź to z Norwegii wywodzą się narty jako sprzęt do poruszania się po śniegu (uwieczniono je nawet na rytach skalnych sprzed 6 tysięcy lat). W kolekcji tutejszych nart są np. takie z XVII wieku – jedna z nich była dłuższa (nawet ponad 3 metrowa), druga krótsza (bo służąca do odpychania się), w ramach wiązania był sznurek lub rzemień, a  do tego dochodził jeszcze kijek (jeden).  W muzeum mają kijek którego kółeczko zrobione jest z rogu, a rękojeść pięknie rzeźbiona. Po prostu dzieło sztuki. A jeszcze co do nart, to żeby się nie zsuwać w czasie marszu pod górę, zakładano na nie coś, co teraz nazywane jest „fokami” a dawniej było futrem z łosia.

Wśród eksponatów jest też mnóstwo medali olimpijskich (z tutejszych okolic wywodzi się wielu wybitnych norweskich sportowców), a także pierwszy „wyciąg”, którym były wieloosobowe sanie ciągnięte przez traktor. Jest też ciekawa „zabawka” interaktywna. Otóż można zaliczyć symulację skoku na słynnej skoczni Holmenkollen w Oslo.  Siedzi się na ławeczce startowej, potem pędzi po rozbiegu, aż w końcu skacze lądując na materacach. Oczywiście są wiwatujący kibice (na ekranie), a fotokomórka podaje długość skoku. Mnie poszło gorzej niż kiepsko – ponoć za późno się wybiłam.

Wiem, pewnie niektórzy z politowaniem pokiwają głowami, że skoki to sport nie dla kobiety. W tym momencie muszę uprzejmie donieść, że w muzeum jest zdjęcie sympatycznej kobitki, z Trysil rzecz jasna, która była pierwszą w świecie „skoczkinią” startującą w zawodach, a było to jeszcze w XIX wieku.

Dzień zakończyliśmy pożegnalną już kolacją (jutro wracamy do kraju).  Przy okazji okazało się, że obsługująca  nas kelnerka – bardzo miłe i wesołe dziewczę, to Polka, a Polak, niejaki Mariusz, jest też kucharzem. Może dlatego na kolację był kotlet a`la schabowy i pyszny sernik.  Tak pyszny, że aż zapytaliśmy z jakiego sera, bo w Skandynawii biały ser taki jak u nas jest nieznany. Przy okazji Małgosia zrobiła wykład, że dla swojego dobra nie powinno się jeść serków Philadelphia, bo to sama chemia, niezdrowe itp. W każdym razie ona serków Phildalphia nie jada. I wtedy okazało się, że sernik, który również i ona spałaszowała z wielkim apetytem, zrobiony jest, a jakże, z serka… Philadelphia!



15-16 marca, Trysil (Norwegia)
Narty i psie zaprzęgi


norw-narty.jpgJestem na nartach w Norwegii. Wyjazd dziennikarski, w bardzo sympatycznej grupce w sumie 6 osób. Miejsce:  miejscowość Trysil, 3 godziny jazdy na północny-wschód od Oslo, blisko granicy ze Szwecją (widać  nawet górki należące do Szwecji). Swoją drogą większość tutejszych gości to Szwedzi, a i obsługa też – Szwedzi wolą tu pracować, bo norweskie pensje są wyższe niż  u nich. Język szwedzki i norweski są bardzo podobne, tak więc  nie ma problemu. A co do granicy, to jest „międzynarodowy konflikt” z niedźwiedziami, które wędrują sobie swobodnie przez granicę. W Norwegii są one pod ochroną, w Szwecji się na nie poluje – już w tym roku odstrzelono ich 23.

No ale my przyjechaliśmy na narty… To największy z norweskich ośrodków narciarskich – 65 km tras, które można przejechać bez odpinania nart (dosłownie, bo wyciągi to krzesełka, orczyki i talerzyki, czyli nart zdejmować nie trzeba). Górki może nie jakieś super duże – przypominają nasze Beskidy, po części zalesione, u góry łyse, przy czym najwyższy szczyt na którym się jeździ (ale wyciągi dojeżdżają niżej, jakieś 100 m w pionie) to 1132 m n.p.m. Nawet czarnych tras tu trochę jest, choć tutejsze czarne to jak nasze czerwone.

norw-gofry.jpgW sumie całkiem fajnie można tu sobie pojeździć. We wtorek mieliśmy także jazdę wieczorną, a w czwartek – jazdę wczesnoporanną. Chodzi o możliwość jazdy przed oficjalnym otworzeniem wyciągów, po świeżo wyratrakowanym stoku (taki  śnieżny „sztruksik”). Zaczyna się o 7-mej, a wpuszczają nie więcej niż 100 osób (trzeba robić wcześniejsze rezerwacje, tym bardziej że jest na to specjalny ski-pass obejmujący też śniadanie na stoku). Było super, ale pieruńsko zimno (-20 stopni), co sprawiło, że owszem, sporo pojeździliśmy, ale z przyjemnością przyjęliśmy propozycję zjazdu do jednej z tutejszych knajpek na typowe dla Norwegów gofry, tutaj zwane "waflami". Gofro-wafle były przepyszne – dobrze że nie mieszkam w tym kraju, bo po codziennym jedzeniu gofrów ważyłabym pewnie dwa razy tyle co teraz. A co do jedzenia, to oczywiście są i łosie, i łososie. Te pierwsze mieliśmy okazję jeść w wersji fondue oraz jako sznycel, te drugie – w przeróżnych odmianach.

norw-psy.jpgFajnym urozmaiceniem nart były psie zaprzęgi, na które nas zabrano. „Psi biznes” prowadzi niejaki Terje, który ma 56 huskych – głównie alaskańskich i trochę syberyjskich (mniejsze, trzeba ich więcej do zaprzęgu). Mieliśmy okazję powozić zaprzęgami złożonymi z trzech par, czyli w sumie 6 psów. Dwa pierwsze to najbardziej inteligentne psy – to one decydują o wyborze drogi, kiedy stanąć itp. Psy najbliżej sań to typowe „mięśniaki” – najsilniejsze, na nich głównie skupia się obciążenie związane ze startem (często nie jest to łatwe, bo trzeba wyciągnąć sanie ze śniegu). W środku też są „fizole” – myśleć nie muszą, mają biec – to one utrzymują tempo. Obrońcom zwierząt wyjaśniam, że te psy to lubią biegać, co zresztą widać po ich zachowaniu, gdy wybiera się psy do zaprzęgu. Wszystkie wtedy ujadają, na zasadzie: -Weź mnie! Ja też chcę!  O tych obrońcach zwierząt mówię dlatego, że kiedyś którzy napisali do jednej z redakcji list, że męczę zwierzęta, bo w RPA jeździłam na strusiu, co tam stanowi rodzaj zupełnie oficjalnego sportu.

Co do psów, to przy okazji opowiedziano nam historię, jak to jeden z miejscowych „psiarzy” (jest tu ich w okolicy kilku) pojechał zaprzęgiem w teren, po czym gdzieś tak mniej więcej godzinę od domu dostał ataku serca. Zdążył się jednak położyć do sań i powiedzieć psom „do domu!”. Bystre psiaki wykonały komendę bez dodatkowych wskazówek. Pognały może nie tyle „co koń wyskoczy” , ile „pies wyskoczy” do domu, ujadaniem wyciągnęły na dwór żonę chorego i faceta uratowano.

Wycieczka zaprzęgami była naprawdę fajna, tym bardziej że zmienialiśmy się i każdy z nas miał okazję pojechania jako pasażer w saniach, ale także – jako kierujący. Momentami psy biegną naprawdę szybko, a zwłaszcza na odcinku przez las łatwo wypaść  z głównego toru i zakopać się w głębokim śniegu. Kierujący jedzie z tyłu, stojąc na płozach, w razie potrzeby naciskając hamulec.  Sterowanie odbywa się za pomocą balansowania ciałem,  plus są do tego jeszcze komendy, ale tych już nas nie nauczono.

norw-surfer.jpgPrzed kolacją była jeszcze okazja do posurfowania! Naprawdę! Jak się okazuje w Norwegii też można surfować – na desce, na falach. To jedna z atrakcji w najlepszym z miejscowych hoteli – SAS Radisson, opanowanym (przynajmniej teraz) przez Rosjan.  Jest tam basen, kilka saun, no ale to co najciekawsze to ten basenik ze specjalnie robionym strumieniem wodnym, na którym się staje (albo przynajmniej próbuje stanąć ) na desce surfingowej. Zabawa jest przednia, nawet jak się tylko patrzy na tych, którzy się odważą spróbować swoich sił, tym bardziej że wcześniej czy później każdy kończy spektakularnym upadkiem i zmyciem przez prąd wody, któremu nie sposób się oprzeć .

Nigdy nie surfowałam, tak więc chciałam spróbować, ale po namyśle odpuściłam, nie tylko ze względu na lożę szyderców, czyli licznych kibiców komentujących poczynania wodnych śmiałków, ile bardziej na spadający kostium. Chyba właśnie z tego względu nie widziałam tam żadnych dziewczyn. Dopiero później nam powiedziano, że najlepiej mieć ze sobą t-shirt.

Przyznaję, lubię Norwegię. Kraj ładnych widoków i miłych, niesamowicie uczynnych ludzi. I do tego bardzo aktywnych. Tu się nie spędza czasu na oglądaniu tasiemcowych seriali telewizyjnych – niezależnie od wieku czy profesji, wolne chwile wykorzystuje się na wypad na łono natury, zimą- jazdę na nartach , latem – wycieczki piesze czy rowerowe. Teraz rozumiem, dlaczego właśnie z Norwegii wywodzą się tacy podróżnicy eksploratorzy jak Nansen czy Amundsen.  Co do Nansena to właśnie czytam o nim książkę. Niesamowity facet! Inspiruje mnie do arktycznych pomysłów.






13 marca
Trzynasty – może nie pechowy, ale smutny…

Kiepsko mi się rozpoczął dzisiejszy dzień. Odpaliłam komputer, a tam w mailach, na pierwszym miejscu, informacja od Andrzeja Urbanika (postać bardzo znana w podróżniczym środowisku, organizator tzw. OSOTTów czyli zlotów polskich globtroterów). Zrobiło mi się gorąco, bo szczerze mówiąc domyślałam się, o czym przeczytam, i rzeczywiście – potwierdziło się. Zmarł Krzysiu Kmieć, na pewno znany wielu osobom czytającym ten blog. Przesympatyczny człowiek, bardzo skromny, zawsze uśmiechnięty i uczynny, z typu tych, o których żeby nie wiem co, nie da się powiedzieć nic złego.

Wśród licznych pasji miał Krzyś dwie szczególne, z których słynął wśród podróżników. Jedna: zbierał pocztówki z mapami, druga: robił przepiękne ekslibrisy. Ponieważ to dziedzina Sztuki (w tym przypadku naprawdę Sztuki, takiej przez duże „S”) w obecnych czasach mało znana, tak więc tym którzy nie wiedzą wyjaśniam, że chodzi o specjalny rodzaj grafiki z rytych ręcznie pieczątek, teoretycznie do oznaczania książek, ale w tym przypadku mające wartość pamiątkowo-kolekcjonerską. Ekslibrisy to misterne obrazki, o konkretnej tematyce. W każdym razie wielkim wyróżnieniem było dostać od Krzysia imienny ekslibris. Pamiętam jak na wspomnianych OSOTTach (globtroterskich spotkaniach) był moment, kiedy ktoś dostępował tego zaszczytu, co było formą nagrody za jakieś szczególne osiągnięcie/a.

Jakoś chyba w listopadzie ubiegłego roku Krzysiek zadzwonił do mnie i powiedział, że ma coś dla mnie i że wyśle mi to "coś" pocztą (tym bardziej, że przestaliśmy się widywać, bo ostatnio na OSOTTach się nie pojawiałam). Po jakimś czasie w skrzynce na pocztę  była paczuszka, ale że w międzyczasie mój kochany mąż zgubił kluczyk do skrzynki, trochę trwało zanim ową paczuszkę wyciągnęliśmy (znaczy się włamaliśmy się do skrzynki). A w paczuszce był… ekslibris! Dla mnie! Imienny, z prującym fale jachtem! I do tego jeszcze napisana przez Krzysia kartka, na której niezgrabne, duże litery gratulowały mi Przejścia Północno-Zachodniego (mój ubiegłoroczny arktyczny rejs). Nie macie pojęcia jak mnie ten exlibris ucieszył! To był jeden z najpiękniejszych prezentów, jakie w swoim życiu dostałam. Prosty, szczery, od serca, a zarazem naprawdę śliczny i pracochłonny! Tylko te niezgrabne litery były jakieś dziwne…

Bardzo chciałam Krzysiowi podziękować, ale wyjechałam na narty, potem nie mogłam znaleźć Jego numeru telefonu. W końcu ktoś ze znajomych mi namiary podał – telefon i maila, przy okazji informując że słyszał, że Krzysiek ma nowotwór mózgu, że coś tam z niedowładem ciała, ale chyba rokowania nie są takie złe…  No tak, to tłumaczyło te kulfoniaste litery, które od tej pory stały się szczególne, bo przecież napisane ręką człowieka, który mimo różnych przeciwności  bardzo chciał je napisać.

Niestety, telefon Krzyśka milczał.  W końcu napisałam maila. Po jakimś czasie przyszła lakoniczna odpowiedziedź od żony Krzysztofa, tłumacząca, że nie odbiera maili bo jest w szpitalu. Poprosiłam o przekazanie podziękowań, po czym zadzwoniłam do Andrzeja Urbanika, z pytaniem co się z Krzysiem dzieje. Wieści nie były pomyślne.  Początkowo rzeczywiście wyglądało, że udało się pokonać chorobę, ale rak zaatakował znowu, ze wzmożoną siłą. W którymś z późniejszych maili Andrzej nie dawał już nadziei – pisał że Krzysiek leży nieprzytomny w szpitalu i pewnie już z tego nie wyjdzie. Niestety sprawdziło się – Krzyś zmarł wczoraj, czyli 13 marca, w dniu swoich 61. urodzin. Patrząc na śliczny ekslibris wstawiony w ramkę przy moim biurku, będę o Krzysiu pamiętać…




27 lutego, Warszawa
O kupowaniu ziemniaków, czyli hipermarketowe dylematy

Wiem, niektórzy z was nie mogą uwierzyć, że już kolejny tydzień siedzę w domu (siedzę jak siedzę, raczej ciężko pracuję). Co chwila dzwoni telefon i różnego typu głosy pytają: „gdzie jesteś? pewnie gdzieś na końcu świata”?, a ja grzecznie odpowiadam, że siedzę przy biurku z widokiem na Wisłostradę. Namiastkę egzotyki mam jedynie w pokazach slajdów jakie ostatnio miałam, notabene z bardzo sympatyczną publiką (warszawski „Klub Czterech Kontynentów” i targi turystyczne w Łodzi).

Dobra, nie narzekam na swój przybiurkowy los, bo przecież możliwości wyjazdów mam, a nie jeżdżę na własne życzenie. Chciało się pisać książkę i przygotowywać rejs arktyczny? Samo się nie zrobi, a poza tym na rejs trzeba zarobić, a słowo „zarobić” oznacza „pisać artykuły”.

Ale do rzeczy… Skoro siedzę w domu, to czasem robię też zakupy („czasem”, bo uczciwie przyznaję, że częściej robi je Paweł). Z tej okazji wylądowałam dziś w Tesco, wielkim niesamowicie hipermarkecie (nie znoszę tak wielkich sklepów).Powód? Postanowiłam kupić ziemniaki. Zwykłe, takie do ugotowania do obiadu. Fakt, dawno ziemniaków nie kupowałam, bo u nas raczej się ich nie jada (rzadko gotujemy obiady, a jeśli to na ogół z ryżu lub makaronów), no chyba, że w formie placków ziemniaczanych.

Tym razem do kupna ziemniaków zmobilizował mnie zapowiedziany na pojutrze przylot kolegi-Szweda, któremu wypadałoby ugotować jakiś typowo polski obiad, a jak typowy to wiadomo: ziemniaki ze schabowym. No więc idę na stoisko z ziemniakami i… zbaraniałam. Ziemniaków od cholery, wszystkie popakowane w torebki z opisami, które jakoby mają uprościć wybór. Na pierwszy rzut - z jakimś niezrozumiałym dla mnie opisem, takie bardzo malutkie (tak malutkie, że jak się obierze, to nic z nich nie zostanie), i następne - „do pieczenia” (tak głosi napis na torebce), „czerwone”, „na frytki” – różne, różniste, tylko takich do podania w najnormalniejszej wersji jakoś nie widać.

Ostatecznie ziemniaków nie kupiłam, uznając że zdam się jednak na warzywniak pod domem, gdzie wszystko jest prostsze, za to poszłam do stoiska z szamponami, bo akurat nam się skończył. A tam – znowu! Szamponów dwie wielkie półki. „Dla mężczyzn”, „dla kobiet” – nie, odpada, bo po co nam dwa, chcemy wspólny. No ale czy Paweł może umyć włosy szamponem dla kobiet? A czy moje cebulki nie trafi szlag jak wezmę szampon dla facetów? Szukam na sąsiedniej półce. Tyle, że tam jeszcze gorzej: „dla włosów z łupieżem” – nie odpada, nie mam łupieżu, „dla włosów farbowanych” – okej, ja jestem podfarbowywaną blondynką, ale Pawła to nie dotyczy, „dla włosów łamiących się”, dla „przetłuszczających się”, dla… Szału można dostać – potrzebuję najzwyklejszy, uniwersalny szampon dla włosów normalnych!!!

Po długich poszukiwaniach z tych stu różnych rodzajów znalazłam dwa, na których pisało że to po prostu szampon. Ostatecznie wybrałam ten, którego butelka lepiej mi pasowała do koloru łazienki  ;-).

Wyszła z Tesco zmęczona i zdziwiona, że proste zakupy mogą być aż tak skomplikowane…



16 lutego, Warszawa
A kto to jest? Czyli o mojej prozopagnozji

Kilka dni temu byłam na nagraniu programu w Polsacie. „Produkowałam się” oczywiście na tematy podróżnicze, ale nie o swojej pseudo-karierze telewizyjnej chcę opowiedzieć, tylko o mojej przypadłości, do której tym razem już przyznam się publicznie. Szczerze mówiąc do tej pory myślałam że cóż, chyba nie jestem do końca normalna, no ale okazuje się, że to co mam, jest uzasadnione medycznie, a już lepiej mieć taką chorobę, niż różne inne.

No ale po kolei… Wizytę w Polsacie rozpoczęłam ciągiem gaf. Już pomijam fakt, że sierota pojechałam nie do tego budynku co trzeba (nie wiedziałam, że stacja ma kilka, oczywiście rozrzuconych w różnych punktach miasta). Gorzej, bo kiedy już dojechałam pod prawidłowy adres, nie rozpoznałam redakcyjnej koleżanki! Kretynka (ja oczywiście, nie koleżanka) przedstawiłam się jej przekonana, że widzimy się pierwszy raz! Dziewczyna się pewnie zdziwiła, ale wyjaśniłam że to zmęczenie po nocnym pisaniu... To i tak dopiero był początek, bo zaraz potem siedzącą w studio panią-gość wzięłam za prowadzącą (-Powinnaś ją znać, to znana parlamentarzystka... – usłyszałam później), a samej prowadzącej też nie rozpoznałam, choć to dla odmiany znana telewizyjna gwiazda. Tak czy owak kiedy tylko wróciłam do domu, od razu łyknęłam dawkę magnezu (to na pamięć), po czym doszłam do odkrywczego wniosku, że jestem nienormalna, niemniej trzeba coś z tym zrobić.

Tu wyjaśnię, że problemy z nierozpoznawaniem twarzy mam od dawna. Z rodziną i osobami które widuję systematycznie, jest jeszcze w porządku, choć… jeśli ktoś mnie zapyta jaki kolor oczu ma mój brat, albo jaki kolor włosów ma moja teściowa - już nie odpowiem. O tym że nie rozpoznaję aktorów czy piosenkarzy, już nie wspominam (nawet jeśli godzinę wcześniej widziałam ich w innym filmie i pytałam mojego męża jak się nazywają). Czasem dochodzi do naprawdę idiotycznych sytuacji, kiedy rozmawiam z kimś przez pół godziny, a następnego dnia wpadając na tę osobę, już kompletnie jej nie kojarzę! Zdarza mi się, że żeby nie wyjść na ostatniego gbura (albo raczej „gburzycę”), profilaktycznie mówię wszystkim dookoła „dzień dobry” czy „cześć”, nie wnikając już, czy rzeczywiście znam te osoby. Tylko że finał jest taki, że niektórych pozdrawiam kilka razy, na co słyszę zdziwione: „- Przecież już mnie przed chwilą witałaś”. Może, tylko ja naprawdę nie pamiętam…

Mocno zaniepokojona (-Cholera, może to już Alzheimer…? – przyszło mi do głowy) wpisałam w końcu w wyszukiwarkę internetową hasło: „nierozpoznawalnie twarzy”. A tam - już cały wykład. Okazuje się, że upierdliwa przypadłość fachowo nazywa się PROZOPAGNOZJA, a wynika albo z jakiejś tam niedoskonałości w genach (cóż, nikt nie jest doskonały), albo z mechanicznego uszkodzenia w prawej półkuli mózgowej (w głowę walnęłam się nie raz, więc to może przez to?). Leczyć się tego nie da, trzeba się po prostu do tego przyzwyczaić. Pocieszam się, że nie jest ze mną tak źle, bo niektórzy mający ową prozopagnozję nie rozpoznają nawet swoich rodziców albo szefów, z którymi mają stały kontakt.
Jakaś studentka opisywała sytuację jak to cały rok chodziła na wykłady, po czym nie wiedziała, jak wygląda profesor do którego ma zgłosić się z indeksem. Identycznie jest ze mną...

Co do szefów to ja też miałam z tym ostatnio problem, kiedy wybrałam się do redakcji jednego z pism, gdzie miałam spotkać się z pewną redaktorką, którą znałam ponoć z jakiegoś kilkudniowego wyjazdu. Wchodzę do pokoju, a tam siedzą trzy dziewczyny, wśród których jest ta moja znajoma, ja jednak nijak nie mogę skojarzyć, do której z nich mam podejść. Bogu dzięki koleżanka sama mnie zawołała, po czym prowadzi do swojej, a teraz już i mojej szefowej-Naczelnej. Przedstawiam się grzecznie, a tu nagle owa Naczelna do mnie: -No co ty Monika, przecież my się znamy? –No tak, rzeczywiście! – przytakuję entuzjastycznie, w duchu głowiąc się, skąd rzekomo się znamy.

W każdym razie jeśli kogoś z Was nie rozpoznam, nie miejcie mi tego za złe. To wcale nie brak wychowania czy oznaka wywyższania się... Po prostu „ten typ tak ma”.




7 lutego, Warszawa
O zboczonym komputerze

Znowu zawalam pisanie bloga. Dlaczego doba nie może mieć 48 godzin?

Tym razem powodem niepisania nie są wcale wyjazdy. Wręcz przeciwnie – na wyjazdach mam większą szanse, aby nastukać coś prywatnie na komputerze. Póki co jednak nie wyjeżdżam, a i tak nie mam na nic czasu no bo klepię w klawiaturę dniami i nocami, tyle że nie na blogu. Obiecałam sobie że dopóki nie skończę książki, nigdzie nie wyjadę (to ta twórczość o zeszłorocznym rejsie, książka którą ma w czerwcu wydać Alma-Press). Cholera już mnie bierze, bo już bardzo długo nie miałam takiej przerwy w wyjazdach, więc wychodzi moje ADHD. Paweł co prawda przypomniał mi o kilkudniowym wyskoku do Zakopca i kilku dni na nartach w Szwajcarii (oba wypady w styczniu), no ale ja tego nie liczę, bo mam na myśli jakieś ambitniejsze wyprawy.

No ale skoro o klepaniu w klawiaturę mowa to też i o tym, jaki "mądry" mam komputer. Chwilowo, w ramach odskoczni od książki, piszę dla "Rzeczpospolitej" (mowa o gazecie) tekścik o Zimbabwe. Jest w nim mowa m.in. o słynnych Wodospadach Wiktorii czyli w oryginale angielskim: Victoria Falls. Tylko że mój „mądry” komputer co chwila mi zmienia owe „falls” (czyli wodospady) na „fallus”, czyli penis. Staram się wyłapać owe literówki, ale w zmęczeniu mogę coś przepuścić. A jak jeszcze korektorki przepuszczą, to już sobie wyobrażam poważnych czytelników poważnej gazety, jak będą czytać o Fallusie Królowej Wiktorii…

Mój komputer w ogóle ma jakieś seksualne inklinacje. Po prostu - elektroniczny zboczeniec. W swojej książce piszę sporo o wielorybach, no bo trudno je pominąć skoro żyją w arktycznych wodach. Potrzebowałam jednak nieco uzupełnić swoją biologiczną wiedzę, więc wpisałam w wyszukiwarkę słowo „walenie”, jako że tak fachowo nazywa się rząd ssaków do których należą wieloryby. Wyskoczyło bardzo dużo informacji, tylko że... nie do końca o wielorybach. Mało tego - akurat miałam na ekranie przegląd haseł z kategorii „walenie”, kiedy do pokoju wszedł mój kochany małżonek. I co? Wcale nie chciał uwierzyć, że jego grzeczna żona interesuje się arktycznymi zwierzętami…

ps. Przed chwilą odkryłam kolejne samoczynne poprawki. Słowo "Devil" (po angielsku "diabeł",a chodzi o Diabelski Wodospad) zmienia mi na "DeBil".

 




11 stycznia, Warszawa – St. Moritz (Szwajcaria)
Z widokiem na alpejskie szczyty…


Wiem, raptem 10 dni nowego roku, a ja już zawalam postanowienia noworoczne. Nie tylko te, że nie będę jadła słodyczy (właśnie wchłonęłam batonik chałwy), ale także to że, będę pisała systematycznie bloga. Wiem już że z tym pisaniem to mało realne – ostatnio prawie nie spałam, bo siedziałam nad komputerem, ale nie nad blogiem, tylko nad artykułami dla różnych redakcji, bo z czegoś trzeba żyć.

No ale teraz mam 4 dni wakacji – jak najbardziej zasłużonych, choć w sumie to też forma pracy, bo jestem  na kilkuosobowym wyjeździe dziennikarskim, więc trzeba ciągle o coś pytać, notować, fotografować itp.

Samolot mieliśmy do Mediolanu/Bergamo, czyli do Włoch, bo to najbliższe od St. Moritz lotnisko (dystans około 130 km). Lot jak zwykle przespałam (dwie ostatnie noce miałam totalnie zarwane), ale na chwilę się przebudziłam, w bardzo stosownym momencie, bo akurat lecieliśmy nad Alpami. Ale obłędny widok był – doliny wypełnione chmurami i znad tych chmur wystające wierzchołki gór.

W busiku z lotniska do St. Moritz też spałam, ale już tylko do granicy z Serolandią (Szwajcarią znaczy się), bo ku naszemu zdziwieniu zostaliśmy zatrzymani przez szwajcarskie służby graniczne i dość dokładnie przetrzepani! Musieliśmy wszyscy opuścić pojazd, co niektórzy – wyciągnąć do kontroli torby, a wszystkim przetrzepano bagaż podręczny. Oczywiście panowie „pogranicznicy” jak najbardziej mieli do tego prawo, ale zdziwienie nasze było ogromne, bo takie kontrole w obecnej Europie już się praktycznie nie zdarzają. Byłam w Szwajcarii wiele razy i nigdy pies z kulawą nogą nie zainteresował się moją osobą, a tym bardziej bagażem, a tu taka niespodzianka.

Co do St. Moritz to jest to jeden z najsłynniejszych ośrodków narciarskich świata, miejsce urlopu znanych gwiazd czy polityków. Przyjeżdża tutaj np. Brad Pitt, Schumacher, szef browaru Heineken, John Deep i wiele innych osób. Ponoć kupił tu willę także nasz pan Kulczyk. Pytaliśmy ile kosztuje tutaj apartament – standard 100 metrowy – jakieś 2,5 mln franków czyli ok. 9 mln zł. To za takie lokum bardzo przeciętne, bez wodotrysków.

Najsłynniesze tutejsze hotele to pięciogwiazdkowe: „Palace”, którego klientela to goście przyjeżdżający niekiedy rok w rok, od pokoleń, i „Kempiński”, który ostatnio upodobali sobie szczególnie bogaci Rosjanie (ok. 52 % gości). O Rosjanach mówi się tu trochę z przymrużeniem oka, zwłaszcza o tych którzy przylatują tu helikopterami. Pilotami helikopterów są przeważnie dawni wojskowi rosyjskiej armii specjalizujący się w lataniu na niskim pułapie nad stokami po których jeżdżą narciarze.

Co do hoteli, to my akurat śpimy w całkiem przeciętnym, jakieś 3 km od centrum. Hotel jest o tyle ciekawy że ma nieotynkowane ściany – taki goły beton. Nie żeby zabrakło na to pieniędzy – podobno to taki styl będący teraz na topie. Chyba powinnam żałować że zaledwie tydzień temu pomalowaliśmy w naszym mieszkaniu ściany – trzeba było zostawić w cholerę goły mur…

Ze względu na to że przyjechaliśmy dopiero w południe, narty sobie dzisiaj odpuściliśmy – poszliśmy na sanki. A właściwie to nie poszliśmy tylko wjechaliśmy kolejką linową (taką zębatką jak na Gubałówkę). Kolejka ma 103 lat (ale wagoniki w międzyczasie wymienione, bo te pierwsze, drewniane już się dawno posypały), a od jej górnej stacji na wysokości 2453 m na górze Muottas Muragl, prowadzi całkiem fajny i długi (4,2 km) tor saneczkowy. Zabawa świetna, bo tor jest dość stromy i zlodzony, więc sunie się z niezłą prędkością a wyhamować trudno. Teraz bolą mnie nogi (od tego hamowania). 

Przy górnej stacji kolejki jest też wioska igloo w której wprawdzie spać nie można (hotel igloo planuje się dopiero w przyszłym roku), ale można wypić dobrego grzańca, co też uczyniliśmy. W przeciwieństwie np. do Austrii czy Francji, tu (przynajmniej w tym regionie) grzańca robi się z białego wina, z dodatkiem suszonych owoców (gł. jabłek). Przy okazji ważne słówko, czyli „na zdrowie”  – po tutejszemu (znaczy się po retoromańsku, bo to język rdzennych tutejszych mieszkańców) jest to „Viva!”. Ładnie i łatwo zapamiętać…

Koło stacji kolejki zaczyna się też „Szlak Filizofów”. Piesza traska na jakieś 2 godziny chodzenia, z ładnymi widokami i rozstawionymi tu i ówdzie cytatami różnych mądrych osób (stąd nazwa szlaku). Oto dwa z zamieszczonych tam cytatów:

- „Intelektualiści rozwiązują problemy, geniusze im zapobiegają” (Albert Einstein)
- „Ten kto pokonuje swój strach, jest naprawdę wolny” (Aristoteles).

Okej, kończę i idę spać, bo rano na narty!

 

 

1 stycznia, Warszawa

Dobry początek 2011 roku - dostaliśmy II Nagrodę Rejs Roku!


W Nowy Rok weszłam w fantastycznym humorze. I to brew temu, co sobie niektórzy w związku z Sylwestrem mogą pomyśleć, wcale nie ze względu na alkohol (bo tego wcale dużo nie piłam).

Właśnie szykowałam się do wyjścia na sylwestrową imprezę, kiedy na jeszcze nie wyłączonym komputerze pojawił się nowy mail. Zerknęłam i… oszalałam z radości! Mail podawał wyniki obrad jury „Nagrody Rejs Roku 2010”. Niezorientowanym wyjaśniam, że to w polskim żeglarstwie już od wielu lat najbardziej prestiżowa nagroda, przyznawana przez zacne grono doświadczonych kapitanów. No więc dostaliśmy II Nagrodę Rejs Roku (I-wszą dostał kapitan Jerzy Radomski, który w tym roku zakończył swój trwający 32 lata rejs na jachcie „Czarny Diament”). Dla przypomnienia – mówiąc „my” mam na myśli załogę „Solanusa” z Bronkiem Radlińskim jako kapitanem i nasz ubiegłoroczny rejs przez Przejście Północno-Zachodnie.

W oficjalnym podsumowaniu obrad jury napisano: „Jacht prowadzony przez kapitana Bronisława Radlińskiego (z 4 osobową załogą) wypłynął z Ilulissat na Grenlandii 6 sierpnia 2010 r. Pokonanie Przejścia Północno-Zachodniego – od wejścia w kanadyjskie cieśniny (Port Inlet) do Cieśniny Beringa zajęło 38 dni, a  rejs „Solanus” zakończył 21 września 2010 r. w amerykańskim porcie Nome, pokonując 3646 mil morskich. Pokonanie Przejścia Północno-Zachodniego to wciąż wyczyn wymagający najwyższych kwalifikacji żeglarskich”.

To na razie komunikat. Wręczenie nagród (honorowych, z żadnymi profitami się to nie wiąże) odbędzie się na początku marca w gdańskim ratuszu.

A tak w ogóle to już trzeci rejs, w którym uczestniczyłam i który został uhonorowany nagrodą Rejs Roku. Poprzednie to „Zawiszą” przez Pacyfik i Atlantyk przez pół roku w latach 1989-90 i w 2003 roku  na „Starym” – od Valparaiso na Falklandy, z opłynięciem Przylądka Horn. Wniosek: warto brać mnie do załogi, bo przynajmniej trochę szczęścia chyba przynoszę.

Back to top